Do napisania tego tekstu pchnęło mnie kilka przemyśleń z różnych "Na szybko" - w poniedziałki pada sakramentalne pytanie "w co graliście w weekend", w środę Paweł się usprawiedliwiał ze spóźnienia nocnym graniem a dziś rozważamy "klęskę urodzaju" gier w Q1 i Q2 2011...
Pozwólcie, że się przedstawię: jestem Brum i mam 36 lat. Z tych 36 lat przynajmniej 25 spędziłem jako posiadacz komputera. Czyli gracz.
ZX81, Atari, Amiga i rozmaite odmiany peceta - tak to mniej więcej szło. Do tego byli jeszcze kumple więc i Spectrum, i Commodore i nawet Amstrad (a w szkole jeszcze Spectravideo) - wszystko było ograne na multum sposobów. Większość to były lata radosnego piractwa więc mimo że o internecie nikt nie słyszał to w co grać było. Więc się grało. Godzinami. W weekendy to praktycznie nonstop. W wakacje podobnie.
Początek lat 90 - liceum, Amiga - złote lata gier. Gry bardziej wymagające, o lepszej oprawie przyciągały do klawiatury jak magnes. Po maturze pecet. Na studiach grałem już trochę mniej ale jednak sporo. Na przełomie wieków lekko mnie przydusiło finansowo ("poszedłem na swoje") więc granie było ograniczone do staroci jakie dało odpalić na przestarzałym komputerze. Starocie były zacne więc jakoś specjalnie nie narzekałem. Potem się odkułem to i mogłem grać poważniej. I niby grałem, ale "to już nie było to". A teraz? Teraz to już całkiem nie jest to.
Gdybym tak usiadł i policzył to obawiam się że więcej czasu zajmuje mi dziś czytanie o grach niż samo w nie granie. A jedyną grą, która mnie ostatnio przyciągnęła na dłużej do komputera jest przeglądarkowa Farmerama. Ach, jakże żałośnie brzmi takie wyznanie...
W ubiegłym roku na poważnie grałem chyba tylko w Dragon Age (nie skończyłem jednak, aczkolwiek do końca niewiele brakuje - albo raczej brakowało bo nie sądzę żebym jednak do gry wrócił) i w Mass Effect 2. Tu zaskoczenie bo grę skończyłem. Trochę pograłem w nową CIV. Jak to brzmi?! "Trochę pograłem". Czekałem na tą grę jak na zbawienie a tu raptem "trochę pograłem". Szok - w końcu w jedynkę grałem latami.
Co tam jeszcze było? Nawet nie potrafię sobię przypomnieć. Kupuję (i czytam!) pisma o grach, dołączają do nich mnóstwo "pełniaków" ale w 99% nawet płytki do napędu nie wkładam. Mało co jest w stanie przykuć mnie do kompa na dłużej. Jak to się fachowo nazywa? Attention deficit disorder?
Mógłbym oczywiście podsumować to klasycznym "kiedyś to gry były lepsze". Ale to przecież nieprawda. Teraz też są świetne gry. Zdaję sobię sprawę że gdybym te gry dostał w swoje ręce z 15 lat temu odessałyby mnie od świata na długie godziny. Taki Mount And Blade wyłączyłby mnie ze świata. Total War? Tak samo. A teraz? Sprawdziłem na sobie nawet trial WOWa. I co? I nic, fajne, owszem ale żeby płacić co miesiąc? To może Runes of Magic - w końcu za darmo. Doszedłem do 18 levelu i mnie zatrzymało. Przy drugim podejściu nową postacią znowu jakoś doczłapałem do 18 poziomu. I stop. Kupiłem sobie Street Fightera IV. Uznałem że to będzie świetna gra na niedługie, odprężające sesyjki - tak było gdy rządził amigowy SF 2 czy pierwszy Mortal. I co? I nic, odpaliłem grę raz! Niby dlatego że na klawiaturze za wygodnie się nie gra i trzeba kupić jakiś padzik. Ale raz odpalić grę?
Skoro więc gry się nie zmieniły to co się stało ze mną? Dorosłem (no, postarzałem się) - to oczywiste i nieuniknione. Żyję innym trybem niż w liceum czy nawet na studiach - owszem, ale czas na komputer mam. Dlaczego więc gdy siedzę przy kompie to zajmuję się czymś innym niż granie? Nie można zrzucić wszystkiego na internet przecież. Bo kiedy jest do obejrzenia ciekawy film albo ciekawa książka czy czasopismo do przeczytania potrafię się wylogować

Podczas urlopu poza domem też nie mam objawów odstawienia sieci i laptopa pod namiot nie zabieram. Czyli co? Zostałem każualem czy jeszcze ze mną gorzej?