tenshii
04.08.08, 00:56
Dziś, a właściwie wczoraj, mineła pierwsza rocznica śmierci mojego najlepszego przyjaciela, a ja do dziś nie mogę sobie wybaczyć, że wyjechałam na wakacje i nie pożegnałam się z nim.
Myślałam, że to tylko zatrucie, że zjadł coś na dworze, jak wiele razy wcześniej. On tylko wymiotował i nie chciał jeść.
Zbagatelizowałam to. A mój pies umierał w męczarniach.
Okazało się, że kilka dni wcześniej pękła mu wątroba. Operacja nie pomogła. Miał przerzuty. Nie chciał nas martwić. Nie okazywał bólu. Był taki dzielny. Tak bardzo nas kochał, że znosił to w spokoju i całej swojej cierpliwości. po prostu czekał na śmierć.
Nie było mnie przy nim.
Wieczorem 3 sierpnia, w swoje urodziny, mój brat tulił go przed jego ostatnią podróżą. Całował go i uspokajał przed podaniem ostatniego zastrzyku.
Napi przeszedł przez Tęczowy Most kilka minut po godzinie 20.
A mnie przy nim nie było. Wakacjowałam się. Nie potrafię sobie tego wybaczyć.
Wychowałam się z nim. Opiekowałam i karmiłam. Byłam zawsze przy nim. Ale nie wtedy. Nie było mnie gdy najbardziej cierpiał, gdy bał się tej nowej nieznanej podróży.
Napusiu, kocham Cię i zawsze będę kochała. Do zobaczenia.
Napiemu, najlepszemu z moich psów