ijaw
20.05.06, 23:09
Kilka dni temu w Rzeczpospolitej był artykuł o obywatelach polskich z nadania.
"W ciągu ostatnich pięciu lat polskie obywatelstwo dostało prawie osiem
tysięcy cudzoziemców. Liczba nowych Polaków wzrasta lawinowo
Jak to jest narodzić się na nowo w połowie albo pod koniec życia? Staliśmy
karnie w rzędzie. Pracownicy Urzędu Wojewódzkiego w Olsztynie postawili na
stołach kawę, ale dopić nie dali. Jak tylko telewizja przestała kręcić, a
wojewoda wyszedł, wyprosili nas z pokoju. Nawet kwiatka nie dostałam - tak
Bośniaczka Anka Pryszlak pamięta moment, w którym została Polką.
Czysta formalność
Akt nadania obywatelstwa to uroczystość w wojewódzkim urzędzie: przychodzi
wojewoda, szef Wydziału Spraw Obywatelskich i Migracji, rodziny nowych Polaków
i dziennikarze. - Myślałam, że to będzie taka rodzinna uroczystość. A czułam,
że urzędnicy chcą to jak najszybciej odbębnić - opowiada Astrid Czarniecka,
która Polką została w 2003 r. Na ceremonii była z mężem Stanisławem, córką
Patrycją (studiuje germanistykę) i 16-letnim synem Benedyktem (uczy się w
technikum hotelarskim).
W olsztyńskim Urzędzie Wojewódzkim Astrid spotkała Ankę Pryszlak. Żadnej
uroczystość nie przypadła do gustu. Za szybko, za powierzchownie, za chłodno.
- Jedna pani przyszła sama. Dostała dokument, uścisk dłoni wojewody i stała
smutno z boku - pamięta Astrid.
Ukrainka Halina Nadarzyn przyznaje, że dla niej "to była czysta formalność" -
i zaraz wyjaśnia: - Gdy poślubiasz Polaka, sprawa jest prosta. Dostałam kartę
stałego pobytu i długo nie myślałam o zmianie obywatelstwa.
Lwowianka z urodzenia, z domu Krawiec śmieje się, że jej panieńskie nazwisko
jest bardziej polskie niż męża. W Polsce mieszka kilkanaście lat. W mazurskiej
wsi Sorkwity życie płynie w innym rytmie, niż w wielonarodowym mieście
uniwersyteckim. We Lwowie Halina ukończyła studia na Wydziale Biologii, potem
pracowała w laboratorium. W Polsce trafiła do mrągowskiej mleczarni.
- To była ciekawa praca, choć ludzie różnie mnie przyjmowali. Czasami to było
i zacofanie, i zawiść. Niektórzy mieli za złe, że cudzoziemka Polakom pracę
odbiera - opowiada bardzo dobrą polszczyzną.
Starszy syn Staś chodzi do gimnazjum w Mrągowie, młodszy Artur jest w podstawówce.
- Rzadko bywam na Ukrainie u rodziców i brata. Na granicach straszne kolejki.
Wcześniej bardzo tęskniłam, teraz się przyzwyczaiłam. Mój Staś często
powtarza, że i on jest ze Lwowa. To dla mnie miłe.
- Nadanie obywatelstwa odbywa się zazwyczaj raz na kwartał. To sympatyczna
uroczystość. Wszyscy dostają kwiaty, wojewoda wręcza dokumenty. Nowi obywatele
udzielają wielu wywiadów. Myślę, że to dla nich bardzo ważny dzień - uważa
Barbara Bierniak, wicedyrektor Wydziału Spraw Obywatelskich i Migracji w
olsztyńskim Urzędzie Wojewódzkim.
W Polsce obywatelstwo nadaje prezydent, ale tak naprawdę decydują o nim
pracownicy urzędów wojewódzkich. To im cudzoziemiec musi udowodnić, że
Polakiem chce zostać z bezinteresownej miłości do nowego kraju.
Uciec przed wojną
Levon Petrosjan jest szczupły, niewysoki i czarnowłosy. Trochę przypomina
swojego najsłynniejszego rodaka Ormianina Gariego Kasparowa. Po polsku mówi z
miękkim wschodnim akcentem, ale za tą miękkością kryje się twardy charakter.
Żona Lilii Antanesyan odzywa się rzadko. Nie zgadza się na zdjęcia swoje ani
17-letniego Garika i 15-letniej Versar. Dzieci od dawna czują się Polakami,
ormiański ledwo rozumieją.
Odyseja Levona i Lilii zaczęła się w 1993 roku. Trwała wojna Armenii z
Azerbejdżanem, a Levon nie chciał w niej ginąć. Za odmowę służby wojskowej
czekało go więzienie. Z żoną i dwójką maleńkich dzieci uciekł do Polski.
Zamieszkali w Bartoszycach - powiatowym mazurskim mieście przy granicy z
rosyjskim obwodem kaliningradzkim. Zajęli się handlem. Dzieci posłali do
polskiej szkoły, włączyli się w pracę parafii. Levon zarejestrował firmę,
płacił ubezpieczenia i podatki.
- Wielu naszych miało Polskę za przystanek w drodze na Zachód, ale my
chcieliśmy tu zostać na resztę życia - mówi Levon.
- To dobrzy, uczciwi ludzie, którym dawno się polskie obywatelstwo należało.
Są w naszym mieście lubiani i szanowani - mówi o Ormianach Stanisław Nałęcz,
wiceprzewodniczący Rady Miejskiej z Bartoszyc.
- Pragnąłbym, aby w mojej parafii było więcej takich rodzin. Żyją bardzo
etycznie i troszczą się o dobre wychowanie dzieci. Chociaż są chrześcijanami
obrządku ormiańskiego, mieszkańcy parafii uważają ich za swoich - napisał o
rodzinie proboszcz Ryszard Szczerba.
Wyjeżdżać mi natychmiast!
Starania o uzyskanie pozwolenia na pobyt dla Levona i Lilii okazałysię
traumatycznym przeżyciem. Spotkała ich bezduszność urzędników; nakazy
natychmiastowego opuszczenia kraju; kontrole policji i urzędu skarbowego,
wreszcie spektakularne aresztowanie małżonków i wywiezienie dzieci przez
policję do izby dziecka w odległym o 80 km Olsztynie.
- Nie spotkałem się jeszcze z taką koncentracją urzędniczej złej woli. Za
publiczne pieniądze urządzano pokaz siły w stosunku do ludzi, którzy sami
stworzyli sobie miejsce pracy, płacą podatki, wychowują dzieci na dobrych
Polaków - wylicza radny Nałęcz, który podjął się roli pełnomocnika Ormian.
Przez długi czas po drugiej stronie ringu stała Agnieszka Boczkowska,
kierująca Wydziałem Spraw Obywatelskich i Migracji w Urzędzie Wojewódzkim w
Olsztynie. Kilka razy wydawała niekorzystne dla rodziny rozstrzygnięcia. Trzy
lata temu zdecydowała o natychmiastowym wydaleniu Ormian "z uwagi na
konieczność ochrony ładu i porządku publicznego".
- W czym my Polsce zagrażamy? - zastanawiał się Levon.
- Nie spałam po nocach. Zdawało mi się, że zaraz ktoś zacznie walić w drzwi i
wywiozą nas na granicę - mówi cicho Lilii.
Decyzję dyrektor uchylił prezes Urzędu ds. Repatriacji i Cudzoziemców. Wytknął
jej "rażące naruszenie prawa".
Wtedy Ormianie zdecydowali się wystąpić o obywatelstwo.
- Chcieliśmy w końcu żyć w spokoju - tłumaczą.
Tęsknota za Dniepropietrowskiem
"Nowi Polacy" nie zawsze są młodzi, energiczni i na dorobku. Leontij Mironiuk,
71-letni dziś profesor slawista, i jego żona profesor filologii rosyjskiej
Wiera Biełousowa są naszymi rodakami od trzech lat. Wcześniej byli Ukraińcami,
a jeszcze wcześniej obywatelami Związku Radzieckiego. Decyzję o emigracji do
Polski podjęli w 1994 roku. - Zarabialiśmy z Wierą po 20 dolarów, w kraju
panował chaos - opowiada prof. Mironiuk.
- Polscy przyjaciele zaproponowali mi wykłady w Poznaniu lub w Olsztynie.
Wybraliśmy Olsztyn, bo tutaj tworzyła się filologia ukraińska - mówi z
uśmiechem Leontij Mironiuk.
Ogrom pracy (uczy też w Poznaniu) i dobra znajomość polskiego pomogły mu
uniknąć przypadłości każdego emigranta - tęsknoty i poczucia wyobcowania.
Wiera Biełousowa nowe obywatelstwo okupiła depresją. Przysłowie o tym, że nie
przesadza się starych drzew, w jej wypadku się potwierdza.
- W Dniepropietrowsku zostawiłam uczelnię, przyjaciół. Tam mam miejsca, które
przypominają dzieciństwo, zostawiłam krewnych i synów - wylicza powody złego
samopoczucia po osiedleniu się w Polsce.
Elegancka, delikatna i wciąż urodziwa pani po 60. do dziś ma opory przed
mówieniem po polsku. Tłumaczy, że choć wszystko rozumie, mówi za słabo.
Dlatego rozmawiamy po rosyjsku:
- Olsztyn jest ładny, ale mały. Przez lata brakowało mi tu oddechu - mówi
szczerze.
Polakami zostali za namową przyjaciół z uczelni. Miało to pomóc w uzyskaniu
polskiej emerytury. - Ale najprawdopodobniej na nic to się zda. Nie dostaniemy
emerytury, bo polskie przepisy nieuznają pracy w ZSRR, a dla Ukrainy już nie
jesteśmy jej obywatelami - kiwa głową Leontij Mironiuk.
Pani Wiera uśmiecha się łagodnie. Praca na dwóch etatach, by starczyło na
wsparcie dorosłych synów (pracują w ukraińskiej telewizji, ale mieszkają w
akademiku), sprzyja coraz szybszej adaptacji. - W wolnym czasie zwiedzamy
Polskę. Nie mamy samochodu, jeździmy koleją. Polubiłam bardzo Gdańsk i Krynicę
Górską. Gdy wracamy, mówimy, że jedziemy do domu. Znaczy się, że Olsztyn to
już jest nas