sebbatkopl
09.09.10, 12:51
II.
Nagła eksplozja rozdarła powietrze.
Specjalna konstrukcja fotela spowodowała że wystrzeliłem zza kierownicy niczym z procy,
unikając niechybnego zmiażdżenia przez przewracający się pojazd. Śnieg złagodził upadek
ale i tak bolało jak cholera. Wszystko to stało się tak szybko, że nie zdążyłem nawet
krzyknąć. Teraz, gdy leżałem na plecach na wpół zakopany pod śniegiem krzyczeć nie
było już sensu, szczególnie, że ze strachu nie mogłem nawet zaczerpnąć powietrza.
Uniosłem głowę i zobaczyłem dymiącego, leżącego kołami do góry Warthooga.
„ Jak teraz wrócimy?” – było pierwszą myślą jaka przyszła mi do głowy – „Wrócimy?
Gdzie reszta? Kovatz i Barley? Zostałem sam?”
Przerażenie jak imadło ścisnęło mi żołądek. Gwałtownymi ruchami, na kolanach,
podpełzłem do pojazdu. Bob Barley obsługiwał karabin, bardzo możliwe że Warthog zwalił
się na właśnie na niego. Przez ten pieprzony dym nic nie widać.
W ostatniej chwili, wiedziony nagłym impulsem odskoczyłem gwałtownie do tyłu unikając
trafienia. Było blisko. Tak blisko, że na twarzy poczułem ciepło promienia który wytopił
znaczną część śniegu wokół miejsca w który trafił.
W moim kierunku szarżowało czterech Covenantów. Trzech Gruntów i zaraz za nimi jeden
Elitarny. Wiedziałem że muszę uciekać, gdzieś się schować ale siedziałem z rozdziawioną
gębą, gapiąc się na nich całkowicie sparaliżowany. Do tej pory widziałem Covenantów
tylko na hologramach w Centrum Szkoleniowym, wydawali się tam mniej straszni. Nawet
czasami zabawni. Jak w na zwolnionym filmie widziałem lecące w moim kierunku fioletowe
kierowane igły które za chwilę trafią w cel i rozerwą mnie na kawałki w jednym
zsynchronizowanym wybuchu.
Wtem jakaś siła poderwała mnie ze śniegu i rzuciła mną jak szmacianą lalką prosto w stertę
głazów leżących nieopodal. Pociski zmieniły tor i roztrzaskały się o kamienie. Nade mną stał
Bob.
Zupełnie spokojny.
- Co ty u diabła wyprawiasz? Gdzie masz karabin? Soski, czy jak ci tam?”
Nigdy nie potrafili zapamiętać mojego nazwiska.
- Sobolewski, Sir.
- Masz i strzelaj, bo zaraz nas dopadną.
Wcisnął mi w ręce zimny, błyszczący od chromu pistolet. W połączeniu z systemem
celowniczym w hełmie był morderczą bronią. Przynajmniej tak mówili na szkoleniach.
Trzeba było tylko dobrze wycelować. Sęk w tym że ja chciałem uciekać, nie walczyć. Jak
najdalej stąd. Jak najdalej od Covenantów. Od ich pisków, od hałasu od krwi i smrodu.
Bob tymczasem przyklękł na kolano i ostrożnie wyjrzał zza osłony.
- Elitarny poszedł do piachu - wyszczerzył zęby w uśmiechu - to chyba Kovatz..
Zdążył unieść karabin do ramienia i puścić jedną serię gdy mordercza fioletowa smuga
pocisków odrzuciła go do tyłu roztrzaskując na drzewie, Nie wiem czy zginął do
bezpośredniego trafienia czy od uderzenia w drzewo, ale powyginane i leżące w
nienaturalnej pozycji ciało nie pozwalało mieć złudzeń.
Bob nie żył.
Taki rodzaj amunicji posiada tylko jeden pojazd. Banshee. Najbardziej mobilna i mordercza
maszyna Covenantów.
Pokonując strach wyjrzałem zza kamieni. Widok leżącego w śniegu Kovatza spowodował
nagły ucisk w sercu tym mocniejszy, iż koło niego pojawiło się dwóch Gruntów i jeden
Elitarny, który sprawdzał leżące tuż obok ciało swojego kompana.
W powietrzu Banshee kończył właśnie nawrót.
„O Boże!”
Leżący w śniegu Kovatz podniósł rękę, jakby chciał jakąś niewidzialną siłą powstrzymać
lecącą wprost na niego połyskującą w słońcu fioletową, obłą śmierć. Trzymał tą rękę
uniesioną nawet wtedy, gdy fioletowe promienie spopielały jego nieosłonięte zbroją ciało.
W powietrzu chwilę wibrował jego potworny krzyk od którego włosy stanęły mi dęba.
Zgasł nagle jak cięty nożem. Siedzący za sterami Elitarny jeszcze raz wystrzelił chcąc się
upewnić, że żołnierz już nie wstanie.
Coś we mnie pękło. Czas jakby zwolnił, głosy docierały do mnie zniekształcone jak przez
grube szkło.
Przestałem się bać.
Przestało mi zależeć.
Moja ręka sama sięgnęła po opuszczony przez Boba karabin. Wstałem. Szczęk
przeładowywanego magazynka zwrócił uwagę Covenantów. Wszyscy trzej zwrócili się w
moją stronę.
Pewna część mnie nadal leżała za stertą kamieni, skulona i przerażona, natomiast
nowy Ja z stanął twarzą w twarz ze swoim koszmarem.
Przez malutką chwilę, niczym na stop-klatce nastała kompletna cisza. Nikt się nie poruszył i
nie wydał żadnego dźwięku. Zdawało się że cały pierścień, całe Halo którego łuk
majestatycznie wznosił się nad naszymi głowami, zamarło spoglądając w to jedno miejsce.
Nie pamiętam kto pierwszy wystrzelił. Potworny huk, jazgot i krzyki przerwały ciszę niczym
trzask upadającej na posadzkę wazy. Jak przez mgłę pamiętam eksplodującego w
powietrzu Banshee i dziurawionych kulami Gruntów, eksplozje granatów i lecące w moją
stronę pociski.
Nie pamiętam nawet jak i kiedy przeładowałem karabin. Wiem tylko, że stałem cały czas w
miejscu i jak kat siałem ból i zniszczenie. Palec ściskał spust jeszcze chwilę po tym jak padł
ostatni kosmita i jak zabrakło w magazynku naboi.
Wtedy też przestałem krzyczeć.
Cały teren przede mną wyglądał jak obraz na który malarzowi rozlały się farby. Covenanci,
w zależności od rasy posiadali różny kolor krwi i wnętrzności. Na białym tle śniegowego
puchu wypalona w kilku miejscach czarna ziemia pochlapana była czerwienią, fioletem i
błękitem. Gdzieniegdzie leżały kawałki ciał a na samym środku błotnistej polany płonął
rozbity Banshee. Swoiste piękno kreślone ręką śmierci.
Wokół znowu panowała cisza.
Karabin wysunął mi się z ręki. Padłem na kolana i schowałem twarz w dłoniach. Jak małe
dziecko które w ten sposób chce odciąć się przed koszmarem otaczającego go świata.
Teraz faktycznie byłem sam.