Tupolewem leciał mój przyjaciel.
Rano w sobotę, gdy jeszcze nie podali listy, zadzwoniłam do niego,
żeby się upewnić... Telefon był wyłączony.
Parę chwil później wyczytali i jego.
To jest najgorsze - to, że S. nigdy już nie wygłosi płomiennej
przemowy, nie zadzwoni z krzykiem, że trzeba coś zrobić, nie wpadnie
do knajpy ze smiechem i stwierdzeniem "No, udało się, dobra robota!",
nie bedzie zarażał energią, nie udowodni, że nie ma rzeczy
niemożliwych...
M. z kolei poznałam ładnych parę lat temu w pracy. Dla niego też nie
było rzeczy niemożliwych - jeśli obiecał, dotrzymał słowa. Miałam do
niego zadzwonić w przyszłym tygodniu...
Za duzo tego. Sorry