Gość: J23Nadaje
IP: whazup:* / 192.168.0.*
08.03.03, 21:21
Kiedy dziesięć lat temu francuski Canal+ postanowił wejść do Polski, wydawało
się, że sukces jest na wyciągnięcie ręki. Tymczasem pierwszej polskiej
telewizji kodowanej idzie jak po grudzie. Jakby tego było mało, teraz doszła
afera Rywina.
ADAM GRZESZAK
W Canal+ czuć pewien niepokój. – Czy pan chce rozmawiać o „tej sprawie”? Bo
my z „tą sprawą” nie mamy nic wspólnego – słyszę na wstępie. A jednak od „tej
sprawy” całkiem uciec nie można. W siedzibie telewizji prokuratura
zabezpieczała dokumenty, o Canal+ mówi się podczas przesłuchań przed sejmową
komisją śledczą. Lew Rywin jest przecież poważnym udziałowcem stacji, przez
kilka lat był jej prezesem, a dopiero po wybuchu afery zrezygnował z funkcji
szefa rady nadzorczej.
Zaskakujące jest jednak, że byli i obecni pracownicy stacji o Rywinie
niewiele są w stanie powiedzieć.
– Nigdy nie miałem z nim do czynienia jako z prezesem Canal+ – zapewnia Jacek
Fuksiewicz, pierwszy dyrektor programowy stacji, a potem szef Film+, spółki-
córki zajmującej się produkcją filmową. – Zarządzaniem zajmowali się zawsze
Francuzi.
Fuksiewicz miał natomiast częste kontakty z Rywinem – producentem filmowym,
reprezentantem spółki Heritage Films. Rywin zgłaszał projekty kolejnych
filmów, w których produkcję miał zaangażować się Canal+. Była to dziwna
sytuacja, bo występował w dwóch rolach: przychodził jako petent do spółki, w
której sam był prezesem. Jacek Fuksiewicz zapewnia, że udziałowcy stacji
to akceptowali, a on sam nie odczuwał żadnych nacisków ze strony swego
zwierzchnika. To, że najczęściej Canal+ współpracował z Heritage Films, to
tylko zasługa dobrych propozycji, jakie firmował Rywin, było nie było,
świetny fachowiec w branży filmowej.
Również inni pracownicy Canal+ z wysiłkiem przypominają sobie epizody z ich
pracy, w których pojawiał się Rywin. Kiedy był prezesem, miał gabinet,
samochód, ale do zarządzania się nie mieszał. Tym zajmowali się kolejni
dyrektorzy generalni – wyłącznie Francuzi. Kiedy w 2000 r. przestał być
prezesem i został szefem rady nadzorczej, w Canal+ widywany był raz, dwa razy
w miesiącu.
– Francuzi nie dali mu nawet gabinetu, więc kiedy przychodził, nie miał gdzie
się podziać. Widać było, że nie jest im już potrzebny – wspomina jeden z
byłych pracowników stacji.
Partner
Rywin godził się na rolę, przeciw której wcześniej zbuntował się Janusz
Romanowski, pierwszy prezes Canal+. To on na starcie został partnerem
Francuzów. Wspólnie zabiegali o koncesję, a potem tworzyli pierwszą polską
telewizję kodowaną. To ciekawa postać: działacz PZPR, szef ośrodka
szkoleniowego OPZZ w Konstancinie, który w latach 90. zamienił się w
rzutkiego biznesmena. Prowadził rozmaite interesy, m.in. tworzył sieć Kodak
Express. Znają go dobrze kibice sportowi – był prezesem Legii, dziś jest
właścicielem piłkarskiej drużyny Polonia Warszawa. Jest blisko związany
interesami z Yaronem Brucknerem (obywatel Belgii z polskimi korzeniami),
prezesem holenderskiej spółki Eastbridge, do której należy sieć Galeria
Centrum oraz Empik.
To właśnie za sprawą Brucknera Romanowski wszedł do spółki z Francuzami
tworzącymi polski Canal+. Bruckner ma niezłe kontakty w kręgach gospodarczych
Francji i to dzięki tym kontaktom doszło do nawiązania współpracy między
francuskim Canal+ a parą Bruckner–Romanowski.
– To był okres, kiedy Canal+ intensywnie inwestował w Europie – w Belgii,
Hiszpanii – wspomina Dominique Lesage, dyrektor do spraw relacji
instytucjonalnych. – Analizowaliśmy możliwości wejścia do Czech, a nawet do
Indii i Chile. Rynek Polski wydawał się jednak najbardziej obiecujący.
Decyzja zapadła w 1993 r. Wejście do Polski nie było jednak łatwe, bo
wymagało uzyskania koncesji telewizyjnej, a polskie prawo stawia warunek, by
w firmie ubiegającej się o koncesję większościowy udział miały podmioty
krajowe. Dlatego konieczna była taka konstrukcja prawna, w której Francuzi
mieliby nie więcej niż 33 proc. Tak powstała Polska Korporacja Telewizyjna
(PKT), spółka, która wystąpiła o koncesję na naziemną telewizję kodowaną.
Właścicielem PKT została kolejna spółka – Telewizyjna Korporacja
Partycypacyjna (TKP), która miała kolejnych udziałowców, a ci następnych.
Stopień skomplikowania struktury właścicielskiej Canal+ był wyjątkowy i
doprowadził do tego, że konkurenci ubiegający się o koncesje wystąpili do
sądu z zarzutem, że chodzi tu o ukrycie większego niż dopuszcza polskie prawo
udziału francuskiego inwestora. Z czasem taka komplikacja narastała –
pojawiali się i znikali kolejni udziałowcy, mnożyły spółki – dlatego również
dziś, (choć struktura została już nieco uproszczona) trudno jednoznacznie
stwierdzić, do kogo i w jakim zakresie należy polski Canal+.
Prezes Agory Wanda Rapaczyńska zeznając przed sejmową komisją śledczą
relacjonowała historię inwestycji kierowanej przez nią spółki w Canal+. Kiedy
po kilku latach Agora niezadowolona z wyników postanowiła się wycofać,
sprzedała swoje akcje firmie PolCom Invest, w której Lew Rywin jest
większościowym akcjonariuszem. Jednak negocjacje w sprawie tej transakcji
Rapaczyńska prowadziła nie z Rywinem, ale z przedstawicielami... Canal+ z
Francji. Rywin tylko złożył podpis na wynegocjowanej umowie. Było to pierwsze
telewizyjne doświadczenie Agory. Spółka poszukując nowych rynków medialnych
zainwestowała w Canal+ w 1997 r., a w 2001 r., pozbawiona wpływu na
zarządzanie i narażona na finansowanie strat, wycofała się.
Wojna o koncesję
Wiele więc wskazuje, że Janusz Romanowski, a po nim Lew Rywin jako partnerzy
biznesowi Canal+ mieli tylko dwa zadania: grali rolę krajowych akcjonariuszy
(trudno zgadnąć, w jakim stopniu za własne pieniądze) oraz starali się
wykorzystywać swoje polityczno-biznesowe kontakty na pożytek nowej stacji.
Z punktu widzenia Francuzów zaangażowanie tandemu Romanowski–Bruckner było
sensownym posunięciem. Obaj mieli znakomite kontakty, zwłaszcza w kręgach
związanych z SLD. To niewątpliwie pomogło w uzyskaniu koncesji, co nie było
rzeczą łatwą. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji (KRRiTV) miała do rozdania
tylko dwie ogólnopolskie koncesje telewizyjne. Jedną otrzymał Polsat, druga
przypadła Canal+, ku oburzeniu konkurentów – przede wszystkim TVN. Spór w
samej KRRiTV był zażarty, bo wymagał odpowiedzi na pytanie, czy tak rzadkie
dobro jak częstotliwości TV może być przyznane płatnej telewizji kodowanej, z
definicji skierowanej do wąskiej zamożnej publiczności. Największymi
zwolennikami Canal+ w KRRiTV byli Marek Siwiec i Bolesław Sulik. Francuzów
popierali też polscy filmowcy, bo Canal+ deklarował, że będzie corocznie
przeznaczał znaczące kwoty na finansowanie polskiej produkcji filmowej.
Ostatecznie po długich bojach Canal+ otrzymał swoją pierwszą koncesję
jesienią 1994 r. Choć potem była cofana i zmieniana, stacja zaczęła nadawać
22 marca następnego roku.
Skazani na sukces
Francuzi byli pewni sukcesu. Zakładali oficjalnie, że inwestycja zacznie
przynosić zyski już w czwartym roku działania, a po cichu liczyli, że
wcześniej. W końcu we Francji Canal+ odniósł spektakularny sukces. Ma 4,8 mln
abonentów i 20-proc. udział w rynku telewizyjnym. Dlaczego w Polsce miałoby
być inaczej? Przecież badania wykazywały, że dwa filary programowe Canal+ –
najnowsze filmy, niedostępne w zwykłych stacjach TV, oraz transmisje
sportowe – są oczekiwane przez polskich widzów. Zainwestowano ogromne
pieniądze w nadajniki, sprzęt, zaangażowano liczne grono pracowników, których
wysyłano w świat na szkolenia.
Dyrektorem programowym został Krzysztof Jasiński, szef krakowskiego Teatru
Stu i krakowskiego ośrodka TVP. Jasiński znalazł się w Canal+ za sprawą
Dominique’a Lesage, formalnie dziś