Gość: nieufny
IP: *.bielsko.sdi.tpnet.pl
14.03.03, 08:48
Należę to tej ogromnej liczby Polaków, którzy z przejęciem obserwują toczącą
się ostatnio batalię z korupcją w toku tak zwanej Afery Rywina. Pragnę
podzielić się pewną refleksją z nią związaną:
Pana Rywina w trakcie tej batalii określa się niekiedy bardzo brzydko - na
przykład "łobuz", czy podobnie. Sądząc z faktów, sam sobie nawarzył tego
"piwa", choć nie jest wykluczone, że ktoś go jednak po to "piwo" posłał. Jest
to jednak tylko jeden wymiar tej afery; wymiar odpowiedzialności moralnej i
etycznych postaw człowieka popełniającego przestępstwo, ale jest też jeszcze
wymiar drugi owej sprawy, wymiar uwarunkowań społecznych, historycznych, czy
chociażby psychologicznych, że do czegoś takiego dochodzi. Ten wymiar jest
jakby niedostrzegany, a jego zbadanie może bardzo wiele wnieść dla dobra
sprawy.
Po poznaniu przebiegu afery chyba niejednej osobie nasuwa się skojarzenie:
"Czy ten Rywin jest głupi? Wprawdzie - jak wieść niesie - wydawał bale niczym
"Wielki Gatsby", na które szerokimi strugami płynęły "towarzyskie śmietanki"
o bardzo różnych politycznych zabarwieniach, z wieloma był za pan brat, z
licznymi na ty, ale mimo to - żeby składać korupcyjną propozycję kierownictwu
gazety, której naczelny redaktor zrezygnował z akcji tej gazety wartych
kilkadziesiąt milionów dolarów!?"
Skoro próbuje się na ten problem spojrzeć bezstronnie, to dochodzi się do
zagadnienia: Iloraz inteligencji, czyli owo słynne IQ, a korupcja.
Ponieważ w żadnych prasowych materiałach nie mogłem znaleźć nawet śladu
rozważań na ten temat, zgodnie z zasadą: "Sam sobie napisz, sam sobie
przeczytaj", postanowiłem odgrzebać moją szkolną wiedzę sprzed
kilkudziesięciu lat, którą na pedagogicznym kursie przekazywał doktor
psychologii, będący zresztą już od dawna profesorem i chlubą polskiej nauki,
oraz oprzeć się na pozycji: T. Plummer; "Psychologia rynków finansowych - u
źródeł analizy technicznej", wydawnictwo WIG Press Warszawa 1995 r.
Wspomniany wykładowca prowadząc wykład na temat ilorazu inteligencji zwrócił
nam uwagę, że błędny jest pogląd, iż u każdego człowieka o niskim IQ jest to
widoczne od razu na pierwszy rzut oka. Wynikało z jego wykładu, że nie musi
to być wcale osobnik o wyglądzie wioskowego przygłupa, który z dziwnym
wyrazem twarzy i rozchodzącymi się spojrzeniami obu oczu snuje się po ulicy
swego sioła. U niektórych osób iloraz inteligencji nie za wysoki w młodości
obniża się z wiekiem. Jeśli taki człowiek był starannie wychowywany,
edukowany i cały czas przebywał w "eleganckim towarzystwie", to z pozory może
to być uroczy elegancki mężczyzna, czy zadbana kobieta. Dopiero analiza ich
działań, jakichś dziwnych decyzji, braku przewidywania skutków swego
postępowania może nasuwać pewne podejrzenia. Żeby nie być gołosłownym, nasz
wykładowca podał nam przykłady ze swojej praktyki zawodowej psychologa.
Prowadził w owym czasie w wojewódzkim mieście placówkę poradnictwa
zawodowego. Przysyłano tam niekiedy na badania również osoby wysoko
postawione. Trafiał się czasem na przykład dyrektor jakiegoś zjednoczenia,
którego podsyłali zwierzchnicy, zaniepokojeni jego dziwnymi decyzjami. Robili
to na przykład pod pretekstem, że jest przemęczony i powinien poddać się
psychoterapii przed wyjazdem na lecznicze zagraniczne wczasy. W toku badań
dyskretnie wykonywano również testy na inteligencję. Nawet już w tamtych
odległych czasach same wyniki takich testów nie były podstawą do
czegokolwiek, gdyż mogą być one przykładowo zafałszowane przez nerwicowe
zahamowania badanej osoby, czy chociażby zwykłą awersję do rozwiązywania
jakichkolwiek testów. Jeśli jednak słaby wynik pokrywał się z "idiotycznymi"
decyzjami i innymi nieodpowiedzialnymi posunięciami, to były to już powody do
alarmu; zwłaszcza, jeśli iloraz inteligencji wychodził gdzieś na poziomie 55
- czyli debila, bo i tak bywało.
Na to dało się słyszeć pytanie jednego ze słuchaczy wykładu:
- I co - zwalniają takiego?
- No nie - Proszę Państwa - w tych sferach takich rzeczy się nie robi -
powiedział z rozbrajającym uśmiechem Pan Psycholog. - Przesuwa się jedynie
taką osobę z niezmienioną stawką na mniej odpowiedzialne stanowisko, żeby
mniej szkodziła.
Wykładowca - powołując się na spotykaną wśród psychologów terminologię -
nazwał takich ludzi z pozoru normalnych i dobrze ułożonych, mimo ich bardzo
niskiego IQ, "debilami salonowymi".
Nasz wykładowca powiedział również, że na podstawie psychologicznych analiz
zachowań elity władzy na Francuskim Dworze tuż przed Rewolucją Francuską
można mieć pewność, że było na nim szczególnie dużo "salonowych debili",
spełniających bez zarzutu wymogi dworskiej etykiety, miłych i kulturalnych w
obyciu.
Zwrócił nam jeszcze uwagę na to, że osoby o obniżonym ilorazie inteligencji
są często bardziej społecznie kontaktowe, niż ci o normalnym, gdyż na
przykład nie widzą żadnych sprzeczności i nielogiczności we wzajemnie się
wykluczających obietnicach dla różnych ludzi. Mówią każdym to, co chcą
usłyszeć i nie dociera do nich, że jedno może przeczyć drugiemu, gdy
tymczasem człowiek mający IQ w normie na coś takiego sobie nigdy nie pozwoli,
przez co nie posiada tak szerokiego grona zwolenników.
W tym miejscu pragnę zaznaczyć, że wcale nie jestem przekonany, iż pan Lew
Rywin jest "salonowym debilem". Sprawa jest o wiele bardziej złożona. Może
mieć IQ powyżej normy, za czym przemawiają i jego producenckie osiągnięcia, i
opinie osób z nim współpracujących ze szczytów polskiej kultury, a mimo to
podejmować działania nieodpowiedzialne. Może się to brać z tego, że
środowisko na styku władzy i biznesu, w którym pan Rywin się obraca, jest
nadmiernie nasycone "salonowymi debilami" i kanaliami, a on sam jest w
gruncie rzeczy ich ofiarą. Dlaczego tak sądzę, wyjaśnię później, a na razie
pragnę się odwołać do drugiej pozycji naukowej wymienionej na wstępie.
T. Plummer - autor opracowania "Psychologia rynków finansowych - u źródeł
analizy technicznej" - jest w środowisku osób zajmujących się trendami na
finansowych rynkach autorem znanym i uznanym, a tam gdzie chodzi o wielkie
pieniądze, nie ma miejsca na "płaskie filozofowanie", mądrzenie się i
stawianie hipotez wziętych z sufitu. Powołuje się zresztą na poważne badania
w czołowych uczelniach na świecie oraz znanych intelektualistów i naukowców,
zwłaszcza psychologów, ale nie tylko.
Ponieważ w giełdowych analizach, obrotach akcjami i instrumentami pochodnymi
przewidywanie zachowań ludzkich zbiorowości ma ogromne znaczenie, autor
bardzo wnikliwie przedstawia dział psychologii nazwany "Psychologią
zbiorowości". Naukowe prawdy w niej zawarte mają wymiar uniwersalny,
dotyczący zarówno małych i średnich ludzkich grup, firm, stowarzyszeń,
koterii, lobby, klik itp. jak i całych narodów, a nie jedynie giełdowych
graczy.
Jednym z pierwszych badaczy zjawiska zachowań zbiorowości był Gustawe Le Bon.
Wprawdzie jego praca "Psychologia tłumu" napisana została w roku 1895, ale
wciąż uchodzi za klasykę psychologii społecznej. Główne wnioski Le Bona
zostały później potwierdzone przez takich analityków ludzkiej psychiki, jak
Sigmund Freud i Carl Jung, czy teoretyków, jak Artur Koestler. Le Bon
interesował się szczególnie podłożem Rewolucji Francuskiej, ale jego analizy
znajdują również zastosowanie w odniesieniu do "faszyzmu", czy "rewolucji
kulturalnej" w Chinach.
Wynika z wykładu T. Plummera, że każda ludzka zbiorowość ma swoją "kolektywną
świadomość", której ulegają wszyscy jej członkowie, jakkolwiek nie pokrywa
się ona z indywidualną, "prywatną" samoświadomością każdego z członków
zbiorowości z osobna. O zachowaniach jednostki zgodnych ze świadomością
zbiorową nie decydują najbardziej rozwinięte i najpóźniej ukształtowane w
toku ewolucji sfery mózgu, zwane "korą nową", odpowiedzialne za
samoświadomość, a w tym świadomość własnego myślenia i zdolność do samooceny,
uczucia wy