pistulka2
20.07.06, 12:56
Stauffenberg wraz ze swoim adiutantem Wernerem von Haeftenem pojawił się w
Wilczym Szańcu 20 lipca przed południem. Jego samolot z Berlina wylądował
opodal kwatery o godzinie 10.15. Około godz. 12.15 Stauffenberg oznajmił, że
chciałby przed naradą odświeżyć się i zmienić koszulę. John von Freyend
udostępnił mu w tym celu swój pokój. Haeften wszedł razem ze Stauffenbergiem
do wskazanego pomieszczenia, aby pomóc jednorękiemu przy przebieraniu się
oraz przygotowaniu ładunków wybuchowych.Każdy ładunek posiadał po jednym
chemicznym zapalniku produkcji angielskiej, działającym z dziesięciominutową
zwłoką. Uruchomienie zapalników okazało się zajęciem dosyć skomplikowanym i
czasochłonnym. "Należało najpierw zgnieść miedziane łuski, w których tkwiły
szklane ampułki z kwasem. Kwas w określonym czasie miał strawić druciki
napinające spiralne piórka z bolcami zapalnikowymi. Trzeba było przy tym
postępować bardzo ostrożnie, aby obcęgami nie zgnieść drucików napinających.
Patrząc przez otwór należało stwierdzić, czy piórka zapalnika były jeszcze
napięte, a następnie usunąć bezpiecznik i włożyć zapalnik do ładunku"(12,
s.424).
Kilka minut przed godz.12.30 Stauffenberg udał się do baraku narad. Po drodze
John von Freyend zaproponował Stauffenbergowi pomoc w niesieniu teczki, czego
pułkownik stanowczo odmówił. Bezpośrednio przed barakiem przekazał mu jednak
teczkę, prosząc jednocześnie o udostępnienie mu miejsca możliwie blisko
Führera. Przybyli oni do baraku w momencie, gdy generał Heusinger omawiał
sytuację na froncie wschodnim. John von Freyend poprosił admirała Vossa, aby
ten przeszedł na drugą stronę stołu, ustępując w ten sposób miejsca
Stauffenbergowi. Teczka z ładunkiem wybuchowym została umieszczona po
zewnętrznej stronie prawego wspornika stołu, w odległości około 2,5 - 3
metrów od Hitlera. Po upływie kilku minut Stauffenberg oznajmił, że musi
zadzwonić. Aparaty telefoniczne znajdowały się w sąsiednim pomieszczeniu.
Jego adiutant wyszedł z nim. W chwili wsiadania Stauffenberga i jego
adiutanta do samochodu nastąpiła eksplozja.
Przejeżdżając w pobliżu baraku narad widzieli unoszącą się nad barakiem
chmurę dymu, wirujące w powietrzu zwęglone papiery, biegających ludzi i
wynoszonych rannych. Posterunek I strefy udało się przekroczyć bez trudności:
pasażer samochodu był popularną osobą - jego błyskotliwa kariera wojskowa,
rany odniesione w Afryce, dostojny wygląd wywoływały powszechne uznanie i
szacunek. Był przecież pułkownikiem w sztabie generalnym. O godzinie 13.15,
wraz z adiutantem odleciał z powrotem do Berlina. Stauffenberg i Haeften
wylądowali w Berlinie przekonani o powodzeniu swojej misji. Gen. Olbricht
ogłosił rozpoczęcie akcji "Walkiria". Próba puczu trwała ok. 7 godzin i
załamała się o północy. Hrabia Claus von Stauffenberg został aresztowany i
skazany na śmierć jeszcze tej samej nocy ok. godz. 0.30. Wyrok wykonano
bezzwłocznie.
Podłożony przez pułkownika Stauffenberga ładunek wybuchowy zdewastował
doszczętnie wnętrze sali narad. Wszędzie leżały połamane krzesła, potłuczone
szkło i porozrzucane papiery, a z dębowego masywnego blatu stołu pozostał
jedynie niewielki fragment. W miejscu gdzie stała teczka z bombą, powstał w
ziemi lej o średnicy ok. 1,5 m.
W momencie wybuchu ładunku w pomieszczeniu znajdowały się 24 osoby. Hitler
stał w połowie długości stołu, zwrócony twarzą w kierunku trzech otwartych
okien krótszej ściany baraku. Był pochylony nad stołem i, opierając się na
masywnym blacie łokciami, podtrzymywał dłońmi głowę.
Uczestnicy narady odczuli eksplozję jako potężny podmuch powietrza, któremu
towarzyszyły ogłuszający huk i żółtoniebieski płomień. Podmuch powietrza
przygniótł prawie wszystkich do podłogi, nikt jednak nie został wyrzucony
przez okno, jak podają niektóre opracowania. Nagle usłyszano wołanie: "Gdzie
jest Führer?" - to Keitel zatroszczył się o Hitlera. Po kilkunastu sekundach
odnalazł go i pomógł w opuszczeniu zadymionego pomieszczenia.
Prof. von Hasselbach założył pierwsze opatrunki, a następnie opiekę nad
Hitlerem przejął prof. Morell. Führerowi dokuczał krwotok prawego łokcia, ale
staw funkcjonował normalnie. Na lewej dłoni miał lekko otarty naskórek. Nie
stwierdzono jednak poważniejszych uszkodzeń narządu słuchu, mimo że błona
bębenkowa była popękana. Führer był wyraźnie podekscytowany. Powtarzał
ciągle, że od dawna wiedział, iż w jego otoczeniu byli zdrajcy. Stosunkowo
szybko doszedł jednak do siebie. Już trzy godziny po zamachu Hitler był w
stanie powitać na miejscowym dworcu kolejowym Mussoliniego (wizyta włoskiego
przywódcy w Wilczym Szańcu trwała zaledwie 2,5 godziny).
W wyniku eksplozji bomby śmiertelnie ranni zostali stenograf oraz trzech
generałów. Na skutek odniesionych ran, wstrząsu mózgu lub popękanych błon
bębenkowych większość uczestników narady musiała być leczona w karolewskim
szpitalu, gdzie ogólną opiekę nad pacjentami sprawował prof. von Hasselbach.
"Eksperci, badający skutki eksplozji bomby, byli zgodni co do faktu, że ilość
materiału wybuchowego przyniesiona przez Stauffenberga na naradę, zabiłaby
wszystkich, gdyby obrady odbywały się w bunkrze betonowym. Ponieważ obrady
odbywały się w baraku, obrażenia, jakich doznali uczestnicy, były stosunkowo
niewielkie"(14, str. 476).
21 lipca ok. godz.1.00 w nocy radio rozpoczęło emisję nagranego w godzinach
wieczornych i przewiezionego do Königsbergu przemówienia Hitlera. Führer
powiedział w nim m. in.:
"...Niemieccy towarzysze i towarzyszki! Nie wiem, który to już raz
zaplanowano i dokonano zamachu na moje życie. Jeśli dzisiaj do was
przemawiam, to robię to z dwóch powodów: Po pierwsze, byście usłyszeli mój
głos i wiedzieli, że jestem cały i zdrowy. Po wtóre, byście dowiedzieli się
czegoś więcej o zbrodni, która nie ma sobie równych w historii Niemiec.
Mała grupka samolubnych, pozbawionych sumienia i jednocześnie zbrodniczych,
głupich oficerów uknuła spisek, by mnie usunąć i wraz ze mną niemieckie
dowództwo wojskowe. Bomba, którą mi podłożył pułkownik hrabia von
Stauffenberg, wybuchła dwa metry po mojej prawej stronie... . Wyszedłem
całkowicie bez szwanku z wyjątkiem drobnych zadrapań, siniaków i oparzeń.
Przyjmuję to jako potwierdzenie mojego zadania, zleconego przez Opatrzność,
by dalej realizować mój cel życiowy, tak jak to dotychczas czyniłem. Grupa
ludzi, którą ci uzurpatorzy reprezentują, nie ma nic wspólnego z niemieckim
Wehrmachtem i niemiecką armią. Tym razem rozliczymy nasze krzywdy w stylu
narodowych socjalistów!" (7, s. 324).
W dalszej części przemówienia ordynarne obelgi mieszały się z zapowiedziami,
że spiskowcy zostaną bezlitośnie wytępieni.
Gdy rankiem 21 lipca Goebbels mógł już uznać pucz za stłumiony, w swym
otoczeniu wyraził się pogardliwie o sprzysiężonych i wykpiwał ich. Całą akcję
nazwał "rewolucją przy telefonie". Tylko Stauffenbergowi nie mógł odmówić
śswego respektu: "Jednak ten Stauffenberg to był facet! Niemal go żałuję. Co
za zimna krew! Jaka inteligencja, jaka żelazna wola! Wprost nie pojęte, że
się zadał z taką bandą durniów!... Wydałem rozkaz, żeby spalić zwłoki i
rozsypać popiół po polach. Po tych ludziach, a również po tych, którzy będą
teraz straceni nie chcemy mieć najmniejszego wspomnienia w jakimkolwiek
grobie albo innym miejscu." (7, s.324-325)
Do zbadania wydarzeń i wykrycia dalszych spiskowców Himmler
powołał „specjalną komisję 20 lipca”, Protokoły z wyników śledztwa były na
bieżąco kierowane do Himmlera, który z kolei przedkładał je Hitlerowi lub
innym przywódcom nazistowskim. Podaje się, że łączna liczba aresztowanych
wyniosła ok. 700 osób. Około 180 osób poniosło śmierć - 89 z nich w
Plötzensee.