stix
07.10.07, 09:32
passent.blog.polityka.pl/?p=112
Drodzy Blogowicze, w Polsce Ludowej istniała tzw. publicystyka
interwencyjna. Polegała ona na tym, że dziennikarz opisywał dziurę w
moście, albo brak chleba w sklepach w poświąteczny poniedziałek, i
opisywał to („interweniował”) w gazecie, żeby coś zaradzić.
Pozwólcie, że opiszę sceny hotelowe w południowej Bawarii (czy ktoś
pamięta do jakiego filmu to jest aluzja?).
Przed wyjazdem wyszukujemy w Internecie hotel w pobliżu kliniki, w
której mamy spotkanie. Miejsca są tylko w hotelu Alpejskim.
Zapytujemy e-mailem , czy hotel jest blisko kliniki? – Blisko. –
pada odpowiedź. – Czy jest pokój 1-osobowy? – Nie ma, może
być „dwójka” po niższej cenie, do wykorzystania przez jedną osobę. –
OK, proszę o rezerwację. – Ma pan rezerwacje nr 9876. Czekamy. – Jak
dostanę się do hotelu z lotniska? – Hotel mieści się 18 km od
Salzburga. Za opłatą wyślemy po pana samochód, transfer kosztuje… -
Trudno, zgoda – godzę się zrezygnowany.
Nadchodzi godzina „0”. Na lotnisku w Salzburgu żaden samochód z
Alpejskiego nie czeka. Jak tam dojechać? – pytam w informacji.
Uprzejmy urzędnik na lotnisku znajduje połączenie dwoma autobusami z
przesiadką, w sumie ok. 3 godzin i wręcza mi wydruk z komputera, na
nim numery autobusów, rozkład jazdy etc. Żeby było tanio, mijam rząd
kuszących taksówek, i czekam na autobus. (Oszczędność dla redakcji
30 Euro). Przed nami prawie godzina jazdy na trasie Salzburg –
Berchtesgaden. Trasa piękna, cały czas mam nos przyklejony do szyby.
Po drodze mijamy niepostrzeżenie (żadnej kontroli) granice Austria –
RFN. W Berchtesgaden – końcowa stacja autobusu. Godzina czekania na
inny. Czekam (po powrocie żona mówi ironicznie „Opaliłeś się, widać,
że byłeś w Alpach”). Autobus wysadza mnie ok. kilometra od hotelu,
dopiero tam biorę taksówkę, którą z fasonem podjeżdżam
pod „Alpejski”.
W recepcji urocza niewiasta w stylu bawarskim, w tradycyjnym stroju
ludowym, przeprasza: Kierowca „zapomniał” (tak dosłownie) pojechać
na lotnisko. OK., mówię, całe szczęście, że odwiedziny w klinice
dozwolone są do wieczora. – Jest jeszcze jeden problem – mówi słodka
Bawarka. - ??? – pytam. – Nie ma dla pana pokoju dwuosobowego.
Jest „jedynka”, ale tylko na jedną dobę, jutro pana przeprowadzimy. –
To świetnie, mówię, że znalazła się „jedynka”. Czy nie mógłbym
pozostać w „jedynce” do końca pobytu, jestem sam i byłoby taniej dla
redakcji. – Niestety - mówi szefowa, Starsza Bawarka, z nieodłączną
konewką do podlewania kwiatków – od jutra „jedynka” jest
zarezerwowana. – No, dobrze - mówię - ale skoro „sprzedała” Pani
moją „dwójkę”, to może teraz by mnie Pani pozostawiła w „jedynce”? –
Nie mogłam wyrzucić dzisiaj gości z „dwójki”, tam jedna pani
zachorowała… - broni się Bawarka. - To się każdemu zdarza, a czy ja
nie mógłbym „zachorować w jedynce”? – pytam. – Wygląda pan czerstwo –
odpowiedziała Starsza Bawarka i na jedną dobę znalazłem się
w „jedynce”. (Oszczędność dla redakcji 25 Euro). - Coś niedobrze z
tą Bawarią – myślę w windzie. Szofer „zapomniał”, rezerwacja „stimmt
nich” – zaczynam być podekscytowany.
Po chwili wybieram się do kliniki. W recepcji pytam o drogę. Bawarka
wyciąga i rozkłada mapę terytorium pomiędzy Salzburgiem i
Innsbruckiem. Niemcy świetnie czytają mapy, nawet rowerzyści jeżdżą
z mapą w ręku. Chwilę szuka i pokazuje palcem: „Tu. Tu jest
klinika”. – Ale to miało być blisko hotelu! – mówię z wyrzutem. – To
jest blisko, samochodem 15 minut – odpowiada. I tak wybrałem się w
pierwszą z trzech wędrówek do kliniki (miałem do odbycia trzy
rozmowy). Plecak, magnetofon, aparat foto, kasety, zapasowe baterie,
notatnik i w drogę. Wesołe jest życie dziennikarza.
Drugiego dnia, po kolejnej wycieczce do kliniki, wracam zziajany do
hotelu. Okazało się, że zostałem w międzyczasie wysiedlony
z „jedynki”. (Prasa pełna jest rozważań etycznych, przesiedleńcy,
Gunther Grass, artykuł w „Die Welt” pt. „Antyniemieckie głosy w
Polsce”, a ja tu zawracam głowę drobiazgami.) – Czy mogę poprosić o
wodę mineralną? – pytam pokojówki w stroju ludowym. – Woda
przysługuje tylko w dniu przyjazdu – odpowiada sympatyczna konewka. –
Ależ to jest hotel ****, wody nie ma, lodówki w pokoju nie ma, ani
się napić, ani upić – mówię do Bawareczki, ale ona tylko wymachuje
konewką i szmatką pucu, pucu…
Minęły dwa dni, jutro o świcie trzeba wracać, więc idę do recepcji
zapłacić za hotel. – Jaka szkoda, że pan nie przyszedł trochę
wcześniej. Koleżanka, która to zazwyczaj robi, pracuje do 15-ej,
ale spróbujemy, co się da zrobić – mówi Bawareczka i pełna dobrych
chęci zasiada do komputera. „Mam prośbę – wtrącam nieśmiało. Czy
mogłaby pani nie wliczać jutrzejszego śniadania, bo wyjeżdżam o
świcie? – Nie mogę. Możemy panu zostawić dziś wieczorem w pokoju
kanapkę i termos z kawą. – Ale ja nie będę rano jadł kanapki i pił
zimnej kawy, zjem na lotnisku, albo w samolocie. – To możemy nie
robić kanapki, ale śniadanie panu przepadnie…” Kolejny raz daję za
wygraną. Ordnung muss sein. Bawarka walczy z komputerem, narzeka,
klnie (ale dodaje „pardon”), już, już, z drukarki ma wyjść
rachunek, ale niestety, wychodzi niedobry, moje prywatne grzechy
(kawa i inna rozpusta) wydrukowały się na rachunku za pokój.
Próbujemy raz jeszcze. „Może przyjdzie pan później?” „-Wrócę z
kliniki dopiero wieczorem… Pani już nie będzie…”. Wreszcie: sukces!
Mamy rachunek! Hurra! Rzucam okiem na sumę, która mieści się w
ustalonych granicach, podpisuję, biorę plecak i marsz do
kliniki. „Czy zamówić panu samochód na lotnisko?” – pyta zadowolona
z rachunku Bawarka. „Koniecznie - mówię. Tylko żeby jutro kierowca
nie zapomniał”.
Po powrocie, wieczorem, po całym dniu, siadam przy stoliku w barze i
zamawiam… herbatę. Barman przynosi mi mój „trunek”, po kilku
minutach podchodzi i pyta, czy ja już zapłaciłem za hotel. „Tak” –
odpowiadam. A on na to, z pretensją w głosie, że on nic o tym nie
wie, trzeba było powiedzieć przy zamawianiu herbaty (!), bo on
powinien wiedzieć, że ja za herbatę zapłacę już gotówką, a nie przy
regulowaniu rachunku za hotel. „Ważne, żebym ja wiedział” –
powiedziałem, przekonany, że ja go na herbatę nie okradnę. Ale
kelner pozostawał nieprzekonany i niezadowolony. Jakoś pogodziliśmy
się z pomocą 3 Euro, ale ja miałem już nowy problem: Kto mnie obudzi
jutro rano o 6-ej? Recepcja – nie, bo już zamknięta (jesteśmy na
bawarskiej wsi). Barman – nie, bo idzie do domu. Ale tak się
rozczulił, że jednak zostawił kartkę pierwszej osobie, która
przyjdzie do pracy rano. Poza tym nastawiłem budzik w
swojej „komórce” i budzik/radio w pokoju hotelowym. Zabezpieczyłem
się na trzy sposoby. Mimo to byłem niespokojny, że albo mnie nic nie
obudzi, albo taksówkarz znów zapomni i spóźnię się na samolot. Na
wszelki wypadek nie spałem od 4.21 rano.
O 5.30 zadzwoniła „komórka”, zadzwoniła pokojówka, włączyło się
radio i przyjechał taksówkarz. Wszystko grało! „Co Bawaria – to
Bawaria” – pomyślałem. Po powrocie do Warszawy wyciągnąłem rachunek
z hotelu, żeby rozliczyć go w redakcji. Przy bl