angelfree
02.03.12, 17:47
Ubeckie archiwa należało spalić od razu w 1990 roku. Jak ktokolwiek może brać powaznie ubeckie fałszywki?
Siedem lat.
Siedem lat starań, żeby udowodnić, że IPN nie miał nawet pół świstka na poparcie swoich oskarżeń.
Trwające prawie siedem lat postępowanie było żmudne i momentami nieprzyjemne. Najpierw IPN odmówił Stankowi przewidzianego ustawą statusu pokrzywdzonego, później kolejne sądy odmawiały mu dostępu do akt SB. Zrozpaczony naukowiec słał kolejne listy i petycje do najwyższych władz UJ, IPN, rzecznika praw obywatelskich i Trybunału Konstytucyjnego, apelując, aby raz jeszcze rzetelnie przebadano jego sprawę. Zwłaszcza że uczelniana komisja zakończyła swe działanie bez podejmowania decyzji, zasłaniając się brakiem dokumentacji w IPN-ie. Wreszcie zmieniona ustawa lustracyjna umożliwiła Stankowi wystąpienie o tzw. autolustrację.
"- Cóż, pomyliliśmy się. Zdarza się. Przykro nam - komentują w nieoficjalnych rozmowach pracownicy Instytutu."
No i jeszcze stwierdzenie osoby, która informacje upubliczniła, też bardzo znamienne: Jak jest walka, to są ofiary. Żyjemy w czasach, gdzie każdy nad każdym się rozczula. Widziałam o niebo większe dramaty niż zobaczenie swojego nazwiska na jakiejś liście. Dobrze, że prof. Stanek się z tego wywinął, ale - jak to się mówi - gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą.
Czy profesorowi Stankowi nie należy się jakies zadośćuczynienie?