cancro
04.08.06, 08:00
Moim zdaniem Rektorzy podnoszą raban niepotrzebnie. Ktoś kto będzie miał słabo
zdaną maturę (czytaj: z jednym niezdanym przedmiotem) i tak na żadną uczelnię
się nie dostanie, bo po prostu będzie miał mało punktów. Nawet w tej chwili,
jeśli ktoś ma zdane wszystkie egzaminy maturalne, ale kiepściutko, to i tak o
indeksie może zapomnieć. Matura z niezdanym przedmiotem niewiele będzie dawała
oprócz dobrego samopoczucia maturzysty (no może "półmaturzysty"). A więc
myśląc o dostaniu się na uczelnię i tak będzie musiał podejść do egzaminu
poprawkowego.
Jestem przeciwnikiem obowiązkowej matematyki na maturze. Moim zdaniem zamknie
to drogę wielu wartościowym ludziom, którzy z matematykąsobi9e nie radzą, a są
utalentowani w innych dziedzinach - np. artystycznych. Zwolennicy obowiązkowej
matematyki przytaczają argument, że kształci ona umiejętność logicznego
rozumowania i należy się zgodzić z tym poglądem. Pytam jednak: jeśli
matematyka na maturze obowiązkowa nie będzie, to przestanie "kształtować
umiejętność logicznego rozumowania"? Poza tym jest trudna, a przede wszystkim
niepotrzebna muzykowi, plastykowi, lekarzowi i wielu innym. No przynajmniej
nie na poziomie politechniki.
Co do oceny ze sprawowania jestem za rozwiązaniami proponowanymi przez
ministerstwo, ba! nawet za ich zaostrzeniem. proponowane rozwiązanie niczego w
dotychczasowej sytuacji nie zmienia. Przecież gimnazjum i liceum trwają po 3
lata, a więc zagrożenie "repetą" za złe sprawowanie jest praktycznie żadne.
Trzeba także precyzyjnie określić, a co uczeń może dostawać "1" ze
sprawowania. Alternatywa dla tego pomysłu to całkowita rezygnacja z
wystawiania ocen ze sprawowania. To co w tej dziedzinie się obecnie w szkole
robi to zwykłe "młócenie siana". Nauczyciel oceniając sprawowanie pyta ucznia
samoocenę, pyta innych nauczycieli uczących w tej klasie, dodaje swoją ocenę,
zasięga opinii samorządu klasowego, a i tak to "psu na budę" czy to "6", czy "1".