hanys_hans
19.09.07, 08:25
www.nie.com.pl/tekst_druk.php?id=22
Zamek dynastii Trax
Biały orzeł pęcznieje z dumy wreszcie uskrzydlony: to tu, w Polsce, staje
największy, najbogatszy i najpiękniejszy prywatny pałac mieszkalny w Europie.
W kraju, gdzie zwyciężyła idea "Solidarności", bo solidarnie stękają biedni i
bogaci, pracodawcy, pracobiorcy i bezpracowcy, są oto przecież i przejawy
rozkwitu, bogactwa. Pysznią się owoce przedsiębiorczości.
Właściciel firmy "Trax" z Przeworska, 38-letni Ryszard Mirek nie załapał się
na listę stu najbogatszych, nie dostał - jak Michnik - statuetki
przedstawiającej złotego kulturystę, nagrody Business Center Club. Nie całują
go prezydentostwo Kwaśniewscy, gdy witają gości przybywających na raut. Nie
wiesza się na Ryszardzie Mirku orderów. Jednak to on właśnie kończy budować w
Leżachowie, prawie nad Sanem, zamek swej dynastii.
Pałac rośnie i policja wdzięcznieje
Fasada - 100 metrów długości. Powierzchnia użytkowa 6 tys. metrów kwadratowych
- tyle co sto przeciętnych mieszkań. Całość przecudnej urody. Królowa
angielska zblednie z zazdrości, bo jej pałac Buckingham to kurna chata przy
pałacu Mirków. Ludwik XIV na wspomnienie Wersalu, który wzniósł, kuli się w
grobie z upokorzenia.
Oprócz komnat, sal i salonów, oranżerii, bastionów, baszt, krużganków, krytego
basenu, sali gimnastycznej, dach pałacu pokryje też korty tenisowe, salę
balową, kilkanaście pokoi łaziebnych, podziemne garaże, oranżerie. Na dachu
zaś będzie lądowisko dla helikopterów, wśród cerkiewnych kopuł cebulastych. W
400-metrowym hallu głównym fortepian, a za fortepianem - przejście do kaplicy
prywatnej rodu.
Wokół na 140 hektarach zakłada się park, wkopuje kilkunastoletnie dęby,
wytycza ogrody różnych stylów, żwiruje parkowe alejki. Szumieć tu ma nawet
egzotyczna trzcina
cukrowa. W parku domek, to myśliwski, to góralski, ówdzie winnica.
Konie zamieszkają w wielkiej zielonej willi. W boksach wytwornych jak
apartamenty hotelowe. Srać będą na przepiękne posadzki.
Przy stajniach zaś rezydencje dla gości.
Koło pałacu jezioro. Na nim już pływają jachty, skutery wodne, przyjdzie pora
i na łabędzie. Już samo powstanie tego jeziora stanowi cud kapitalizmu. Według
papierów jest ono zbiornikiem retencyjnym na Sanie, który jednak płynie o
kilka kilometrów stąd i żeby zbiornik chronił przed wylaniem się jej wód,
rzeka musiałby zacząć zapierdalać pod górę.
Latem nad jeziorko helikopter przywozi jaśnie oświecone dzieci. Na żaglówce
sam komendant powiatowy policji z Przeworska Henryk Jasz przepijać raczy do
swego zastępcy Bukowskiego. Stu policjantów, czyli wszystkich ludzi, którzy w
powiecie mogą wsadzać, dziedzic podejmuje na swych dobrach w ich święto.
Właściciel "Traksu" ma być może powody,
żeby u niego policja bawiła się tak dobrze i długo, aż poczuje wdzięczność.
Dupa z blachyi trup na czarno
Wśród miejscowych krąży legenda, że na skutek nieporozumień handlowych pana na
zamczysku z jego kontrahentami z Ukrainy przyjechali z tamtego kraju
umięśnieni dżentelmeni bez poczucia humoru. Miano zastosować "pajalnik w
żopu", co się na nasze przekłada: lutownica w dupę. Pan prezes "Traksu"
zniknął wówczas i z zamku, i z Przeworska na parę miesięcy. W ojczyźnie został
tylko jego pobity portier. Ryszard Mirek powiedział potem "Gazecie w
Rzeszowie", że leczył oczy w Paryżu i zażywał nart w Szwajcarii. Lud plotkuje
jednak, że panisku
wymieniano odbyt po lutownicy Ukraińców. Teraz wydala przez rurkę z metali
szlachetnych, aletylko ci, co mu włażą, mogą rzecz sprawdzić.
Gdy kiedyś historycy opiszą dzieje budowy najwspanialszego i największego
pałacu w Europie o piękności urzekającej każdego wędrowca do Europy
Wschodniej, wiele finansowych i cielesnych dramatów przyjdzie im zbadać u
źródeł. Kilkanaście firm próbuje odzyskać należność za swe prace.
Przedstawiciel jednej przeskoczył ponoć ogrodzenie zimowej siedziby prezesa
"Traksu" w Przeworsku i pastwili się nad nim ochroniarze tak długo, aż
przestał być chciwy. Koleje wojen z wierzycielami są jednak różne. Górale,
którzy na terenach pałacowych stawiali domek górski, nie dostawszy pieniędzy,
mieli obić twarz samego pana na zamku.
W historyczne wydarzenia obfitują też dawniejsze epoki budowy pałacu. Kilka
lat temu, gdy do zamczyska doprowadzono wodę, instalatorzy zalali pobliską
wieś Leżachów. 5 lat temu prąd zabił na budowie chłopaka. Pracował na czarno i
umarł też czarny. Podobno ojcu obiecano 35 tys. zł odszkodowania, a 15 tys.
nawet zapłacono. Pozostałych 20 tys. szukał po sądach i prokuraturach, ale
znalazł tam radę, żeby brał, ile dają. Żal chłopaka, ale czyż budowniczym
gotyckich katedr potomni liczą trupy?
Biskup generałi krzesła nieelektryczne
Pałac, park i pana Mirka odwiedza biskup - generał wojsk i dowódca naczelny
życia towarzyskiego w Polsce - Sławoj Leszek Flaszka Głódź. Przerwał nawet
ekscelencja polowanie w okolicach Sieniawy, gdyż opadła go nagła pobożność, a
pana na zamku też. Głódź odprawił mszę na dziedzińcu pałacu. Panowie Głódź i
Mirek poznali się - jak nam powiedziano - na Caritas party w Łomnej.
Posiadłość w Leżachowie nadal się rozrasta. W ostatnim roku prezes Mirek
dokupił 300 hektarów. Płacił po 3-4 tys. zł za hektar. Chłopów, którzy nie
chcieli mu sprzedać ziemi, namówił na to łatwo, gdyż inteligencję ma
delikatniejszą. W Gorzycach był prom na Sanie, którym chłopi płynęli ze
sprzętem uprawiać swoje pola na drugim brzegu. Pan Mirek prom ten kupił,
zlikwidował, po czym chłopi chyżo ziemi się wyzbyli.
Budowa samego zamku trwa trzy lata, potrwać ma jeszcie siedem. Prezes Ryszard
Mirek wyjaśnił "Gazecie w Rzeszowie", że środki na budowę czerpie ze sprzedaży
rodzinnych domów żony i swego. Dopłaca z zysków firmy "Trax", pragnie bowiem,
żeby jego żona, on i troje ich dzieci nie cierpieli mieszkalnej ciasnoty.
Pałac stanowi więc efekt prorodzinnego usposobienia inwestora tak chwalonego
przez Głódzia i jego kolegów.
Prezes "Traksu" opowiada, że dotychczas budowa kosztowała go tylko kilkanaście
milionów złotych. Wykończenie i przepych wnętrz pochłoną jednak - jak szacują
architekci - dziesięć razy tyle. Sama brama z polami na herby rodowe kosztować
miała 1,5 miliona złotych. Jeszcze bez samych herbów.
Firma "Trax" należąca do pana na zamku robi krzesła. Po prostu krzesła - nawet
nie elektryczne.
Rosnący pałac jest więc nauką dla przedsiębiorców z całej Polski, że nie
trzeba być Amerykaninem Billem Gatesem od Microsoftu, który wymyśla
oprogramowanie komputerowe dla całego świata, żeby mieć salę balową na 100 par
policjantów tańcujących z biskupem. Potęgę gospodarczą Polski stawiać można i
na wykałaczkach.
W rzeszowskim światku biznesowym mówi się jednak, że właściciel "Traksu" ma
100 milionów długów. Jeśli plotek tych nie lepi zwykła zawiść, to strach
pomyśleć, że te parki, stajnie, jeziora, baszty, lądowiska, kolumnady, mury
obronne, kopuły, portale i herby mogłyby pójść pod młotek. Któż bowiem kupi
zamczysko o 6 tys. metrów kwadratowych podłóg? A gdyby nawet sale balowe i
koncertowe, oranżerie, baszty i krużganki, basen i stajnie podzielić ściankami
na tysiąc mieszkań, któż osiądzie
na takim odludziu.