hanys_hans 15.10.08, 21:47 publicystykaprawienapoziomie.blox.pl/resource/AGENCI.jpg Odpowiedz Link Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
hanys_hans Re: red vampir - wszyscy komunisci to zlodzieje ! 15.10.08, 22:19 www.pardon.pl/artykul/2418/agenci_sb_we_wroclawiu_ujawnieni Agenci SB we Wrocławiu ujawnieni Lustracja | Wrocław | Historia | Grzelczyk | SB (Fot. PAP) (Fot. PAP) Obecny profesor Politechniki Wrocławskiej oraz wiceszefowa wrocławskiego radia „Solidarność” z 1981 r. to główni agenci SB, których nazwiska ujawnił wojewoda dolnośląski Krzysztof Grzelczyk wraz z historykami IPN. Nazwiska agentów zostały opublikowane w książce "Sprawa Operacyjnego Rozpoznania Kaskader". Tytułowy "Kaskader" to Krzysztof Grzelczyk (pisaliśmy o nim wczoraj) – w latach 70. i 80. działacz m.in. Studenckiego Komitetu Solidarności (SKS), Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela (ROPCiO) oraz "Solidarności". W stanie wojennym internowany. Kryptonim "Kaskader" nadali mu funkcjonariusze SB – jako osobie przez nich inwigilowanej (czyli tzw. figurantowi). "Sprawa operacyjnego rozpoznania" (tzw. SOR) to termin stosowany przez SB na oznaczenie inwigilacji konkretnych grup lub osób. Na podstawie akt "Kaskadera" (oraz akt innych spraw, poświęconych m.in. inwigilacji wrocławskiego SKS) udało się ustalić kilkanaście nazwisk agentów SB ulokowanych w środowisku wrocławskiej opozycji antykomunistycznej na przełomie lat 70. i 80. Wśród nich są dwie osoby o wyjątkowym znaczeniu dla bezpieki: 1. TW "Aleksander Hołyński", rozszyfrowany jako Stanisław Januszewski. Od lat 70. pracownik Politechniki Wrocławskiej, dziś jej profesor. Sądząc po jego raportach, był jednym z najcenniejszych agentów SB we Wrocławiu. Miał dostęp do ścisłej elity ówczesnej opozycji. Inwigilował m.in. działaczy SKS, ROPCiO i Solidarności Walczącej. Jego raporty są liczne, obszerne, barwne, pełne szczegółów i interesujących, drobiazgowych analiz. Sporo fragmentów jego doniesień znalazło się w książce o sprawie "Kaskadera". 2. TW "Sylwia", rozszyfrowana jako Urszula Smerecka. W 1981 r. była zastępcą redaktora naczelnego wrocławskiego radia "Solidarność". Ale już w 1978 r. funkcjonariusze SB wymienili ją w niewielkiej grupie agentów, którzy mają "dotarcie do grona ścisłego aktywu SKS-u a tym samym mają możliwości operacyjne do realizacji głębokiego rozpoznania działalności tej organizacji już w sferze zamiarów odnośnie przyszłej działalności". Usytuowanie Smereckiej było więc bezcenne dla SB. Książka o sprawie "Kaskadera" ujawnia kilkanaście nazwisk agentów spośród ok. 30-40 tajnych współpracowników SB uczestniczących w inwigilacji wrocławskiego SKS. Tyle udało się ustalić ze 100-procentową pewnością historykom IPN. W jednym z cytowanych w książce dokumentów SB wymienia pseudonimy sześciorga agentów, którzy – jak już wspomniałem wyżej – mieli "dotarcie" do ścisłej czołówki wrocławskiego SKS. Oto te pseudonimy: "Sylwia", "124", "Trzeciak", "Kot", "Kula" i 'Neutrino". Poza "Sylwią", czyli Urszulą Smerecką, udało się rozszyfrować jedynie TW "Neutrino", którym okazał się Kazimierz Sienkiewicz (ur. 1953), wówczas student II roku Wydziału Filozoficzno-Historycznego Uniwersytetu Wrocławskiego. Pozostałe pseudonimy wciąż czekają na rozszyfrowanie. W książce są też nazwiska, biogramy i zdjęcia funkcjonariuszy SB inwigilujących Krzysztofa Grzelczyka. Sprawę "Kaskader" bezpieka założyła w 1980 r., a zamknęła w 1985 r., gdy obecny wojewoda wyemigrował do Kanady. Grzelczyk był jednak inwigilowany już od 1977 r., jako działacz SKS. Książkę o sprawie "Kaskadera" napisali Sylwia Krzyżanowska i Wojciech Trębacz – historycy wrocławskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej. Rozmowa z Krzysztofem Grzelczykiem Co Pan czuje ujawniając nazwiska oficerów SB i agentów, którzy Pana inwigilowali? - Nie towarzyszą temu jakieś specjalne emocje. Cieszę się, że w ogóle udało się zebrać materiały na ten temat. Książka ujawnia prawdziwe tożsamości bodaj kilkunastu spośród ok. 40 agentów, których pseudonimy pojawiają się w aktach z inwigilacji Studenckiego Komitetu Solidarności we Wrocławiu. Czy te rozszyfrowane nazwiska zaskoczyły Pana? - Nie byłem zszokowany, bo w dalszym ciągu nie ma takich nazwisk, które zmieniłyby mój ogląd ówczesnego środowiska opozycyjnego we Wrocławiu. Nie ma prawdziwych zdrajców, którzy mieli wpływ na działalność opozycji i okazali się agentami. Być może wśród tych dwudziestu nieujawnionych kryją się jakieś znaczące postacie. Chyba po raz pierwszy publicznie jako agentka SB jest wskazana Urszula Smerecka, wiceszefowa wrocławskiego radia "Solidarność" w 1981 r. Miała współpracować z bezpieką jako TW "Sylwia". - Od dawna krążyły plotki na temat jej współpracy z SB. Ale dopiero teraz, w sposób bezdyskusyjny, zostało rozstrzygnięte, że rzeczywiście była ona tajnym współpracownikiem SB. I to dobrze ulokowanym. - Tak, została nawet opisana przez SB jako jedna z sześciu osób, które "posiadają dotarcie do grona ścisłego aktywu SKS-u a tym samym mają możliwości operacyjne do realizacji głębokiego rozpoznania działalności tej organizacji już w sferze zamiarów odnośnie przyszłej działalności". Czy ci wszyscy zdemaskowani agenci wiedzą o tym, że zostali ujawnieni w książce o Panu? - Przypuszczam, że niektórzy z nich wiedzą. Co ciekawe, przed publikacją książki dochodziły do mnie sygnały, że jest pewien niepokój o to, kto zostanie ujawniony. Moje doświadczenia ze współpracy z IPN pokazują, że co jakiś czas pojawiają się nowe informacje. To nie jest zamknięty proces. To się będzie działo dalej. Czyli to wciąż dopiero początek. - W jakimś sensie tak. Czego by Pan oczekiwał od ujawnionych agentów? Co powinni zrobić? - Jeśli ktoś pełni funkcje publiczne, to mając taką przeszłość powinien z nich zrezygnować. Tym ludziom nie grozi przecież żadna kara. Mogą spokojnie żyć i pracować w Polsce. Ale niekoniecznie muszą być nauczycielami naszej młodzieży. W takiej sytuacji jest najbardziej aktywny z ujawnionych przez Pana agentów, czyli Stanisław Januszewski [współpracował z SB jako TW "Aleksander Hołyński", jest profesorem Politechniki Wrocławskiej – red.]. - Oczekuję, że nie będzie już nauczycielem akademickim. Czy oczekuje Pan, że dawni agenci przeproszą za swoje postępowanie? Wyjaśnią je? - Nie, bo nie wierzę w ich tłumaczenia. Miałem przykład takiej próby wyjaśnienia ze strony Jaromira Jankowskiego [dziś dziennikarz niemieckiego radia, pod koniec lat 70. współpracował z SB jako TW "Piasecki"; w czerwcu 2006 r. publicznie przyznał się, że był agentem – red.]. Wydało mi się trochę dziwne jego tłumaczenie, że chciał być współczesnym Konradem Wallenrodem. Ja w takie bajki nie wierzę. Myśli Pan, że pracownicy akademiccy, którzy współpracowali z SB, dobrowolnie zrezygnują ze swojej pracy? - Chciałbym, żeby tak było. Żeby po 20-30 latach od tamtych wydarzeń ci ludzie pokazali, że mają odrobinę honoru. Ale takich osób nie ma zbyt wiele w książce. Jeśli dobrze pamiętam, wśród ujawnionych tam agentów jest dwóch obecnych profesorów. Dlaczego nie zostały ujawnione nazwiska wszystkich agentów, których pseudonimy pojawiają się w książce? - W zasobach IPN nie ma dokumentów, które potwierdzałyby tożsamość wszystkich tych osób. Ujawnione zostały tylko te nazwiska, co do których mamy 100-procentową pewność. Półtora roku temu zapowiadał Pan ujawnienie tylko tych osób, które dziś pracują w tzw. zawodach zaufania publicznego – są np. nauczycielami akademickimi. Czy trzyma się Pan tego kryterium w książce? - Nie. Nazwiska agentów ujawnia w książce IPN. Więc wspomniane przez pana kryterium nie ma tu nic do rzeczy. Nie jest powiedziane, że osoba, która została wskazana w książce jako tajny współpracownik SB pracuje dziś w zawodzie zaufania publicznego. Pisze Pan, że inwigilowało Pana nie tylko SB, ale i NRD-owskie Stasi. - Cały czas czekam na szczegółowe informacje na ten temat. Jestem w kontakcie z panią, która pracuje w dawnym Instyt Odpowiedz Link
hanys_hans Agenci 15.10.08, 22:21 www.pardon.pl/artykul/2418/agenci_sb_we_wroclawiu_ujawnieni Agenci SB we Wrocławiu ujawnieni Obecny profesor Politechniki Wrocławskiej oraz wiceszefowa wrocławskiego radia „Solidarność” z 1981 r. to główni agenci SB, których nazwiska ujawnił wojewoda dolnośląski Krzysztof Grzelczyk wraz z historykami IPN. Nazwiska agentów zostały opublikowane w książce "Sprawa Operacyjnego Rozpoznania Kaskader". Tytułowy "Kaskader" to Krzysztof Grzelczyk (pisaliśmy o nim wczoraj) – w latach 70. i 80. działacz m.in. Studenckiego Komitetu Solidarności (SKS), Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela (ROPCiO) oraz "Solidarności". W stanie wojennym internowany. Kryptonim "Kaskader" nadali mu funkcjonariusze SB – jako osobie przez nich inwigilowanej (czyli tzw. figurantowi). "Sprawa operacyjnego rozpoznania" (tzw. SOR) to termin stosowany przez SB na oznaczenie inwigilacji konkretnych grup lub osób. Na podstawie akt "Kaskadera" (oraz akt innych spraw, poświęconych m.in. inwigilacji wrocławskiego SKS) udało się ustalić kilkanaście nazwisk agentów SB ulokowanych w środowisku wrocławskiej opozycji antykomunistycznej na przełomie lat 70. i 80. Wśród nich są dwie osoby o wyjątkowym znaczeniu dla bezpieki: 1. TW "Aleksander Hołyński", rozszyfrowany jako Stanisław Januszewski. Od lat 70. pracownik Politechniki Wrocławskiej, dziś jej profesor. Sądząc po jego raportach, był jednym z najcenniejszych agentów SB we Wrocławiu. Miał dostęp do ścisłej elity ówczesnej opozycji. Inwigilował m.in. działaczy SKS, ROPCiO i Solidarności Walczącej. Jego raporty są liczne, obszerne, barwne, pełne szczegółów i interesujących, drobiazgowych analiz. Sporo fragmentów jego doniesień znalazło się w książce o sprawie "Kaskadera". 2. TW "Sylwia", rozszyfrowana jako Urszula Smerecka. W 1981 r. była zastępcą redaktora naczelnego wrocławskiego radia "Solidarność". Ale już w 1978 r. funkcjonariusze SB wymienili ją w niewielkiej grupie agentów, którzy mają "dotarcie do grona ścisłego aktywu SKS-u a tym samym mają możliwości operacyjne do realizacji głębokiego rozpoznania działalności tej organizacji już w sferze zamiarów odnośnie przyszłej działalności". Usytuowanie Smereckiej było więc bezcenne dla SB. Książka o sprawie "Kaskadera" ujawnia kilkanaście nazwisk agentów spośród ok. 30-40 tajnych współpracowników SB uczestniczących w inwigilacji wrocławskiego SKS. Tyle udało się ustalić ze 100-procentową pewnością historykom IPN. W jednym z cytowanych w książce dokumentów SB wymienia pseudonimy sześciorga agentów, którzy – jak już wspomniałem wyżej – mieli "dotarcie" do ścisłej czołówki wrocławskiego SKS. Oto te pseudonimy: "Sylwia", "124", "Trzeciak", "Kot", "Kula" i 'Neutrino". Poza "Sylwią", czyli Urszulą Smerecką, udało się rozszyfrować jedynie TW "Neutrino", którym okazał się Kazimierz Sienkiewicz (ur. 1953), wówczas student II roku Wydziału Filozoficzno-Historycznego Uniwersytetu Wrocławskiego. Pozostałe pseudonimy wciąż czekają na rozszyfrowanie. W książce są też nazwiska, biogramy i zdjęcia funkcjonariuszy SB inwigilujących Krzysztofa Grzelczyka. Sprawę "Kaskader" bezpieka założyła w 1980 r., a zamknęła w 1985 r., gdy obecny wojewoda wyemigrował do Kanady. Grzelczyk był jednak inwigilowany już od 1977 r., jako działacz SKS. Książkę o sprawie "Kaskadera" napisali Sylwia Krzyżanowska i Wojciech Trębacz – historycy wrocławskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej. Rozmowa z Krzysztofem Grzelczykiem Co Pan czuje ujawniając nazwiska oficerów SB i agentów, którzy Pana inwigilowali? - Nie towarzyszą temu jakieś specjalne emocje. Cieszę się, że w ogóle udało się zebrać materiały na ten temat. Książka ujawnia prawdziwe tożsamości bodaj kilkunastu spośród ok. 40 agentów, których pseudonimy pojawiają się w aktach z inwigilacji Studenckiego Komitetu Solidarności we Wrocławiu. Czy te rozszyfrowane nazwiska zaskoczyły Pana? - Nie byłem zszokowany, bo w dalszym ciągu nie ma takich nazwisk, które zmieniłyby mój ogląd ówczesnego środowiska opozycyjnego we Wrocławiu. Nie ma prawdziwych zdrajców, którzy mieli wpływ na działalność opozycji i okazali się agentami. Być może wśród tych dwudziestu nieujawnionych kryją się jakieś znaczące postacie. Chyba po raz pierwszy publicznie jako agentka SB jest wskazana Urszula Smerecka, wiceszefowa wrocławskiego radia "Solidarność" w 1981 r. Miała współpracować z bezpieką jako TW "Sylwia". - Od dawna krążyły plotki na temat jej współpracy z SB. Ale dopiero teraz, w sposób bezdyskusyjny, zostało rozstrzygnięte, że rzeczywiście była ona tajnym współpracownikiem SB. I to dobrze ulokowanym. - Tak, została nawet opisana przez SB jako jedna z sześciu osób, które "posiadają dotarcie do grona ścisłego aktywu SKS-u a tym samym mają możliwości operacyjne do realizacji głębokiego rozpoznania działalności tej organizacji już w sferze zamiarów odnośnie przyszłej działalności". Czy ci wszyscy zdemaskowani agenci wiedzą o tym, że zostali ujawnieni w książce o Panu? - Przypuszczam, że niektórzy z nich wiedzą. Co ciekawe, przed publikacją książki dochodziły do mnie sygnały, że jest pewien niepokój o to, kto zostanie ujawniony. Moje doświadczenia ze współpracy z IPN pokazują, że co jakiś czas pojawiają się nowe informacje. To nie jest zamknięty proces. To się będzie działo dalej. Czyli to wciąż dopiero początek. - W jakimś sensie tak. Czego by Pan oczekiwał od ujawnionych agentów? Co powinni zrobić? - Jeśli ktoś pełni funkcje publiczne, to mając taką przeszłość powinien z nich zrezygnować. Tym ludziom nie grozi przecież żadna kara. Mogą spokojnie żyć i pracować w Polsce. Ale niekoniecznie muszą być nauczycielami naszej młodzieży. W takiej sytuacji jest najbardziej aktywny z ujawnionych przez Pana agentów, czyli Stanisław Januszewski [współpracował z SB jako TW "Aleksander Hołyński", jest profesorem Politechniki Wrocławskiej – red.]. - Oczekuję, że nie będzie już nauczycielem akademickim. Czy oczekuje Pan, że dawni agenci przeproszą za swoje postępowanie? Wyjaśnią je? - Nie, bo nie wierzę w ich tłumaczenia. Miałem przykład takiej próby wyjaśnienia ze strony Jaromira Jankowskiego [dziś dziennikarz niemieckiego radia, pod koniec lat 70. współpracował z SB jako TW "Piasecki"; w czerwcu 2006 r. publicznie przyznał się, że był agentem – red.]. Wydało mi się trochę dziwne jego tłumaczenie, że chciał być współczesnym Konradem Wallenrodem. Ja w takie bajki nie wierzę. Myśli Pan, że pracownicy akademiccy, którzy współpracowali z SB, dobrowolnie zrezygnują ze swojej pracy? - Chciałbym, żeby tak było. Żeby po 20-30 latach od tamtych wydarzeń ci ludzie pokazali, że mają odrobinę honoru. Ale takich osób nie ma zbyt wiele w książce. Jeśli dobrze pamiętam, wśród ujawnionych tam agentów jest dwóch obecnych profesorów. Dlaczego nie zostały ujawnione nazwiska wszystkich agentów, których pseudonimy pojawiają się w książce? - W zasobach IPN nie ma dokumentów, które potwierdzałyby tożsamość wszystkich tych osób. Ujawnione zostały tylko te nazwiska, co do których mamy 100-procentową pewność. Półtora roku temu zapowiadał Pan ujawnienie tylko tych osób, które dziś pracują w tzw. zawodach zaufania publicznego – są np. nauczycielami akademickimi. Czy trzyma się Pan tego kryterium w książce? - Nie. Nazwiska agentów ujawnia w książce IPN. Więc wspomniane przez pana kryterium nie ma tu nic do rzeczy. Nie jest powiedziane, że osoba, która została wskazana w książce jako tajny współpracownik SB pracuje dziś w zawodzie zaufania publicznego. Pisze Pan, że inwigilowało Pana nie tylko SB, ale i NRD-owskie Stasi. - Cały czas czekam na szczegółowe informacje na ten temat. Jestem w kontakcie z panią, która pracuje w dawnym Instyt -- Odpowiedz Link