Dodaj do ulubionych

co sie szkryflo we opolu

18.02.06, 12:16
Po co król Jan Kazimierz przyjechał do Opola




Widaok zamku opolskiego z czasów Jana Kazimierza
Fot. Adam Juszczak / AG




Urszula Zajączkowska, historyk, st. kustosz w Muzeum Śląska Opolskiego 27-10-
2005 , ostatnia aktualizacja 27-10-2005 18:20

Jeden z ważniejszych epizodów szwedzkiego potopu rozegrał się 350 lat temu w
Opolu, kiedy to król Jan Kazimierz zwołał tu konwokację senatorów

Wybór Opola na obrady nie był dziełem przypadku. Opole było stolicą księstwa
opolsko-raciborskiego i w tym czasie stanowiło chwilową własność Ludwiki
Marii, żony Jana Kazimierza. Faktycznie księstwo podlegało władzy cesarza
austriackiego Ferdynanda III, będącego jednocześnie królem Czech.
Habsburgowie traktowali ten teren jako ziemię zastawną, którą wielokrotnie
spłacali swoje długi.

W roku 1645 księstwo zostało oddane na 50 lat jako zastaw za zaległe sumy
posagowe kolejnych Habsburżanek wydanych za Wazów (chodziło o dwie żony
Zygmunta Wazy i pierwszą żonę Władysława IV). Po jego śmierci, w 1648 roku
księstwo przypadło bratu króla Karolowi Ferdynandowi, który był od 1625 roku
biskupem wrocławskim i księciem Śląska.

Po śmierci Karola Ferdynanda w 1655 roku prawo do zastawu zostało przekazane
testamentem Janowi Kazimierzowi, który z kolei scedował je 6 lipca 1655 roku
na żonę Ludwikę Marię.

Polityka i alkowa

W czasie potopu szwedzkiego na Polskę księstwo opolsko-raciborskie stało się
ostoją dla króla Jana Kazimierza i jego żony Ludwiki Marii. Tu królewska para
postanowiła przeczekać trudny moment wojny.

Na Śląsk pierwsza przyjechała Ludwika Maria, która 30 września 1655 roku
zatrzymała się na postój w Koźlu. Miasto po wojnie trzydziestoletniej było
zniszczone, jedynie 57 domów nadawało się do zamieszkania i nie były w stanie
pomieścić wszystkich osób (dwór i osoby towarzyszące). Królowa liczyła na
postój w Nysie i pobyt w pałacu biskupim. Niestety, kapituła wrocławska nie
wyraziła zgody, zasłaniając się obawą przed zemstą Szwedów, wyborem nowego
biskupa i koniecznością wzmocnienia fortyfikacji miejskich.

Z pomocą przyszedł królowej hrabia Franciszek Euzebiusz Oppersdorf,
ofiarowując gościnę na zamku w Głogówku. Gest hrabiego wynikał z dużej
zażyłości Oppersdorfów z Wazami. W czasie wojny trzydziestoletniej król
Władysław IV udzielił gościny Oppersdorfom w pałacu w Niepołomicach i na
Wawelu. Te wzajemne kontakty dotyczyły także Karola Ferdynanda i Jana
Kazimierza. W 1648 roku hrabia ożenił się z dwórką Ludwiki Marii (wtedy żony
Władysława IV) Anną Zuzanną von Bess.

Królowa przybyła wraz z dworem do Głogówka 7 października 1655 roku. Król -
dziesięć dni później. Pierwszy postój zrobił 13 października w Żorach, gdzie
stawił się w asyście 150 żołnierzy. Cały orszak królewski liczył ponoć 1800
osób (dwór, personel i wojsko).

17 października dodarł do Głogówka. Jak wynika z listu Bogusława Radziwiłła,
królowa przywitała króla niepięknymi słowami, wyrzucając mu, że uciekł z
państwa. Królewską parę pogodził dopiero arcybiskup Andrzej Leszczyński.

Pamiętnikarz francuski Rousseau de la Valette podał zupełnie inny powód
przyjazdu króla. Według jego plotkarskiej relacji król przybył do Głogówka za
powabną panną Anną Schönfeldt, do której pałał od jakiegoś czasu afektem.
Miłosne schadzki Jana Kazimierza, organizowane przez jedną z dam dworu,
szybko zostały przerwane, kiedy tylko królowa dowiedziała się o poczynaniach
kochliwego męża. Ten, chcąc sprawę zatuszować, zamierzał wydać pannę za Jana
Zamoyskiego.

Jednak królowa miała zupełnie inne zamiary wobec bogatego dziedzica ogromnej
fortuny i postanowiła wydać za Jana Zamoyskiego zwanego Sobiepanem swoją
ulubienicę i wychowanicę Marysieńkę d'Arquien, co oczywiście udało się jej
zrealizować.

Wedle innych plotek przyszła żona Jana Sobieskiego była jej nieślubną córką,
dlatego też Ludwika Maria tak dbała o jej wychowanie i zabezpieczenie
majątkowe.

Wino na powitanie

Głogówek stał się od momentu przybycia Jana Kazimierza tymczasową stolicą
Rzeczypospolitej. Stąd wysyłano polecenia, instrukcje, przyjmowano pocztę,
radzono nad sprawami państwa. Na Śląsk docierali uciekinierzy z
nadgranicznych terenów Polski. Jak wyliczył W. Czapliński, mogło być ich na
całym Śląsku około 3800 osób. Najwięcej w Głogówku i okolicy, w Opolu we
wrześniu 1655 roku było 173 Polaków.

Do Opola król zwołał przebywających na Śląsku senatorów na obrady. Para
królewska wyruszyła do naszego miasta 13 listopada 1655 roku. Przyjęto ich
życzliwie. Na powitalne wino wydano 22 talary i 12 groszy. Nie była to mała
suma. Dwór królewski przebywał w Opolu około dwóch tygodni. Miejsce pobytu
pary królewskiej nie jest ustalone.

Wg jednych zatrzymali się w kamienicy książęcej w Rynku, wg innych w
klasztorze franciszkanów. Zamek Piastowski w tym czasie nie nadawał się do
zamieszkania.

W chwili przejęcia zastawu król Władysław IV kazał sporządzić opis opolskiego
zamku, który przytacza W. Soński w swojej pracy "Z przeszłości Śląska":

"W dolnej części jest komnata sklepiona, bardzo niebezpiecznie uszkodzona, na
pierwszym piętrze grożą dwie sklepione komnaty zawaleniem się, kamienie tak
wystają, że zdaje się jakoby lada chwila spaść miały. Na drugim piętrze z 3
izb i 6 alkierzy cztery tak zrujnowane, że mieszkać w nich nie sposób, także
sufit w jednej izbie całkiem jest popsuty i opada w kilku miejscach. Stary
budynek ku południowi tak opustoszał, że zielsko w nim rośnie. Jest tam izba,
którą zowią izbą ziemską, tę chciał starosta krajowy odnowić, ale mur się
zapadł".

Pięciodniowe obrady toczyły się od 15 listopada na zamku zapewne w owej już
wyremontowanej izbie ziemskiej. Brało w nich udział 12 senatorów (10 proc.
składu). Na czas obrad przybył do Opola także Stefan Czarniecki. Nie wiadomo
jedynie, jaki był w tych obradach jego udział.

20 listopada 1655 roku wydany został w Opolu słynny uniwersał, wzywający
wszystkich obywateli do powszechnego powstania przeciw najeźdźcy. Akt
skierowany był do wszystkich stanów.

W tym czasie król potwierdził też przywileje opolskich rzemieślników
(zachował się w archiwum opolskim przywilej nadany szewcom opolskim przez
króla Jana Kazimierza w 1655 r.).

Do Głogówka para królewska powróciła dopiero 27 listopada 1655 roku. Wieści z
Polski o powstaniu Polaków przeciw Szwedom i obronie Jasnej Góry skłoniły
króla do powrotu do ojczyzny 18 grudnia 1655 roku.

Towarzyszyły mu pomyślne wróżby: wierzchowiec króla, który w dniu wyjazdu z
Warszawy opierał się swojemu panu i ruszył dopiero po trzykrotnym ugodzeniu
ostrogą, teraz pocwałował z kopyta.

Królowa wyjechała dopiero w czerwcu 1656. Wracała z ochotą do kraju. W liście
wysłanym 22 marca 1656 roku z Głogówka do swojej przyjaciółki pisała: "Jestem
zmęczona wyczekiwaniem i dowiadywaniem się o nowiny. Chciałabym, aby sprawy
zakończyły się w ten lub inny sposób. Jakikolwiek pokój będzie mi miły,
bylebym zaznała odpoczynku. Mój pobyt tutaj nudzi mnie na śmierć".
Obserwuj wątek
    • szwager_z_laband Re: co sie szkryflo we opolu 18.02.06, 12:41
      Studzionki nad cudownymi źródłami




      Dr Krzysztof Spałek. Autor jest biologiem, pracownikiem Uniwersytetu
      Opolskiego 09-06-2005 , ostatnia aktualizacja 09-06-2005 19:50

      Na Śląsku Opolskim spotkać można wiele większych lub mniejszych źródeł o
      znacznych walorach przyrodniczych, krajobrazowych i kulturowych. Część z nich
      posiada cudowne właściwości lecznicze i uzdrawiające, stąd też nad kilkoma
      zbudowano kaplice zwane studzionkami. Ich nazwa pochodzi od mieszczących się w
      nich studzienek

      XVIII wieku sięga historia cudownego

      źródła w Dąbrówce Łubniańskiej,

      kiedy schorowany, zmęczony pracą rolnik Szymon Soppa napił się wody z leśnego
      źródła położonego w sąsiedztwie jego pola i szybko odzyskał siły. Wiadomość ta
      bardzo szybko się rozniosła i źródło zaczęli odwiedzać okoliczni mieszkańcy w
      nadziei odzyskania zdrowia. Na drzewach w sąsiedztwie tego miejsca pojawiły się
      dziękczynne krzyże i obrazy.

      Widząc to, Szymon Soppa postanowił wybudować w tym miejscu kapliczkę, jednak
      miejscowy leśniczy nie chciał początkowo wyrazić na to zgody. Zgodził się
      dopiero wówczas, gdy nagle zaczął tracić wzrok, a wyzdrowiał po wypiciu wody z
      cudownego źródła. Szybko zbudowano na źródle kapliczkę, która stoi w tym
      miejscu do dnia dzisiejszego.

      Studzionka nad źródłem w Gogolinie

      została zbudowana w 1801 r. z fundacji rodziny von Gaschin z Żyrowej, po tym,
      jak ich córka w tym miejscu odzyskała wzrok. Według ustnych przekazów jej matce
      przyśniło się źródło, z którego zaczerpnęła wody i przemyła niedowidzącej oczy.
      Nazajutrz powozem udała się z nieuleczalnie chorą dziewczynką do źródła i po
      przepłukaniu oczu córka hrabiny cudownie ozdrowiała. W dowód wdzięczności
      Gaschinowie wybudowali nad źródłem kaplicę pod wezwaniem Matki Boskiej.

      Od tego czasu stała się miejscem kultu okolicznych mieszkańców, którym
      uzdrawiająca woda pomogła w wielu chorobach. W Wielki Piątek, wg starej
      tradycji, dokonuje się w niej rytualnego mycia rąk i twarzy, które ma chronić
      przed wszelkimi chorobami.

      W sąsiedztwie kapliczki znajduje się duży kompleks podmokłych łąk, tzw. bagno.
      Obszar ten już na początku XX w. był chroniony na prawach rezerwatu, w którym
      występowały bobry. Obecnie bobrów już nie ma, ale występują tu bardzo rzadkie i
      ginące rośliny. Są to m.in.: goździk pyszny, turzyca Dawalla, dziewięciornik
      błotny oraz storczyki - kukułka szerokolistna, kukułka krwista, kruszczyk
      błotny i lipiennik Loesela, który ostatnio był tu obserwowany w 1999 r. Było to
      jedyne jego miejsce występowania na Śląsku Opolskim. Gatunek ten zanikł
      najprawdopodobniej na skutek zmian stosunków wodnych wywołanych budową
      autostrady.

      Wykształciły się tu również interesujące zbiorowiska szuwarowe i torfowiskowe,
      w tym rzadkie w naszym kraju torfowiska węglanowe.

      Malowniczo położona wśród pól kaplica koło Gościęcina ze

      studnią i źródłem św. Bryksjusza

      znajduje się w sąsiedztwie drewnianego kościoła pątniczego. Jej woda miała mieć
      cudowną moc uzdrawiania, zwłaszcza chorób oczu.

      Pierwsze wzmianki na temat kaplicy pochodzą już z XVI w. Św. Bryksjusz był w V
      w. biskupem w francuskim mieście Tours. Jako duchowny nie odznaczał się
      początkowo przykładnym zachowaniem, a nawet niekiedy był zbyt hardy w stosunku
      do swego biskupa św. Marcina, którego był uczniem. Św. Marcin przepowiadał mu,
      że zostanie jego następcą i wycierpi wiele potwarzy. Przepowiednia spełniła się
      dokładnie. Złośliwi ludzie rzucili na św. Bryksjusza oszczerstwo, zarzucając mu
      nielegalne ojcostwo. Bóg jednak szybko przyszedł z pomocą jego niewinności.
      Mianowicie niemowlę wobec ludu przemówiło słowami: "nie jesteś ty ojciec mój".
      Św. Bryksjusz uchodzi za patrona przeciw wszelkim cierpieniom ciała i złym
      duchom. Trudno stwierdzić, skąd w tych okolicach wziął się rzadki kult tego
      świętego. Prawdopodobnie jego cześć przynieśli z sobą na tereny Śląska
      prześladowani koloniści z Flandrii w XIII w., którzy być może również osiedlili
      się w okolicach Pawłowiczek.

      Źródło w Ujeździe

      zwane również źródłem Maryi lub Wodziczką już od niepamiętnych czasów słynęło z
      cudownych właściwości leczniczych, także szczególnie w chorobach oczu. W 1794
      r. Grzegorz Janas, wikary parafii, z pomocą parafian wybudował na tym źródle
      pierwszą drewnianą kapliczkę. Obecnie nad źródłem znajduje się kaplica z XIX
      w., która jest połączona z kościołem pątniczym jako przedłużenie jego
      północnego ramienia. W ołtarzu tego kościoła znajduje się łaskami słynąca kopia
      obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej.
    • szwager_z_laband Re: co sie szkryflo we opolu 18.02.06, 13:09
      Opolskie krzyże przydrożne




      Fot. Krzysztof Spałek




      Krzysztof Spałek 27-10-2005 , ostatnia aktualizacja 27-10-2005 18:21

      Cennymi pamiątkami śląskiej historii są krzyże pokutne, będące reliktami
      średniowiecznego prawa. Stoją zazwyczaj pochylone ze starości, nadgryzione
      zębem czasu, przy drogach, polnych ścieżkach i na skrajach lasów

      Wtórnie bywają umieszczane obok budynków sakralnych lub przypałacowych parkach.
      Wtopione w pejzaż Śląska Opolskiego, stanowią cenny zespół zabytków historii
      tych ziem.

      Na terenie województwa opolskiego do obecnych czasów przetrwało około 40.
      Spotkać je można m.in. w okolicach Nysy, Otmuchowa, Grodkowa, Białej.

      W jakim celu stawiano te krzyże? Otóż w 1301 r. na Śląsku wprowadzono prawo
      sądownicze, istniejące już wcześniej w Europie Zachodniej, dotyczące karania
      morderców. Poprzednie prawo było proste, zabójstwo karane było śmiercią przez
      powieszenie lub ścięcie. Nowe prawo przybrało charakter bardziej humanitarny.
      Pozwoliło to niejednemu mordercy uniknąć topora i zawrzeć z rodziną ofiary tzw.
      traktat pokutny. Jednakże musiał on spełnić wiele warunków ustanowionych przez
      rodzinę, sąd świecki i kościelny. Do podstawowych obowiązków zabójcy należało
      m.in. pokrycie kosztów pogrzebu ofiary i przewodu sądowego, opłata na
      utrzymanie i wychowanie aż do pełnoletności dzieci zabitego, przekazanie
      rodzinie ofiary ustalonej kwoty pokutnej, tzw. głowszczyzny, opłacenie
      określonej liczby mszy żałobnych, odbycie pieszej pielgrzymki do ówczesnych
      miejsc szczególnego kultu religijnego i w końcu własnoręczne wykonanie z
      kamienia krzyża pokutnego i ustawienie go w miejscu popełnienia zbrodni.

      Jeżeli morderca spełnił wszystkie warunki stawiane przez sąd i rodzinę ofiary,
      uzyskiwał całkowite przebaczenie swej winy na tym, a nawet na tamtym świecie.
      Spełnić je mogli jednak jedynie bogaci. Biednych, których nie było stać na te
      warunki, karano śmiercią.

      Najczęściej spotykanymi na Opolszczyźnie krzyżami są przydrożne. Dawniej miały
      chronić przed czającym się wszędzie złem, a stawiano je najczęściej na
      skrzyżowaniu dróg, w miejscu samobójstwa, mordu, gwałtu, znalezienia
      nieochrzczonego dziecka lub ludzkiej czaszki, a obecnie śmiertelnego wypadku.

      Ich kolorystyka również nie była przypadkowa. Na Śląsku były malowane na
      brązowo, w odróżnieniu na przykład od Małopolski czy Wielkopolski, gdzie krzyże
      malowano intensywnymi kolorami. Najpiękniejsze z nich można spotkać m.in. w
      okolicach Góry Św. Anny, Ujazdu, Popielowa, Pokoju, Raszowej, Dobrzenia
      Wielkiego.

      Bardzo ciekawym krzyżem spotykanym w naszym regionie jest karawaka, zwana
      również krzyżem cholerycznym lub krzyżem św. Zachariasza. Uznawana była za
      skuteczny środek broniący przed epidemią, głównie cholery, i stawiano ją
      zazwyczaj na krańcach wiosek. Ma dwa poprzeczne ramiona, z których górne bywa
      krótsze. Na Śląsku Opolskim krzyże choleryczne spotykane są obecnie dosyć
      rzadko. Zobaczyć je można m.in. w Opolu, Krasiejowie, Kamieniu Śląskim,
      Dąbrówce koło Gogolina.

      Zbliżające się święto Wszystkich Świętych powinno nas skłaniać do refleksji i
      zadumy także nad krzyżami przydrożnymi, które są często pamiątką po śmierci,
      czasem bardzo odległej i już od dawien dawna zapomnianej.
    • szwager_z_laband Re: co sie szkryflo we opolu 18.02.06, 13:12
      Templariusze mieszkali na Opolszczyźnie




      Krzysztof Spałek 14-07-2005 , ostatnia aktualizacja 14-07-2005 19:02

      Ślady bytności najbardziej tajemniczego zakonu rycerskiego Ubogich Rycerzy
      Chrystusa i Strażników Świątyni Salomona, zwanych templariuszami, odnaleźć
      można również na Śląsku Opolskim, między innymi niedaleko Obrowca koło
      Krapkowic. Natrafimy tam na tajemnicze, kilkupoziomowe wzniesienie, otoczone
      wyraźnym wałem i fosą - niegdyś siedzibę templariuszy

      Historia zakonu rozpoczyna się w 1118 r., kiedy to Hugo de Payns, rycerz z
      Szampanii, i jego sześciu towarzyszy złożyli przed patriarchą Jerozolimy ślub
      ubóstwa, czystości i posłuszeństwa według reguły cysterskiej i zobowiązali się,
      służąc jako rycerze, bronić pielgrzymów.

      Czystość, ubóstwo i walka

      Nazwa zakonu pochodzi od łacińskiego słowa templum - świątynia, gdyż ich
      siedziba znajdowała się w pobliżu dawnej świątyni Salomona w Jerozolimie.
      Symbolem zakonu było dwóch rycerzy na koniu. Na czele Zakonu stał wielki
      mistrz. Templariusze troszczyli się o zdrowie i bezpieczeństwo pielgrzymów w
      Ziemi Świętej i brali udział w zbrojnych walkach w obronie Królestwa
      Jerozolimskiego. Ideę walki wyrażał czerwony równoramienny krzyż, noszony na
      białych płaszczach.

      Zatwierdzona przez papieża w 1128 r. reguła templariuszy tworzyła podstawy
      niespotykanej dotąd formy zakonnej. Wprawdzie i tutaj obowiązywały przyjęte
      przez wszystkie zakony śluby (czystości, posłuszeństwa i ubóstwa), ale były też
      zasadnicze różnice. Templariusze mieli nieznane innym zakonom zadania
      militarne - obowiązek prowadzenia walki zbrojnej z niewiernymi.

      W 1128 r. templariusze otrzymują pierwsze w Europie nadanie z rąk Teresy,
      królowej Portugalii, która oddaje im zamek w Soure nad Mondego, strzegący
      południowej granicy królestwa przed Maurami. Także w tym roku zakładają
      prowincję angielską. Gdy w 1291 r. upada Królestwo Jerozolimskie, pozbawieni
      siedziby templariusze przenoszą się na Cypr, a następnie do Francji.

      Do Polski templariusze dotarli około 1155 r. Przywiózł ich ze sobą, wracając z
      krucjaty, książę Henryk Sandomierski, syn Bolesława Krzywoustego. Miał im nadać
      miejscowość Opatów oraz 16 przyległych wsi na ziemi sandomierskiej.
      Pozostałością ich klasztoru jest najprawdopodobniej kolegiata św. Marcina w
      Opatowie, gdzie według legendy znajdują się w podziemiach zabalsamowane ciała
      braci.

      Sieć podziemnych korytarzy pod Rogowem i Otmętem

      Na Śląsku, dzięki staraniom Henryka Brodatego, pierwsi templariusze osiedlili
      się w 1226 r. w Oleśnicy Małej koło Oławy, gdzie założyli pierwszą na tych
      ziemiach siedzibę, czyli tzw. komandorię.

      Kolejna komandoria miała powstać w naszym regionie. Według starych kronik na
      przełomie XIII i XIV w. templariusze założyli swą obronną siedzibę w
      miejscowości Obrowiec koło Krapkowic. Od wieków grodzisko to było zwane
      Tempelberg. Miejsce to istnieje do dnia dzisiejszego. W bliskim sąsiedztwie
      Odry znajduje się tajemnicze, kilkupoziomowe wzniesienie porośnięte dębami i
      grabami, otoczone wyraźnym wałem i fosą, do dziś miejscami wypełnioną wodą. Od
      strony Odry na odcinku kilku metrów wał zanika, co może świadczyć, że w miejscu
      tym była brama wjazdowa. Pojedyncze kawałki bloków wapiennych, niespotykanych
      na sąsiadujących z wzniesieniem polach, świadczą, że były tu kiedyś budynki
      przynajmniej częściowo zbudowane z kamienia wapiennego. Na wale grodziska
      rośnie również kilkanaście bardzo okazałych, liczących kilkaset lat,
      pomnikowych dębów szypułkowych.

      Tempelberg jeszcze przed II wojną światową był dużą atrakcją turystyczną tych
      okolic. Dziś również mógłby nią być. Budowle templariuszy w naszym regionie nie
      były potężnymi fortecami, lecz typowymi folwarkami lub grodziskami. Specyfika
      tutejszej topografii skłoniła ich do wznoszenia budowli obronnych na moczarach,
      bagnach czy w zakolach rzek. Jedynie w budowie kaplic i kościołów stosowano
      formy przyjęte z Zachodu.

      Zakonnicy przebywali prawdopodobnie także na zamkach w Rogowie Opolskim,
      Krapkowicach oraz na zamku Otmęcie, po którym zostały tylko niewielkie ruiny. W
      całości zachowała się jedynie jego wieża, która obecnie jest integralną częścią
      kościoła parafialnego. Według legendy zamki w Rogowie i Otmęcie łączył
      podziemny korytarz. Być może istniał on faktycznie, gdyż w każdej komandorii
      budowano korytarz, którym w razie zagrożenia można było się bezpiecznie
      ewakuować. Niektóre z tych korytarzy liczyły nawet po kilkanaście kilometrów i
      łączyły się z inną komandorią. Obrowiec, Rogów, Krapkowice i Otmęt mogły
      tworzyć wspólnie jedną komandorię. Nie można też wykluczyć, że były połączone
      siecią korytarzy, tym bardziej że nie są zbyt od siebie oddalone.

      Ślady opolskich templariuszy wiodą również do Prudnika, gdyż wg miejscowych
      legend pierwszy tutejszy drewniany zamek z tzw. wieżą pogańską zbudowany został
      także przez ten zakon.

      Rycerze od wynalazków

      Templariuszom przypisywany jest także znaczący udział we wprowadzaniu do Polski
      nowych rozwiązań technicznych. W młynach, należących zarówno do templariuszy,
      jak i cystersów, instalowano pierwsze na tych ziemiach koła wodne. Budowano
      także wiatraki na wzór niderlandzkich. Upowszechnili oni również m.in.
      trójpolową uprawę ziemi, warzywnictwo oraz sadownictwo. Jako pierwsi
      wprowadzili także usługi finansowe i bankowe, prawie identyczne ze stosowanymi
      obecnie.

      Po rozwiązaniu zakonu templariuszy w 1312 r. kontynuatorzy ich tradycji mieli
      ponoć w późniejszym czasie utworzyć masonerię. Nie ma na to jednak
      przekonujących dowodów, choć część lóż masońskich przyjęła nazwę Rycerzy
      Świątyni, a więc templariuszy.
    • szwager_z_laband Re: co sie szkryflo we opolu 18.02.06, 13:15
      Żelazne nagrobki na starych nekropoliach




      Krzysztof Spałek 28-10-2004 , ostatnia aktualizacja 28-10-2004 18:54

      Cmentarze to nie tylko miejsca pamięci, skupienia i modlitwy, ale również
      bardzo często muzea starych, zabytkowych nagrobków

      Coraz rzadziej spotykane, ze względu na nietrwałość materiału na wolnym
      powietrzu, są nagrobki żelazne. Najcenniejsze i najstarsze płyty nagrobne
      wykonane z żelaza zobaczyć można w opolskiej katedrze. Jedna z najpiękniejszych
      znajduje się wewnątrz kościoła. Jest to płyta nagrobna Andrzeja Schwinke,
      miejscowego notariusza i nauczyciela zmarłego w 1557 r., wystawiona przez jego
      syna w 1571 r. z inskrypcją i krucyfiksem.

      Kilka żelaznych płyt nagrobnych znajduje się również na zewnętrznych murach
      kościoła. Są to m.in. płyty nagrobne rodziny von Oppersdorffów z XVI w. oraz
      piękna klasycystyczna płyta bardzo młodej baronowej Karoliny Józefy Lyncker z
      domu Koschitzky urodzonej w 1779 r., a zmarłej w 1800 r.

      Ze względu na istnienie w naszym regionie wielu ośrodków hutnictwa nagrobki z
      żelaza były w przeszłości znacznie częściej spotykane. Najwięcej było ich na
      cmentarzach w miejscowościach, w których znajdowały się huty. Jednym z
      najciekawszych pod tym względem był cmentarz położony w sąsiedztwie kościoła
      ewangelickiego w Ozimku. Był, bo obecnie niewiele już pozostało z jego
      pierwotnego, zabytkowego charakteru.

      Żelazne na tym cmentarzu były krzyże, płyty nagrobne, a groby lub całe kwatery
      otaczano ozdobnymi metalowymi płotkami z furtkami. Część płotków była w stylu
      secesyjnym, z licznymi motywami roślinnymi, inne w poważnym stylu antycznym, w
      którym głównym motywem roślinnym były liście akantu.

      Same płoty były najczęściej odlewami hutniczymi, jednakże wiele detali było
      owocem misternej kowalskiej roboty. Również krzyże i epitafia były dziełami
      sztuki odlewniczej z XIX i początku XX w. Większość z nich w trakcie remontu i
      przebudowy cmentarza została usunięta na złom. Na szczęście kilka najstarszych
      i najcenniejszych płyt zostało uratowanych i zachowanych przez Konrada
      Mientusa. Można je teraz oglądać w izbie historycznej w Dańcu, której jest
      twórcą.

      Na cmentarzu zostało kilka starych ogrodzeń i nagrobków, w tym bardzo ciekawy,
      w całości odlany z żelaza, nagrobek Johana Leonharda Treuheita (1875-1923),
      zasłużonego dyrektora huty i działacza socjalnego.

      Piękne nagrobki wykonane z żelaza znajdują się również na cmentarzu obok
      zabytkowego drewnianego kościoła odpustowego św. Anny w Oleśnie. Dwa z nich
      wyróżniają się w szczególności. Znajdują się na nich inskrypcje w pięknym
      staropolskim języku. Na jednym z nich jest napisane: "Jezus mowi: Owce moie
      głosu mego słuchaią a ia żywot wieczny dawam im, i nie zginą na wieki. Tey owcy
      podobna żyła tu spoczywająca Józefa Osfyra z narodu Ostrzodka urodzona 1778,
      umarła 1854".

      Na drugim zaś: "Jezus mowi: Jam iest zmartwychstanie i żywot, kto w mię wierzy,
      choćby umarł, żyć będzie. W tey wierze żył tu spoczywający Felix Osfyra
      urodzony 1776, umarł 1847".

      Niestety, żelazne nagrobki rdzewieją. Może warto się o nie zatroszczyć, żeby
      nasi potomkowie mieli również możliwość odczytania tak pięknych inskrypcji.

    • szwager_z_laband Re: co sie szkryflo we opolu 11.03.06, 19:33
      Pomnik dla ofiar I wojny i Armii Czerwonej?


      Waldemar Bryś 08-03-2006 , ostatnia aktualizacja 07-03-2006 22:00

      Pomnik przy ul. Teligi ma być ku czci ofiar I wojny światowej oraz... Armii
      Radzieckiej. Opolskiej Mniejszości Niemieckiej nie podoba się, że przywracając
      pomnikowi przedwojenną formę, jednocześnie zostawi się na nim powojenną tablicę.
      Pomnik zbudowano w latach 30., poświęcając go mieszkańcom Maliny (wówczas
      odrębnej wioski) poległym w czasach I wojny światowej. Jej mieszkaniec Józef
      Pawleta jako jeden z nielicznych zachował zdjęcie przedstawiające stan pomnika
      we wrześniu 1934 r. (nie ma go nawet Muzeum Śląska Opolskiego). Na czterech
      bocznych pylonach wykuto nazwiska poległych, na środkowym wiersz ku czci
      poległych i krzyż. Otoczony był zielenią. - Strzegłem tego zdjęcia jak oka w
      głowie, mając przeczucie, że kiedyś się przyda - mówi Józef Pawleta.
      Po wojnie niemieckie inskrypcje skuto, umieszczając na środkowym pylonie
      tablicę ku czci żołnierzy radzieckich, a na jego szczycie czerwoną gwiazdę. -
      Przetrwała jednak tylko tydzień - śmieje się Pawleta.
      Dziś pomnik jest mocno zniszczony. Beton pęka, inskrypcji na tablicy prawie nie
      da się przeczytać, otaczające go łańcuchy są skorodowane, sprejem wymalowano
      wulgarne napisy i swastykę.
      Władze miasta planują odnowienie go. - Obecnie szacujemy, ile mogłoby to
      kosztować. Jeśli mniej niż 6 tys. euro, nie będzie trzeba ogłaszać przetargu i
      renowacja mogłaby ruszyć już wiosną. Oprócz odnowienia konieczne jest pokrycie
      pomnika specjalną powłoką przeciwko graffiti - mówi Krystyna Piecuch, miejski
      konserwator zabytków.
      Pomnik ma być w przedwojennej formie, zostawi się jednak tablicę ku czci Armii
      Radzieckiej. - Nie widzę powodu, aby ją usuwać. To świadectwo historii - ocenia
      Piecuch.
      Inaczej uważa Ernest Mittmann, były radny, a obecnie szef miejskiej struktury
      Mniejszości Niemieckiej. - To, co zrobiono po wojnie, to był akt barbarzyństwa.
      Pomnik powinien był odnowiony w pierwotnej formie, a tablicę ku czci Armii
      Radzieckiej można ewentualnie zastąpić niewielką tabliczką zamontowaną z boku
      obelisku - podsumowuje i zapowiada, że będzie interweniował.
      miasta.gazeta.pl/opole/1,35086,3199991.html?nltxx=1077785&nltdt=2006-03-08-03-05
    • szwager_z_laband Re: co sie szkryflo we opolu 31.05.06, 14:23
      Coraz więcej uczniów w dwujęzycznej podstawówce w Kędzierzynie-Koźlu

      – Z roku na rok do naszej szkoły zgłasza się coraz więcej chętnych – mówi Sabina
      Ryszka, dyrektorka Publicznej Szkoły Dwujęzycznej w Kędzierzynie-Koźlu. Szkoła
      potrzebuje jednak pieniędzy na pomoce naukowe, a w niedalekiej przyszłości na
      rozbudowę budynku. Mniejszość jednak umywa ręce.

      Dwujęzyczna szkoła podstawowa w Rogach powstała trzy lata temu. – Wtedy
      utworzyliśmy jedną klasę z dwujęzycznym nauczaniem – mówi Sabina Ryszka.
      Dyrektorka potwierdza, że z roku na rok zainteresowanie szkołą jest coraz
      większe. A jeszcze niedawno miała ona zostać zlikwidowana ze względu na zjawisko
      niżu demograficznego.

      Dzieci przybywa

      O tym, że dwujęzyczne nauczanie jest w modzie, świadczy choćby fakt, że o ile
      obecna klasa trzecia (pierwszy dwujęzyczny rocznik) liczy 13 dzieci, to do
      drugiej zgłosiło się aż 40 dzieci i trzeba było utworzyć drugi oddział. Do klas
      pierwszych (trzy oddziały) chodzi 44 dzieci. – Nabór na ten rok również nas
      pozytywnie zaskoczył, ponieważ na nowy rok szkolny mamy już ponad 50 zgłoszeń –
      mówi dyrektorka. Na razie szkoła jest w stanie sprostać coraz większej liczbie
      uczniów, jednak już niedługo może po prostu zabraknąć miejsca. – Oczekuję
      jakiegoś działania ze strony gminy. Pomysł przekształcenia szkoły w dwujęzyczną
      okazał się po prostu trafiony, fakty mówią same za siebie. Jednak warunki
      lokalowe mamy ograniczone.
      Dyrektorka liczy na to, że gmina zdecyduje się na rozbudowanie szkoły. – W tym
      roku mają być trzy pierwsze klasy i jeszcze oddział przedszkolny i gdzieś te
      dzieci muszą się podziać. Obecnie dwujęzycznie uczy się w szkole około setki
      dzieci.

      1000 złotych, dalej nic

      Z oczywistych przyczyn dalszym rozwojem szkoły powinna być zainteresowana
      mniejszość niemiecka. Ale najwyraźniej nie jest. Rozgoryczony jest kędzierzyński
      radny z mniejszości Ewald Swientek. – Razem z innym radnym wnieśliśmy wniosek o
      powiększenie szkoły, jeszcze czekamy na odpowiedź. Ale najgorsze, że Towarzystwo
      Społeczno-Kulturalne Niemców w ogóle się szkołą nie interesuje, nie mówiąc już o
      wsparciu finansowym – mówi radny Swientek. Tymczasem szkoła potrzebuje też
      pieniędzy na podręczniki i pomoce naukowe, a także nowe ksero. – Przedstawiciele
      mniejszości byli na otwarciu szkoły i wtedy dostaliśmy 1000 złotych na pomoce
      dydaktyczne. Na tym wsparcie się skończyło – mówi dyrektorka. Nasuwa się
      pytanie, po co mniejszości szkoła mniejszościowa, skoro nie dba nawet o te
      dwujęzyczne, które mimo problemów finansowych świetnie się rozwijają –
      zastanawia się również Ewald Swientek.

      Anna Hurek

      Sabina Ryszka, dyrektorka Publicznej Szkoły Dwujęzycznej w Kędzierzynie-Koźlu: –
      Dwujęzyczne nauczanie to świetny pomysł, a im wcześniej dziecko złapie kontakt z
      językiem, tym lepiej. U nas dzieci uczą się języka niemieckiego w sposób
      naturalny, nie ma jeszcze bariery językowej.
      www.wochenblatt.pl/php/index.php3?id_art=308
      Byliśmy tu zawsze
      (2006-06-01)
      Piętnaście lat traktatu polsko-niemieckiego

      Piętnaście lat minie 17 czerwca od czasu podpisania traktatu o dobrym
      sąsiedztwie i przyjaznej współpracy miedzy Polską i Niemcami. Trzy artykuły w
      umowie zostały poświęcone mniejszości niemieckiej. Czy mniejszość wykorzystała
      szansę, jaką jej dała historia? Czy nie zaprzepaszczono kilku lat w
      odbudowywaniu tożsamości narodowej. Wielu z naszych rozmówców podkreśla, że
      teraz będzie coraz trudniej zdobyć to, co mogli otrzymać w latach
      dziewięćdziesiątych. Tym bardziej że stosunek do mniejszości zarówno Mutterlandu
      jak i Polski jest już nieco inny niż wówczas. Ale nasi rozmówcy patrzą również z
      optymizmem w przyszłość.

      – Brakowało i dalej brakuje moralnego wsparcia strony niemieckiej – twierdzi
      Friedrich Schikora, jeden z założycieli w Gliwicach struktur mniejszości
      niemieckiej. Można powiedzieć, że czasem wykazywaliśmy się zbyt małą inicjatywą,
      ale też brakowało ludzi. Wtedy, w 1991 roku, miałem 61 lat, młodszych ode mnie
      było mało. Mieliśmy nadzieję, że młodzież będzie się garnęła do mniejszości. A
      oni po wyrobieniu paszportu najczęściej wyjeżdżali do Niemiec. Skończyli tam
      szkoły i już nie wrócą, przez to zabrakło młodych liderów. Według Schikory to,
      że mniejszość jest dość daleko od macierzy, też ma spore znaczenie, a często
      ludzie czują, że Vaterland odwrócił się od nich. Takie mogło być odczucie po
      wypowiedzi jednego z wysokich urzędników poprzedniego rządu niemieckiego z
      Ministerstwa Spraw Zagranicznych, który powiedział: „Nie potrzebujemy Niemców w
      Polsce, potrzebujemy Niemców przyjaznych Polakom”. Schikora zwraca uwagę na
      konieczność większego wsparcia finansowego, bo coraz mniej jest idealistów.

      Wykorzystana szansa

      Zdaniem dr Aleksandry Trzcielińskiej-Polus z Zakładu Stosunków Międzynarodowych
      na Uniwersytecie Opolskim artykuły dotyczące mniejszości niemieckiej w traktacie
      zostały dobrze wykorzystane przez mniejszość niemiecką. – Można powiedzieć, że w
      tamtym czasie były one kartą przetargową. Wtedy stronie niemieckiej bardzo
      zależało na uregulowaniu kwestii mniejszości niemieckiej. Władzom polskim
      chodziło o poparcie w integracji z UE. Wydaje mi się, że w rezultacie wsparcie
      moralne RFN było wystarczające, a mniejszości chyba bardziej zależało na pomocy
      finansowej. A to było sporo w czasie, gdy kanclerzem był Helmut Kohl. Ten fakt
      potwierdza poseł mniejszości niemieckiej Henryk Kroll. Parlamentarzysta dzieli
      na dwie fazy stosunki z państwem niemieckim. Pierwsza dotyczy lat
      dziewięćdziesiątych, kiedy kanclerzem był Kohl. – Wtedy mieliśmy dobre kontakty.
      Może w sprawie szkolnictwa nie zawsze było tak, jak należy – na przykład zbyt
      mała liczba niemieckich nauczycieli przybyło na Opolszczyznę, ale również w
      Polsce nie udało się nawet połowy rusycystów przekwalifikować na germanistów.
      Ale doceniamy pomoc, jaką otrzymaliśmy do tej pory, np. w zakresie budowy
      infrastruktury komunalnej.

      Stracone lata?

      Zdaniem posła ostatnie siedem lat to lata stagnacji mniejszości niemieckiej ze
      względu na podejście rządu Schrödera. Dziś mniejszość liczy na to, że nowy rząd
      niemiecki będzie wspierał ją, szczególnie moralnie i politycznie. – Wróciłem
      dziś z Sejn (gmina Puńsk), gdzie otwarta została piękna szkoła dla mniejszości
      litewskiej i to dzięki wsparciu finansowemu małej Litwy – mówi z uśmiechem
      poseł. Według Krolla trzeba dziś patrzeć w przyszłość. Jednak teraz przydałby
      się taki układ, jaki podpisała Polska z Litwą. Zdaniem Henryka Krolla niewiele
      zrobiono w tzw. trudnych sprawach, dotyczy to m.in. upamiętnień. – Musieliśmy
      sami sobie radzić z pomnikami, bo poprzednie władze wojewódzkie „miały zawsze
      rację”. Dodaje, że widać przez takie wypowiedzi, jakie usłyszeliśmy ostatnio, iż
      jest jeszcze wiele do zrobienia w kwestii historii, bo głos senatora
      Chmielewskiego, twierdzącego, że na Opolszczyźnie nie ma mniejszości
      niemieckiej, świadczy o tym, że cofamy się o pięćdziesiąt lat. Z kolei mam
      wątpliwości, czy istnieje mniejszość polska w Niemczech (mieszkający tam Polacy
      należą w większości do powojennej emigracji). Powtarzam do znudzenia: my nigdzie
      nie wyjeżdżaliśmy, to ojczyzna od nas „odjechała”. Niemcy tu zawsze byli.

      Nie spełniliśmy się

      Szef Niemieckiej Wspólnoty „Pojednanie i Przyszłość” Dietmar Brehmer, który w
      1991 roku był sekretarzem Centralnej Rady Stowarzyszeń Niemieckich w RP,
      przypomina, że Rada opracowała wtedy 50 postulatów dla obu rządów. – Niestety,
      interwencja przedstawicieli BdV zakłóciła proces przyjęcia tych postulatów.
      Później powstał nowy projekt z pomocą BdV, słynne 16 punktów nastawione były na
      konfrontację. Od tego zaczął się czas, kiedy mniejszość była pod wpływem Związku
      Wypędzonych. Sprzec
      • szwager_z_laband Re: co sie szkryflo we opolu 31.05.06, 14:26
        Szef Niemieckiej Wspólnoty „Pojednanie i Przyszłość” Dietmar Brehmer, który w
        1991 roku był sekretarzem Centralnej Rady Stowarzyszeń Niemieckich w RP,
        przypomina, że Rada opracowała wtedy 50 postulatów dla obu rządów. – Niestety,
        interwencja przedstawicieli BdV zakłóciła proces przyjęcia tych postulatów.
        Później powstał nowy projekt z pomocą BdV, słynne 16 punktów nastawione były na
        konfrontację. Od tego zaczął się czas, kiedy mniejszość była pod wpływem Związku
        Wypędzonych. Sprzeciwiłem się temu i zostałem wykluczony. Uznano mnie za
        polskiego agenta. A wtedy warunkiem sine qua non było przyjęcie postawy lojalnej
        wobec państwa, w którym żyjemy. Teraz jest to normalne. Wtedy jednak w łonie
        mniejszości nie było to takie oczywiste. Myślę, że ta postawa spowodowała
        opóźnienie. Wszystko trzeba było zaczynać od nowa, jednak teraz mniejszość w
        pewnym sensie usamodzielniła się. Zdaniem Dietmara Brehmera przyjęcie przed
        piętnastu laty 50 postulatów gwarantowało już wówczas wprowadzenie podwójnego
        nazewnictwa, języka pomocniczego w urzędach, a sprawy szkolnictwa byłyby też
        bardziej zaawansowane. To zostało zaprzepaszczone. – Uważam, że my nie
        spełniliśmy roli, jaką na nas nałożył traktat. Teraz coraz trudniej nadrabiać te
        zaległości. Będziemy musieli od nowa wyjaśniać nasze potrzeby nowej elicie
        politycznej.
        – Czego byśmy oczekiwali? – pyta Lidia Burdzik, jedna z liderek mniejszości
        niemieckiej w województwie śląskim. – Zwiększenia liczby godzin języka
        niemieckiego, począwszy od przedszkoli po wszystkie typy szkół, równego
        traktowania nas z innymi mniejszościami narodowymi w Polsce w zakresie
        finansowania życia kulturalnego, umożliwienia bezpłatnego dostępu do mediów
        (mniejszość niemiecka w Raciborzu musi korzystać odpłatnie z pasma komercyjnego
        radia), oznakowania w miastach przygranicznych i posiadających partnerstwa
        zagraniczne nazw i obiektów użyteczności publicznej w kilku językach, bez
        wymaganych 20 procent ustawowych. Nie możemy zapominać, co dobrego przyszło z
        formalnym uznaniem mniejszości niemieckiej.

        Wojciech Dobrowolski
        www.wochenblatt.pl/php/index.php3?id_art=307

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka