Dodaj do ulubionych

Przygody Tonego Palika

17.09.04, 11:57
Rozpoczynamy cykl powiesciowy awaturniczo-podrozniczy o nieustrszonym Tonym
Paliku (dla czytelnikow o silnych nerwach):
Odcinek I:
W zlotym trójkacie

Tajlandia, dawniej Syjam. Wysiadam z samolotu, przechodze podwójna kontrole
celna. Tu wszystko jest podwójne. Na ulicach pelno kotów. Dwiema taksówkami
jade do centrum. Zabawnie wyglada kierowca, szczelnie zrosniety ze swoim
bratem. Samochód ma dwie kierownice. Niestety, oplata tez jest podwójna. W
hotelu zamawiam ,,dwójke", wypijam podwójna whisky i ogladam lokalne
programy telewizyjne, nadawane naraz. Wlasnie leci znana mi reklama: ,,Z
flipperów podwójna radosc!"
Wyruszam do oslawionego ,,Zlotego Trójkata" narkotykowego:
Syjam-Laos-Chaos-Birma-Burma. Z maczeta w dloni wkraczam do dzungli. Pot
zalewa mi oczy, tne maczeta na oslep. Ciach! Ped heroiny. Ciach! Galaz
morfinowca. Ciach! Chaszcz marihuany. Parno i duszno. Zar leje mi sie na
glowe. Patrze do góry: nie, to tylko malpa. Ciach! Opiumowiec. Ciach! Reka
prtzewodnika. Nie szkodzi, ma jeszcze trzy. Ciach! Cholera, juz tylko
dwie... Ciach! Cóz, szyje mial tylko jedna... przedzieram sie przez gaszcz
slomy makowej. Opary narkotyków wywoluja nie tylko wizje, ale i fonie. Gdy
zamykam oczy widze transmisje obrad naszego Sejmu. Debata budzetowa...
Koszmar! Zazywam odtrutke w postaci ,,Popularnego". Dym rozpelza sie miedzy
drzewami, stracajac z nich oszolomione weze, mrówy, jaszczurki i kosmate
samsungi. Spada tez jakis staruszek z zardzewialym karabinem..
- Tram- waj- pozdrawiam po syjamsku.
- Ma ciag- odpowiada uprzejmie. - Ty skad?
- Polska, Tony Palik- mówie.
Staruszek pada mi w ramiona. To Stach Tutrzeba, zolnierz Andersa. Po wyjsciu
z Sowietów skrecil w lewo zamiast w prawo, i zablakal sie az tutaj. Nie
tracac ducha podjal samotna walke z japonczykami. Walczy do dzis.
- Wojna skonczyla sie 60 lat temu- wyjasniam.
- Popatrz, jak ten czas leci- zdumiewa sie Stach. - a ja strzelam do tych
zóltych i strzelam ...
- To tutejsi. Trzeba bylo zapytac.
- Co sie bede wroga pytac! Wiec mówisz ze to nie Japonce?
- Nie. Syjamisci.
- A czego takie zólte jak Japonce? - nie dowierza Stach.
- Nie wiem, moze od narkotyków.
- Jakich narkotyków? Tu nie ma zadnych narkotyków!
Prowadzi mnie do swojej chatki i z duma pokazuje cale gospodarstwo.
Dostrzegam znajome kociolki, rurki, wiadra, aparature do schladzania...
- Na czym pedzisz? - Pytam.
- Na sloniach. Popatrz!
Zadzieram glowe i podziwiam czteropietrowa butle, wypelniona zóltawym
plynem. Polowe butli zajmuje dorodny slon.
- Jak go tam wepchnales? - dziwie sie.
- Sam wlazl. Ma sie te sposoby...
Ech, polska smykalka, polska zaradnosc! Zasiadamy do uroczystej kolacji:
zupa psychotropowa, pierozki z heroina, salatka z marihuany, opium na
goraco, halucynogenne grzybki w occie, a na deser- kompot.
- Buduje most na rzece Dwai- opowiada Stach. - Ciezko jest, bo ta cholera
plynie w dwóch kierunkach naraz. Wiadomo Syjam. Ale wykombinowalem: buduje
ten most nie w poprzek nurtu, a wzdluz.
Genialna polska mysl techniczna! Ulanska fantazja! Tylko my wpadlismy na
pomysl eksportowania rowerów wodnych na Sahare, sprzetu alpinistycznego do
Holandii i lodów ,,Bambino" na Antarktyde...
Ze lzami w oczach zegnamy sie tradycyjnym podwójnym syjamskim banzajem.

Koniec odcinka I.
Obserwuj wątek
    • vivern Przygody Tonego Palika - rozdzial II 17.09.04, 15:34
      Marlboro Country

      Pomiedzy Nevada a Kanada rozposciera sie slynna kraina papierosów Marlboro-
      Marlboro Country, jak mawiaja z amerykanska tutejsi Nevadzianie i
      Oklahomczycy. Zapuszczam sie w glab Gór Skalistych i Skal Górzystych, by po
      kilku dniach wedrówki stanac w sercu królestwa papierosów. Prerie po sam
      horyzont pokrywaja rozlegle plantacje tytoniu, filtrów i ustników.
      Kraina wladaja trzej bracia: Marl, Carl i Girl. To wlasnie ich widujemy na
      reklamach. Z konmi w cuglach i papierosami w zebach przemierzaja swoje
      wlosci, zachwalajac surowe piekno Marlboro Country. Twarde i harde twarze,
      pobruzdzone przez zar, wichry i spiekote wyrazaja meska stanowczosc,. Bracia
      bezustannie pala. Mieszkaja samotnie na rancho. Zadna kobieta nie
      wytrzymalaby towarzystwa tych mezczyzn: sa zbyt napaleni.
      - Skad higway prowadzi? -pyta Marl, najstarszy.
      - Z Polandu- informuje.
      - Toz ty nasz!- radosny smiech, poklepywanie po ramieniu i najczystrza
      polszczyzna. - My z pod Malborka! Zapal se chlopie!
      Jedziemy na rancho.
      -dwiescie tysiecy akrów pastwisk- mówi Carl. Hodujemy trzy stada mlodych
      papierosów po siedem milionów sztuk kazde. Kupa roboty. Trzeba oznakowac,
      policzyc, trzy razy dziennie nakarmic nikotyna, pognac na sped, zagonic do
      pudelek...
      - Dajecie sobie rade we trzech?
      - Musimy- wzdycha Girl. -Do niedawna bylo nas czterech, ale Harl juz nie
      zyje... Przeniósl sie do krainy Zmarlboro...
      Nad preria snuja sie kleby blekitnego dymu.
      -jutro pokazemy ci wylegarnie papierosów- obiecuje Marl. - A teraz na obiad!
      Zasiadamy do zwyklego posilku hodowców Marlboro: zupa ustnikowa, zapiekanka
      z papierosów w sosie bibulkowym, filtry w cukrze, ciasto z popiolu i nalewka
      na petach.
      - Niezle wam sie zyje- stwierdzam po kolejnym kieliszku. -Forsa, góry,
      preria...
      - Stary, nie pierdol glupot- macha reka girl.- same klopoty! Masa
      problemów...
      - Palacych- wtraca Marl.
      - Straszna harówa. Dogladanie stada to setki mil w siodle, szukanie
      zablakanych sztuk, lapanie ich na lasso... próbowales kiedys zlapac
      papierosa na lasso? Zwlaszcza takiego dzikiego, w pelnym galopie? Brak nam
      ludzi.
      - Nie pala sie do tej roboty- przytakuje Carl.
      - Tyramy od switu do nocy. Zadnego odpoczynku, zadnych rozrywek... Ale na
      swoim robimy, na wlasnym! Tymi recami, z sercem!
      - Z zapalem!- dodaja chórem pozostali bracia.
      Ech, nasi, nasi... twardy jest nasz naród jak ,,Popularne".
      Wyciagam paczke tychze.
      - Co to jest?- krztusi sie Carl. Naboje do Colta? Suszony skunks?
      Spod sufitu spadaja na nas oszolomione muchy i osy.
      - Na Florydzie od tego dymu spadly dwa helikoptery- mówie nie bez dumy. A w
      Denver Boeing.
      Na stól wjezdza druga butelka nalewki. Bracia patrza na siebie.
      - To jest pomysl na buisness- planuje Marl. - Druga kraina... w Polsce...
      Tez nasza ale zupelnie inna... Dziurawe jezdnie, obdrapane bloki, szare i
      brudne przystanki tramwajowe, zmeczony tlum, bieda, smutek, pijani
      mezczyzni, zaniedbane kobiety... popularne Country... Wiem ze teraz w kraju
      jest zupelnie inaczej, ale przeciez mozna wymyslic taka kraine...
      Nieprawdziwa, nieistniejaca w rzeczywistosci...
      Czuje dziwne drapanie w gardle i lzy w oczach. Cholerne papierosy...
      CDN...

      Koniec rozdzialu II.
    • mariolka99 Re: Przygody Tonego Palika 17.09.04, 15:39
      Oniemiałam....;)
    • vivern Przygody Tonego Palika - rozdzial III 17.09.04, 16:08
      Przez bezdroza dzikiej Anatolii

      Turcja, malowniczy Stambul, bazar zwany z turecka ,,orbisem", wszedzie
      wzruszajace polskie slady: pudelko po ,,Klubowych", butelki po ,,Zytniej"...
      Zalatwiam formalnosci i ruszam landroverem przez Anatolie. Kraina dzika,
      pustynna. Wladze ostrzegaja przed Anatolijem, niekoronowanym królem tych
      pustkowi. Nie rozstaje sie z odbezpieczonym ,,Smith-Wessonem". ,,Smith" w
      prawej dloni, ,,Wesson" w lewej, landrover podskakuje na manowcach. Nocami
      widze czerwone slepia- to Szare Wilki, miejscowa organizacja terrorystyczna.
      Wilki wyja po turecku, ale nie podchodza do ogniska- ciskam w nie
      ,,Paprykarzem szczecinskim". Zabójcza bron, rano znajduje w poblizu
      obozowiska padle sztuki z wzdetymi brzuchami.
      Napastnicy dopadaja mnie nad ranem , gdy rozwiewa sie ochronna zaslona z
      dymu z ,,Popularnych". Ogorzale wasate twarze, biale zeby, lufy karabinów...
      podnosze rece do góry.
      - Ya Allah il Allah bismillah Allah and Allah ibn Allah! Wykrzykuja.
      - Na wieki wieków- odpowiadam pojednawczo.
      Wprawnie przeszukuja moje bagaze. Dowódca podtyka mi pod nos puszke
      ,,Mielonki turystycznej".
      - Mina? Taka mina pepanc tank bum do Allah? - pyta z nadzieja.
      - Aha- przytakuje powaznie.
      Eskortowany przez caly oddzial jade wawozem do ukrytej kotliny. Pewnie obóz.
      Zdziwienie: kilka kamiennych domów, namioty, jakas plantacja. W powietrzu
      ostry zapach jakiejs rosliny.
      Z najwiekszego namiotu wychodzi wysoki mezczyzna w panterce. Patrzy na mnie
      podejrzliwie.
      - Tony Palik- mówie. - Polska, Walesa, Solidarnosc, Sobieski, Wolodyjowski,
      Kamieniec, Wieden!
      - Polak?- na brodatej twarzy wikwita usmiech. Oczywiscie! To rodak, Stach
      Pasterski, wyjechal z kraju po szescdziesiatym ósmym, losy rzucily go az tu.
      Moze dlatego ze pochodzi z Turku?
      - Mam nieduza plantacje pieprzu i chalwy - opowiada.- Przepraszam za
      chlopaków. Pilnuja interesu. Konkurencja tylko patrzy zeby cos podpieprzyc.
      Oprowadza mnie po plantacji. Wszedzie pieprz. Zólty, czarny, czerwony,
      zielony, mielony... Robotnicy maluja kazde ziarenko na odpowiedni kolor.
      Strasznie zmudna robota. Na uboczu leza dorodne sadzeniaki. Obok- grzadki
      chalwy.
      W namiocie czeka juz cale przyjecie- pieprz na goraco, pieprzówka i kawa
      po turecku- z odrobina pieprzu.
      Stach to perfekcjonista. O pieprzu moze opowiadac godzinami.
      - Jak sobie radzisz?- pytam.
      - Cholerny zapieprz- wzdycha. - Upieprzy sie czlowiek po lokcie, a zysk...
      Lepiej nie mówic. Co tam w Polsce? Podobno rozpieprzyliscie komunizm?
      - Tak- wychylam kieliszek pieprzówki. -Ale w gospodarce sie wszystko
      popieprzylo.
      - Tu tez- mówi Stach. -Ciagle wpieprzaja sie inspektorzy, a jak dopieprza
      podatek, to czlowiek ma ochote pieprznac to wszystko.
      - A moze wrócilbys do kraju? -pytam.
      - Pieprzenie... -Stach kreci glowa. -Tak mi sie zycie popieprzylo... Zostane
      tutaj, moze cos wycisne z tej ziemi. Teraz wzialem sie za chalwe, ale slabo
      rosnie, zwlaszcza orzechowa... Ale dam sobie rade, zobaczysz! Ja sie tam nie
      pieprze!
      Niezlomny polski charakter, wieczny polski upór! Czuje lzy w oczach. Wznosze
      toast:
      - Stachu, trzymaj sie! Pieprz im wszystkim w oko!
      - Moze kiedys przyjade do kraju - rozmarza sie Stach po pieprzówce. -
      Odpieprze sie w garnitur, przyjade...
      A jednak nostalgia. Polska choroba. Nieuleczalna. Wyjezdzaja zeby tesknic.
      Tesknia zeby wyjechac.
      Zasypiamy pod rozlozystym pieprzowcem.


      Koniec rozdzialu III
    • vivern Przygody Tonego Palika - rozdzial IV 20.09.04, 19:20
      Spotkanie w Hawanie

      Nucac ,,Kuba jak wulkan goraca, pilnuj, zeby nie przypiec se konca" zbiegam
      po trapie barkasu z Carakas na pirs portu w Hawanie. Kuba, ostatnia enklawa
      realnego socjalizmu, relikt epoki! Wszedzie portrety Fidela Castro i haslo
      ,,Socjalism o muerte!" wszystko zmilitaryzowane. Patrze na okopy, transzeje,
      schrony, bunkry zasieki, pasieki, sasieki... Na wyspie ze wzgledów
      strategicznych uprawia sie wylacznie granaty i palmy do wyrobu napalmu. Tu i
      ówdzie uwily sobie gniazda karabiny maszynowe. Kubanczycy nie rozstaja sie z
      mundurem, bronia amunicja, noktowizorem, spadochronem, lopatka, maska
      p-gaz., helmem, pasem glównym i majtkami przeciwpancernymi. Wsiadam do
      taksówki.
      - Do centro tego ciudadu- mówie.
      - Centro o muerte!- wykrzykuje kierowca i uruchamia stacyjke. Taksówka
      rusza, klekoczac gasienicami. Jej lufa mierzy prosto przed siebie. Radio
      nadaje piosenki wojskowe. ,,Gdy Kuba da nam rozkaz..." Mijamy malownicze
      gaje rakietowe, czolgowiska i pola minowe. Po szosie smigaja malolitrazowe
      tankietki i rowery opancerzone. Wreszcie hotel, pomalowany w barwy ochronne.
      W windzie napis: ,,Udzwig 100 kilogramów lub 100 osób". No tak, na Kubie
      panuje glód. Hotelowa restauracja serwuje jedynie trotyl w towocie i smazone
      naboje- na szczescie bez lusek. Zamawiam naboje.
      - Smacznego o muerte! - zyczy kelner
      Ide na miasto. Czym zyja kubanczycy, co mysla, co jedza? Odkad gastronomie
      zastapiono castronomia- chyba nic. Zabraklo juz nawet trzciny cukrowej. Jest
      ciemno- elektrownie nie pracuja. O maly fidel- przepraszam figiel- nie
      wpadam na roslego Murzyna. Bakam po Polsku ,,przepraszam". Murzyn rozjasnia
      sie, co doskonale widac w ciemnosciach.
      - Polak? - pyta. -O zesz ty w muerte szarpany, daj pyska!
      Stach Nedza- Kubiniec z Nowego Targu, emigrant. Osiedlil si e tu zaraz po
      kryzysie kubanskim.
      - Dlaczego jestes taki... zmurzynialy? - pytam.
      - Bo pracuje na czarno.
      - Gdzie?
      - Wynajmuje sie jako lampa. Kazda wiadomosc z kraju tak mnie elektryzuje, ze
      wystarczy wkrecic zarówke...
      - I dlugo tak mozesz?
      - To zalezy od wiadomosci. Po aferze z teczkami bylem taki naladowany, ze
      przez tydzien robilem za latarnie morska. Wyobrazasz sobie? Caly tydzien
      latac w kólko po wiezy z gola d... i swiecic! Ale wytrzymalem. Widziano mnie
      z odleglosci 600 kilometrów!
      Polska duma, polska pracowitosc!
      - Stachu, jak tu naprawde jest! - zadaje najwazniejsze pytanie.
      - Tu juz w ogóle nie jest... Bieda z nedza, atmosfera strachu i niepewnosci,
      nieudolnosc wladzy, ministrowie ignoranci, dobierani w ramach jednej siuchy,
      machlojki i afery, namolna propaganda, decie w patriotyczna dutke, wieczna
      celebra, gospodarka w ruinie... Rzadza kumple Castro, którzy kiedys walczyli
      razem z nim. Zaden sie nie nadaje ale maja zaslugi... sami lamia prawo...
      wiadomo , socjalizm! A u was? Jak tam w Polsce? Inaczej, prawda?
      Milcze.
      - Inaczej? - naciera Stach.
      - O, ptaszek leci - mówie wreszcie.

      Koniec rozdzialu IV.
    • mariolka99 Re: Przygody Tonego Palika 20.09.04, 19:36
      Słów mi brakło....;)))))))))))))
    • ohtar_alduva WOW 21.09.04, 02:20
      Kurde, nie moje forum, ale muszę docenić...:D
      Musiało to kosztować sporo roboty, albo masz taki talent...w każdym razie
      świetne...brak mi słów...tak trzymaj i oby Tony Palik miał jak najwięcej przygód...
      • vivern Re: WOW 21.09.04, 08:51
        Niestety - mimo, ze byloby sympatycznie przyjac takie pochwaly, nie moge tego
        zrobic. Przygody Tonego nie sa wytworem mojej chorej wyobrazni. ;P
    • vivern Przygody Tonego Palika - informacja od wydawcy 21.09.04, 09:53
      Aby polozyc kres nizezasluzonym pochwalom i kopniakom (oraz opiniom typu dwa w
      jednym) redakcja spieszy poinformaowac, ze Tforca tego cyklu jest:

      gylu

      FYI: Wydział Realizacji Dochodów, Tarnobrzeg
    • vivern Przygody Tonego Palika - rozdzial V 21.09.04, 19:16
      Higway to cos wiecej niz zwyczajna autostrada: dwadziescia trzy pasma,
      osiemnascie zakresów, dziesiec kanalów... Pruje przez USA potezna
      ciezarówka- truckiem, jak mawiaja tubylcy. Truck zasuwa osiemdziesiatka,
      wiatr gwizdze w uszach, za oknami bezkresne równiny i ogromne amerykanskie
      niebo. Taka jest Ameryka: bezkres i ogrom. Inny kontynent, inna skala, inne
      miary: mila to tysiac osiemset metrów, godzina ma osiemdziesiat szesc minut,
      pól metra- trzy litry.
      Wiezie mnie Stach - Stanley, rodowity Amerykanin spod Zgierza.
      - Jezdze na trucku od szescdziesiatego ósmego- mówi z duma. - W Polsce
      wozilem cement Starem 24, ale to nie to samo...
      - Dlaczego ciezarówka nazywa sie ,,truck"?- pytam.
      - Bo nasz zwiazek zawodowy opanowany jest przez truckistów. Popatrz w prawo:
      widzisz? Wielki Kanion Kolorado!
      Zerkam na wielki cud natury. Niezla szpara.
      - Znam te wszystkie hajleje na pamiec- chwali sie Stach.- w Stanach drogi
      dziela sie tylko na dwie kategorie: dobre i kiepskie. ,,Hajleje" to te
      dobre.
      - A jak sie nazywaja pozostale?
      - Och, ,,hujleje"
      No jasne, moglem sie sam domyslec.
      Zatrzymujemy sie na hot-doga. W Ameryce wszyscy jadaja hot-dogi albo
      hamburgery. Bogatsi Amerykanie maja bardziej urozmaicony jadlospis:
      hot-burgery i hamdogi.
      - A to Denver- Stach pokazuje miasto po prawej stronie.
      Wystawiam glowe. Moze zobacze Alexis.
      - Wiesz czemu wyrolowala Blake´a? Bo ma wiecej forsy. Co miesiac dostaje
      przekazem rente starcza z ZUS-u.
      - No tak - licze w pamieci. -ma dobrze po siedemdziesiatce. Ale swietnie sie
      trzyma. Nasza?
      - Pewnie. Jest starsza siostra Cwiklinskiej.
      Truck pozera mile. Dolly Parton miauczy w rytmie country o sercu, które jest
      jak automatyczna skrzynia biegów, Stach zuje gume, a ja chlone ten wielki
      wspanialy kraj.
      Dallas... Instynktownie chowam sie pod fotel i zamykam oczy. Uff,
      przejechalismy.
      Syracuse i Chittaway. Skad znam te miesciny? Patrze na oble ksztalty
      okolicznych gór, przypominajace... no tak, Maryla Rodowicz i jej piosenka.
      Little Rock. To tu general Claxon pokonal wodza Spienionego Skunksa. A moze
      odwrotnie. Po bitwie zolnierze wyskubali Indianom wszystkie pióra...
      Houston. Osrodek lotów kosmicznych NASA
      - Zima wasa, wiosna nasa- recytuje odruchowo.
      - Cyja?- dziwi sie Stach.
      - Zatesknilem za Polska- wyjasniam i nagle czuje scisk w krtani. - Tyle
      miesiecy poza domem... A czynsz nie zaplacony.
      - A ja? - szepcze Stach i w tej sekundzie peka cos, co wzbieralo w biedaku
      przez dwadziescia pare lat. Puszcza kierownice i rzuca mi sie na szyje.
      Placzemy obaj. Truck z przyzwyczajenia jedzie prosto przed siebie, miazdzac
      kolami placzace sie po higwayu cadillaki i fordy.
      - Ja bym sie nawet goly w Nerze wykapal- szlocha Stach. - Przez Baluty o
      pierwszej w nocy bym przeszedl... Opowiedz, co u nas!
      Opowiadam do samej Florydy. Nawet nie zauwazam kiedy mijamy Tampe - swiatowe
      centrum produkcji slawetnych tampaxów.
      Ponosi nas wyobraznia. Oto wjezdzamy do zielonej krainy, pelnej lak, lasów
      i kwiatów... otaczaja nas rozesmiane tlumy ludzi cieszacych sie wolnoscia i
      demokracja. Na tle blekitu jasnieja wysokie wieze strzelistych budowli...
      Sen na jawie?
      - Patrz, Polska!- mówie z niedowierzaniem.
      Stach kreci glowa.
      - Nie. To Disneyland

      Koniec rozdzialu V.
    • vivern Przygody Tonego Palika - rozdzial VI 23.09.04, 12:54
      El Palantes
      Rozpalony do bialosci blekit oceanu. Z drugiej strony pustynia i
      najslynniejsze góry Meksyku: Sierra Madre, Sierra Padre, Sierra Kovska... I
      zupelnie osierrocona wioska rybacka na pustkowiu. Typowe pueblo: dom
      puebliczny, posterunek policji, poczta, punkt skupu barrakud i bar, w którym
      wlasnie siedze. Meksykanie przygladaja mi sie spod sombrer. Wbrew utartej
      opinii sombrera wcale nie chronia przed sloncem, ale przed kondorami. Kondor
      to nie wróbel: jak pacnie z góry guanem, moze zabic. Zwala od razu kilo, a
      cela ma wyjatkowego.
      Popijam tequille w towarzystwie rodaka, Stacha Ramirezowskiego, znanego w
      wiosce jako ,,El Levativator". Stach jest lekarzem, ma w poblizu hacjende,
      gdzie przyjmuje pacjentów, czyli tzw. pacjende.
      - Na co tu ludzie choruja?- pytam.
      - Najczesciej na mendoze. Ale podstawowy problem to kult meskosci, ,,macho",
      i zwiazany z tym przerost ambicji politycznych. Kazdy meksykanin musi zrobic
      rewolucje. Z braku dziewuch obalaja rzad. Srednio piec razy w tygodniu.
      Widzisz tamtego dragala? To Sanchez. Cieszy sie bo dostal wczoraj przydzial
      na rewolucje. Moze obalic rzad 18 pazdziernika 2009 roku o 16- tej.
      Do rozmowy przylaczaja sie przygodni sluchacze. Z racji zamilowania do
      ,,macho" wykazuja dobra znajomosc spraw polskich: znaja filmy Machulskiego,
      ksiazki Machejka... Duza popularnoscia ciesza sie nasi aktorzy Zamachowski i
      Machalica. Chetnie pala ,,Popularne"ze wzgledu na zawarta w nich machorke.
      Stach pochodzi z Machowa...
      - Opowiedz o Polsce- prosi cicho.
      - No cóz- zaczynam. - Premierem byla kobieta...
      - Wiemy!- wykrzykuja entuzjastycznie Meksykanie. - La Suchotta! O le! Palce
      lizac!
      - A pierwszym prezydentem byl Walesa...
      - Znamy, znamy- podchwytuje chór meskich glosów. - Speedy Wasales...
      - Mamy tez Sejm i Senat- kontynuuje. - Parlamento. Rozumiecie? Chaosierra,
      zameto, demozakratyzacja!
      - To tak jak u nas - ciesza sie rybacy. My swoich nazywamy ,,El Palantes". A
      wy.
      Milcze oglednie. Patrze na barmanke. To slynna Chiquita, znana z
      telewizyjnej reklamy bananów. Juz nie pracuje w reklamie: byla za ladna.
      Banany prostowaly sie na jej widok, co znacznie obnizalo wartosc handlowa
      owocu.
      ,,Macho", carramba ich mac.
      Stach proponuje odwiedziny u proboszcza, tez Polaka. Niestety drzwi sa
      zamkniete.
      - No tak- kiwa glowa Stach. - Znowu tepi grzechotniki.
      - Dlaczego?
      - Nazwa! Ojciec Tobiasz przerabia grzechotniki na cnotniki.
      Slonce zachodzi nad zatoka. Rybacy krzataja sie przy lodziach. O zmroku
      wyplyna na polów.
      - Pozdrów kraj - szepce Stach. - Mimo wszystko.
      - Tesknisz?
      - Tak... Wiesz, nauczylem tych Meksykanów polskiej piosenki. Spiewaja to co
      wieczór przed wyplynieciem. Posluchaj...
      Mam lzy w oczach.
      Z rybackiej lodzi dobiega glosny i melodyjny spiew:
      ,,- Na barrakudy, ludu roboczy..."

      Koniec rozdzialu VI.
    • vivern Przygody Tonego Palika - rozdzial VII 24.09.04, 09:11
      Na dachu Swiata

      Nepal! Ze wszystkich stron napieraja olbrzymie Himalaje, kazdy Himalaj, jak
      góra, zaslaniaja widok na Tybet. Licze najwyzsze szczyty: Annapurna,
      Annadymna... Rzeczywiscie, skaly przypominaja niektóre atrakcyjne fragmenty
      naszej popularnej aktorki. Ach, te polskie slady...
      Rozgladam sie po Katmandu, stolicy Nepalu. Nie wiem, kim byl ów Mandu, ale
      profesje mial obrzydliwa. Ze wzgledu na bliskosc gór ulice biegna tu
      pionowo, zamiast tramwajów kursuja tu windy. Wokól mnie mrowi sie miejscowa
      ludnosc- Szerpowie i Szerpentyny w pieknych strojach ludowych. Nad
      parlamentem powiewa flaga z szerpem i mlotem- swiadectwo zaleznosci od
      komunistycznych Chin. Chinskim akcentem sa tez liczne pagody- tak liczne ze
      radio codziennie podaje prognoze pagody, zas w ksiegarniach króluje ,,Pagoda
      dla bogaczy", pisana alfabetem nepalskim- pionowo, z prawej do lewej, tylem
      do przodu i do góry nogami.
      Chce mi sie palic, ale jak wskazuje sama nazwa kraju, palenie jest surowo
      zabronione. Podobno po wizycie kilku polskich wycieczek Dalaj Lama mial
      zamiar zmienic te nazwe na ,,Nepij", ale wniosek nie przeszedl, podobnie jak
      koncepcja przemianowania Katmandu na Buddapeszt ze wzgledu na licznych tu
      wyznawców Buddy. Wyznawcy ci mieszkaja w charakterystycznych drewnianych
      buddach. Urocze buddownictwo.
      Wyruszam w Himalaje na spotkanie z yeti. Juz po godzinie natykam sie na
      duza, kosmata istote. Wyciagam na przynete puszke ,,Mielonki Turystycznej".
      Istota zrywa z glowy uszanke i pada mi w ramiona. Polak! Stach Murowaniec z
      Zakopanego, wyjechal z kraju po szescdziesiatym ósmym z wycieczka, odlaczyl
      sie od grypy i calymi latami bladzil po Himalaju, zostawiajac na sniegu
      glebokie odciski swoich tatrzanek. Utrzymuje sie z pedzenia montewerestówki
      i zetycy z jaczych bobków, pisuje artykuly do himalajskiej ,,Trybuny Lodu",
      a takze pomaga alpinistom.
      - Patrze kiedys, a tu trzech ciagnie na linie czwartego- opowiada
      Stach. -Meczyly sie chlopaki, bo to pod góre, wiec odcialem tego czwartego.
      Od razu im ulzylo.
      Zlote polskie serce! Pijemy montewerestówke, zakaszamy soplami na goraco. Z
      legowiska w kacie obok wylazi jakies ogromne kudlate bydle, lize mnie po
      twarzy i macha przyjaznie ogonem.
      - Owczarek tybetanski? - zgaduje.
      - Gdzie tam! - obrusza sie Stach. - To moja Marys. Fajna z niej yecica.
      Marys przynies oscypke!
      - A ten ogon? - pytam.
      - Ogon? O cholera! Popatrz, nie zauwazylem... Trudno. Ech, zeby tak toto
      jeszcze gotowac umialo...
      - Wghrrrr... - ripostuje Marys.
      - A swoja droga to dziwne- zamysla sie Stach. - Mamy ze soba trójke
      dzieci...
      Nepal, kraina prawdziwych cudów... Z Himalajów co chwila schodza lawiny.
      - Odprowadze cie- mówi Stach. - O siódmej cztery masz pospieszna lawine do
      samego Katmandu. Strzemiennego!
      Marys zegna mnie serdecznym lewym szerpowym. Wskakuje na lawine i zjezdzam z
      dachu swiata. Na poludnie, ku tajemniczym Indiom!

      Koniec rozdzialu VII.
    • vivern Przygody Tonego Palika - rozdzial dla doroslych 24.09.04, 11:16
      Amok
      Upalny tropik i tropikalny upal. Nie wiadomo co gorsze. Siedze na
      przewiewnej werandzie i opycham sie orzezwiajacymi owocami o sprosnie
      gruszkowatym ksztalcie. Jestem na Wyspach Wietrznych w goscinie u Stacha
      Wisniowieckiego, naszego rodaka. Wyjechal z kraju po szescdziesiatym ósmym
      odrzuceniu podania o paszport. Ma tu plantacje owych egzotycznych owoców, a
      w chwilach wolnych od owocobrania pisuje ksiazki. Wlasnie wydal powiesc o
      zyciu tutejszych wyspiarzy: ,,Stad do wietrznosci". Przegladam tomik,
      wydrukowany na lisciach fikusa. Gustowna rzecz. Siegam po nastepna gruche.
      - Tony, zostaw to! -slysze przerazony glos Stacha.
      - Dlaczego?
      - Sa niebezpieczne! To avocado. Wzmagaja poped plciowy. Po zjedzeniu jednej
      gruszki mezczyzna jest w stanie... no, tego.. do dziewieciu razy, po dwóch
      moze to robic non stop przez czterdziesci osiem godzin, a po pieciu dostaje
      amoku! Ile ich zjadles?
      - Poczekaj... mysle glosno - Cholera? Dokladnie dwadziescia siedem.
      Ostatniej nie licze, bo tylko ja nadgryzlem.
      Stach blednie i z jekiem osuwa sie na wyplatany fotel.
      - W amoku czlowiekowi czlonki staja deba, a potem pedzi przed siebie na
      oslep z piana- miedzy innymi- na ustach, atakujac seksualnie wszystko na
      swej drodze. Droge zreszta tez... Pewien tubylec przebil z rozpedu gruby na
      dwa metry mur palacu miejscowego sultana, po czym wyeksploatowal stuosobowy
      harem, dwunastu eunuchów, sultana, rynne, jeszcze raz sultana, dywan 3,5 na
      5 metrów, znowu sultana i budke wartownicza przy wejsciu. Inny zgwalcil
      zbiornikowiec w porcie. Podniecily go otwarte ladownie, a zjadl tylko siedem
      gruszek... Tutaj slowo gruchac ma naprawde straszliwe znaczenie!
      - Stachu, a ty? Wpadles kiedys w taki amok?
      - Tylko raz. Trwal siedem minut, potem mnie obezwladnili. Zdazylem
      przeleciec póltora kilometra i dziewietnascie tubylek. Efekty? Lepiej nie
      pytaj! Szesnascioro dzieci, cztery zameczone pawianice, uszkodzona fasada
      poczty oraz kompletnie pokiereszowana ciezarówka. Diesel. Miala takie
      sliczne opony...
      Czuje ze cos sie zaczyna ze mna dziac. Dzinsy trzeszcza w szwach. Z pewnym
      zazenowaniem dotykam nogawki. Lewa noga jest dwa razy grubsza niz prawa. I
      dluzsza... Dyskretnie zagladam pod stól. O NIE!!! TO NIEMOZLIWE!!!
      - Stachu, nie ma jakiejs odtrutki? - pytam zrozpaczony.
      - Jedyny ratunek to elektryczna dojarka, ale sie zepsula- mówi Stach i
      przezornie kuca za balustrada werandy. Potem ostrzega po wietrzansku
      robotników na plantacji:
      - Choduuu! Grucha rucha!
      Robotnicy pierzchaja za drzewa.
      Wstaje. Z lubiezna przyjemnoscia patrze na pobliski wulkan. Ale dziura!
      Musze do niej dotrzec. Przez otepialy mózg przelatuje obrazy o zdecydowanej
      seksualnie wymowie: powitanie Brezniewa na lotnisku, spust surówki w Hucie
      katowice...
      Miedzy palmami pojawia sie kobieta. Przyspieszam... Huk, mlasniecie i
      ciemnosc. Przytomnieje w szpitalu.
      - Niech pan lezy spokojnie - mówi lekarz. Jest pan strasznie wycienczony.
      - Ile kobiet poszkodowalem?- pytam szeptem.
      - To pana poszkodowano... A kobieta byla tylko jedna. Ta pierwsza.
      Jestem troche rozczarowany.
      - Co jej zrobilem?
      - Nic. To ona zrobila panu.
      - Jakim cudem?
      - No cóz... Zjadla przedtem o trzy gruszki wiecej...

      Koniec rozdzialu dla dorosluch...
    • vivern Przygody Tonego Palika - rozdzial VIII 28.09.04, 18:35
      W szoku po soku

      Pólnocne Borneo. Wszedzie dzungla porosnieta puszcza. Przedzieram sie do
      wioski lowców glów. To dzikie, prymitywne, barbarzynskie, krwiozercze,
      krwiopijcze i krwiodawcze plemie lapie wedrowców za glowy i zmniejsza je.
      Moim przewodnikiem jest Stach Glowczyk, Polak. Wyemigrowal po
      szescdziesiatym ósmym powtórzeniu w telewizji serialu ,,Czterej pancerni i
      pies".
      - Dlaczego osiedliles sie akurat tutaj? - pytam.
      - Przez Szekspira. Widzialem kiedys jego sztuke ,,Borneo i Julia" i
      natychmiast zakochalem sie w Borneo.
      - Romeo- poprawiam.
      - Co ty powiesz?- zdumiewa sie Stach. - Cholera, w teatrze bylo ciemno,
      widocznie niedokladnie przeczytalem tytul...
      Zblizamy sie do wioski: na palmie wisi ogloszenie o naborze do zasadniczej
      szkoly szamanskiej i zapisy na zaoczne kursy tamtamistyczne.
      - Musisz bardzo uwazac- szepce Stach. -W zadnym wypadku nie uzywaj slowa
      ,,glowa". To tabu.
      Po chwili otaczaja nas tubylcy, pomalowani w jaskrawe pasy. Trzymaja w
      dloniach smiercionosne dmuchawki.
      - Jak sie tym poluje?- zadaje pierwsze reporterskie pytanie.
      - Kurara w rura i ura zza mura na kangura- wyjasnia rosly wojownik.
      W wiosce czeka na nas uczta. Na lisciu bananowca dymi glowizna. Pijemy sok
      z orangutana.
      - Tony palik, Poland, Walensa, Solidarity- mówie na migi do wodza.
      - Wiem, znam- odpowiada. Co nowego w Poland?
      - E - macham reka. - wszystko stoi na... hm, na wlosach.
      - A Rosjanie?
      - Chwilowo mamy ich z... no, z pleców.
      - A jak sobie radzicie?
      - No cóz, zeby zarobic, trzeba mocno ruszac... ramionami. A ceny takie ze
      ... noga mala!
      Jakze monotematyczne sa te polskie idiomy! Dopiero po czwartym wiaderku
      soku z orangutana nabieram odwagi i ide na calosc.
      - Czy zmniejszacie cos jeszcze oprócz glów?
      - A co masz za duze?- ozywia sie wódz.
      - Ja tylko tak... Mialem na mysli... na przyklad inflacje.
      - Pokaz.
      - To nie do pokazywania... A w ogóle to po co to robicie?
      - Miniaturyzacja ma swoje dobre strony- odpowiada wódz wymijajaco. -
      Mniejszy kac, mniej lupiezu, oszczednosc na szamponie... A jak to robimy...
      popytaj w Poland.
      - Czemu?
      - Ciagle przyjezdzaja do nas wasze delegacje. Glównie rzad, Sejm, Senat. Znamy
      ich prawie wszystkich.
      - Po co przyjezdzaja? Zmniejszac glowy?
      - Nie. Powiekszac... Ostatnio byl posel...
      Pada nazwisko. Ja tez padam. Ten sok z orangutana ma swoje gradusy.

      Koniec rozdzialu VIII.
    • mariolka99 Re: Przygody Tonego Palika 28.09.04, 23:47
      Proponuję luksusowe wydanie książkowe, złotymi zgłoskami pisane...
    • vivern Przygody Tonego Palika - rozdzial IX 29.09.04, 10:36
      AMAZONKI!
      Brazylia, karnawal w Rio! Jestem w miescie przejazdem, wybieram sie do
      Amazonii, ale nie moge przeciez opuscic tego stubarwnego widowiska! Na
      ulicach tlumy przebieranców. Tancza rumbe, sambe i plombe, pija rum, a potem
      wala sie po ryjach, stad zreszta nazwa karnawalu. Do ulubionych zabaw nalezy
      sciaganie masek nieznajomym, zwlaszcza kobietom. Jesli akurat nie maja
      masek, sciaga sie im inne czesci garderoby. Rozochocony, podbiegam do
      jakiegos mezczyzny i szarpie go za maske.
      - Ty, odwal sie od mojej twarzy!- slysze nagle ukochana mowe ojczysta.
      Oczywiscie. Stach Balcer, Polak, wyjechal z kraju bardzo dawno temu,
      uciekajac przed narzeczona. Maryska Konopnicka. Jest wlascicielem zakladu
      robienia rowków w kawie.
      - Kazde ziarenko musi miec rowek- mówi. - Wiesz, ile to roboty? Zatrudniam
      dwiescie osób!
      - A po co te rowki?- pytam.
      Stach zastanawia sie intensywnie.
      - Nie mam pojecia- mówi. - O zesz kurytyba jego mac, trzeba mi bylo kogos
      zapytac po przyjezdzie! Ale mi zabiles klina!
      Zostawiam go z tym klinem i o swicie wkraczam do dzungli amazonskiej. Ciemno
      tu i niebezpiecznie jak w lódzkim parku po dwudziestej. Podziwiam bogactwo
      roslinnosci: wszedzie palmy i egzotyczne krzewy. Widzialem takie w
      kwiaciarniach po trzysta za doniczke. Ide wzdluz Amazonki. Rzeka jak rzeka.
      Roi sie od piranii. Pirania wyglada jak skrzyzowanie karasia z wilczurem.
      Pierwsze spotkanie z Indianami. Dziela sie na odkrytych, czesciowo
      odkrytych i zupelnie zakrytych. Zywie cicha nadzieje, ze natrafie na slynne
      Amazonki. I ze beda odkryte... Choc troche...
      Sa! Otaczaja mnie o swicie. Tak, to one! Pólnagie, póldzikie, wymachuja
      palami. Odpowiadam tym samym- moze to powitanie?
      Zgadlem! Uff, znajomosc zawarta. Zapoznaje sie z obyczajami tych
      wojowniczych kobiet. Sa znakomitymi jezdzcami- przekonuje sie o tym juz po
      kwadransie.
      Zwiedzam wioske. Moja uwage przykuwa arsenal dmuchawek do strzelania
      zatrutymi strzalami. Duza szybkostrzelnosc, w magazynku miesci sie
      dwadziescia strzal z kurara.
      - Niezle rury- mówie.
      - Ty jak chciec, to sobie dmuchnac pare razy- proponuje kacyczka(?).
      Oczywiscie korzystam z okazji. Amazonki sa bardzo zadowolone. Ja tez. Przy
      okazji wypytuje o pochodzenie nazwy Amazonki. Okazuje sie, ze gdy Kolumb
      natknal sie tu na tubylki, ich pierwszym pytaniem bylo: ,,Pan Kolumb. A
      malzonka?" no i tak zostalo.
      Nazajutrz wyruszam dalej. Po przebyciu kilku kilometrów wpadam w rece
      plemienia Amazonków- kobiet plci meskiej.

      Koniec rozdzialu IX.
    • vivern Przygody Tonego Palika - rozdzial X 29.09.04, 20:40
      Howgh!
      USA, stan Nowy Meksyk. Nadchodzi slynne indianskie lato: z kaktusów
      opadaja pierwsze pozólkle kolce, na polach zloci sie dojrzala guma do zucia, a
      zapobiegliwi mieszkancy westernowych miasteczek kopcuja na zime zebrana
      Coca Cole.
      - Obrodzila latos, co? - pytam szeryfa.
      Szeryf kiwa glowa i poprawia dyndajacego ponizej pasa colta. Wszyscy
      mezczyzni nosza tu kolty, a kobiety- dekolty. Bardzo kolturali ludzie.
      Sprowadzam rozmowe na Apaczów. Chce odwiedzic ich wioske i poznac zwyczaje
      tego dumnego plemienia.
      - Zwyczaj to oni maja jeden- mówi flegmatycznie szeryf. Skalpuja,
      sukinkoty. Chociaz nie kazdego. Dwa lata temu byl u nich twój rodak. Jemu
      darowali. Polski slad!
      - Jak sie nazywal?
      Szeryf marszczy brwi.
      - Andrew Drawitch.
      Pokrzepiony ta wiadomoscia ruszam na spotkanie przygody. Sto osiem mil
      prosto na pólnoc, a za starym skunksem skrecic w lewo... Kilka noclegów
      przy ognisku, tradycyjne traperskie pozywienie- kawa, fasola, boczek- i lektura
      ,,Winnetou" Karola Maya. Bardzo przydatna ksiazka, zwlaszcza po kawie,
      fasoli i boczku... Zostawiam za soba sto osiem mil wydartych kartek...
      Sa! Otaczaja mnie rosli wojownicy z mnóstwem pierza we wlosach. To oni,
      wymarzeni bohaterowie dziecinstwa, szlachetni Czerwonoskórzy, potomkowie
      walecznego Inczuczuny!
      Szybko zagladam do resztek powiesci Maya. Jaki jest rytual powitalny? Aha:
      powiedziec ,,Howgh", dotknac lewa dlonia prawego policzka, zadrzec prawa
      noge i zrobic zeza.
      Apacze gapia sie na mnie ze zdumieniem.
      No tak, zapomnialem przykucnac.
      Najstarszy Indianin siega po skalpel...
      - Ty, co sie gibasz? -slysze nagle czysta polszczyzne.
      Stach Szczepaniak, polski dziennikarz, wyjechal z kraju po szescdziesiatym
      ósmym artykule o braku sznurka do snopowiazalek, bo mu ten temat obrzydl...
      Osiedlil sie wsród Apaczów, z czasem awansowal na szczepowego, dorobil sie
      wlasnego wigwamu i mustanga, w koncu wszedl do Rady Szczepu...
      - Kieruje Wigwamem Spraw Zagranicznych- chwali sie. -Mamy tu swoje
      problemy. Kiedy upadl rezim wodza Bzykajacego Kojota, otworzylismy archiwum i
      przejrzelismy dane personalne calego szczepu. Nie uwierzysz: polowa
      Apaczów wspólpracowala z Komanczami!
      - No i co?
      - Nic. Okazalo sie, ze polowa Komanczów wspólpracowala z nami.
      Popadam w zadume.
      - Wszedzie to samo- stwierdzam. - W Polsce tez...
      - Tez wspólpracowaliscie z Komanczami?!- baranieje Stach.
      - Ech, Stachu, Stachu... - wzdycham.
      - Po demokreatyzacji zmienilem wszystkim imiona- ozywia sie mój nowy
      przyjaciel. -Zadnych Siedzacyh Byków, Zóltych Orlów i Kwiatków Prerii!
      Wprowadzilem tu nasze imiona, polskie... Wykorzystalem Tytuly Czasopism...
      Wiesz nostalgia... Widzisz tamtego? To Glos Poranny. Ci trzej to Express
      Ilustrowany, Kurier Codzienny i Oftalmolog Polski. Hej, Tygodniku
      Solidarnosc!- wola krecacego sie w poblizu Indianina. -Powiedz Trybunie
      Ludu, zeby usmazyla dla goscia pare mokasynów. A Gazeta Wyborcza niech
      przyniesie wody ognistej...
      Kompletnie ocipialy zasypiam na wzorzystej derce. Nie sam... Byc moze
      kiedys to opisze.
      Howgh!

      Dzis przepis kulinarny, Indianska zapiekanka z Nowego Meksyku, tzw.
      ,,Wojenna sciezka Winetou"
      ,,Czkawka tomahawka" (przysmak Apaczów)
      Skladniki: kilka kiszonych kaktusów, szesc jaj kondorzych, mielony
      grzechotnik, swieza preria (do 20 dag), szczypta wigwamu oraz bizonie
      podogonie. Wszystko zmiksowac, ubic, ukrecic, wygniesc i zasmazyc w
      piekarniku. Po wylozeniu na pólmisek ozdobic skalpami blondynów, umytymi
      uprzednio w szamponie, mozna pochlapac z wierzchu ketchupem. Smacznego

      Koniec rozdzialu X.
    • vivern Przygody Tonego Palika - rozdzial XI 03.10.04, 21:26
      Trójkat Bermudzki

      Z pokladu jachtu obserwuje morze. Kojarzy mi sie z Sejmem- tyle
      spienionych balwanów... Ech, nostalgia! Z przygodnie spotkanym rodakiem, Stachem
      (prosil o nie ujawnianie nazwiska, bo ma takie idiotyczne malpie- Pawianiec)
      plyne do slawnego Trójkata Bermudzkiego. Stach opowiada o nieprawdopodobnych
      zdarzeniach, jakie mialy tam miejsce: nagle znikniecia statków i samolotów,
      ludzie ginacy bez sladu...
      - W Lodzi tez jest cos takiego - mówie. - Tak zwany Trójkat Balucki. Gina
      samochody, motory, rowery... Nawet w bialy dzien!
      Stach byl juz w Trójkacie.
      - Stary!- relacjonuje z przejeciem. - Pilismy tu sobie z kumplem, a potem-
      bach! Ciemnosc. Zanik swiadomosci. Oprzytomnialem po trzech dniach. Dziura
      czasoprzestrzenna, czy co?
      Rozmawiamy o przemianach w kraju.
      - Znikneli gdzies komunisci- uswiadamiam Stacha. - I ormowcy. Zniknela
      partia...
      Stach lapie mnie za reke.
      - Popatrz ! Tam!
      Powierzchnia morza zaczyna sie burzyc. Ogarnia mnie groza. Spod wody powoli
      wylania sie obly ksztalt.
      - UFO- szepce Stach. - Kosmici...
      Bledne. Z pojazdu wylaza dziwne stwory.
      - E, bratcy! - slysze. - Kupitie podwodnuju lodku? Atomnaja, nowienkaja,
      charoszenkaja...
      Co za ulga!
      - Niet, spasibo!, - wolam.
      - A rakietku baliticzieskoju? Z bojegolowkoj! Niet? Zalko.
      Plyniemy dalej. Nic sie nie dzieje.
      - My na pewno nie znikniemy- rozmysla sie Stach. - Po cholere komu tacy
      dwaj faceci jak my? Jesli wywioza nas w kosmos to jeszcze im zalozymy
      ,,Solidarnosc"...
      Jestem rozczarowany. Spodziewalem sie czegos niesamowitego, jakiejs wielkiej
      przygo

      Koniec rozdzialu XI.
    • vivern Przygody Tonego Palika - rozdzial XII 12.10.04, 20:49
      Ku Tasmanii
      Wyruszam z Samoa (45'37'' dlugosci, 87'33'' szerokosci, 0,75 pojemnosci, 45%
      zawartosci) najtanszym srodkiem lokomocji: na desce surfingowej. Tubylcy
      udzielaja mi ostatnich instrukcji: na samym dole ma byc fala, na fali deska,
      na desce ja. Dziekuje im i szybko dokonuje niezbednej korekty.
      - Fala z dala!- krzycza Samoanczycy.
      Rzeczywiscie. Zasuwa na mnie ogromniasty falus. Wskakuje - I jazda! Z
      predkoscia odrzutowca mijam tropikalne wyspy: Samoa, Samobe, Samoozkreska,
      Samozet... po kilkudziesieciu milach zaczynaja sie jednak problemy. Katem
      oka zauwazam niepokojace zjawiska: z przodu cyklon, z tylu tajfun, z lewej
      monsun, z prawej huragan, z ukosa traba powietrzna, z drugiego ukosa samsung...
      Wszystkie zachrzaniaja prosto na mnie. Chronie sie pod deska.
      Po chwili slysze takie plasniecie, ze nie wiem co! Zupelnie ogluszony znikam
      w kipieli.
      Przytomnieje na malutkiej bezludnej wysepce. Pochyla sie nade mna jakis
      zarosniety facet. To rozbitek, Polak, Stach Robisonski. Opuscil kraj w
      szescdziesiatym ósmym.
      - Emigracja? - pytam.
      - Nie, pociag.
      - Do przygody?
      - Do Wolomina. Uciekl mi sprzed nosa. Gonilem go, peron byl cholernie sliski,
      wyhamowalem dopiero tutaj.
      - I co robiles przez tyle lat na tym skrawku ziemi?
      Po policzkach Stacha splywaja skape, meskie lzy.
      - Nie oderwalem sie od kraju. Przez caly czas zylem jego sprawami. Morze czesto
      wyrzucalo butelki- niestety puste- ale w wielu byly strzepy gazet...
      - Rozumiem...
      - Przezylem to samo co wy, tylko na mniejsza skale, bo wysepka jest malenka.
      Najpierw jeczalem pod jarzmem komunki. Potem zalozylem opozycyjke i dzialalem w
      podziemiatku. Widzisz? Sam je wykopalem. Drukowalem uloteczki. Nastepnie w
      sierpniu osiemdziesiatego zorganizowalem strajczek i wywalczylem zarejestrowanie
      niazalezniutkiego zwiazeczku zawodowego. Trzynastego grudnia wprowadzilem sobie
      staniczek wojenny. Znowu konspiracyjka, internowanko...
      Wreszcie oddalem sobie wladzunie, przeprowadzilem wyborki, oglosilem
      demokracyjke i pluralizmek...
      - Jednoosobowy?
      - Tak, to bylo najtrudniejsze. Wybralem sejmik i senacik, ale kiedy przyszlo
      do glosowania- klops. Tyle tych partii... Teraz w poniedzialki i czwartki
      jestem Sojuszem, we wtorki i czwartki- Platforma, w piatki Samoobrona, w
      soboty LPR-em, a w niedziele prezydentem.. dyskutuje ze soba, klóce sie,
      polemizuje, wytykam sobie przeszlosc... Uwazaj na te palme: to komunistka.
      - Palma?
      - Pewnie! Wstretna nomenklatura. Byla tu przede mna. Zasiedziala sie,
      zakorzenila... Ja sie mecze, walcze sam ze soba, odrzucam balast
      przeszlosci, a ona spokojnie robi kokosy. Widzisz? Az dwa!
      Biedny Stach... No tak, lata w izolacji powoduja zmiany w psychice.
      Powoli wycofuje sie do morza i wlaze na swoja deske.
      - Stachu- wolam na pozegnanie z bezpiecznej odleglosci. - Powinienes wracac
      do kraju! Do ludzi, do normalnosci! Popatrz na siebie: przeciez ty tu
      zwariowales!
      Przez huk przyboju przedziera sie glos Stacha:
      - Ja? A wy nie? A wy-nie?
      Milcze.
      Mózg z przystawka

      Koniec rozdziału XII.
    • vivern Przygody Tonego Palika - rozdzial XIII 19.10.04, 18:12
      NIAGARA
      Stoje ja sobie na amerykanskiej ziemi i podziwiam wodospad Niagara. Sam nie wiem
      dlaczego, ale to nieustanne wodolejstwo kojarzy mi sie z naszym sejmem.
      Ciekawe co tam porabiaja poslowie? Kochane chlopaki, pewnie wykombinowaly jakis
      nowy projekt ustawy, a teraz dyskutuja, glosuja, wyzywaja sie...
      Bez przerwy lazi za mna przybrudzona lachmyta w wymietym prochowcu. Pali tanie
      cygaro i dziwnie przymruza oko.
      A wodospad huczy, huczy...
      Podejrzewam ze w pobliskiej Kanadzie pekla spora rura wodociagowa. Moze
      powinienem zadzwonic po hydraulika?
      Podejrzana lachmyta podchodzi i pokazuje legitymacje policyjna.
      - Porucznik Columbo- przedstawia sie. - Mam tylko jedno pytanie: czy zna pan
      polski?
      - Znam- odpowiadam. - A o co chodzi?
      - O nic. Po prostu moja zona podejrzewa ze moze pan znac polski. Piekny
      wodospad, prawda? Prosze zwrócic uwage na pewna osobowosc: woda splywa z góry na
      dól. Ciekawe, prawda?
      - Bardzo- przyznaje.
      - Sam do tego doszedlem- mówi Columbo nie bez dumy zawodowej.
      W poblizu wodospadu mozna kupic pamiatki. Wybieram model Niagary w skali 1:25.
      - W nocy przepompowuja wode z powrotem- slysze za plecami glos porucznika.
      - Przepraszam, ale mam jeszcze jedno pytanie: czy mówi pan po polsku?
      - Mówie - mówie.
      Porucznik znika. Dolaczam do grupy turystów. Przewodnik opowiada legende o
      powstaniu wodospadu. Otóz bardzo dawno temu wódz okolicznego plemienia Sosisków,
      Kojocie Pióro, oswiadczyl sie pieknej indiance imieniem Nastakan i od tej chwili
      siedzi pod drzewem i placze. Wodospad to jego lzy.
      - Odtracila go? - pytam.
      - Wlasnie ze nie - wzdycha przewodnik. - Wyszla za niego.
      Z kaskad Niagary znów wylania sie porucznik Columbo.
      - Jeszcze tylko jedno pytanie: czy pan pisze po polsku?
      - Pisze.
      Wchodze do wnetrza wodospadu. Nic ciekawego. Jedyna rozrywka sa ryby, plywajace
      pionowo w te i nazad.
      Na brzegu czeka znajoma postac.
      - Rozwiazalem zagadke - stwierdza. - Zna pan polski, mówi pan po polsku, pisze
      po polsku... W koncu wszystko stalo sie dla mnie jasne.
      - Co?
      - Ze jest pan Polakiem! - promienieje Columbo. - Moja zona bedzie ze mnie dumna!
      - Rzeczywiscie- gratuluje porucznikowi. - Co za inteligencje i umiejetnosc
      kojarzenia faktów!
      - Bo ja tez jestem Polakiem! - Columbo wycalowuje mnie serdecznie nie wyjmujac
      cygara z ust. Gorace powitanie! Rodak! Stach Kulebiak, porucznik MO.
      - W szescdziesiatym ósmym ukonczylem szkole milicyjna w Szczytnie - opowiada. -
      Dostalem przydzial do komendy w Nowym Targu, ale sierzant niewyraznie napisal i
      trafilem do Nowego Jorku. Przez pól roku dojezdzalem, potem wynajalem pokój na
      miescie. Widzisz mój plaszcz? ZPP ,,Ortal", kupilem w Cedecie zaraz po szkole...
      Co tam w kraju? Moczar jeszcze urzeduje?
      Dlugo rozmawiamy o naszych polskich sprawach. Stach wrecza mi kawalek wody z
      Niagary.
      Ech, rodacy, rozproszeni, rozsiani po calym swiecie... Nasi.
      Zegnam sie ze Stachem, sciskajac w reku wode.
      Zasusze ja sobie na pamiatke.

      Koniec rozdzialu XIII.
    • vivern Przygody Tonego Palika - rozdzial XIV 22.10.04, 15:54
      WIELKIE NIEBA
      Lece do Japonii. Boeing wchodzi w geste chmury, potem slysze trzas, a gdy
      otwieram oczy, siedze na obloczku w towarzystwie jakiegos pierzastego faceta.
      - Dupneliscie w Fudzijame- wzdycha ze wspólczuciem
      - I co?- pytam z reporterskiego obowiazku.
      - No cóz... Fudzijamie nic sie nie stalo- wyjasnia oglednie.- teraz pójdzie
      pan na magazyn po szate. Kolego Gabrielu, prosze wydac panu duza dziewiatke.
      Drugi uskrzydlony jegomosc podaje mi cos w rodzaju nocnej koszuli. Przymierzam,
      rejestrujac katem oka metke: ,,Wólczanka, Textilimpexs, Lódz. Pasuje jak ulal.
      - Jeszcze aureolka, sandalki, skrzydelka, a od jutra na kurs pilotazu. Woli pan
      byc cherubinem czy serafinem?
      - A czym sie rózni?
      - Serafin ma dwie pary skrzydel. Uklad kukuruzniczy. Dwuplat.
      Tak, tu jaszcze nie bylem! Ruszam do zwiedzanie tego niezwyklego miejsca.
      Oprowadza mnie przewodnik, który z anielska cierpliwoscia odpowiada na wszystkie
      pytania. To byl Stach Szyicki, rodak, opuscil kraj- w pewnym sensie- po
      szescdziesiatym ósmym i wyladowal wlasnie tu. Jest starszym grzechowym.
      - Awansowalem w nagrode za odkrycie zupelnie nowego wariantu cudzolóstwa-
      mówi z duma.- Habilitowalem sie , z rui i porubstwa, mam trzeci stopien
      specjalizacji.
      Raj podzielony jest na rajony, zamieszkale przez poszczególne grupy dusz.
      W miejscowym teatrze graja ,,Nie- boska komedie", kino zaprasza na ,,Bezgrzeszne
      lata" i ,,Trzysta mil do nieba". Doskonale zaopatrzone sklepy, ogromny wybór jablek.
      - Gdzie chcesz mieszkac?- pyta Stach.- Nad Kalifornia nie ma miejsc, ale moge ci
      zalatwic chmurke nad Lazurowym Wybrzezem. Fajne widoki...
      Okazuje sie ze przydzial chmurki mieszkalnej zalezy od ilosci grzechów
      popelnionych w zyciu doczesnym. Najlepsi mieszkaja w luksusowych rejonach nad
      Watykanem. Inni nad Floryda, Kalifornia, Wyspami Bahama... Grzeszników lokuje
      sie nad Zaglebiem Ruhry, Donbasem lub Katowicami.
      - A niewierzacy?
      - Ostatnio nie ma problemu. Wszyscy zrobili sie raptem wierzacy.
      - Duzo tu naszych?
      - Sporo, ale musielismy ich porozdzielac. Ciagle sie zarli miedzy soba,
      organizowali partie, wybory, strajki, glodówki, jezdzili na handel do piekla...
      - A czym handlowali?
      - Glównie bimbrem z manny niebieskiej.
      - Stachu- mówie- nic sie juz nie da zalatwic? Musze napisac reportaz,
      redakcja czeka... Nie moge nawalic!
      - Dobra- mruczy Stach.- I tak sie nie dolicza, jutro wolna sobota...
      Zaiwaniaj na tamte cumulusy. Po lewej jest dziura w plocie, nasi wyrwali deske,
      urywaja sie tamtedy do czyscca na ,,Mode na sukces"... Pozdrów Polske i powiedz
      tam, ze wszystko bedzie dobrze! Mam pewne informacje...
      Obok nas spada na chodnik poczatkujacy aniol z tabliczka ,,Nauka latania".
      Usilowal wymusic pierwszenstwo na wozie proroka Eliasza. Stach laje
      niefortunnego uzytkownika przestworzy, a ja korzystam z chwilowego
      zamieszania i znikam za wskazanymi oblokami. Czytam na plocie napisy: ,,LKS
      królem jest", ,,Wacek to kryptokomuch"... Ech, wszedobylscy Polacy!
      Przelaze przez dziure.
      ...Lece do Japonii. Boeing wchodzi w geste chmury.

      Koniec rozdzialu XIV.
    • genek012 Re: Przygody Tonego Palika 24.10.18, 21:56
      Nieprawdopodobne!!!
      Po 15 latach trafiłem na teksty które sam pisałem :))))
      A w zasadzie przepisywałem kiedyś do sieci etarnetowej pracowników ZUS, w którym przed laty pracowałem.
      Teksty te w oryginale były publikowane w czasopiśmie satyrycznym Karuzela na początku lat 90-tych. Sam posiadam jeszcze kilkadziesiąt egzemplarzy tego czasopisma począwszy od lat 80-tych :)
      Ciekawe, czy ktoś przeczyta ten mój wpis po tylu latach..?
      Pozdrawiam!
      kiedyś gylu, obecnie genek :)
      • dunajec1 Re: Przygody Tonego Palika 24.10.18, 22:47
        No przeczytalem.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka