deadeasy
12.11.06, 22:12
W zeszla niedziele wrocilam z Gdanska. Tygodniowy wypad byl bardzo udany
(spotkania ze znajomymi i rodzina, ktorych dawno nie widzialam - no bo trudno
wszystkich obskoczyc przy kazdej wizycie). Kupilam dwie pary kozakow Rylki
(bo krzyczaly "kup nas, kup nas!"), opilam sie domowych wodeczek i nalewek,
pojadlam dobrego domowego jedzonka (znajoma super gotuje). Chcialam sie
jednak z Wami podzielic moimi kilkoma wrazeniami, ktore mnie ubawily setnie.
Doswiadczenia te sa natury "klient-sprzedawca" i z owych wnioskuje, ze czasem
jeszcze w Polsce ma sie ochote sprzedawce potraktowac ciosem karate ;o)
Scenki rodzajowe:
1) "Nie mam jak wydac"
Jednego dnia w Gdyni droga kupna nabylam kozaki Rylki ale nie kupilam pasty
do butow (bo jakos nie pomyslalam). Udalam sie wiec dnia nastepnego do
sklepu na Zaspie (dzielnica Gdanska) do innego sklepy Rylki. W sklepie owym
byla juz jedna ogladajaca obuwie klientka. Mlode dziewcze "za lada" zajete
bylo rozmowa telefoniczna. Podchodze jednak (bo poziom obslugi klienta w UK
pozwolil mi wyzbyc sie naboznego podejscia do sprzedawcy) z usmiechem do
lady. Dziewcze w koncu przerywa rozmowe nieodkladajac jednak sluchawki
(telefon byl "pracowniczy" a nie k-ka) pyta sie czy chce cos przymierzyc. Ja
odpowiadam, ze chcialabym kupic paste do butow i dalej wyjasniam, ze chodzi
mi o taka co by nie odbarwila obuwia (tu pokazuje z polki wziety but zeby
wskazac na typ skory). W zwiazku z tym, ze kroila sie dluzsza dyskusja
dziewcze powiedzialo do sluchawki, ze zadzwoni za chwile (rozmawiala z
mama). Ja dalej sie szczerze bo jestem na wakacjach. Pani pokazuje paste i
mowi, ze do owej skory dana pasta sie nadaje (koszt 8 zl).
Na to ja, ze owszem, poprosze owa paste i wreczam pani banknot 100-u
zlotowy. No i tu mnie pani kompletnie zastrzelila wyparowujac z miejsca z
wyrzutem "ale ja nie mam drobnych (!)". Ja odpowiadam (zerkajac ponownie do
portfela): "ja tez nie". Pani: "ale ja nie wydam reszty". Po krotkim
obliczeniu stwierdzilam, ze wydawanie 100zl na paste do butow, ktora tak
naprawde kosztuje 8zl to lekka przesada wiec powiedzialam pani, ze ja
dziekuje ale zeby sobie zatrzymala te paste. Ania razu od pani nie
uslyszalam "przeraszam" za to jej ton byl pelen wyrzutu. Pozniej sie
dowiedzialam, ze klienci w ten przemily sposob sa "zachecani" do latania po
innych sklepach w poszukiwaniu "drobnych".
2) "Ciastko"
Jeden wieczor mialam "wolny" wiec postanowilam odwiedzic Sopot. Najpierw
poszlam do pijalni czekolady Wedla (mniam, mniam i obsluga z usmiechem).
Potem zachcialo mi sie do Macka (w tylach Krzywego Domku an Monciaku). Tam
skonsumowalam sledzika popjajac go wodeczka. Zachecona goscinnoscia Sopotu
przenioslam sie do lokalu w przedniej czesci (nazwy nawet nie zauwazylam).
Lokal bylby pusty gdyby nie jedna para siedzaca w rogu. Ja zejelam drugi
rog. Wchodzac spojrzalam w strone baru sprawdzajac czy obsluga (dwie mlode
dziewczyny) mnie zauwazyla. Zauwazono mnie (tak mi sie przynajmniej
wydawalo). W koncu pani podeszla i zostawila mi karte. Po przestudiowaniu
menu zamknelam karte, polozylam na stoliku i znow spojrzalam na bar. Pani
sie na mnie popatrzyla z usmiechem - ja na nia z usmiechem. Mysle sobie,
zaraz ktos mnie obsluzy. Chwila ta sie ciagnela wiec zajelam sie czytaniem
ksiazki. Przeszlam przez paragraf, podnosze glowe zeby znowu "dac znac" ze
ja to gotowa juz jestem. I co widze? Jedna z dziewczat zajada kawalek ciasta
a druga stoi obok, obie trajkoczace o czyms-tam. Gdyby nie to, ze wypilam
juz dwie setki, bylam na wakacjach to pewnie bym nimi obiema wymiotla
podloge. A tak to siedzialam przez chwil pare chlonac widok, bo mi komora
nie mogla obrazu przerobic. Ubaw mialam po pachy... juz widze scenke tu w
UK... :o) Po tej lekcji stwierdzilam jednoznacznie, ze gdziekolwiek sie w
Gdansku nie rusze zawsze bede miala ksiazke przy sobie, pare wodeczek tez
szkody nie zrobi ;o)
3) "Nie oni decyduja"
Na prejsciu na lotnisku w Rebiechowie (Gdansk) jako bagaz podreczny mialam ze
soba plastikowa siatke a w niej pudlo z kozakami - kozaki pod kolano wiec
siatka waska i jeszcze w ramach dozwolonych (mniej wiecej). Wkladam to w
skaner, sama przechodze przez bramke. Po drugiej stronie bramki wite mnie
MORDA. Ale jaka MORDA… Naburmuszone to-to, w mundurze, plci zenskiej. Pyta
sie mnie morda gdzie jade, odpowiadem “do Liverpool”. Morda patrzy na siatke
i zadaje pytanie: “a to gdzie pani wsadzi w samolocie?”. Ja na to “w luk na
bagaz podreczny”. “Noooo, ale to chyba ma wiecej niz 45 centymetrow” –
ciagnie dalej morda. Ja na to: “pokazalam przy stoisku na dole, pani mnie
odprawila nic nie mowiac”. Morda sie nadela i wycedzila: “nie oni
decyduja”. Nic na to nie odpowiedzialam, wzielam siatke ze skanera i sie
odwrocilam zeby przejsc do poczekalni. Morda stanela w takim miejscu, ze
musialam slalom gigant zeby ja ominac bo sie morda nie chciala usunac mi z
drogi I umozliwic przejscie. Juz nie chcialam sie z morda wdawac w dyskusje,
ze to linie lotnicze decyduja o wielkosci bagazu i jakby zarzadzili jutro, ze
wszyscy maja wnosic na poklad plecaki w ksztalcie Myszki Miki to wszyscy
musieliby sie dostosowac. Za bezcelowe tez uznalam wskazanie innych pasazerow
z bagazami o wiele wiekszymi niz moj, juz czakajacych przy bramie.
Jakiez inne od polskiego zamordyzmu w mundurach jest podejscie celnikow w
UK. Przy wyjezdzie musialam przepakowac sloiczek kremu i butelke pefum
jeszcze przy odprawie bagazowej. Mialam butelke wina w podrecznym –
zostawilam myslac, ze jesli nieotworzona to nie bedzie problemu. Stojac w
kolejce do doprawy celnej zorientowlam sie, ze nie mozna miec w bagazu
podrecznym zadnych plynow przed odprawa celna. Mowie wiec celnikowi (temu,
ktory kieruje ludzi do skanerow), ze mam butelke wina w podrecznym. Pan sie
zaraz odwrocil do kolegow przy skanerze i krzyknal “teraz nadchodzi wino!” –
odezwaly sie smiechy (bo ich stoliczek mial juz pokazna kolekcje roznych
alkoholi). Wszystko sie dbywalo z usmiechem. Inny celnik wygrzebal mi to
wino (przy mojej pomocy bo wsadzilma butelke w rekaw kurtki zeby sie w torbie
nie potlukla). Zapytal sie mnie tylko czy nie wiedzialam o zakazie. Ja
odpowiedzialam, ze myslalam, ze to sie tyczy otwartych uz plynow. Pan sie
zapytal czy chce “cofnac” walizke z odprawy bagazowej bo moge sobie to wino
przewiezc w bagazu glownym, poradzil tez, ze jak wino zostawie to moge kupic
nowe w “wolnoclowym”.
Co kraj to obyczaj.
:o)
Ma ktos jakies "ciekawostki" z podrozy, ktorymi zechcialby sie podzielic?
Niekoniecznie z wyprawy do Polski :)