Dodaj do ulubionych

Paszporty z orłem - obywatele polscy

20.05.06, 23:09
Kilka dni temu w Rzeczpospolitej był artykuł o obywatelach polskich z nadania.

"W ciągu ostatnich pięciu lat polskie obywatelstwo dostało prawie osiem
tysięcy cudzoziemców. Liczba nowych Polaków wzrasta lawinowo
Jak to jest narodzić się na nowo w połowie albo pod koniec życia? Staliśmy
karnie w rzędzie. Pracownicy Urzędu Wojewódzkiego w Olsztynie postawili na
stołach kawę, ale dopić nie dali. Jak tylko telewizja przestała kręcić, a
wojewoda wyszedł, wyprosili nas z pokoju. Nawet kwiatka nie dostałam - tak
Bośniaczka Anka Pryszlak pamięta moment, w którym została Polką.
Czysta formalność
Akt nadania obywatelstwa to uroczystość w wojewódzkim urzędzie: przychodzi
wojewoda, szef Wydziału Spraw Obywatelskich i Migracji, rodziny nowych Polaków
i dziennikarze. - Myślałam, że to będzie taka rodzinna uroczystość. A czułam,
że urzędnicy chcą to jak najszybciej odbębnić - opowiada Astrid Czarniecka,
która Polką została w 2003 r. Na ceremonii była z mężem Stanisławem, córką
Patrycją (studiuje germanistykę) i 16-letnim synem Benedyktem (uczy się w
technikum hotelarskim).
W olsztyńskim Urzędzie Wojewódzkim Astrid spotkała Ankę Pryszlak. Żadnej
uroczystość nie przypadła do gustu. Za szybko, za powierzchownie, za chłodno.
- Jedna pani przyszła sama. Dostała dokument, uścisk dłoni wojewody i stała
smutno z boku - pamięta Astrid.
Ukrainka Halina Nadarzyn przyznaje, że dla niej "to była czysta formalność" -
i zaraz wyjaśnia: - Gdy poślubiasz Polaka, sprawa jest prosta. Dostałam kartę
stałego pobytu i długo nie myślałam o zmianie obywatelstwa.
Lwowianka z urodzenia, z domu Krawiec śmieje się, że jej panieńskie nazwisko
jest bardziej polskie niż męża. W Polsce mieszka kilkanaście lat. W mazurskiej
wsi Sorkwity życie płynie w innym rytmie, niż w wielonarodowym mieście
uniwersyteckim. We Lwowie Halina ukończyła studia na Wydziale Biologii, potem
pracowała w laboratorium. W Polsce trafiła do mrągowskiej mleczarni.
- To była ciekawa praca, choć ludzie różnie mnie przyjmowali. Czasami to było
i zacofanie, i zawiść. Niektórzy mieli za złe, że cudzoziemka Polakom pracę
odbiera - opowiada bardzo dobrą polszczyzną.
Starszy syn Staś chodzi do gimnazjum w Mrągowie, młodszy Artur jest w podstawówce.
- Rzadko bywam na Ukrainie u rodziców i brata. Na granicach straszne kolejki.
Wcześniej bardzo tęskniłam, teraz się przyzwyczaiłam. Mój Staś często
powtarza, że i on jest ze Lwowa. To dla mnie miłe.
- Nadanie obywatelstwa odbywa się zazwyczaj raz na kwartał. To sympatyczna
uroczystość. Wszyscy dostają kwiaty, wojewoda wręcza dokumenty. Nowi obywatele
udzielają wielu wywiadów. Myślę, że to dla nich bardzo ważny dzień - uważa
Barbara Bierniak, wicedyrektor Wydziału Spraw Obywatelskich i Migracji w
olsztyńskim Urzędzie Wojewódzkim.
W Polsce obywatelstwo nadaje prezydent, ale tak naprawdę decydują o nim
pracownicy urzędów wojewódzkich. To im cudzoziemiec musi udowodnić, że
Polakiem chce zostać z bezinteresownej miłości do nowego kraju.
Uciec przed wojną
Levon Petrosjan jest szczupły, niewysoki i czarnowłosy. Trochę przypomina
swojego najsłynniejszego rodaka Ormianina Gariego Kasparowa. Po polsku mówi z
miękkim wschodnim akcentem, ale za tą miękkością kryje się twardy charakter.
Żona Lilii Antanesyan odzywa się rzadko. Nie zgadza się na zdjęcia swoje ani
17-letniego Garika i 15-letniej Versar. Dzieci od dawna czują się Polakami,
ormiański ledwo rozumieją.
Odyseja Levona i Lilii zaczęła się w 1993 roku. Trwała wojna Armenii z
Azerbejdżanem, a Levon nie chciał w niej ginąć. Za odmowę służby wojskowej
czekało go więzienie. Z żoną i dwójką maleńkich dzieci uciekł do Polski.
Zamieszkali w Bartoszycach - powiatowym mazurskim mieście przy granicy z
rosyjskim obwodem kaliningradzkim. Zajęli się handlem. Dzieci posłali do
polskiej szkoły, włączyli się w pracę parafii. Levon zarejestrował firmę,
płacił ubezpieczenia i podatki.
- Wielu naszych miało Polskę za przystanek w drodze na Zachód, ale my
chcieliśmy tu zostać na resztę życia - mówi Levon.
- To dobrzy, uczciwi ludzie, którym dawno się polskie obywatelstwo należało.
Są w naszym mieście lubiani i szanowani - mówi o Ormianach Stanisław Nałęcz,
wiceprzewodniczący Rady Miejskiej z Bartoszyc.
- Pragnąłbym, aby w mojej parafii było więcej takich rodzin. Żyją bardzo
etycznie i troszczą się o dobre wychowanie dzieci. Chociaż są chrześcijanami
obrządku ormiańskiego, mieszkańcy parafii uważają ich za swoich - napisał o
rodzinie proboszcz Ryszard Szczerba.
Wyjeżdżać mi natychmiast!
Starania o uzyskanie pozwolenia na pobyt dla Levona i Lilii okazałysię
traumatycznym przeżyciem. Spotkała ich bezduszność urzędników; nakazy
natychmiastowego opuszczenia kraju; kontrole policji i urzędu skarbowego,
wreszcie spektakularne aresztowanie małżonków i wywiezienie dzieci przez
policję do izby dziecka w odległym o 80 km Olsztynie.
- Nie spotkałem się jeszcze z taką koncentracją urzędniczej złej woli. Za
publiczne pieniądze urządzano pokaz siły w stosunku do ludzi, którzy sami
stworzyli sobie miejsce pracy, płacą podatki, wychowują dzieci na dobrych
Polaków - wylicza radny Nałęcz, który podjął się roli pełnomocnika Ormian.
Przez długi czas po drugiej stronie ringu stała Agnieszka Boczkowska,
kierująca Wydziałem Spraw Obywatelskich i Migracji w Urzędzie Wojewódzkim w
Olsztynie. Kilka razy wydawała niekorzystne dla rodziny rozstrzygnięcia. Trzy
lata temu zdecydowała o natychmiastowym wydaleniu Ormian "z uwagi na
konieczność ochrony ładu i porządku publicznego".
- W czym my Polsce zagrażamy? - zastanawiał się Levon.
- Nie spałam po nocach. Zdawało mi się, że zaraz ktoś zacznie walić w drzwi i
wywiozą nas na granicę - mówi cicho Lilii.
Decyzję dyrektor uchylił prezes Urzędu ds. Repatriacji i Cudzoziemców. Wytknął
jej "rażące naruszenie prawa".
Wtedy Ormianie zdecydowali się wystąpić o obywatelstwo.
- Chcieliśmy w końcu żyć w spokoju - tłumaczą.
Tęsknota za Dniepropietrowskiem
"Nowi Polacy" nie zawsze są młodzi, energiczni i na dorobku. Leontij Mironiuk,
71-letni dziś profesor slawista, i jego żona profesor filologii rosyjskiej
Wiera Biełousowa są naszymi rodakami od trzech lat. Wcześniej byli Ukraińcami,
a jeszcze wcześniej obywatelami Związku Radzieckiego. Decyzję o emigracji do
Polski podjęli w 1994 roku. - Zarabialiśmy z Wierą po 20 dolarów, w kraju
panował chaos - opowiada prof. Mironiuk.
- Polscy przyjaciele zaproponowali mi wykłady w Poznaniu lub w Olsztynie.
Wybraliśmy Olsztyn, bo tutaj tworzyła się filologia ukraińska - mówi z
uśmiechem Leontij Mironiuk.
Ogrom pracy (uczy też w Poznaniu) i dobra znajomość polskiego pomogły mu
uniknąć przypadłości każdego emigranta - tęsknoty i poczucia wyobcowania.
Wiera Biełousowa nowe obywatelstwo okupiła depresją. Przysłowie o tym, że nie
przesadza się starych drzew, w jej wypadku się potwierdza.
- W Dniepropietrowsku zostawiłam uczelnię, przyjaciół. Tam mam miejsca, które
przypominają dzieciństwo, zostawiłam krewnych i synów - wylicza powody złego
samopoczucia po osiedleniu się w Polsce.
Elegancka, delikatna i wciąż urodziwa pani po 60. do dziś ma opory przed
mówieniem po polsku. Tłumaczy, że choć wszystko rozumie, mówi za słabo.
Dlatego rozmawiamy po rosyjsku:
- Olsztyn jest ładny, ale mały. Przez lata brakowało mi tu oddechu - mówi
szczerze.
Polakami zostali za namową przyjaciół z uczelni. Miało to pomóc w uzyskaniu
polskiej emerytury. - Ale najprawdopodobniej na nic to się zda. Nie dostaniemy
emerytury, bo polskie przepisy nieuznają pracy w ZSRR, a dla Ukrainy już nie
jesteśmy jej obywatelami - kiwa głową Leontij Mironiuk.
Pani Wiera uśmiecha się łagodnie. Praca na dwóch etatach, by starczyło na
wsparcie dorosłych synów (pracują w ukraińskiej telewizji, ale mieszkają w
akademiku), sprzyja coraz szybszej adaptacji. - W wolnym czasie zwiedzamy
Polskę. Nie mamy samochodu, jeździmy koleją. Polubiłam bardzo Gdańsk i Krynicę
Górską. Gdy wracamy, mówimy, że jedziemy do domu. Znaczy się, że Olsztyn to
już jest nas
Obserwuj wątek
    • ijaw Re: Paszporty z orłem - obywatele polscy 20.05.06, 23:13
      . Znaczy się, że Olsztyn to już jest nasz dom.
      Zimy są za zimne
      Anka urodziła się 37 lat temu w Banja Luce. Wtedy nazywała się Perak. Była
      Bośniaczką, obywatelką Jugosławii. Miała 17 lat, gdy na wakacjach we Włoszech
      poznała przystojnego Polaka, Jana Pryszlaka. Czarnowłosa i czarnooka dziewczyną
      musiała się podobać. Był rok 1986.
      - Jan zaprosił mnie do siebie. Pojechałam. Polska była dziwna. Wszędzie kolejki.
      Nie znałam tego z Jugosławii - mówi dobrą polszczyzną.
      Z przyszłymi teściami dogadywała się po ukraińsku (babka Anki była Ukrainką, a
      rodzina Jana na Mazury trafiła z akcji "Wisła"). Pobrali się w 1987 r.
      Zamieszkali z teściami w gospodarstwie wśród lasów, w wyludniającej się
      mazurskiej wsi Kaszuny.
      Najciężej Anka znosi polskie zimy. Do surowego klimatu nie przywykła do dziś,
      choć w odnowionym i czyściutkim domu jest ciepło i przytulnie. Z miejscowymi
      znalazła wspólny język. - Tam wioska i tu wioska - tłumaczy krótko.
      Na początku, jako żonie polskiego rolnika, wystarczała karta stałego pobytu. O
      obywatelstwie nie myślała. W 1992 r. Jugosławia się rozpadła, kraj ogarnęła
      wojna. Anka Pryszlak z dnia na dzień stała się bezpaństwowcem. - Nie rozumiałam,
      co się dzieje z ludźmi z moich stron. Choć w domach mówiliśmy różnymi językami,
      to w szkole nigdy nie było z tego powodu konfliktów - opowiada częstując pyszną
      babką piaskową.
      Teściowa Olga Pryszlak chwali Ankę. Nauczyła się polskiej kuchni, dobrze robi
      gołąbki.
      W 1999 r. dowiedziała się, że została obywatelką Chorwacji. Wtedy już
      wychowywała trojkę dzieci. Po polsku mówiła coraz lepiej.
      Odczekała cztery lata (tego wymagają przepisy) i złożyła wniosek o polskie
      obywatelstwo. Dlaczego dopiero teraz? - Nie czułam się w Polsce dyskryminowana.
      Ale bez obywatelstwa nie mam prawa do rolniczej emerytury - mówi Anka szczerze.
      Wraz z mężem muszą myśleć o przyszłości. Najstarsza córka Wioletta ma 18 lat,
      chodzi do ukraińskiego liceum. 16-letni Paweł kończy gimnazjum, a najmłodszy
      Władek - podstawówkę.
      O Astrid, co zechciała Polaka
      Astrid Czarniecka została Polką po 22 latach życia na Mazurach. - Tata pochodzi
      z Mazur, mama jest Niemką z Westfalii. Rodzina taty wyemigrowała do RFN po
      wojnie. Pamiętam z dzieciństwa, jak tatę ciągnęło w rodzinne strony. Od lat
      siedemdziesiątych zaczęliśmy spędzać wakacje w Polsce - opowiada 43-letnia dziś
      Astrid.
      Stanisława poznała na jednych z nich. Pobrali się w 1983 r. w kościele w
      Świętajnach, w którym kiedyś modliła się rodzina ojca. Rok później Astrid
      mieszkała już w Polsce na stałe. -Zamieszkaliśmy u teściów. Nikt tam nie mówił
      po niemiecku, dzięki temu szybciej się nauczyłam polskiego - opowiada czystą
      polszczyzną.
      Z krytego dachówką domu w Dułach nad brzegiem jeziora Dobki roztacza się widok,
      jakiego w Westfalii próżno szukać. Astrid prowadzi tu z mężem Stanisławem
      Czarnieckim (jest z zawodu elektrykiem i domową złotą rączką) pensjonat Seeblick.
      - Już w 1987 roku mieliśmy pierwszych gości, a że byli to Niemcy, daliśmy
      pensjonatowi niemiecką nazwę. Oznacza "widok na jezioro" - tłumaczy.
      Dodaje, że o zmianie obywatelstwa długo nie myślała. Wychowywała syna i córkę,
      pracowała w pensjonacie. Obywatelstwo okazało się potrzebne, gdy Czarnieccy
      chcieli dokupić więcej ziemi.
      - Jako cudzoziemka nie mogłam tego zrobić - opowiada Astrid.
      Niemieccy krewni dawno zaakceptowali jej wybór.
      - Przestałam jeździć do Niemiec. Nie czuję takiej potrzeby. Moje życie jest
      tutaj - mówi.
      Zostaliśmy Polakami
      Levon i Lilii odebrali akty nadania polskiego obywatelstwa z końcem 2005 roku.
      - Decyzja prezydenta to była dla nas ogromna radość i ulga - przyznaje Levon.
      - Czytaliśmy pismo ze sto razy. Nie wierzyliśmy. Sąsiedzi, znajomi i nasze
      rodziny dzwonili i przychodzili z gratulacjami - dodaje Lilii.
      Idąc do urzędu, bardzo chcieli spojrzeć w oczy dyrektor Boczkowskiej. Nie dała
      im szansy. Na uroczystość nie przyszła. Petrosjanom obywatelstwa gratulowała
      wicedyrektor Barbara Bierniak.
      Już jako Polak Levon zaczął szukać lokalu na prawdziwy sklep. Lilii zadzwoniła
      do krewnych w Armenii.
      - Tylko ojcu nie powiedziałam, że zostałam Polką. Przeżyłby to bardzo - mówi.
      Czy paszport z orłem w koronie automatycznie zmienia cudzoziemców w Polaków?
      Anka Pryszlak: - W sercu pozostałam Bośniaczką.
      Astrid Czarniecka: - Teraz mam dwa obywatelstwa, ale czuję się Mazurką.
      Halina Nadarzyn: - Jestem mieszkańcem.
      Leontij Mironiuk i Wiera Biełousowa unikają odpowiedzi. - A jak pani myśli? -
      pyta po rosyjsku patrząc mi głęboko w oczy pani Wiera.
      IWONA TRUSEWICZ

      Paszporty z orłem

      Obywatelami polskimi najszybciej zostają sportowcy pracujący w Polsce. Naszymi
      Rodakami są między innymi: piłkarze Emmanuel Olisadebe z Nigerii i Vehan
      Gevorgian z Armenii, a także kiedyś amerykańscy koszykarze Joe McNaull, Jeff
      Nordgaard i Eric Elliott. Paszport z orłem mają też żużlowy mistrz Norwegii Rune
      Holta i angielski żużlowiec Andy Scott. Polskie obywatelstwo mają m.in.
      światowej sławy skrzypek rosyjski Vadim Brodski, dziennikarz radia RMF FM Brian
      Scott z Gujany, czy białoruski malarz Leon Tarasewicz. -i. t.

      Ilu więcej rodaków

      W latach 2001 - 2005 prezydent Rzeczypospolitej Polskiej nadał obywatelstwo
      polskie 7712 osobom, w tym

      * w 2001 r. - 776;
      * w 2002 r. - 988;
      * w 2003 r. - 1471;
      * w 2004 r. - 1791;
      * w 2005 r. - 2696.

      Najwięcej wśród nowych Polaków jest byłych obywateli Ukrainy, Litwy, Izraela,
      Białorusi, Niemiec, Rosji i Szwecji. Na obywatelstwo czeka się ok. półtora roku.
      Źródło: Kancelaria Prezydenta RP
      • ijaw Obywatele z importu 22.05.06, 22:00
        www.wprost.pl/ar/?O=24624
        Wietnamczyk w pierwszej dziesiątce najbogatszych Polaków? Nigeryjczyk
        wygrywający wybory do Sejmu? Za jakiś czas to całkiem prawdopodobne.

        Ciemnoskóry Henry Ubaka, pochodzący z Nigerii, w mundurze polskiego policjanta
        już zdążył wziąć udział w misji pokojowej w Kosowie; teraz pracuje w wydziale
        kryminalnym stołecznej komendy policji. Emmanuel Olisadebe, z pochodzenia
        Nigeryjczyk, był najlepszym piłkarzem polskiej reprezentacji w eliminacjach do
        mistrzostw świata w Korei i Japonii. Brian Scott z Gujany jest dziennikarzem
        Radia Kraków, a Okił Khamidow z Tadżykistanu reżyseruje dla Polsatu "Świat
        według Kiepskich" oraz "Bar". Pochodzący z Konga Anaclet Kalondji-Kabengele jest
        radnym powiatu w Staszowie (woj. świętokrzyskie). Z kolei Ravi Pareek z Indii
        uważa się za prawdziwego Mazura. On również zamierza być radnym. Już ponad sto
        tysięcy przybyszów z Wietnamu, Chin, Laosu, Nigerii, Turcji czy Syrii zostało w
        Polsce przedsiębiorcami lub gromadzą kapitał na założenie własnych firm.
        Większość z nich płaci podatki, wielu zatrudnia Polaków, kształci dzieci w
        polskich szkołach, buduje domy, włącza się w życie lokalnych społeczności. Od
        wielu z nich możemy się uczyć pracowitości, solidności, uczciwości w interesach,
        kreatywności.
        Prawdziwi bogacze
        "Bogaczem jest ten, kto dzięki swym zdolnościom i zaletom potrafi bogactwo
        wytworzyć, nie zaś ten, kto odziedziczył lub wygrał na loterii bajeczną fortunę.
        Kreatywność, odwaga i wytrwałość ludzi gotowych do podejmowania ryzyka przynosi
        dobrobyt społeczeństwu, podczas gdy największe zasoby, które nie zostały
        okupione wysiłkiem, łatwo ulegają rozproszeniu - w myśl reguły "łatwo przyszło -
        łatwo poszło" - twierdzi w swojej książce "Bogactwo i ubóstwo" George Gilder,
        amerykański ekonomista. W imigrantach nasz kraj zyskuje takich właśnie bogaczy:
        po pięciu latach pracy w Polsce przeciętny Wietnamczyk ma siedmiokrotnie wyższe
        roczne dochody niż przeciętny pracujący Polak! - wynika z badań Instytutu Spraw
        Publicznych.
        Do bogaczy w rozumieniu Gildera należy m.in. Wietnamczyk Tao Ngoc Tu, absolwent
        Politechniki Gdańskiej, zatrudniający w swojej firmie Tan Viet 180 osób. Należą
        do nich również Irańczyk Reza Rouyan (handlujący zdrową żywnością), Ukrainiec
        Dmitrij Fokin (prowadzący w Poznaniu firmę spedycyjną), Chińczyk Qu Young
        (prowadzący w Warszawie restaurację) czy Kurd Ziyad Raoof (właściciel
        Krakowskiego Centrum Konferencyjnego). Bogaczem jest Mohamad Chikha, Syryjczyk
        po studiach w Londynie, który przez osiem lat był informatykiem w Wielkiej
        Brytanii, a w Polsce założył firmę komputerową i prowadzi kilka cukierni.
        Bogaczami tworzącymi kapitał społeczny są natomiast m.in. pochodzący z
        Bangladeszu Muhammad Musabbir (pierwszy lekarz w naszym kraju, który zajął się
        leczeniem chorych na AIDS) i 32-letni Armen Edigrian z Armenii (zrobił w Polsce
        habilitację i jest jednym z najzdolniejszych pracowników Instytutu Matematyki
        Uniwersytetu Jagiellońskiego).
        - Przybysz zaczyna od pracy u znajomego, rodziny albo od handlu na bazarach.
        Kiedy przyjeżdża, często nie ma w ogóle pieniędzy. Po prostu zaciąga kredyt u
        osiadłych tu wcześniej Wietnamczyków, kupuje jakieś towary na kredyt i
        sprzedaje, gdzie się da. Dopiero po kilku latach ciężkiej pracy stać go na
        otworzenie własnego interesu - mówi Nguyen Van Hao, sekretarz generalny
        Stowarzyszenia Wietnamczyków w Polsce "Solidarność i Przyjaźń".
        Imigrancki posag
        Przybysze z Dalekiego Wschodu, ale także z Azji Środkowej i Bliskiego Wschodu
        mogą być dla III Rzeczypospolitej tym, czym dla I i II Rzeczypospolitej byli
        Holendrzy, Szkoci, Niemcy czy Francuzi. Już teraz wielu imigrantów bije na głowę
        naszych rodaków pod względem pracowitości i uczciwości. "My zaczynamy być senni.
        Oni chcą wygrać. Możemy pracować dziesięć godzin dziennie, oni będą pracować
        dwanaście. My dwanaście, oni czternaście. Bieda i ambicja to mieszanka
        piorunująca" - mówi o imigrantach Marvin Harold Davis, miliarder z Beverly
        Hills. - Wietnamczycy mają ugruntowaną opinię ludzi uczciwych. Szanują swoich
        klientów, łatwo się z nimi negocjuje - twierdzi Teresa Halik z Instytutu
        Orientalistyki Uniwersytetu Warszawskiego, od kilku lat badająca wietnamską
        społeczność w Polsce.
        Teresa Halik podkreśla też szacunek Wietnamczyków do prawa kraju, w którym się
        osiedlają. Prawo (a nie kultura, tradycja, obyczaje) jest właściwie jedynym
        uniwersalnym językiem łączącym ich z innymi obywatelami i instytucjami. Z
        policyjnych statystyk wynika, że Wietnamczycy są grupą najrzadziej wchodzącą w
        konflikt z prawem; proporcjonalnie - sześćdziesięciokrotnie rzadziej niż Polacy!
        (Oczywiście działają w Polsce także wietnamscy przestępcy, próbujący zmusić
        swych ziomków do płacenia haraczu, współdziałający z międzynarodowymi gangami.)
        Czego możemy się nauczyć od imigrantów?
        Imigranci nie są grupą roszczeniową: nie strajkują, nie ustawiają się w
        kolejkach po zasiłki, nie domagają się krótszego tygodnia pracy, dłuższych
        urlopów, nie powołują się na kodeks pracy. Zakładają firmy wykorzystujące luki
        na rynku, często zajmują się tym, czym Polacy nie chcą się zajmować, pracują po
        kilkanaście godzin na dobę. Według badań CBOS, 49 proc. Polaków nie zgodziłoby
        się na kończenie pracy późnym wieczorem, 60 proc. nie odpowiadają częste wyjazdy
        służbowe, 62 proc. nie godzi się na przeprowadzkę do innej miejscowości, 63
        proc. nie chce przebywać poza domem przez kilka dni w tygodniu, 70 proc. nie
        podjęłoby pracy, gdyby miało daleko do niej dojeżdżać. - Gdy do mojego wujka,
        który jest współwłaścicielem restauracji, przyszli Polacy szukający pracy,
        najpierw wymienili długą listę tego, czego nie potrafią zrobić, a potem
        przedstawili wysokie wymagania płacowe.
        Wśród Wietnamczyków podobna postawa jest nie do pomyślenia - opowiada 27-letni
        Salem Hoang, absolwent Politechniki Warszawskiej, mieszkający w stolicy od
        dziesięciu lat. Dla pracujących w naszym kraju imigrantów nie istnieje pojęcie
        "nie opłaca się". Nie podzielają oni też rozpowszechnionego wśród wielu Polaków
        stereotypu, że pewnych prac nie wypada się podejmować, bo to podważa zajmowaną
        pozycję społeczną. Imigranci nie domagają się ulg podatkowych, nie
        przekształcają swoich firm na przykład w korzystnie opodatkowane zakłady pracy
        chronionej i nie występują o ulgi celne. Należące do imigrantów przedsiębiorstwa
        to zdrowa, w pełni wolnorynkowa część polskiej gospodarki.
        Mimo że większość imigrantów zaczynała od pracy "na czarno", obecnie uczciwie
        płacą podatki (Tao Ngoc Tu, właściciel firmy Tan Viet w Łęgowie koło Gdańska,
        zapłacił w 2001 r. 6 mln zł podatków). Zatrudniają też polskich pracowników
        (obliguje ich do tego kodeks pracy) - co najmniej 50 tys. osób. W różnej formie
        z firmami należącymi do imigrantów współpracuje około pół miliona Polaków. - Mam
        za sobą pracę u kilku pracodawców, ale jeszcze nie spotkałem tak skutecznego
        motywowania do osiągnięcia celu, tak wielkiej identyfikacji z firmą. Tę
        identyfikację buduje się prostymi środkami, takimi jak wspólne z szefem
        sprzątanie siedziby firmy - opowiada Ryszard Szatkowski, dyrektor ds. handlu i
        marketingu, od ośmiu lat związany Tan Viet.

        Marcin Kowalski,Rafał Pleśniak

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka