negali
17.07.06, 10:34
Podjeżdża tramwaj. Wsiadam w byle jaki - i tak mnie spod domu dowiezie do
centrum, a stamtąd metrem jeszcze i na 8 godzin do pracy.
Podjeżdża ten tramwaj, podjeżdża... już prawie się zatrzymał.
Podchodzę do drzwi. Te leniwie się otwierają. Kątem oka dostrzegam coś co
zbliża sie w moim kierunku z prędkością swiatła.
Myślę z niepokojem: to ptak? nie.. to samolot? Nie - to babulejka chwiejąca
sie jeszcze przed chwilą pod wiatą przystanku.
I ten pęd - ten dziki pęd... Jej nogi niosą ją szybciej niż mnie kiedy wracam
do domu. Babulejka podbiega żwawo. (Dzwi już się otworzyły).
Myślę sobie - przejście szerokie, zmieścimy się - babulejka i ja. Ale nie.
Czuję mocne szarpnięcie za rękaw i torebkę. Słyszę: "Odsuń się dziewucho,
serca nie masz! Brak kultury!" Myślę sobie - to nieeee dooo mnieeee, ja
t-t-t-ylko wsiadałam po tej węższej stronie wejścia do tramwaju...
Ale jednak do mnie - babulejka szczerzy bezzębne dziąsła i pokazuje mi pięchę.
Słyszę jeszcze: "Smarkula jaka pyskata. Co się z tymi dziewuchami porobiło!?
Hamstwo!"
Myślę sobie - spokojnie, przecież i tak musze wsiąść, bo się spóźnię do pracy,
szef mnie ukatrupi, miałam przygotować raport na 9.30.
Niedowierzając temu co się stało - wsiadam i staję na schodku, bo babulejka
niejedną siatę wiozła.
Jedziemy nareszcie, bezzębne usta babulejki szepczą przekleństwa - tylko co to
jest
"jakje-to-głupie-dzijewuszysko-młode-i-bogate-to-myślji-że-wszystko-jej-wolno-i-nie-wie-że-się-starym-ludziom-ustępuje-bo-oni-całe-życie-ciężko-harowali-dupe-ma-za-cinżkoł!!"
Dojeżdżam do centrum, mijam babulejkę, wysiadam. Chyba śniłam, w końcu dość
wcześnie jest, a ja wczoraj do późna robiłam porządki. Nie mam na nic nigdy
czasu, to obiad, dom, zakupy, praca. Miesiąc temu obroniłam pracę magisterską
z prawa. Wtedy było jeszcze gorzej. Tak wszystko wydawało mi się tylko.
W zejściu do podziemi, po wyjściu z tramwaju wpadam w stado owiec pędzących po
darmową gazetę. Rozdający stoją na schodach, tłum się kłębi, ludzie wyrywają
sobie egzemplarze, potykam się.
Nic to. Kobieta z małym tobołkiem i siwymi włosami bierze 3 gazety, takie same.
Zchodząc do bramek metra, szukam już w torebce karty miejskiej. Nie chcę
blokować innym wejścia podczas nerwowego przeszukiwania torebki tuż przed
bramką. Znalazłam kartę, podchodzę do bramki. Trzy z pięciu zatarasowane przez
babska szukające swoich biletów. Ustawiam się za nimi. Mija minuta. Jednej
pani dzwoni komórka. Mija druga minuta, nareszcie wchodzę na teren metra.
Na peronie podchodze do wagonu który się zatrzymuje i ustawiam sie z boku
wejścia, by wysiadający mieli miejsce by wysiąść. Wtedy ja będę miała gdzie
wsiąść. Ale nie każdy jest tak sprytny jak jak.
Podrewana w last minute krępa paniusia podbiegłwszy do otwierających się drzwi
pociągu metra staje w samym środku i napiera na wysiadających.
Znów szarpnięcie za łokieć - wsiadłam ostatnia. Przede mną: krępa paniusia,
starsza babulejka, dziadunio, dziewczyna w moim wieku przyglądająca mi się z
obrzydzeniem i wydymająca usta.
Myślę: rozmazałam makijaż. Ale uspakajam się - poprawię w pracy. Staję przy
poręczy, ruszamy. Tłok. Słyszę stanowcze: "Przepraszam." Puszczam się poręczy
robię krok w tył z zamiarem przepuszczenia mężczyzny z teczką. Nie, pomyłka.
Ja ustępuję miejsca przy poręczy mężczyźnie z teczką. Nie trzymam się niczego,
metro hamuje, potykam się.
Wchodzę do biura. Jechałam tym razem tylko godzinę i 7 minut.
Po ośmiu godzinach w biurze- wychodzę i spowrotem staram się wsiąść w metro,
wyjść z podziemi, wsiąść w tramwaj.
Udało się. Przeżyłam nawet mordercze spojrzenie pani z siatką, kiedy siadałam
wykończona na wolnym miejscu NIE oznaczonym rysunkiem dla inwalidy i kobiety z
dzieckiem.
Mam 24 lata, dyplom z prawa, pracuję od 18 roku życia na pełen etat, mam męża,
zarabiam na siebie, jestem w 3 miesiącu ciaży.
ZNACIE TO?