Dodaj do ulubionych

Dla Bazuki - Pan Jan Ciszewski:)

10.01.10, 20:23
Czołem:)

Tomek Bazuka w innym wątku wspomniał o Panu Janu Ciszewskim....

Pan Jan wspomina pamietny dzień - 17 października 1973. Słynne
Wembley...

Jak sam przyznaje, transmisja z tego meczu należała do
najtrudniejszych w jego życiu..

Oto jak to opisuje..

„..Trochę się spóźniłem na konferencje prasowa przed meczem. W
wielkiej Sali siedziało już 30 dobrze ubranych panów, wśród których
rozpoznałem wielu starych kolegów po mikrofonie z różnych państw…Po
raz pierwszy w karierze dziennikarza nie ja pytałem o wiele róznych
spraw, lecz mnie pytano. A wiec „co z Lubańskim”, „kto to jest
Deyna” itp.

Byłem w zywiole, ale denerwowało mnie głosne zachowanie komentatorów
angielskich. Ich nie interesował polska druzyna. Oni jak gdyby sobie
z niej dworowali. Pomyślałem – ten się śmieje, kto się smieje
ostatni.

Staruszek Wembley dysponował urządzeniami, których nie remontowano
od dnia premiery. Na stanowiska komentatorskie jedzie się 20-osobową
windą. Kiedy weszliśmy do okropnie skrzypiącego wielkiego pudła,
francuski komentator z ironicznym uśmiechem zapytał mnie czy
oglądałem film Pt „Windą na szafot”. A niech cie diabli wezmą –
pomyślałem. Ja ci to kiedys przypomne.

Tuz przed transmisją na olbrzymim kartonie napisałem flamastrem
wielkimi literami „SPOKOJNIE”. Karton umieściłem na monitorze i co
chwila nan patrzyłem. Jak twierdzili później recenzenci, byłem tego
dnia spokojny, konkretny i rzeczowy.

Nie będę opisywał przebiegu wydarzeń. To wszyscy znają. Po lewej
stronie mojej kabiny pracował Węgier Vitray. Często wychylał się zza
ścianyi zaciskając kciuk dawał do zrozumienia, że wierzy w naszych
chłopców. Trzy pietra niżej, na płycie boiska, trwał heroiczny bój.
Prawym uchem łowiłem głos komentatora angielskiego, Allena Weeksa,
jak stawał się coraz mniej pewny siebie. Pare minut przed końcem
jego twarz była żałosną ilustracją tego, co w tym momencie działo
się z kilkudziesięcioma milionami Anglików. Wrak nie człowiek!

Koniec meczu. Nawet tu, wysoko nad stadionem słychac było „Jeszcze
Polska nie zgineła”. Kochani rodacy rzucali się sobie w objęcia,
płacząc ze szczęścia. Widok ten wzruszył mnie do głębi, przestałem
nad sobą panowac. Patrzyłem na bezgranicznie szczęsliwy tłum i głos
mi się załamał. Oczyma wyobraźni widziałem tysiące mieszkan w
Polsce, gdzie ludzie w szlaenczym uniesieniu płakali jak bobry.

W chwile potem jechałem skrzypiącym urządzeniem w dół. Wpadłem
wprost w ramiona Janka Tomaszewskiego który złapał mnie wpół i
uniósł w powietrze jakbym był piórko…”

Pozdro
Krzysztof
Obserwuj wątek
    • twardycukierek Re: Dla Bazuki - Pan Jan Ciszewski:) 11.01.10, 08:12
      I ja przeczytałam :)) fajne!
      • kriss67 Re: Dla Bazuki - Pan Jan Ciszewski:) 11.01.10, 09:41
        A miło mi, że Ci sie podoba:)
        • twardycukierek Re: Dla Bazuki - Pan Jan Ciszewski:) 11.01.10, 13:15
          Tamten mecz to klasyka :))) Mam nadzieję, że Tomek zauważy wątek :))
          • tjbazuka Re: Dla Bazuki - Pan Jan Ciszewski:) 12.01.10, 06:49
            Czolem:)
            a zauwazylem.
            Dzieki Krzysiu. W prasie angielskiej nastepnego ranka po meczu na
            Wembley wielkie tytuly typu >Koniec Swiata<!
            To byl wielki sukces naszej repy.
            Kriss pana Jana poznalem osobiscie (to znaczy powiedzialem mu dzien
            dobry i to wszystko hehe)na stadionie Polonii podczas startu rajdu
            Warszawskiego. Byl rowniez wielkim kibicem rajdow samochodowych. To
            bylo chyba 81 .Pamietam ze zamiast do szkoly poszedlem na wagary aby
            wpasc na Konwiktorska.
            Pozdro:)
            • kriss67 Re: Dla Bazuki - Pan Jan Ciszewski:) 12.01.10, 08:12
              "Kriss pana Jana poznalem osobiscie (to znaczy powiedzialem mu dzien
              dobry i to wszystko hehe)na stadionie Polonii podczas startu rajdu
              Warszawskiego. Byl rowniez wielkim kibicem rajdow samochodowych. To
              bylo chyba 81 .Pamietam ze zamiast do szkoly poszedlem na wagary aby
              wpasc na Konwiktorska. " - historia superancka:)
    • kriss67 Re: Dla Bazuki - Pan Jan Ciszewski:) 12.01.10, 14:31
      Wspomina Pan Jan Grzegorczyk:

      "To był jeden z najcudowniejszych dni mojego dzieciństwa. 17
      października 1973 roku. Polacy walczyli na Wembley z Anglią.
      Pamiętam ten dzień jak dzisiaj. W szkole mieliśmy tylko dwie lekcje,
      bo szliśmy z klasą na film Helga o uświadamianiu. Potem już
      odliczałem chwile do wieczornej transmisji. Ubłagałem ojca, który za
      bardzo sportem się nie interesował — w życiu należało się zajmować
      poważnymi sprawami — aby wybrał się ze mną do mojego chrzestnego,
      który miał sprawny telewizor. Nasz stary turkus nie dawał żadnej
      gwarancji, że obejrzę cały mecz. Jakość odbioru przypominała Wolną
      Europę w wersji wizualnej. Obraz najpierw skakał, potem pojawiały
      się pasy, a ostatnim stadium rozpaczy był śnieg. Wówczas należało
      telewizor wyłączyć na pół godziny, żeby odpoczął. Byłem dumny, że
      mam ojca chrzestnego, który posiada telewizor tranzystorowy ze
      sprawnym, dwudziestopięciocalowym ekranem.
      O dwudziestej zaczęło się. Ruszyła nawałnica na polską bramkę.
      Ratują nas słupki, poprzeczki, wszyscy święci i Jan Tomaszewski.
      Anglicy nazwali go przed meczem pajacem i pisali, że nigdy wcześniej
      na Wembley nie występował tak kiepski bramkarz. Czytając te obelgi,
      czułem się jakby ktoś publicznie spotwarzył kogoś z najbliższej
      rodziny. W 56. minucie Kasperczak odbiera piłkę Clarke’owi i
      wypuszcza Latę. Obrońcy angielscy rzucają się, by uniemożliwić
      przejęcie piłki wybiegającemu Gadosze, a wtedy Lato podaje do
      nieobstawionego Domarskiego. Strzał! Shilton kapituluje. Gooooool!!!
      Mój głos zespala się w jedno z głosem Jana Ciszewskiego, wuja i
      ojca. 1:0 dla Polski! Anglicy rzucają się do desperackiego ataku.
      Sześć minut później sędzia dyktuje dla nich niesprawiedliwie rzut
      karny za faul Musiała na Petersie przed polem karnym! Boże! Zakrywam
      oczy, otwieram. Zaciskam dłonie. Cudu nie ma. Tomaszewski wyjmuje
      piłkę z siatki. Jest 1:1. 27 minut do końca. Jak przetrzymać? W 82.
      minucie Grzegorz Lato wyrywa się angielskim obrońcom. Najszybszy
      piłkarz świata (a już na pewno tego dnia na Wembley). Ma 40 metrów
      do bramki i tylko Shiltona przed sobą. Ale McFarland — ten sam
      McFarland, który sfaulował w Chorzowie Lubańskiego tak skutecznie,
      że uniemożliwił mu grę w tym meczu — chwyta go za plecy i głowę.
      Sędzia nie daje mu czerwonej kartki. Puszczają nerwy. Ojciec, który
      jak tylko pamiętam, nigdy się piłką specjalnie nie emocjonował, wali
      z całej siły pięścią w stół i wykrzykuje na arbitra.
      Pięć minut przed końcem Kazimierz Górski zakrywa twarz i idzie do
      szatni. Serce może tego nie wytrzymać. Nie wiem, co się ze mną
      działo, gdy sędzia — tym razem szczęśliwie dla nas — odgwizdał
      koniec spotkania o minutę wcześniej niż należało. 1:1! Dumny Albion
      rzucony na kolana. Polska pierwsza w grupie! Jedziemy na mistrzostwa
      świata! Remis, który jest największym zwycięstwem w dziejach
      polskiej piłki nożnej.
      Do pełni szczęścia brakowało mi tylko, żeby grał tego dnia idol
      mojego dzieciństwa — Włodzimierz Lubański.

      — Gdyby dzisiaj grał Lubański, to Anglicy nie mieliby szans. Nie ma
      lepszego piłkarza w Europie! — przekonywałem w uniesieniu.

      — Ach tam Lubański — żachnął się ojciec — Ernest Wilimowski. To był
      piłkarz… Albo Kuchar — zaczął wymieniać nazwiska jakichś zawodników
      sprzed wojny.

      „Co on może wiedzieć o piłce?” — myślałem. Byłem przekonany, że ci
      przedwojenni piłkarze mieli się tak do dzisiejszych zawodników jak
      przedwojenna dekawka do najnowszego modelu porsche. Wiadomo
      przecież, że z Lubańskim — gdyby miał tylko zdrową nogę — nikt nie
      mógł się równać. Na świecie tylko Pele i Eusebio byli lepsi. Jaki
      Wilimowski, jaki Kuchar?
      Miałem żal do ojca, że swoimi opiniami krzywdzi moich bohaterów,
      ale… Szkoda, bo mogłem to, co się stało na Wembley, podbudować
      fachową wiedzą, znałem na pamięć każdą przedmeczową wypowiedź
      trenera i wszystkich piłkarzy, ale ojca i wuja to nie obchodziło.
      Nawet nie interesowały ich wywiady na gorąco z polskimi zawodnikami,
      z którymi rozmawiał Jan Ciszewski. Szybko zaczęli wzniecać zastępcze
      hasła przeciwko Anglikom. „To jest dziejowa sprawiedliwość —
      krzyczał w uniesieniu wujek — macie, gnoje, za to, żeście nas
      zdradzili w 39!”. Wkroczyła historia. Ojciec razem z wujem byli w
      czasie wojny w obozie w Niemczech. Nagle wyciągnęli jakieś wspominki
      o obozowych meczach. Wuj przyniósł nawet obozowe fotografie polskiej
      drużyny. „O, ten grał przed wojną w reprezentacji kraju. O, a
      Franek, gdyby nie wojna, miał przejść do Pogoni Lwów…”. Niestety, te
      nazwy nic mi nie mówiły. A zdjęcie… Boże! Jacyś mężczyźni ze
      śmiesznymi fryzurami, włosy pod górę jak Adolf Dymsza. Wszyscy w
      koszulkach gimnastycznych jakby mieli lekcję wf. Zamiast orła na
      piersiach znaczek „p”. — To jest piłkarz? Patrzcie! — krzyczałem w
      duszy. — Tak się prezentuje prawdziwy piłkarz. Jerzy Gorgoń — „biała
      góra” — jak mówili o nim z podziwem na świecie. 192 cm wzrostu,
      włosy blond do ramion.
      No dobrze, pozwoliłem im się cieszyć. Tego dnia byłem gotów ojcu
      wszystko w duszy przebaczyć. „Zabrał mnie na mecz, czego nigdy nie
      robił. Resztę jutro sobie odbiję w gronie kolegów”.
      Tak też się stało. Pobiegłem do szkoły pół godziny wcześniej.
      Odtwarzaliśmy spotkanie minuta po minucie. Tuż przed dzwonkiem
      błyskawiczna decyzja i w silnej grupie uciekliśmy do kolegi na ranną
      powtórkę meczu. Bo podstawową zasadą nauczania jest to, że wiedzę
      trzeba ugruntować."

      Jan Grzegorczyk - (ur. 12 marca 1959 roku w Poznaniu) - dziennikarz
      i pisarz, współpracownik dominikańskiego pisma "W drodze". Studiował
      polonistykę na UAM w Poznaniu. Autor książek o duchowości i wierze,
      m.in. trylogii o przypadkach księdza Grosera: "Adieu", "Trufle"
      i "Cudze Pole".

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka