Dodaj do ulubionych

Wspomnienia z PRL

IP: *.jgora.dialog.net.pl 28.10.05, 13:39
Mimo, ze czasy były "różne" chyba każdy, kto miał okazje w nich żyć ma też
wspomnienia zabawne czy sentymentalne Piszcie, dzielcie się nimi.

Moje ulubione :) jest takie.
Lata 80. Na wakacje wyjeżdżałam co roku do babci na wieś. Babcia mieszkała w
bloku pracowników pobliskiej odlewni żeliwa. Wszyscy jego mieszkańcy mieli
również działki-ogródki. Było to jeden dość pokaźny kawałek ziemi, podzielony
na kilkanaście częśći. Każdy miał swój przydział, mógł tam coś zawsze
zasadzić, a przy okazji sprawdzać, co rośnie u sąsiada za miedzą:) W okresie
letnim zdarzało się, że cały blok mozna było na tych działkach znaleźć. I
proszę sobie wyobrazić jaki to był widok, gdy nagle ktoś pojawiał sie z
sensacyjną wiadomością typu: "Cukier przywieźli!" każdy rzucał co tam w ręku
miał i pedził co sił w nogach do wiejskiego sklepu zająć kolejkę, bo z góry
wiadomo było, że nie dla wszystkich wystarczy. Wyglądało to niesamowicie.Moja
rodzina miała wówczas nieoceniony skarb, w postaci kilkuletniego brzdąca,
dzięki któremu nie tylko kupowało się "bez kolejki", ale i dodatkowy
przydział się dostało (bo przecież każdy mógł kupić tylko okresloną ilość
danego towaru). Na koniec tylko dodam, że zdarzały się też "falszywe alarmy".
(sama nie wiem dlaczego)
Obserwuj wątek
    • luccio1 Dom pod gołym niebem - "kółka" na Plantach 29.10.05, 22:41
      Kółka na skrzyżowaniu alejek - z piaskownicami pośrodku. Pamiętam ich kilka:
      jedno zaraz pod Wawelem, drugie pod pomnikiem Grażyny i Litawora, trzecie w
      okolicach kościoła św. Norberta i Collegium Olszewskiego, czwarte koło
      Reformatów, za Pałacem Sztuki, piąte pod pomnikiem Lilli Wenedy, szóste pod
      pomnikiem Bohdana Zaleskiego (czyli Ślepca Bojana) koło sadzawki z fontanną i
      łabędziami (naprzeciwko wejścia na Stary Kleparz), siódme naprzeciw kościoła
      św. Krzyża i pomnika Bałuckiego, ósme znów blisko Wawelu, na tyłach kościoła
      św. Marcina i kompleksu kamienic zboru ewangelicko-augsburskiego.
      Każde takie kółko było od południa do wieczora oblężone przez mamy z dziećmi
      i
      babcie z wnukami, wszystkie ławki pełne, chmara dzieci grzebie w piasku lub
      gania się tam i z powrotem.
      Wszystko dlatego, aby - jeśli tylko pogoda pozwoli - być jak najdłużej poza
      przeraźliwie ciasnym domem (mógł to być zaledwie pokój w mieszkaniu
      "kołchozowym" - w Krakowie w pierwszych latach powojennych zamieszkiwało w
      tych
      samych ocalałych z wojny budynkach dwa razy tyle ludzi, co przed wojną) i
      zostawić jednemu domownikowi (zwykle ojcu rodziny) choć kilka godzin
      samotności
      w czterech ścianach.
      "Kółko plantowe" było każde światem dla siebie, z własną hierarchią (także
      zasiadania miejsc na ławkach), z własną obyczajowością, gdzie różne
      zachowania,
      gdzie indziej bulwersujące, uchodziły za rzecz normalną. Tutaj, pod gołe
      niebo
      i zielone liście drzew, przenosił się na długie godziny dnia dom i całe
      życie;
      tu się bawiło, pracowało, jadło - wreszcie wykonywało także czynności będące
      odwrotnością a zarazem następstwem jedzenia i picia.
      Z wierzchu - sielanka stworzona przez Polskę Ludową; naprawdę...
    • luccio1 Kółka na Plantach krakowskich - c.d. 29.10.05, 22:47
      Moje osobiste wspomnienia dotyczące "kółek plantowych" sięgają lat r. 1958-59,
      kiedy miałem 4-5 lat, Mama 30-31. Wiele dni tam spędzonych zbija się razem w
      obraz popołudnia wczesnojesiennego, gdzieś na przełomie sierpnia/września, w
      obraz dnia słonecznego, choć już chłodnego, z liśćmi zaczynającymi lekko
      żółknąć. (Dodam: w domu nie było długo zwyczaju, by puszczać mnie dokądkolwiek
      samopas - dopiero jak byłem nieco większy, zacząłem być posyłany do sklepów).
      Widzę nas oboje: Mama w ciemnobrązowym kostiumie, pod żakietem brązowo-czerwony
      dziany bluzkosweterek, na głowie na bakier kapelusz-grzybek, przypięty wsuwkami
      do włosów, jeszcze niemal całkowicie czarnych, na pasku przez pierś torebka-
      kuferek. Mama oczywiście w stosunku do mnie niebotycznie wysoka, w jednym ręku
      dzierży koszyk z jedzeniem, robótką i częścią zabawek, drugą ręką trzyma mnie
      ciągnącego na sznurku drewniane auto ciężarowe, albo prowadzi delikatnie mnie
      jadącego na rowerku trójkołowym...
      Tak wkraczaliśmy do kółka "pod Grażyną", nierzadko (gdy Mama była akurat, z
      racji swych spraw krążeniowych, na L 4) jeszcze przed drugą po południu,
      sadowiąc się zawsze na tej samej ławce, obok tych samych Pań; zostawaliśmy
      niemal do ciemna, do siódmej wieczorem albo i dłużej.
      Jak pamiętam, każdy dzień biegł punkt po punkcie według jednego nie zmienianego
      schematu. Tuż po zajęciu naszego miejsca krótki wstępny podwieczorek, poczym ja
      szedłem do zabawy, a więc albo tworzyłem babki z piasku, albo coś rysowałem na
      asfalcie kredą lub kawałkiem cegły, albo woziłem się z moim autkiem, albo
      jeździłem na rowerku wciąż tam i z powrotem; Mama rozpoczynała
      właściwe "wysiadywanie kółka": wyjmowała włóczkę, druty i zaczynała tworzyć: a
      to szalik, a to czapkę, a to sweter, a to rękawiczki... podtrzymując przy tym
      konwersację towarzyską z Sąsiadkami. Tak trwało popołudnie, minuta po minucie,
      kwadrans po kwadransie, godzina po godzinie...
      Ten jednostajny bieg czasu przerywały dwa wydarzenia - oba przypadające dzień
      po dniu mniej więcej w tym samym momencie, a przyspieszenie burzące monotonię
      miało w obu przypadkach znów ustalony powtarzalny schemat.
      Najpierw, gdzieś między trzecią-wpół do czwartej, Mama po raz pierwszy
      przerywała "drutowanie" i wstając z ławki szła po mnie. Następował "wielki
      podwieczorek" na serwecie rozłożonej na Maminych kolanach: kanapki, jabłka
      pokrojone na "szesnastki", jakieś ciasto, wszystko popite herbatą z termos(Mama
      zażywała przy okazji część swoich lekarstw; lekarstwa towarzyszyły Jej zresztą
      przez całe życie). Do tego następowało wzajemne częstowanie się wypiekami
      domowymi, kompotem ze słoików... Po jedzeniu jeszcze chwila lektury - coś z
      serii "Poczytaj mi, Mamo!" - poczym każde wracało do swoich zajęć: Mama do
      drutów i rozmowy, ja do zabawy.
      Druga przerwa następowała gdzieś o piątej-wpół do szóstej. Mama ponownie
      odkładała robótkę, dźwigała się ze swego miejsca i albo szła po mnie do
      piaskownicy, albo też, jeśli jeździłem autkiem lub na rowerku, czekała, aż się
      zbliżę i stanowczo zatrzymywała mnie (i zsadzała z rowerka). Zabawki wędrowały
      na ławkę lub w jej okolicę, Mama zaczynała rozmowę z Paniami, znacznie bardziej
      ożywioną, niż zwykle. Było tam miejsce i na chwalenie mnie za osiągnięcia, i na
      grzecznościowe uwagi o innych dzieciach - w końcu nieodmiennie następowała
      prośba do Pań Sąsiadek o opiekę nad naszym koszykiem i mnóstwo słów o tym, że
      my teraz idziemy tylko na chwileczkę i zaraz, ale to dosłownie zaraz wrócimy.
      Po tych słowach Mama brała mnie za rękę i prowadziła ścieżką wydeptaną przez
      trawnik pod stare drzewo, zawsze to samo, i zawsze padała tam prośba-zachęta
      skierowana do mnie: "spróbuj zrobić siusiu!" Wiedziałem, że teraz powinienem
      sam, ale to całkiem sam uporać się ze wszystkimi guzikami przy spodenkach;
      wiedziałem również, że prawdopodobnie próba skończy się niepowodzeniem i nic z
      siebie nie wyduszę: zdążyłem już wcześniej sam ze dwa razy pobiec za krzaczek,
      za każdym razem przebiegając obok Mamy i mówiąc dokąd i po co idę; cała zatem
      prośba służyła więcej Mamie do tego, aby nareszcie mogła zrobić to, do czego
      zmierzała opłotkami przez długie minuty począwszy od momentu, w którym
      odciągnęła mnie od zabawy. Skoro tylko bowiem poradziłem sobie z guzikami i
      byłem gotów "próbować", Mama ustawiała się naprzeciwko mnie - aby kontakt
      wzrokowy matki i dziecka nie uległ na chwilę zerwaniu, płynnym ruchem, dzień w
      dzień takim samym, podnosiła spódnicę i halkę, zdejmowała majtki, kucała i
      zaczynała się załatwiać.
      Stąd pamiętam dobrze moment "tuż przed": rąbek spódnicy, a potem różowa koronka
      wędrująca w górę, i ukazujące się tuż na wysokości moich oczu dwie jadowicie
      różowe gumy podwiązkowe, zakończone połyskującymi w słońcu klamerkami z
      niklowanego drutu, wpiętymi w górną krawędź pończochy - i skóra z siateczką
      drobnych naczyń krwionośnych, przypominająca powierzchnię marmuru (już wówczas
      taka sama jak grubo później, gdy opiekowałem się Mamą leżącą). Gdzieś w bliskim
      tle liście, lekko żółte, kilkaset metrów za nami kościół Franciszkanów z
      witrażami Wyspiańskiego, w przeciwnym kierunku o niecałe 100 metrów, oddzielony
      tylko niedaleką alejką, pomnik Grażyny dłuta Alfreda Dauna...
      Potem znów powrót do przerwanych zajęć i jeszcze godzina, zanim ginące światło
      dnia nie uniemożliwiło Mamie splatania oczek. Wtedy jeszcze raz z rzeczami na
      ławkę, jeszcze raz zostawienie ich pod opieką Pań "na chwilę" i spacer w
      miejsce i w celu jw., w końcu powrót do domu - już przy zapalonych lampach. Gdy
      docieraliśmy do domu, było już całkiem ciemno.
      Wszystko po to, aby dać Tacie kilka godzin spokoju niezbędnego do pracy własnej
      w domu.
      Bywało i na odwrót - kiedy chodziłem na długie spacery z Tatą, bez względu na
      pogodę: mogła być mgła, deszcz, śnieg - aby zostawić z kolei Mamie trochę
      spokoju, gdy była chora. Stąd pamiętam np. spacery Plantami przez mgłę, od
      lampy do lampy (wtedy były to kule mleczne z żarówkami wewnątrz): gdy staliśmy
      przy jednej, następnej nie było widać.
      Ze spacerów z Tatą pamiętam też oglądanie wystaw sklepowych. Towarów oczywiście
      nie było tam prawie wcale - za to pełno "dzieł sztuki" w rodzaju butelka
      oplatana koszyczkiem, w niej świecąca żarówka...



Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka