Dodaj do ulubionych

Zabawne historie z naszych ogródków

05.08.02, 19:53
Witam Was wszystkich serdecznie

Chciałabym zaproponować małą zmianę nastroju i zachęcić Was do pisania o zabawnych historiach ogródkowo-przydomowych.
Mnie na przykład bardzo rozbawiła ogromna naturalna moskitiera w moim oknie, której właścicielem był bardzo duży pająk. Niestety poległ był w dziobie jakiegoś ptaka, bo po paru diach w pajęczynie zostały jedynie jego nogi.
Kolejnym smiesznym naturalnym urządzeniem przydomowym, wyłapującym znaczną część owadów zmierzających do drzwi prowadzących do domu była olbrzymia ropucha. I nie byłoby nic smiesznego w tym, że swoim niesamowicie szybkim językiem wyłapywała owady, zabawna była lokalizacja"owadziegopotwora" który siedział dokładnie na srodku naszego progu. Potem nasz Cerber gdzieś przepadł. Pomyślałam, że sobie po prostu poszedł w dogodniejsze dla siebie miejsce.
I tak oto, któregoś dnia chciałam dosypać ziemi do donicy jednego z kwiatów ogrodowych, nie zastanwiając się wiele wsadziłam ręcę do worka i z przerażeniem i wrzaskiem rzuciłam go na ziemi. w worku coś było, coś stosunkowo dużego, chłodnego. Pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy, że to mysz albo cos w tym stylu. Jakiez było moje zdumienie, gdy po wizji lokalnej okazało się, że zagrzebana w przesuszonej ziemi siedzi moja ropucha. Przeprosiłam, worek odstawiłam tyle tylko, że troche inaczej bo miałam wątpliwości czy mieszka tam bo chce, czy dlatego, że wlazła i nie wie jak wyjść. Następnego dnia juz jej nie było, ale albo zwiała przez moje wwrzaski albo rzeczywiście wcześniej nie mogła.

To tyle na dzisiaj , proszę opowiadajcie swoje zabawne i smieszne historie
Obserwuj wątek
    • mjot1 Słoninka... 06.08.02, 20:01
      Zabawne? Hmmm... Mnie osobie aż tak bardzo poważnej będzie trudno... ale
      spróbuję.

      Nie będzie to, co prawda opowieść z ogrodu, bo o taki u mnie w krzakach raczej
      trudno, ale będzie to opowieść z podwórka!

      Miejsce akcji: Nasza polanka w krzakach, na niej piwniczka a na tej piwniczce
      karmnik.
      Czas: Pierwsze jesienne chłody.
      Osoby: Pan Dog imieniem „Trol” i kocur imieniem „Puch”.
      Otóż tenże Puch był pyszczydlakiem dwuśrodowiskowym to znaczy poprzez wiosnę,
      lato i jesień mieszkał w lesie natomiast na okres chłodów ściągał do nas, do
      naszego ciepełka domowego.

      Pewnego razu pyszczydlak Puch raczył był zawitać u nas jak zwykle w sezonie
      dokarmiania ptasząt i zauważywszy w karmniku słoninkę, zeżarł ją jak na
      znakomitego łowcę przystało. Moja Zdecydowanie Lepsza Połowa wieszając następną
      połać cierpliwie tłumaczyła Puchowi, że słoninki nie należy pożerać, że
      słoninka jest dla ptasząt, że on przecież ma przeróżne pyszności na swym
      prywatnym serwisie itd. itd. Temu wszystkiemu przysłuchiwał się uważnie Pan
      Trol.
      A pyszczydlak? Cóż pyszczydlak w poczuciu pełnego zrozumienia wagi problemu
      przy pierwszej nadarzającej się okazji udał się do karmnika i zeżarł słoninkę!
      Moja Zdecydowanie Lepsza Połowa jako słynny pedagog i wychowawca nie zrażona
      chwilowymi niepowodzeniami przeprowadziła z Puchem następną lekcję wychowawczą
      uświadamiając pyszczydlaka o doniosłości dokarmiania ptasząt w trudnym okresie
      no i w ogóle, że to jest okropny wstyd zżerać komuś słoninkę! Oczywiście
      wszystkiemu z uwagą przysłuchiwał się Pan Trol.
      ... siedzimy sobie w chałupie i przez okno obserwujemy taką oto scenkę...
      Puch wtarabanił się oczywiście do karmnika w celach wiadomych a niecnych, na to
      Pan Trol wlazł na piwnicę „ujął” delikatnie kocura za futro, po czym
      wystawiwszy poza piwnicę spuścił go z wysokości ponad dwóch metrów.
      Od tej pory słoninka chroniona była przez czujnego i wiernego obrońcę!

      Wyobraźcie sobie ze na świecie żyją takie istoty, które uważają ba twierdzą
      wręcz, że zwierzęta nie myślą!!!

      Najniższe ukłony!
      Posiadacz niesamowitego wręcz poczucia humoru M.J.
      • tassman grzybobranie 07.08.02, 09:52
        No to sie usmiałem niesamowicie z waszych przezabawnych historii. Boki zrywać
        tak sie chichrałem. No nie jakież to zabawne przygody z morałem moga się
        człowiekowi przydarzyć w ogródku przy domu. Mozna zejść ze śmiechu....O rany
        ale sie ubawiłem czytając wasze 'Przygody". gdziez to ja mam chusteczke do
        nosa, muszę otrzeć łzy które wywołał mój gromki, spontaniczny smiech... toż to
        przygody niesamowite, a katuli to był wręcz horror - pają a potem ta straszna
        ropucha !!! Ojej !! S.King mógłby napisac dreszczowiec na podstawie tej
        historyjki...

        To opowiem moją.
        Wybrałem sie kiedys na kanie do lasu obok mojej kochaniuteńkiej działeczki. Ide
        z koszem zbieram od czasu do czasu grzybka, mam juz trochę w koszyku. Nagle
        patrze dwie piękne białe kanie rosną jakieś 10 metrów ode mnie w trawie tuz
        przy lesie. Poszedłem raźno po nie, złapałem ja kapelusz Ale.....to nie był
        kapelusz!!! To były piersi mojej sąsiadki z działki obok któr przyszła pod las
        opalac sie topless. Narobiła takiego krzyku że mi sie odechciało daleszego
        grzybobrania ;((. Ale gdyby to były naprawdę kanie, trafiłbym do ksiegi
        rekordów Guinessa....Co za kapelusze ;)))

        tassman:)
        • tassman Katula !!! 20.08.02, 11:45
          Katula,

          Pogoń tych działkowiczów od siedmiu boleści aby napisali cos tak zabawnego jak
          Ty. pewnie maja mnóstwo przygód na tym swoim kawałku gleby o wymiarach 5 na 5.
          Takie przygody że tylko siąść i ksiązkę pisać......
          Katula czekam aż ich pokażesz gdzie raki zimują...

          tassman:)
        • andzia31 Re: grzybobranie 26.08.03, 15:35
          tassman napisał:
          > przygody niesamowite:-)

          No, nareszcie troche seksu w ogrodzie!
          Tylko co na to pan ekspert powie?
          Az mnie ciarki przechodza jesli zaproponuje priva:-)
      • piasia Marchew w kratkę i cebulki 27.08.02, 10:01
        Długo szukałam w pamięci zabawnych zdarzeń. rzebałam, grzebałam, aż
        wygrzebałam. Byłoby dziwne, gdyby nie ;)

        Otóż - wiele lat temu, gdy objęliśmy w posiadanie nasz ogród, mieliśmy ambicję
        uprawiać w nim warzywa na własne potrzeby. A glebę mamy ciężką, gliniastą.
        Marchewka dorastała do wielkości małego palca, selery były jak włoskie orzechy
        niewielkiej odmiany.
        Pewnego roku wyczytaliśmy, że marchew i pietruszkę można siać jako "ozime" co
        tez ochoczo zrobiliśmy - zawsze to mniej pracy wiosną. Posialiśmy.
        Wiosną jednak mój Ojciec nie mogąc się doczekać, aż korzeniowe wykiełkują,
        doszedł do wniosku, że nasiona wymarzły, i posiał marchew po raz drugi. Tym
        razem nie wzdłuż grządki, a w poprzek. Nie muszę dodawać, że wykiełkowały
        równocześnie nasiona wysiane jesienią i wiosną. W efekcie marchewka rosła w
        kratkę...

        Drugie zdarzenie to zdarzenie z ostatnich dni. Przygotowywałam zagon pod
        truskawki i znalazłam dziwne cebulki. Nieduże, ok. 1,5-2 cm średnicy, lekko
        podłużne, pękate, z ciemnoszarą skórką. Nie przypominały mi nic znajomego, więc
        odłożyłam je na bok, a potem z honorami posadziłam na grządce z kwiatami,
        podsypując lepszej ziemi i oznaczając patyczkami miejsce sadzenia.
        A potem moja mama przypomniała sobie, że tam, gdzie zrobiłam zagon na
        truskawki, kilka lat temu rósł czosnek.
        Wykopałam natychmiast jedną cebulkę, podrapałam, powąchałam - czosnek!!!

        No, ludzie kochani, tak cackać się ze zdziczałym czosnkiem i jeszcze go nawet
        nie rozpoznać....
    • katasiap Re: Zabawne historie z naszych ogródków 26.08.03, 12:20
      Przeglądam sobie forum sprzed roku, bo pewnie tu znajdę odpowiedzi na wiele
      nurtujących mnie obecnie "głupiutkich pytań".
      I co znalazłam? Taki wątek się marnuje ....
      Kochani, do pracy! Do klawiatury!
      Pozdrawiam,
      Katasia
    • kropka Re: Zabawne historie z naszych ogródków 26.08.03, 18:20
      pomóżcie bo mnie skleroza już całkiem zeżarła.
      Pisałam o droździe-znajdzie? Nie mogę znaleźć, a ta ... wyszukiwarka nie chwyta
      tego forum :(
      Pomooooooooooocy!!!
      • ptasik Re: Zabawne historie z naszych ogródków 26.08.03, 18:52
        Według mnie nie....
        Pomogłam?
        Wiesz, tylko ja też mam ataki sklerozy, ale dawaj prosze :-)))
        • kropka Re: no to jadę z tym drozdem - odcinek I 26.08.03, 20:12
          jak ktos już zna tę historię, niech nie czyta.
          Długa jest, więc będzie w odcinkach (posty maja ograniczenia)

          Od rana jakiś drozd latał po naszym ogrodzie i śpiewał nieprzytomnie wciąż tę
          samą melodyjkę. Bezczelnie siadał na najbliższych i najniższych gałęziach, na
          balustradzie ganku, na patykach od grochu i wrzeszczał ile sił. Olewał nas,
          olewał psa, niczego się nie bał. Śpiewał ile sił swą jednostajną piosenkę.
          - Pewnie szuka dziecka, zauważyła słusznie Karolina
          Zaczęliśmy się rozglądać po ogrodzie, żeby nie rozdeptać i ewentualnie
          wyprowadzić na teren bardziej widoczny dla matki. Nic z tego. Malucha nie było.
          Pewnie wypadł z gniazda i zginął. Byliśmy świadkami jeszcze jednej ptasiej
          tragedii.
          Późnym wieczorem siedzieliśmy przy kolacji, gdy z krzaków dobiegł nas jakiś
          pisk. Powtarzał się dość regularnie, więc zaczęliśmy szukać. Na brzegu lasu,
          pod jałowcem siedziało skulone ptasie nieszczęście i darło mordę ile sił w
          piersiach.
          - No to znaleźliśmy, wołał Jasiek. Pewnie głodny. Ale co się daje takim
          pisklakom?
          - A co to jest? Drozd? pytałam o konkrety.
          - Czort wie. Ciemno Jeszcze nieopierzony.
          No i problem. Według wskazań fachowców piskląt nie należy ruszać, bo matka
          wyczuje zapach człowieka i odrzuci. Ale po ciemku w krzakach nic nie widać,
          więc jak rozpoznać ptaszka? A trzeba wiedzieć, czy mięsożerny, czy jarosz, bo
          można zaszkodzić.
          - Jak go tutaj zostawimy, to coś go pożre w nocy.
          - Ale jak go weźmiemy, to mamy go na dożywociu
          - To mamy tak zostawić biedne maleństwo kunom na pożarcie??? Marysia miała łzy
          w oczach
          - Dajcie latarkę, może nie dostanie zawału, a coś się da zobaczyć.
          Odeszłam w stronę domu i ku zdumieniu wszystkich maluch dziarsko podążył za mną
          drąc się bez przerwy i potykając o każdą gałązkę. Zwolniłam, żeby mógł nadążyć.
          Dotarliśmy do światła, i za pomocą atlasu doszliśmy do wniosku, że jednak to
          jest drozd.
          - No fajnie. Piszą, że drozdy jedzą owady i łapią je w locie. Ale nie piszą, co
          jedzą małe drozdy. Ma być rozpaćkane, czy w całości? I jak mu dać? Machać przed
          nosem? Wepchnąć do gardła? Jasiek stał z pęsetą w garści gotowy do karmienia
          - Poczekaj chwilę, bo go zadławimy. Upewnię się. Zadzwonię do fachowca.
          Odpowiedź przyszła po 2 minutach: owady.
          Byliśmy uratowani, bo much ci u nas latoś obrodziło. Dziewczyny zabrały się za
          tłuczenie, Marysia klapką, Karolina gipsem, Jaś donosił, a ja wsadzałam
          pensetką do dzioba. Maluch wsuwał, aż mu się uszy trzęsły. Po 10 muchach
          uznałam, że ma dość.
          - Do rana chyba mu starczy, stwierdziłam
          - To natrzepiemy na zapas, zaproponowała rozochocona Marysia.
          - I może jeszcze do zamrażarki wsadzisz? Taki pisklak musi jeść świeże!
          Umościliśmy gniazdko w kącie ganku, maluch przytulił się do ciepłej szmatki i
          zdawał się być całkiem zadowolony. Odetchnęliśmy z ulgą. Jutro pojawi się pani
          drozdowa i zabierze sobie swoje maleństwo...
          Po kilku minutach z kąta ganku rozległ się przeraźliwy pisk. Podnieśliśmy się
          automatycznie każdy do swojej roboty: dziewczyny do much, Jaś do donoszenia, ja
          do karmienia. Po 5 muchach maluch wtulił się w szmatkę, zamknął oczy i zasnął.
          Po kilku minutach z kąta ganku rozległ się przeraźliwy pisk. Podnieśliśmy się
          automatycznie każdy do swojej roboty: dziewczyny do much, Jaś do donoszenia, ja
          do karmienia. Po 5 muchach maluch wtulił się w szmatkę, zamknął oczy i zasnął.
          Po kilku minutach z kąta ganku rozległ się przeraźliwy pisk. Podnieśliśmy się
          automatycznie każdy do swojej roboty: dziewczyny do much, Jaś do donoszenia, ja
          do karmienia. Po 5 muchach maluch wtulił się w szmatkę, zamknął oczy i zasnął.
          Po kilku minutach z kąta ganku rozległ się przeraźliwy pisk. Podnieśliśmy się
          automatycznie każdy do swojej roboty: dziewczyny do much, Jaś do donoszenia, ja
          do karmienia. Po 5 muchach maluch wtulił się w szmatkę, zamknął oczy i zasnął.
          Po kilku minutach z kąta ganku rozległ się przeraźliwy pisk. Podnieśliśmy się
          automatycznie każdy do swojej roboty: dziewczyny do much, Jaś do donoszenia, ja
          do karmienia. Po 5 muchach maluch wtulił się w szmatkę, zamknął oczy i zasnął.

          Nie, nie zepsuł mi się komputer. Tak to właśnie wyglądało.
          Oby do świtu! Rano przyleci matka i weźmie sobie to nienażarte bydlę!!!
          c.d.n.

          • kropka Re: no to jadę z tym drozdem - odcinek II 26.08.03, 20:19
            cdn.
            Nie doczekaliśmy świtu. Padliśmy gdzieś koło 3.00. Jaś zasnął na ganku na
            leżaku pilnując, aby żaden grożny, drapieżny zwierz nie zjadł naszego
            podopiecznego.
            Już niektóre ptaki wstawały, już rozpoczynały swój koncert, ale widocznie
            drozdy śpią dłużej. Nasz też spał albo go zatkało z przeżarcia.
            O 7.00 z kąta ganku rozległ się przeraźliwy pisk. Podnieśliśmy się
            automatycznie każdy do swojej roboty: dziewczyny do much, Jaś do donoszenia, ja
            do karmienia. Po 5 muchach maluch NIE wtulił się w szmatkę, NIE zamknął oczu i
            NIE zasnął. Przeciwnie. Stanął na środku ganku, zachwiał się lekko na strasznie
            cienkich nóżkach, łypnął oczkiem w moją stronę i ruszył na złamanie karku.
            Stanął przy mojej nodze i rozdarł dziób. Automatycznie każdy ruszył do swojej
            roboty: dziewczyny do much, Jaś do donoszenia, ja do karmienia. Po pięciu
            muchach dziób się zamknął i wraz z resztą ciała dziarsko ruszył do przodu. Tym
            razem za Jaśkiem.
            Rozglądaliśmy się szukając matki. Początkowo wypatrywaliśmy drozdów, z czasem
            patrzyliśmy z nadzieją na każdego ptaka, który siadał lub przelatywał w pobliżu
            domu. Ale żaden nie był zainteresowany naszym podrzutkiem.
            Mniej więcej co 10 minut rozlegał się rozdzierający pisk. Automatycznie każdy
            ruszał do swojej roboty: dziewczyny do much, Jaś do donoszenia, ja do
            karmienia. Po pięciu muchach dziób się zamykał i wraz z resztą ciała dziarsko
            ruszał do przodu.
            W południe zbuntowała się Karolina.
            - Ja mam SWOJE dziecko do wykarmienia. Wprawdzie nie drze się tak przeraźliwie
            i jest znacznie mniej upierdliwe, ale przepraszam – ja wysiadam z tego
            tramwaju! Mogę wam na zapas much natrzepać i to wszystko. I uprzedzam: po
            obiedzie idę spać z Boberem. I żeby mi się nikt nie darł pod oknem!!! zawołała
            groźnie w stronę pisklaka.
            - No to trzep, póki są. Jak tak dalej pójdzie, to będziemy sąsiadom muchy
            wybijać, słusznie stwierdziła Marysia.
            - Możemy założyć skup zużytych lepów na muchy, zasugerował Jaś.
            - A to jest pomysł! Maleństwo będzie miało gumę do rzucia! Może na dłużej mu
            starczy, Marysia była pełna nadziei, bo nadal co 10 minut rozlegał się
            rozdzierający pisk. Automatycznie każdy ruszał do swojej roboty: dziewczyny do
            much, Jaś do donoszenia, ja do karmienia. Po pięciu muchach dziób się zamykał i
            wraz z resztą ciała dziarsko ruszał do przodu.
            Z coraz mniejszą uwagą rozglądaliśmy się za panią drozdową. Widocznie straciła
            nadzieję i przestała szukać dziecka.
            W obliczu groźby wybicia wszystkich much w okolicy, zaproponowałam naszemu
            podrzutkowi urozmaicenie menu. Obrzydliwą, czarną larwę wchłonął z entuzjazmem.
            Dobra nasza, pomyślałam i poszłam w grządki. Maluch dzielnie pomaszerował za
            mną. Ja pieliłam, drozd wyżerał każdego robaka, który pojawiał w jego polu
            widzenia. Jeśli przeczytacie kiedyś, że drozdy jedzą wyłącznie w locie, włóżcie
            to między bajki. Wpieprzają z ziemi ino gwizd!
            Po południu przyszedł sms: „drozdy jedzą jagody”. Świetnie. Jagód jest w bród,
            więc maluchowi śmierć głodowa nie grozi. Poza tym mieliśmy problem z podaniem
            małemu wody. Kiedyś usiłowaliśmy napoić jaskółkę, ale jak się później okazało,
            utopiliśmy ją, tzn zadławiła się kroplą wody nieumiejętnie wlaną do dzioba. Na
            wszelki wypadek nasz drozd wcale nie dostawał wody. Jagody były więc znakomitym
            wyjściem.
            Ha! Ha! Ha! Nawet spojrzeć nie chciał! Ani całych, ani roztartych, ani z ziemi,
            ani z pensety, ani nawet z cukrem.
            - Drozd nie krowa i zielska jeść nie będzie. Trzeba wymyśleć jakiś inny sposób,
            bo nam ptaszysko wyschnie, powiedział Jaś i wymyślił. Podetknęliśmy pisklakowi
            kroplę wody na liściu. Zjadł jak muchę.
            Mieliśmy więc rozwiązany problem karmienia i pojenia pisklaka. Należało jeszcze
            uporać się ze spaniem. NASZYM spaniem.
            Jednak udało się nam zachowac resztki zdrowego rozsądku, bo uświadomiliśmy
            sobie, że przecież ptaki też śpią i nie karmią swoich małych całą noc.
            Wprawdzie chodzą spać z kurami, a wstają skoro świt, ale jakąś przerwę mają,
            więc nie dajmy się zwariować. „Gniazdko” zostało przeniesione do koszyka i
            stanęło koło kuchni.
            O 10-tej wieczorem drozd dostał swoje ostatnie 5 much, wsadziliśmy go do
            koszyka, życzyliśmy mu słodkich snów i poszliśmy spać.
            O 5-tej obudził nas rozpaczliwy pisk. Automatycznie każdy ruszył do swojej
            roboty: dziewczyny do much, Jaś do donoszenia, ja do karmienia. Po pięciu
            muchach dziób się zamknął i wraz z resztą ciała dziarsko ruszył do przodu.
            - Czy wszystkie pisklęta składają się wyłącznie z przewodu pokarmowego, czy
            tylko nam trafił się taki egzemplarz? zastanawiała się zaspana Maryśka.
            O 6-tej obudził się głodny wnuk, więc o spaniu nie było już mowy. Dobre i te
            parę godzin.
            Drozd tuptał za nami jak pies. Czasem przysypiał gdzieś w trawie, ale gdy się
            budził, a nikogo nie było w polu jego widzenia, podnosił takie larum, że
            zbiegaliśmy się wszyscy jak do pożaru. Trzeciego dnia pisklę było już całkiem
            samodzielne. To znaczy – łaził za nami, ale już nie chwiał się jak po pół
            litrze i nie wpadał w panikę z byle powodu. Bez stresu pozwalał brać się w
            ręce, jadł za trzech, pił z liścia jak zawodowiec. Na widok osoby zdążającej w
            stronę warzywniaka dostawał niebywałego przyspieszenia.
            Jedno było zastanawiające: miał swoją stałą porcję jedzenia – pięć much, lub
            trzy larwy i pięć kropli wody. Ani grosza więcej. Umiał liczyć, czy jak?
            Przerwy w jedzeniu też były coraz dłuższe. Zauważyliśmy też, że kilka włosków
            pierza na głowie zmienia się w niby-piórka, a skrzydełka nabierały wyraźnie
            drozdowych kropek. I gdy wydawało się, że nic nie zmąci naszego spokoju,
            Karolina zadała elektryzujące pytanie:
            - a kto go nauczy latać?
            - !!!!!!!!!??????????
            • kropka Re: no to jadę z tym drozdem - odcinek III ostatni 26.08.03, 20:33
              Ambitna Maryśka kucnęła przed ptaszkiem i zaczęła machać rękami.
              Jasiek postawił go na poręczy ganku i delikatnie popchnął. Maluch spadł nawet
              dość miękko, ale zarył dziobem w piach stawiając tzw. świecę. Zaczęliśmy
              straszyć malucha klaskaniem, żeby go zmusić do ucieczki i rozwinięcia skrzydeł.
              Jakiś instynkt przecież ma, nie? Nie. Maluch patrzył na nas jak na wariatów i
              sadowił się wygodnie na gołych stopach osoby stojącej najbliżej.
              - Poczekajmy jeszcze. Może jest za mały?
              - A może zostanie z nami na zawsze? marzyła Marysia nieśmiało.
              - Nie ma takiej możliwości, powiedziałam od razu stanowczo. Masuj mu skrzydła,
              strasz, goń, rób co chcesz. Ten ptak ma odlecieć!!!
              Powoli nabierałam obawy, że drozd rzeczywiście tak się do nas przywiąże, że nie
              zechce odlecieć, albo co gorsze, nie zostanie zaakceptowany przez inne ptaki,
              bo będzie pachniał człowiekiem.
              Przestaliśmy brać go na ręce. Koszyk z gniazdkiem został wyniesiony na ganek.
              Podczas spaceru po lesie zebraliśmy sporo ptasich piór i wyścieliliśmy nimi
              gniazdo. Niechże wreszcie pisklak dowie się, kim jest!
              A pisklak rósł w siłę. Niemal popłakaliśmy się ze wzruszenia, gdy sam złapał
              przelatującą muchę. Osiągnięcia drozda i wnuka przyjmowane były z równym
              entuzjazmem. Ale pomysłu na latanie nie było.
              Pewnego dnia szłam w stronę samochodu. Szłam szybko, żeby drozd za mną nie
              nadążył, bo musiałabym go zabrać do sklepu. Jasiek minął mnie biegnąc z tego
              samego powodu. A za nim... biegł drozd rozpościerając skrzydełka i drąc dziób
              ile sił w piersiach.
              Jasne, że odpuściliśmy sobie zakupy, nic to, że zostaliśmy bez chleba. Na
              zmianę uciekaliśmy przed drozdem, a on gonił nas, coraz sprawniej machając
              skrzydłami.
              „Nie o to chodzi by złapać króliczka, ale by gonić go”. Jaka ta Osiecka była
              mądra!
              Po dwóch dniach ostrego treningu drozd uniósł się samodzielnie do góry i usiadł
              zdyszany na gałęzi brzozy. Siedział tam dość długo sprawiając wrażenie zupełnie
              zdezorientowanego. Byliśmy zachwyceni i dumni.
              Na noc wylądował w swoim koszyku na ganku, ale gdy wstaliśmy, koszyk był pusty.
              Ptak siedział na brzozie i świrgolił całkiem zadowolony. Na robaki poleciał
              w grządki. Nie miałam pojęcia, czy mam go jeszcze dokarmiać, czy da sobie radę
              sam. Liczyłam jednak na jakiś zew krwi. Odetchnęliśmy z ulgą. Wreszcie można
              było normalnie chodzić, nie patrząc ciągle pod nogi, wreszcie można było
              przestać pilnować wnuka i psa, żeby niechcący nie zgnietli...
              - Muszko! Nasz drozd znalazł kumpli! zawołał szczęśliwy Jasiek
              - Świetnie, ale obserwuj, czy nie robią mu krzywdy. Nie wiemy przecież...
              - Muszko! One są znacznie większe i mają ciemne dzioby!!! I ciągle latają nad
              tym naszym!
              - Chyba mnie szlag trafi! zawołałam. Rodzice? Teraz???? Na gotowe
              przylecieli??? Zabieraj koszyk! Koniec zabawy! Kukuły przebrzydłe! Niech się
              trochę pomartwią o dach nad głową!!!
              Byłam wściekła.
              Wieczorem na poręczy ganku siedziały trzy przytulone do siebie drozdy. Baliśmy
              się poruszyć, żeby nie spłoszyć. Potem przeniosły się na brzozę i nocują tam
              regularnie.
              Coraz trudniej odróżnić, który jest nasz. Jest już niemal dorosłej wielkości,
              jedynie dziób ma znacznie jaśniejszy. I nie ucieka, gdy siadamy do stołu pod
              brzozą.

              Tak było w lipcu. Jeszcze w połowie sierpnia na brzozie regularnie siadaly
              drozdy i śpiewały w głos. Coraz częściej mieliśmy kłopoty z odróżnieniem, czy
              to "nasze". Ale czasem jeden siadał na poręczy ganku i tylko lekko odsuwał sie
              na widok człowieka. Ten był na pewno nasz.
              Dwa tygodnie temu zamknęliśmy chałupę i wróciliśmy do Łodzi. Gdy przyjechaliśmy
              w ostatnią sobotę, na poręczy ganku siedział drozd. Odleciał, gdy podeszliśmy
              bliżej.
              I o to właśnie chodziło.
              • kamea7 Re: no to jadę z tym drozdem - odcinek III ostatn 26.08.03, 20:53

                Jesuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu
                splakalam sie, no splakalam.................. ze smiechu.
                • piasia Kropka, Ty to masz talent! 27.08.03, 08:15
                  I do przygód, i do opisywania tych przygód!

                  Ja się też spłakałam ze śmiechu!

                  A Ptasik chyba na długo się nasycił ptasimi opowieściami :))))
                  • ptasik Re: Kropka, Ty to masz talent! 27.08.03, 08:44

                    Witajcie Baby

                    Jeszcze nie - zostawilam sobie na deser te lekture, ale teraz to juz pewnie nie
                    wytrzymam i zjem ten deser teraz, na sniadanie :-)))
                    Katula
                    • ptasik Re: Kropka, Ty to masz talent! 28.08.03, 09:15
                      No wczoraj nie dalam rady ale warto bylo czekac, oj warto.
                      Tyle, ze ja nie tyle sie smialam, co czytajac gebe rozdziawialam coraz bardziej
                      z zachwytu.
                      Jejku, Kropka, jak ja Wam zazdroszcze, slowo, slowo Wariata, po prostu
                      zazdroszcze:-)

                      Jestem gotowa i te noce poswiecic i wszystko sama robic, bo raczej na swojego
                      Mezczyzne Zycia w tej kwestii liczyc bym nie mogla
                      Tlukla bym muchy, donosila sobie :-) karmila pisklaka, robali szukala -i nawet
                      do reki gotowa bylabym je brac dla sprawy.
                      I jeszcze za ochroniarza przed dwoma psami bym robila :-) I latac bym sie
                      nauczyla....
                      Ja chce swojego pisklaka do odchowania !!!

                      Kropka, jak ja Wam zazdroszcze :-)))

                      Katula Poskrecana i Zieleniala z Zazdrosci
                      • kropka Re: Kropka, Ty to masz życi :(! 29.08.03, 11:29
                        Ptaśku, hodowałam już niejedno pisklę, niejednego malutkiego zajączka,
                        niejednego malutkiego jeża. Rok w rok dzieci przywlekały do domu jakieś małe
                        nieszczęścia. Świeżo urodzone myszki też. A odkupiony od chłopa myszołów
                        mieszka od paru lat w łódzkim ZOO. Był postrzelony z wiatrówki i miał być
                        wypchany.
                        I malutką kaczuszkę, 3-dniową, kupioną przez moją córkę na jarmarku ("taka
                        ślicna, najmniejsa była, inne kacuski ją deptały, buuuuuuuuuuu) też hodowałam.
                        Właściwie to mogłabym robić za eksperta od hodowli różnych bydląt.
                        Wiesz, jak się karmi mysie noworodki? Szmatką. Wpadłabyś na to?
                        :)))
                        • ptasik Re: Kropeczko kochana 29.08.03, 11:55
                          No to opowiadaj, proszeeeeeeeee.........
                          A ja Ci w prezencie tego Marsa poszukam i dostarcze nawet jakbys chciala :-
                          )))))))))))


                          Katula
    • kropka Re: kaczka 17.09.03, 18:15
      Był to czas, gdy moje dzieci były milutkie, mięciutkie i cieplutkie czyli
      dokładnie takie, jak dzieci być powinny. Spędzaliśmy wakacje na wsi, gdzie
      jedyną poważną rozrywką kulturalną była niedzielna msza i jarmark raz w
      miesiącu. I właśnie na jarmarku rozpoczęła się historia kaczki Tasi.
      Nie mogę sobie darować króciutkiego przypomnienia tamtych jarmarków. Zjeżdżali
      się wszyscy okoliczni hodowcy zwierząt i roślin, wytwórcy glinianych garnków i
      piszczących ptaszków, drewnianych fujarek, słomianych kapeluszy i wiklinowych
      koszy. Można było bez trudu nabyć prawdziwe, koronkowe serwety, haftowane
      makatki „Dobra woda życia doda” i „Nigdy dobra gospodyni mleka z wodą nie
      pomyli” i obrazki na szkle malowane. Były też starocie za grosze, na widok
      których traciłam instynkt samozachowawczy.
      Słowem: brać, wybierać, nie grymasić.
      Żeby mieć trochę świętego spokoju dawałam dzieciom po kilka złotych i
      puszczałam samopas w gąszcz wozów i kramów.
      I tak też było owego pamiętnego dnia. O wyznaczonej godzinie spotkaliśmy się
      przy samochodzie. Każde dziecko gwizdało, piszczało, obracało wiatraczkiem lub
      machało nowym słomkowym kapeluszem. Tylko Karolina stała z boku z niepewną
      miną. Nie wróżyło to nic dobrego.
      - Nic nie kupiłaś? zgubiłaś pieniążki? zapytałam
      - Nnnnnieeeee...
      - Coś się stało?
      - Nnnnnnieeee...
      - Muszko, ona ma kaczkę!!! zawołał któryś z chłopców
      - ??????????
      - nnnnnnooooo, kupiłam kacuskę taką malutką zobac najmniejsa była inne kacki ją
      deptały i taka smutna była a teraz się uśmiecha zobac sama nie oddas jej
      prawda? buuuuuuuuuuuuuuuuu!!!
      Nie muszę wyjaśniać, że kaczka była żywa. Miała 2, może 3 dni.
      Jak żyję kaczki nie hodowałam, więc poszłam do sąsiadki po fachową pomoc. Też
      kupiła kaczki, ale dziesięć i dwa razy większe od naszej. Dowiedziałam się, że
      Tasia jest za mała i zdechnie. Że kaczka to ptak stadny i samotna zdechnie. Że
      kaczki są trudne do wychowania i na ogół co druga zdycha. Że musi być kaczka-
      matka, lub kura-matka, bo inaczej pisklaki zdychają. Słowem – nie ma bata –
      nasza kaczka musi zdechnąć. I jak to powiedzieć czteroletniemu dziecku? Jak
      karmić, poić, bawić się czekając aż zdechnie? Ale co zrobić? Na rosół za mała,
      a bez celu łeb ukręcać?
      Bez sensu było to wszystko. Byłam wściekła.
      Na wszelki wypadek wzięłam od sąsiadki torebkę ospy i dokładną instrukcję
      karmienia: jajka, kartofle, pokrzywy, ospa...
      Tasia została umieszczona w kojcu wraz ze świnką morską. Jak stadna, to niech
      ma kumpelkę. Bez mrugnięcia okiem Karolina wstawała o 5 rano, zrywała pokrzywy
      i kroiła je drobniutko, żeby swoje maleństwo nakarmić. Nie spuszczała jej z
      oka, pilnowała, żeby nie rozdeptać, żeby psy nie złapały, żeby nie odeszła za
      daleko. Byłam pełna podziwu dla jej odpowiedzialności, ale z obawą czekałam na
      dramatyczny finał. Przecież kaczka się nie uchowa – nie ma takiej możliwości!
      Tymczasem Tasia uznała Karolinę za swoją mamę i nie odstępowała jej na krok. Po
      rannym śniadanku wędrowała do Karoliny łóżka, przytulała się do jej szyi i obie
      dosypiały do jakiejś ludzkiej godziny. Chodziła z nami na spacery. Gdy była już
      bardzo zmęczona, nosiliśmy ją w koszyku. Po krótkiej drzemce zaczynała
      piszczeć, lądowała na ziemi i dzielnie maszerowała dalej. Na dźwięk swego
      imienia odzywała się głośno i znacznie głośniej reagowąła na wszelkie
      zagrożenia. Namiętnie wyjadała liszki z marchwi i z kapusty. Był to chyba
      jedyny rok, w którym nie miałam kłopotu z robalami w warzywniaku.
      Po tygodniu Tasia była znacznie większa niż kaczki sąsiadki i znacznie
      odważniejsza. Nie bała się wcale ludzi, jednak na widok obcych wolała chować
      się pod psem.
      Mieliśmy wówczas psa imieniem Hektor, owoc mezaliansu seterki i sznaucera
      olbrzyma – cudo nad cuda. Z mieszaniny psa myśliwskiego i obronnego wyszedł
      pies towarzyski. Miał tyle serca, że na rozum już niemal nie było miejsca.
      Kochał wszystko, co malutkie. Nic więc dziwnego, że Tasia stała się jego
      ulubienicą. Pozwalał jej na wszystko: na spanie między łapami, na wydłubywanie
      z brody resztek jedzenia, na włażenie w michę z żarciem i wyjadanie co
      smaczniejszych kąsków. Ulubioną zabawą obojga było noszenie w pysku. Ponieważ
      psi pysk był wielkości średniego wiaderka, Tasia mieściła się w nim wygodnie, a
      pies stąpał dostojnie i ostrożnie z pół otwartym pyskiem, z którego od czasu do
      czasu wydobywał się pisk. Po takiej zabawie kaczka nie była nawet specjalnie
      obśliniona.
      Dość szybko Tasia poznała swoje prawa i obowiązki. Prawa miała wszystkie, a
      obowiązkiem było jedzenie. Czy wiecie, ile może zjeść mała kaczka? Nie wiecie i
      nawet sobie nie wyobrażacie. Mała kaczka może zjeść konia z kopytami i jeszcze
      zażąda deseru. Właściwie Tasia jadła cały czas. Czasem przestawała, bo jej
      brzuszko-gardziołko przeważało i nie mogła utrzymać pionu. Lądowanie dziobem w
      ziemi oznaczało konieczność znalezienia Hektora i ułożenia się w jego sierści w
      celu krótkiej drzemki.
      Gdzieś po tygodniu Tasia nauczyła się schodzić po schodach. Gdy pierwszy raz
      udało jej się wylądować na nóżkach, a nie na dziobie, stanęła „na palcach”,
      uniosła dziób w górę, zamachała mini-skrzydełkami i głośno wypiszczała odę
      triumfu. Ktoś zawołał „jaka dzielna kaczka!”, ktoś zaklaskał i odtąd na
      hasło „dzielna kaczka!” Tasia stawała na palcach, wyciągała się jak struna i
      zamaszyście machała skrzydełkami. Mądra kaczka? Mądra, niestety. I tu zaczął
      się następny problem.
      Od znajomego fachowca dowiedzieliśmy się, że kaczki żyją ok.20 lat, że są
      niezwykle inteligentne, że bardzo szybko się uczą i w ogóle to wpaniałe
      zwierzątka.
      - a nauczą się fajdać do kuwety? dopytywałam się, bo przecież kiedyś trzeba
      było wrócić z wakacji do Łodzi. Mieszkaliśmy wówczas w blokach i nie bardzo
      miałam ochotę na kurnik w M-4.
      - nnnnoooo raczej nieeee, ale zawsze możesz spróbować...
      Pomysłów na Tasie w wielkim mieście było mnóstwo: od budy na balkonie do
      oddania jej do zaprzyjaźnionego ogrodu zoologicznego.
      Niestety, problem rozwiązał pies znajomych. Trzepnął kaczkę zębami w łepek.
      Miała 6 tygodni i była już całkiem odchowanym ptaszyskiem.
      Na jej grobie leży duży kamień. Żebyśmy pamiętali, żebyśmy od czasu do czasu
      dziękowali losowi za to, że z nami była, że obdarzyła nas zaufaniem i całym
      swoim malutkim, ptasim serduszkiem.

    • kropka Re: myszy 17.09.03, 19:47
      Są zmorą każdego gospodarstwa wiejskiego. Każde wiejskie dziecko ma wpojoną
      nienawiść do myszy, szczurów, kun i innych gryzoni. Po żniwach, na ścierniskach
      często widać gromadę małolatów, których ulubioną zabawą jest rozgrzebywanie
      mysich norek i zabijanie szkodników. Mord odbywa się na różne sposoby, od
      tłuczenia kijem po rzucanie psom na pożarcie.
      I jak wytłumaczyć kilkuletniemu mieszczuchowi, że jego najbliższy kumpel, jego
      wakacyjny przyjaciel, jego idol postępuje niehumanitarnie, nieetycznie,
      obrzydliwie i w ogóle? Nie da się. Życie jest życiem i rządzi się własnymi
      prawami.
      Choć Pan Bóg nie rychliwy, ale sprawiedliwy.
      Pewnego dnia z poobiedniej drzemki wyrwał mnie płaczliwy jazgot moich pociech
      wracających z takiego właśnie polowania.
      - Buuuuuuuuuu! Muszko! Ratuj! Pies zjadł mysz i zostały takie malutkie!
      Uratujesz, prawda?!!!!!!!!! Buuuuuuuuu!
      - Nie uratuję! Cholera jasna! Matkę zabijacie a dzieci mam ratować?! Po co?
      Żebyście je potem zabili?! Żeby je pies zeżarł?! Trzeba myśleć! Nogi powyrywam,
      jak jeszcze raz na polu zobaczę!!!
      - Nie będziemy! Już nigdy! Ale uratuj!!! Buuuuuuuuuuuu!
      Myszki były dwie, miały może centymetr długości, były łyse, różowe i chyba
      świeżo urodzone. I kompletnie bezradne. Ja też. Jak to karmić? Czym?
      Do koszyka włożyłam jakieś szmaty, wyczesałam psa, żeby mieć ciepłą sierść
      i czekałam... aż same zdechną. Z głodu, bo nie miałam żadnego pomysłu na
      karmienie. Pyszczki były za małe nawet na smoczek dla lalki.
      Co jakiś czas sprawdzałam, czy żyją. Żyły. W nocy zaczęły się nawet lekko
      przesuwać w koszyku, a rano były już całkiem ruchliwe. Klęłam na czym świat
      stoi, bo nie jest łatwo i przyjemnie patrzeć, jak skazaniec broni się przed
      śmiercią, jak bardzo chce żyć.
      Czy pisałam kiedyś, że jestem genialna? To dobrze, bo nie jestem, ale czasami
      miewam przebłyski geniuszu. I wtedy właśnie mnie naszło.
      Z bawełnianego kordonka uplotłam warkocz, końcówkę umoczyłam w mleku i
      wetknęłam myszom do mordek. Ssały. Właściwie powinnam opatentować ten pomysł,
      ale pewnie i tak dużo bym nie zarobiła. Nie sądzę, żeby znalazło się dużo
      wariatów ratujących mysie noworodki.
      Dzieci karnie przesiedziały dwa dni nie odstępując koszyka na krok. Cierpliwie
      babrały się w mleku z kordonkiem, a potem szmatką. Czesały psa, zmieniały
      wyściułkę „gniazda”, a ja dziękowałam losowi za tak wspaniałą lekcję szacunku
      do wszystkiego, co żyje. Lepszej nie mogłam sobie wymarzyć.
      A myszki miały się coraz lepiej.
      Po trzech dniach wpadłam na pomysł... adopcji. Dzieci znów powędrowały na pole,
      ale z zadaniem znalezienia zamieszkałej mysiej norki. Położyliśmy nasze maluchy
      blisko wejścia i czekaliśmy z nadzieją i niecierpliwością. Po krótkiej chwili z
      nory wysunęła się mysia mordka z bardzo ruchliwym noskiem. Wyraźnie szukała,
      skąd pochodzi nowy zapach. Wstrzymaliśmy oddech. Mysz wyszła na zewnątrz i
      bardzo dokładnie obwąchała nasze maluchy. Wcześniej wytyrlałam je w ziemi, żeby
      zabić ludzki zapach więc miałam nadzieję, że nowa mama potraktuje je
      przyjaźnie. Ale mysz wróciła do nory. Nasze maleństwa zaczęły się kręcić i
      piszczeć. I tego już mysz nie wytrzymała. Wyskoczyła z norki, porwała w pysk
      (chyba) jedno małe i wciągnęła do dziury. Po chwili wróciła po drugie.
      Długo staliśmy w pobliżu obserwując norkę. Maciek cichutko podczołgał się i
      przyłożył ucho do ziemi. Wydawało mu się, że w norce coś piszczy.

      I tyle. Nie wiem, czy nowa matka wychowała nasze sieroty. Może je zagryzła? Nie
      znam mysich obyczajów, ale mam nadzieję, że wyrosły na duże, zdrowe i dzielne
      gryzonie.
      Jednego jestem pewna: od tej pory moje dzieci nie polowały na żadne myszy, nie
      maltretowały żab i zaskrońców, nie rozdeptywały robali, a pająki ostrożnie
      wyrzucały na dwór podkreślając, że jestem wredna, bo deszcz, mróz, czy inne
      kataklizmy, a te pająki przeze mnie...
      Za to do dziś znoszą do domu zwierzakowe nieszczęścia. I jak sytuacja wydaje
      się dramatyczna, jeśli nie ma nadziei na ratunek, zawsze ktoś powie: „z myszami
      daliśmy radę, a teraz nie damy? Trzeba spróbować!”
      • kamea7 Re: myszy 17.09.03, 22:36
        kropka, jeszcze, jeszcze jakies opowiadanie o zwierzakach, roslinach i innych
        motylkach:-)))))
        • piasia Re: myszy 18.09.03, 07:51
          Kropka, jesteś WIELKA!

          Czytałam o Tasi i myszkach ze wzruszeniem i łzami w oczach.

          Już sama nie wiem, co w Tobie jest większe - serce, rozum czy talent.
          Piszesz, że Twój pies ma w sobie tyle serca, że juz na rozum nie starcza
          miejsca. A w Tobie się to wszystko mieści. Ty jesteś po prostu Wielokropek!

          Gdyby to, co o Tobie myślę ( i chyba reszta uczestników tego forum również)
          przekładało się jakoś na rzeczywistość, to powinnaś stąpać po różach, spowita
          w jedwabie i koronki, nie mieć absolutnie żadnych zmartwień, najpiękniejsze
          sny, rajski ogród, co tydzień wygraną w totka i w ogóle żyć wiecznie.

          Chapeaux bas, mesdames et messieurs, chapeaux bas!

          Zachwycona i wzruszona Pi
          • ptasik Re: myszy, Tasia, szacunek.... 18.09.03, 09:42
            Jestem tak niesamowicie wzruszona, ze nie wiem co mam napisac.....
            Moze potem....
            Teraz dla odmiany bede buczec.....
            W koncu mnie stad wywala........
            Trudno , warto....
            Katula
            • puma002 Re: myszy, Tasia, szacunek.... 18.09.03, 10:18
              Kropko - i ja chylę czoło...
              bo nie wiem co więcej napisać
              • kropka Re: myszy, Tasia, szacunek.... 18.09.03, 11:01
                serdeczności za wszystkie ciepłe słowa :)
                Małe sprostowanko: anim ja dobra, anim ja mądra. Odziedziczyłam po ojcu
                specyficzny sposób patrzenia na świat i tyle. Od szczeniaka ojciec targał mnie
                po górach (w plecaku), ciągał po lasach i pławił w jeziorach. Czasem
                zatrzymywał się i mówił: "widzisz tę kępę wrzosów? Piękna, prawda? To ja ci ją
                daję w prezencie". I tak stawałam się właścicielką poskręcanego drzewa,
                pachnącej łąki, jelenia przebiegającego przez drogę czy panoramy Tatr
                posrebrzonej słońcem. To dzięki niemu umiem szanować życie. Był lekarzem.

                Przyjmijcie więc ode mnie w prezencie jesienny las. Z całym jego bogactwem
                kolorów, z całym bukietem zapachów, z nastrojem spokojnych przygotowań do
                zimowego snu :-)

                • ptasik Re: myszy, Tasia, szacunek.... 18.09.03, 11:16
                  Dziekuje....

                  Katula
    • kropka Re: Zajęcze lato 26.09.03, 17:14
      Taka sobie historyjka, z której morał jeden: gdyby ludzi byli jak zwierzęta, to
      mielibyśmy raj na ziemi.

      W czasie żniw kosiarka wjechała w zajęcze gniazdo. Matka zdążyła uciec, ale
      maluchy już nie. Jedno małe zdechło, na szczęście, dość szybko. Drugie miało
      jedynie podciętą tylną nóżkę w „kolanie”. Oszczędzę opisu.
      Problem z dzikimi zwierzakami polega głównie na ich (chyba) genetycznie
      uwarunkowanym strachu przed człowiekiem. Czy widzieliście kiedyś oczy dzikiego,
      rannego zwierza? Jest w nich ból, jest cierpienie. Ale jest coś jeszcze.
      Szybkie ruchy gałki ocznej, rozszerzone źrenice albo przeciwnie, oczy
      nieruchome, lekko zamglone, jakby martwe, zesztywniałe ciało. I tylko serce
      bijące tak szybko, tak głośno, że wydaje się za moment rozerwać skórę i
      wyskoczyć z bezbronnego ciała. Ten dziki strach i bezsilność zwierzęcia jest
      dla mnie nie do zniesienia. I nie uspokoisz, nie pocieszysz, nie wytłumaczysz.
      Najlepszym rozwiązaniem jest położyć w miarę wygodnie i odejść. Często zwierzę
      wyliże rany, sobie tylko wiadomym sposobem zatamuje krwotok, schowa się gdzieś
      w mateczniku i powoli dojdzie do siebie. Albo zdechnie, zgodnie z prawami
      natury. Takie życie.
      Ale zajęcze niemowlę ze skokiem wiszącym na kawałku skóry? Przyniesione przez
      małe dzieci? Strach w oczach zająca i nadzieja w oczach dzieci sprawiły, że
      wsiadłam w auto i pojechałam w poszukiwaniu weterynarza, który potraktuje
      zajęcze dziecko jak zwierzę, a nie jak potencjalny pasztet. Znalazłam za
      czwartym podejściem - kardiochirurga z Wrocławia, który spędzał urlop zaszyty w
      leśnej głuszy. Operacja została przeprowadzona w znieczuleniu, dawki środków
      uspakajających i antybiotyku przeliczone na dekagramy wagi ciała, piguły
      częściowo ofiarowane, częściowo wypisane na bezpłatną receptę
      z adnotacją „rodzina lekarza”. Słowem – znalazłam porządnego człowieka.
      Zając został przywieziony do domu, położony w koszyku na sianie, napojony
      mlekiem (smoczkiem z butelki dla lalek) i zostawiony w spokoju. Spacyfikowane
      dzieci i zaciekawione psy chodziły na paluszkach i podglądały z daleka.
      A ja miałam gonitwę myśli. Nie jest trudno uratować i wyleczyć. Ale co dalej?
      Wypuścić do lasu? Jak poradzi sobie zając bez tylnej nogi? Czy ucieknie przed
      lisem? Ratować zająca tylko po to, żeby inne zwierzaki miały łatwe śniadanie?
      Wszystko wydawało się bez sensu.
      A zając odsypiał cierpienia i emocje.
      Wieczorem koszyk został wstawiony do kuchni. Zając już nie reagował tak
      histerycznie na nasz widok. Po środkach przeciwbólowych spał tak mocno, że
      nawet nie obudził się na kolację. Flachę rozwodnionego mleka z glukozą wypił
      przez sen.
      Ledwie dniało, gdy obudziło mnie rozpromienione dziecko. W koszyku spał
      spokojnie zając wtulony w leżącą obok sukę.
      Nasza mała, skundlona psica zaadoptowała zająca darząc go miłością bezkrytyczną
      i bezwarunkową, a maluch zaufał jej jak rodzonej matce. Razem wędrowali po
      ogrodzie, razem pili mleko z miski, a potem, gdy zając dostawał trawę, sałatę i
      inne zielska, suczka podejrzliwie obwąchiwała jego żarcie patrząc na nas z
      niedowierzaniem i dezaprobatą. Maluch zaś bez chwili wahania, choć bez
      zachwytu, gotów był rąbać ryż z mięsem.
      Rana zagoiła się dość szybko. Wbrew oczekiwaniom skakanie nie sprawiało
      zającowi specjalnych kłopotów. Odpychał się kikutem na tyle skutecznie, że
      trudno było za nim nadążyć. Gorzej było z siadaniem i stawianiem „słupka”.
      Początkowo kończyło się to wywrotką, z czasem jednak wypracował sobie metodę
      podpierania, która niewątpliwie prowadziła do skoliozy, ale pozwalała
      funkcjonować „po zajęczemu”. Nadal pilnował się psa, a do ludzi podchodził z
      rezerwą. Szanowaliśmy jego wybór, ale o wypuszczeniu na wolność mowy być nie
      mogło.
      Łódzkie ZOO wzbogaciło się o kolejnego członka zajęczego stada. Lekko
      wybrakowanego, ale zawszeć zając, nie?
    • jerzy.wozniak Re: Zabawne historie z naszych ogródków 28.09.03, 08:35
      Witam na forum Gazety!
      Ależ to piękny wątek czytam i nadziwić się nie mogę, że jeszcze nie piszecie w
      gazetach, toć o was z waszą pisarską biegłością powinni się bić!
      Jurek
    • kropka Re: Można oszaleć... 28.09.03, 20:40
      z zachwytu. Zobaczcie sami :))
      www.petpigs-poland.net/
    • ignorant11 Re: Zabawne historie z naszych ogródków 30.09.03, 02:05
      ptasik napisała:

      > Witam Was wszystkich serdecznie
      >
      > Chciałabym zaproponować małą zmianę nastroju i zachęcić Was do pisania o
      zabawn
      > ych historiach ogródkowo-przydomowych.
      > Mnie na przykład bardzo rozbawiła ogromna naturalna moskitiera w moim oknie,
      kt
      > órej właścicielem był bardzo duży pająk. Niestety poległ był w dziobie
      jakiegoś
      > ptaka, bo po paru diach w pajęczynie zostały jedynie jego nogi.
      > Kolejnym smiesznym naturalnym urządzeniem przydomowym, wyłapującym znaczną
      częś
      > ć owadów zmierzających do drzwi prowadzących do domu była olbrzymia ropucha.
      I
      > nie byłoby nic smiesznego w tym, że swoim niesamowicie szybkim językiem
      wyłapyw
      > ała owady, zabawna była lokalizacja"owadziegopotwora" który siedział
      dokładnie
      > na srodku naszego progu. Potem nasz Cerber gdzieś przepadł. Pomyślałam, że
      sobi
      > e po prostu poszedł w dogodniejsze dla siebie miejsce.
      > I tak oto, któregoś dnia chciałam dosypać ziemi do donicy jednego z kwiatów
      ogr
      > odowych, nie zastanwiając się wiele wsadziłam ręcę do worka i z przerażeniem
      i
      > wrzaskiem rzuciłam go na ziemi. w worku coś było, coś stosunkowo dużego,
      chłodn
      > ego. Pierwsza myśl jaka przyszła mi do głowy, że to mysz albo cos w tym
      stylu.
      > Jakiez było moje zdumienie, gdy po wizji lokalnej okazało się, że zagrzebana
      w
      > przesuszonej ziemi siedzi moja ropucha. Przeprosiłam, worek odstawiłam tyle
      tyl
      > ko, że troche inaczej bo miałam wątpliwości czy mieszka tam bo chce, czy
      dlateg
      > o, że wlazła i nie wie jak wyjść. Następnego dnia juz jej nie było, ale albo
      zw
      > iała przez moje wwrzaski albo rzeczywiście wcześniej nie mogła.
      >
      > To tyle na dzisiaj , proszę opowiadajcie swoje zabawne i smieszne historie
      >

      Sława!

      Ja kiedyś miałem bardzo podobna historię z padalcem w balocie z torfem.

      Złapałem go za ogon, ale niestety urwał mi się...

      Potem płacząć za padalcem szukałem i kajałem sie po forum i wyszukiwarkach, ale
      jak sie okazuje padalce potrafią zyć zdrowo i bez ogonów.

      Twojej ropusze przynajmniej trudno urwać ogon, szczególnie przez nieuwagę, a ja
      już będę łapał padalców za ogon.
      • kropka Re: Zabawne historie z naszych ogródków 30.09.03, 13:32
        to padalec ma coś jeszcze poza ogonem? :)
        • to_maria Zabawne historie z naszych ogródków 05.11.03, 18:52
          "Minął sierpień, minął wrzesień,
          Znów październik i ta jesień
          Rozpostarła melancholii mgnisty woal.
          Nie żałuję letnich dzionków..."

          ale napiszcie coś wesołego,
          pozdrawiam
    • giwia Re: Zabawne historie z naszych ogródków 12.11.03, 22:46
      Wiele lat temu były modne ogródki przed domem z centralnym klombem a moja
      ciocia Irena byla zamilowaną ogrodniczką Pewnego dnia ojcie chrzestny przyniósł
      cici sadzone" Masz tu Irenko kwiatek , jakiego nikt nie ma w okolicy" I
      rzeczywiscie, posadzony uroczyscie w samym centrum klombu, kwiatek po kilku
      miesiącach, stal się okazałym ...ostem. Oburzonej Irence chrzestny tłumaczył.
      że przecież nikt w okolicy takiego kwiatka nie ma No bo nie mial....
      • jerzy.wozniak Re: Zabawne historie z naszych ogródków 13.11.03, 08:10
        Rośliny popularnie zwane ostami są poszukiwanymi i bardzo ozdobnymi roślinami
        na centralne miejsce słonecznych rabat. Takie rodzaje jak mikołajek popłoch
        czy inne ostowate" gatunki na stałe zadomowiły się w ogrodach i dobrze bo są
        cennym urozmaiceniem nie tylko rabaty, ale również suszonych i żywych
        kompozycji w wazonie!
        Jurek
        • giwia Re: Zabawne historie z naszych ogródków 16.11.03, 14:27
          To jeszcze zabawniej, bo historia miała miejsce 40 lat temu. Ojciec chrzestny
          cioci Irenki musiał mieć dużo intuicji No moze dlatego , że był gajowym
          więc "czuł" przyrode. Już dawno biedak nie żyje a ciocia jest dumną matką
          jednego z naszych posłów / nie mogę wyznać jakiej partii/.....i robi się
          jeszcze śmieszniej
    • wkrasnicki Re: Zabawne historie z naszych ogródków 17.11.03, 09:29
      Taką zabawną historię miałem ze słonecznikami, które wysiałem tej wiosny. Były
      bardzo efektowne i ogromne. To właśnie wzbudziło zdumienie moich „sąsiadów”.
      Pierwszy na widok wschodzących roślin wyraził swój sceptycyzm miejscowy stolarz:
      Panie Waldku słoneczniki na tym piachu?- niemożliwe. W podobnym tonie wyrażali
      się inni, którzy wizytowali naszą działkę. Naprawdę fajnie było popatrzeć na
      tych ludzi, kiedy oglądali słoneczniki w pełni rozkwitu i pewnie uważali mnie za
      jakiegoś szarlatana.
      Oczywiście żadnego cudu nie było, bo ziemia jest wystarczająco dobra, a rośliny
      dostały odpowiednie papu.
      Po prostu w pobliżu kopany był rów na kabel energetyczny. Po położeniu kabla
      dołek został zasypany a piach z dolnych fragmentów gleby, pozostał na wierzchu.
      Po rozgarnięciu tego grabiami rzeczywiście powstało wrażenie piaszczystej łachy.
      Wrodzona próżność nie pozwoliła mi jednak na wyjaśnienie tego zjawiska, a kilka
      słoneczników podczas mojej nieobecności zostało ściętych, pewnie jako jakaś
      cudowna odmiana godna rozmnożenia.
      • kropka Re: Zabawne historie z naszych ogródków 17.11.03, 13:14
        ale Ty jesteś!
        Tak robić w trąbę kochanych sąsiadów?! :-)
        • wkrasnicki Re: Zabawne historie z naszych ogródków 17.11.03, 16:37

          kropka napisała:

          ale Ty jesteś!
          Tak robić w trąbę kochanych sąsiadów?! :-)
          ***
          Eee tam, przecież wzięli nasiona, więc w przyszłym roku będą mieli takie same.
          Byleby tylko piachem nie nawozili. :-)
          • ptasik Re: Zabawne historie z naszych ogródków 21.11.03, 08:57
            wkrasnicki napisał:

            >
            > kropka napisała:
            >
            > ale Ty jesteś!
            > Tak robić w trąbę kochanych sąsiadów?! :-)
            > ***
            > Eee tam, przecież wzięli nasiona, więc w przyszłym roku będą mieli takie
            same.
            > Byleby tylko piachem nie nawozili. :-)
            NO nie wiem. nie wiem....
            Jak nawioza i nic im z tego nie wyjdzie bedziesz sie mial z pyszna:-))))
            No bo raczej ich beda takie jakie wedlug nich mialy byc Twoje to naprawde
            zostaniesz ogloszony miejscowym szarlatanem, albo meska odmiana czarownicy
            i jeszcze Cie zechca na jakims stosie:-))))
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka