kriss67
10.01.10, 20:23
Czołem:)
Tomek Bazuka w innym wątku wspomniał o Panu Janu Ciszewskim....
Pan Jan wspomina pamietny dzień - 17 października 1973. Słynne
Wembley...
Jak sam przyznaje, transmisja z tego meczu należała do
najtrudniejszych w jego życiu..
Oto jak to opisuje..
„..Trochę się spóźniłem na konferencje prasowa przed meczem. W
wielkiej Sali siedziało już 30 dobrze ubranych panów, wśród których
rozpoznałem wielu starych kolegów po mikrofonie z różnych państw…Po
raz pierwszy w karierze dziennikarza nie ja pytałem o wiele róznych
spraw, lecz mnie pytano. A wiec „co z Lubańskim”, „kto to jest
Deyna” itp.
Byłem w zywiole, ale denerwowało mnie głosne zachowanie komentatorów
angielskich. Ich nie interesował polska druzyna. Oni jak gdyby sobie
z niej dworowali. Pomyślałem – ten się śmieje, kto się smieje
ostatni.
Staruszek Wembley dysponował urządzeniami, których nie remontowano
od dnia premiery. Na stanowiska komentatorskie jedzie się 20-osobową
windą. Kiedy weszliśmy do okropnie skrzypiącego wielkiego pudła,
francuski komentator z ironicznym uśmiechem zapytał mnie czy
oglądałem film Pt „Windą na szafot”. A niech cie diabli wezmą –
pomyślałem. Ja ci to kiedys przypomne.
Tuz przed transmisją na olbrzymim kartonie napisałem flamastrem
wielkimi literami „SPOKOJNIE”. Karton umieściłem na monitorze i co
chwila nan patrzyłem. Jak twierdzili później recenzenci, byłem tego
dnia spokojny, konkretny i rzeczowy.
Nie będę opisywał przebiegu wydarzeń. To wszyscy znają. Po lewej
stronie mojej kabiny pracował Węgier Vitray. Często wychylał się zza
ścianyi zaciskając kciuk dawał do zrozumienia, że wierzy w naszych
chłopców. Trzy pietra niżej, na płycie boiska, trwał heroiczny bój.
Prawym uchem łowiłem głos komentatora angielskiego, Allena Weeksa,
jak stawał się coraz mniej pewny siebie. Pare minut przed końcem
jego twarz była żałosną ilustracją tego, co w tym momencie działo
się z kilkudziesięcioma milionami Anglików. Wrak nie człowiek!
Koniec meczu. Nawet tu, wysoko nad stadionem słychac było „Jeszcze
Polska nie zgineła”. Kochani rodacy rzucali się sobie w objęcia,
płacząc ze szczęścia. Widok ten wzruszył mnie do głębi, przestałem
nad sobą panowac. Patrzyłem na bezgranicznie szczęsliwy tłum i głos
mi się załamał. Oczyma wyobraźni widziałem tysiące mieszkan w
Polsce, gdzie ludzie w szlaenczym uniesieniu płakali jak bobry.
W chwile potem jechałem skrzypiącym urządzeniem w dół. Wpadłem
wprost w ramiona Janka Tomaszewskiego który złapał mnie wpół i
uniósł w powietrze jakbym był piórko…”
Pozdro
Krzysztof