Gość: PrawdziEuropejczyk
IP: *.nanarb01.mi.comcast.net
13.01.03, 13:18
Ankiety ośrodków badania "opinii publicznej" mają zawsze jedną skazę.
Respondenci muszą ustosunkować się do pytań socjologów. A to powoduje, że i
odpowiedzi w poważnym stopniu są określone przez ankieterów. Mimo tego,
ostatnie badanie CBOS-u daje ważne informacje o poglądach zwolenników i
przeciwników Unii Europejskiej. Szczególnie zastanawiające są odpowiedzi tych
pierwszych.
Argumenty przeciwników Unii w zasadzie nie budzą zdziwienia. Ich obawy
związane są głównie z możliwością wykupienia reszty majątku przez obcy
kapitał, zniszczenia rolnictwa oraz nieprzygotowania struktur państwa i
gospodarki do działań w europejskiej wspólnocie. Nie padł argument utraty
niepodległości, ale nie wiadomo, czy spowodowane to było brakiem obaw, czy -
po prostu - brakiem odpowiedniego pytania. Jest to o tyle istotne, że
suwerenność stała się kluczowym zagadnieniem dla wielu przeciwników
integracji.
A zwolennicy? Ci z kolei uważają, że wstąpienie przyniesie zmniejszenie
bezrobocia, zwiększy możliwość znalezienia pracy, powstanie lepszych
perspektyw dla następnych pokoleń i przyśpieszy rozwój gospodarczy w Polsce.
Takie nadzieje można zrozumieć. Są naturalne, choć zdaniem eurosceptyków
całkowicie nieuzasadnione. Poza jednym - zwiększeniem możliwości znalezienia
pracy. Tyle jednak, że raczej dzięki emigracji i to nie masowej - bo nadal
pozostaną bariery językowe, finansowe oraz wysokie bezrobocie w krajach Unii.
Co do pozostałych, to trudno przypuszczać, że tylko za sprawą UE będzie
więcej pracujących, czy poprawi się sytuacja gospodarcza. Głównym graczem w
tych kwestiach tak, czy inaczej musi być miejscowy rząd. Trudno sobie
wyobrażać, że Niemcy, czy Francuzi będą zwalczać w naszym kraju bezrobocie,
skoro mają problemy z własnym. Tego typu argumenty nie są jednak niczym
niezwykłym. Są w istocie bardzo przyjemne, ponieważ można z nimi dyskutować.
Problemem jest co innego...
Aż 40 procent zwolenników Unii uważa, że nie ma alternatywy dla integracji.
To niestety świadczy o całkowitym braku logiki, a to z kolei o skutecznej
manipulacji społecznej.
Jasne jest bowiem, że w każdej sytuacji istnieje przynajmniej kilka wyjść. W
najważniejszej obecnie kwestii można sprzymierzyć się chociażby z Rosją, stać
się jednym z państw neutralnych lub nawet wypowiedzieć wojnę Chinom, a
następnego dnia się poddać, parafrazując jeden z popularnych piętnaście lat
temu dowcipów. Oczywiście każda z wyżej wymienionych opcji jest absurdalna i
z naszego punktu widzenia nie wchodzi w grę.
Jest jednak i to, o co walczyły pokolenia Polaków czyli zachowanie
niepodległości i samodzielności, dodatkowo gwarantowanej silnym sojuszem
wojskowym. Czyli stan, jaki mamy w chwili obecnej. I to jest właśnie -
przynajmniej z politycznego punktu widzenia - najpoważniejsza alternatywa
wobec wstąpienia do Unii.
Najgorsze jest to, że owe dwie piąte zwolenników stało się ofiarą
manipulacji. O ile bowiem w przytaczaniu argumentów za i przeciw nie ma nic
złego, to powtarzanie nielogicznych sloganów, stwierdzeń niemal reklamowych,
świadczy o doskonałej robocie mediów. I rzeczywiście, każdy, kto choć chwilę
codziennie ogląda telewizję, musi mieć świadomość, że wiele informacji lub
wypowiedzi polityków oraz dziennikarzy na temat integracji kończy
się "stwierdzeniem" o braku alternatywy. Słowa te stają się takim samym
przekazem manipulacyjnym, jak zdanie o "najlepszym
proszku...", "śnieżnobiałej bieli" (co za bełkot!) czy "uwielbiam
margarynę...", które wnikają do naszego umysłu i mają potem wpływ na nasze
kupieckie decyzje.
Trzeba to sobie otwarcie powiedzieć - jesteśmy podatni na manipulacje.
Inaczej nie byłoby komercyjnej reklamy. Szkoda tylko, że dajemy się złapać na
te same chwyty w sprawie o wiele bardziej istotnej, niż zakup tego czy innego
proszku do prania.
***
Nie jest jednak aż tak źle. Według tej samej pracowni badania opinii
publicznej aż 40 procent Polaków przyznało się do zainteresowania sprawami
polityki. Mimo pierwszych, negatywnych komentarzy prasowych, wynik jest
rewelacyjny (w USA jest to około 10 procent, w wielu państwach Unii niewiele
więcej). Świadczy o naszym rozpolitykowaniu, czyli w istocie o dbaniu o dobro
własne i innych, co jest doskonałym prognostykiem na przyszłość. Nie ma więc
mowy o jakiejkolwiek rzeczywistej obojętności, czy marazmie.
To, że do wyborów idzie mniej więcej połowa uprawnionych, jest dowodem na
zniechęcenie politykami, a nie polityką! Jest żółtą kartką, pokazaną "klasie
panującej". Problemem jest tylko to, w jaki sposób i kiedy zobaczą oni
kartonik czerwony. Ale to już zupełnie inny temat.