stix
03.04.08, 17:06
www.gazetawyborcza.pl/1,76842,5083250.html
Stasi wypłacała bułgarskim pogranicznikom nagrody za zastrzelenie
mieszkańca NRD podczas ucieczki do Jugosławii czy Grecji. Bardziej
opłacało się zabić bo za schwytanie uciekiniera dostawało się tylko
pięć dni urlopu.
To właśnie dlatego tam, gdzie kończyła się Bułgaria, stawiano
tablice z napisem "Achtung Grenzzone" (uwaga, strefa graniczna). Dr
Stefan Appelius, politolog z uniwersytetu w Oldenburgu, który
zajmuje się badaniem ucieczkami enerdowców przez Bałkany, szacuje,
że zbiec udało się tylko w trzech przypadkach na sto. Resztę
wyłapali bułgarscy pogranicznicy, a co najmniej stu Niemców
zastrzelili. Sprawę opisał w magazynie "Super Illu".
Strzelcy otrzymywali od enerdowskiej bezpieki nagrody wypłacane za
pośrednictwem ambasady NRD w Sofii. Kwoty - jak na ówczesne warunki -
były niebagatelne: bułgarski pogranicznik za zabicie zbiega
dostawał tysiąc wschodnioniemieckich marek, czyli 2 tys. lewów. Do
tego na koszt Niemieckiej Republiki Demokratycznej jechał na wczasy
do jednego z krajów demokracji ludowej.
Uciekinierzy ze wschodnich Niemiec ciągnęli do Bułgarii, licząc, że
granicy pilnują tam nie tak profesjonalni i uzbrojeni po zęby
strażnicy jak w NRD. Tymczasem już od lat 50. Bułgaria była
szczelnie odcięta od otaczających ją krajów. Wzdłuż granicy ciągnęła
się 15-kilometrowa pilnie strzeżona strefa nadgraniczna. Dwa
kilometry od granicy wzniesiono trzy metrowy płot. Była to pułapka
dla zbiegów, którym wydawało się, że skoro sforsowali strefę, to są
już wolni. Płot podłączony był do specjalnej instalacji alarmowej,
wystarczyło go dotknąć, by ściągnąć na siebie lotny patrol
pograniczników. Ci zazwyczaj strzelali bez uprzedzenia.
Pojmanych przewożono samolotami do NRD, gdzie czekał ich proces i co
najmniej kilkuletnia odsiadka za "ucieczkę z republiki". Mimo to
mogli mówić o szczęściu, bo - jak twierdzi Appelius - zdarzało się,
że pojmanych enerdowców rozstrzeliwano na miejscu. Bułgarzy robili
tak, by dostać pieniądze od Stasi. Za schwytanie żywego Niemca
przysługiwał tylko pięciodniowy urlop.
Appelius ustalił też, że początkowo ciał zabitych nie odsyłano do
kraju, Bułgarzy po prostu pozostawiali je na pastwę padlinożerców na
miejscu zgonu. Dopiero po 1975 r., gdy władze NRD podpisały z
Bułgarią tajną umowę, uciekinierów chowano na miejscowych
cmentarzach lub - rzadziej - wysyłano w zaplombowanej trumnie do
wschodnich Niemiec.
Stasi nie zdawała się tylko na bułgarskich pograniczników i sama
pilnowała własnych obywateli. Od lat 70. w czarnomorskich kurortach
bezpieka instalowała swoich funkcjonariuszy, którzy przy pomocy
siatki bułgarskich współpracowników rozpracowywali planujących
ucieczkę.
Appelius badał ten proceder na własną rękę, ponieważ bułgarskie
władze nie były zainteresowane wyjaśnieniem sprawy. I choć Bułgarzy
nie dopuścili naukowca do archiwów MSW, udało mu się dotrzeć do
świadków: bułgarskich pracowników ambasady NRD, pracowników MSW i
samych pograniczników. Badał też archiwa w bułgarskich szpitalach i
na cmentarzach.
Niemiecki urząd ds. akt Stasi o wypłacaniu pieniędzy za zabitych
uciekinierów nie miał pojęcia. Co gorsza, Niemcy nie chcą uznać
zabitych w Bułgarii za "ofiary reżimu", dlatego nie można otoczyć
ich grobów opieką państwową.
------------------
Niemcy to straszne dzikusy.