a.adas
22.12.06, 16:52
Sprawa byłaby śmieszna, gdyby całkowicie niezabawni nie byli jej główni
"bohaterowie"
"Czwartkowy "Dziennik" napisał, że Surmacz wysłał policjantów po hamburgery
dla podróżującej pociągiem koleżanki z rządu. Policjanci z kanapkami czekali
na głodną Rafalską na peronie. Surmacz zadzwonił wcześniej do oficera
dyżurnego komisariatu kolejowego we Wrocławiu i zamówił jedzenie z baru
szybkiej obsługi.
W piątek w TVN 24 Surmacz mówił, jak telefonicznie dowiedział się od
wiceminister pracy Elżbiety Rafalskiej, że jest od wczesnego rana w podróży,
odczuwa łaknienie i marznie w pociągu. Surmacz powiedział, że zadzwonił na
komisariat z prośbą o dostarczenie na peron wrocławskiego dworca hamburgerów
dla Rafalskiej i zrobił to z własnej inicjatywy, nie na prośbę koleżanki.
Według Surmacza, była to "zwykła ludzka grzeczność". Pytany, czy następnym
razem zrobiłby to samo, odparł: "sto następnych razy bym tak postąpił"."
wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3810455.html
Milicjant Surmacz (do MO wstąpił tuż po wydarzeniach radomskich) dzwoni tylko
w ważnych sprawach państwowych. A na dodatek pewnie z prywatnej komórki...
już próbowano znaleźć "winnych", ale ostatecznie okazało się ze policjanci z
posterunku nie przekroczyli obowiązków służbowych...