Dodaj do ulubionych

FRENSZKOWKI Klemens

05.04.06, 21:43
FRENSZKOWKI Klemens

Urodził się 20 lipca 1899 roku w Tuławkach, w dawnych granicach dekanatu
wartemborskiego, w rodzinie Jakuba i Elżbiety. Folklorysta i działacz
warmiński. W 1920 roku w Reszlu ukończył gimnazjum i rozpoczął w Olsztynie
pracę jako urzędnik pocztowy. W tym samym roku za działalność patriotyczną w
okresie plebiscytu władze niemieckie zmusiły go do opuszczenia Warmii.
Zamieszkał i pracował w Grudziądzu. Następnie w Lidzbarku Welskim i Fordonie,
gdzie kontynuował działalność w Polskim Związku Zachodnim. W obawie przed
aresztowaniem we wrześniu 1939 r. przeniósł się do Skierniewic. Na początku
marca 1945 r. wrócił do Olsztyna. Brał udział przy organizowaniu Urzędu
Pocztowego, którego był naczelnikiem. Wspomagał organizowanie Urzędu
Pocztowego w Wartemborku. W latach 1947-1957 pracował jako urzędnik w
Olsztynie. Od 1947 r. współpracował z Pracownią Dialektologiczną PAN w
Warszawie. Spisywał słownictwo gwarowe, wierzenia i obyczaje z terenu dekanatu
wartemborskiego. Opracował (w rękopisie) słowniczek gwary warmińskiej. Jest
autorem zbioru opowiadań folklorystycznych Brunaczki stanowiący dokument
polskości kultury ludowej Warmiaków oraz powieści Janek osnutej na tle dziejów
rodziny warmińskiej. Zmarł 4 czerwca 1964 r. w Olsztynie.
Obserwuj wątek
    • rita100 Re: FRENSZKOWKI Klemens 05.04.06, 21:50
      "Spisywał słownictwo gwarowe, wierzenia i obyczaje z terenu dekanatu
      wartemborskiego. Opracował (w rękopisie) słowniczek gwary warmińskiej. Jest
      autorem zbioru opowiadań folklorystycznych Brunaczki stanowiący dokument
      polskości kultury ludowej Warmiaków oraz powieści Janek osnutej na tle dziejów
      rodziny warmińskiej."

      I jak Tralala, nie znamy tego Klemensa chyba. Ciekawe gdzie sa jego dzieła ?
      To jest okres powojenny, był naczelnikiem Poczty tam gdzie mój ojciec pracował
      jako magazynier. Musiał go choć w przejściu widzieć w tych czasach.
        • rita100 Re: FRENSZKOWKI Klemens 05.04.06, 22:13
          Ten 'Pamiętnik Warmiaka' ma byc chyba dopiero wydany i czekamy na te własnie
          wieści. Teraz sobie kojarzę. Może Gajowy cos więcej bedzie wiedział w tej
          sprawie ? Kiedy ten pamietnik wyjdzie i jakie są splytki na ten temat wśród
          Warmniaków.
    • tralala33 Re: FRENSZKOWKI Klemens 13.04.06, 21:14
      Klemens Frenszkowski tuż po powrocie do Olsztyna, w kwietniu 1945 roku został
      pierwszym naczelnikiem urzedu pocztowego, dziś Poczta Główna przy ul.
      Pieniężnego. Obok budynku poczty zorganizował stołówkę, bo w Olsztynie bieda
      była wtedy okrutna.
      Wstąpił do Stronnictwa Ludowego i został wiceprezesem Zarządu na powiat
      olsztyński. Z tego powodu był inwigilowany przez Urząd bezpieczeństwa i
      ostatecznie aresztowany. W wieżieniu spędził pół roku. Nie wrócił już na
      pocztę - znalazł inną pracę, lecz nie dano mu spokoju. Wielokrotnie próbowano
      go wraz z rodziną eksmitować. zamierzano nawet wysiedlić rodzinę Frenszkowskich
      do Bisztynka.
      Klemens Frenszkowski nie doczekał się druku żadnej ze swoich książek. Jego
      pamiętnik został wydany dopiero w ubiegłym roku.
        • rita100 Re: FRENSZKOWKI Klemens 17.11.06, 21:36
          - Ale po ten pamiętnik i tak warto sięgnąć?
          - Warto, bo jest tu przedstawiony obraz Warmii z początku XX wieku. Pamiętnik
          napisany ciekawie i przedstawiający kilka ważnych wydarzeń. Autor dość wiernie
          ukazał sytuację polskich Warmiaków w okresie poprzedzającym plebiscyt w 1920
          roku i tak samo opisał trudy tworzenia Poczty Polskiej po 1945 roku.

          Tyle czasu mineło - ma ktos tą książkę ?
                • rita100 Re: FRENSZKOWKI Klemens 02.11.07, 19:45
                  Dzisioj taki uryweczek ze wspomnień Frenszkowskiego, taki maluski za czam sia
                  rozpisze na całego, bo tan Frenszkowski to popisoł tyle, a kożdy cytelek to jygo
                  żucie.

                  Kedy Frenszkowski pracował w 1919 roku w Urzędzie Pocztowo- Telekomunikacyjnym w
                  Olsztinie, to pracowało z niam ziele kobziet, ale jena z nich mniała na nazwisko
                  Polak. Do dzisioj Frenszkowski zastanawia się czy mając takie nazwisko kobieta
                  ta znała język polski ?
                  I mym sia tyż nie doziemy.
                    • gajowy555 Re: FRENSZKOWKI Klemens 07.11.07, 13:55
                      rita100 napisała:

                      > 1964- Zmarł w Olsztynie Klemens Frenszkowski, folklorysta warmiński, autor
                      powieści „Janek” i tomu opowiadań mazurskich „Śmierć Brunaczki”.

                      schlesien.nwgw.de/foto/albums/userpics/normal_foto%20066.jpg
                      • rita100 Re: FRENSZKOWKI Klemens 07.11.07, 22:00
                        Jo eszcze tych dwóch ksiójżeczek am ni cytoła, ale "Pamnientnik Warnijaka" -
                        rychtycznie warto buło. Fejn co Jan Chłosta wydobył jó z archiwów i do ludzi
                        posłoł.
                        Ale najbardziej się dziwie opisowi Warmii po wojnie i to nagłe jej zakończenie
                        opisu, jakby urwany. Tajemnicza to postać, bo nie wiadomo czy nie chciał, czy
                        się bał opisywać dalej ? Ale tym pewnie zajmą się historycy i literaci.
                        • rita100 Re: FRENSZKOWKI Klemens 08.11.07, 21:28
                          Zaczam nocznam psisać ło Klemancie Frenszkowskim, lobaczie na jygo grab w
                          Olsztinie na ul. Poprzecznej. Jek tam bandzieta zaświećcie lichtarnio.
                          schlesien.nwgw.de/foto/displayimage.php?album=562&pos=30
                          • rita100 Re: FRENSZKOWKI Klemens 14.11.07, 22:17
                            Słynny "Pamiętnik Warmiaka" Klemensa Frenszkowskiego był przechowywany ponad
                            czterdzieści lat z Zbiorach Specjalnych Ośrodka Badań Naukowych im. Wojciecha
                            Kętrzyńskiego w Olsztynie. Dziś jest dostępny dla wszystkich dzięki Janie
                            Chłoscie wydana i udostepniona w formie książki.

                            Klemens Frenszkowski urodził się w Tułakach k/Barczewa 20 lipca 1899 roku.
                            Uczęszczał do niemieckich szkół ludowych w Tuławkach i Barczewku, następnie do
                            gimnazjum w Reszlu. Był świadkiem wielu wydarzeń.

                            "Przed plebiscytem w 1920 roku, mieszkając w Olsztynie przy ul. Warszawskiej 2,
                            wiele razy był gosciem w redakcji "Gazety Olsztyńskiej" i rozmawiał z samym
                            Sewerynem Pienieżnym. Rozmawiał też z Janem Baczewskim pełniący wtedy obowiązki
                            kierownika Komitetu Plebiscytowego. Obserwował prowokacyjne demonstracje Niemców
                            i brał udział w pamiętnym koncercie Felksa Nowowiejskiego w sali
                            "Schlossgarten", przy dzisiejszej ulicy Okopowej. Był świadkiem napadu bojówek
                            niemieckich na Dom Polski, znajdujący się przy ul Partyzantów i uczestniczył w
                            uroczytym spotkaniu z przybyłym do Olsztyna 30 maja 1920 roku Janem Kasprowiczem.
                            W dniu głosowania , naczelnik poczty wyznaczył mu dyżur. Zdołał na krótko wyjśc
                            z lokalu i zagłosować za Polską. Po plebiscycie otrzymał zwolnienie z pracy.
                            W październiku 1920 roku wyjechał z Olsztyna. Pracował kolejno w urzędach
                            pocztowych w Grudziądzu, Lidzbarku Welskim, Koscierzynie, Golubiu, Jabłonowie
                            Pomorskim i Fordonie.
                            W momencie wybuchu drugiej wojny światowej był kierownikiem urzędu pocztowego w
                            Fordonie. Placówkę tą opuścił jako ostatni z urzędników kilka godzin przed
                            wkroczeniem Niemców. Przeżył naloty niemieckich samolotów i śmierć kilkunastu
                            mieszkańców Fordonu.
                            Znalazł schronienie wraz z rodziną w Skierniewicach, gdzie jego szwagier
                            prowadził zakład zegarmistrzowski. W tym czasie obsługiwał klientów , jak
                            również pisał Polakom podania po niemiecku oraz listy do obozów koncentracyjnych."

                            Tero ziyta jeke to só wspomnienie, wspomnienia z życia wziante, take wspomnienie
                            chtóre nijedni majó w sobzie, tlo nie potrasili tak to łopisać jek Klemens
                            Frenszkowski. Barzo ciykawie i nie je to komudne.
                            • rita100 Re: FRENSZKOWKI Klemens 14.11.07, 22:28
                              Jek łuż Tralala napisoła, po wojnie Klemens wrócił zara do Uolstina. Potam
                              doznał wiele upokorzeń. Był dwa razy aresztowany, nigdy go nie zrehabilitowano,
                              był zaaresztowany pod fikcyjnym pretekstem. Zwolniony z pracy, prawie wyrzucany
                              z Uolsztyna - niestety nie wiemy dlaczego jak inni, nie opóścił w bólu tej ziemi
                              , jak inni, ktorzy z łatwością wyjechali do Niemiec? Może, dlatego, że przezył
                              wojnę, widział wiele, pomagał Polakom - miałby zyć w Niemczech ? Tak głośno
                              sobie dywaguję. Ale rozumię jego wewnętrzyn ból. Za to należy się
                              Frenszkowskiemu specjalny ukłon i podziw.
                              Zmarł 2 czerwca 1964 roku w Olsztynie, w dzień imienin Erazma.
                              • rita100 Re:Mniano Frenszkowski 15.11.07, 21:12
                                Słuchajta, mniano Frenszkowski buło barzo rzadko na Warniji. "Łojczulek mój
                                godał co psiyrsze zapisy w aktach amtu brzmiało French abo tyż Frencz, tygo
                                dokumnatnie nie pamnientom - goda Klemens. Potam nazwisko łostało zmnienione na
                                wprzódy na Freczkowski, a potam mniemniecki amtung zmnienił na Frenschkowski, a
                                łostatecznie łostało na Frenszkowskim. Jakem łoboczył metryke jeburstagu łojca i
                                tam stało napsiane Fręczkowski tom chcioł zmnienić siuła lot przed wojną na
                                Fręczkowskiego, ale bezskutecznie. Amtung sia nie zgodziuł."

                                Tak zidzita, co noleź swoje korzenie na Warniji i Mazurach je barzo ciajżko, a
                                to potamu co mniana ludziów prazie zawdy buły zmnieniane.
                                • gajowy555 Re:Mniano Frenszkowski 16.11.07, 15:01
                                  No jó, tak eśta napsisali, co "Znalazł schronienie wraz z rodziną w
                                  Skierniewicach, gdzie jego szwagier prowadził zakład zegarmistrzowski. W tym
                                  czasie obsługiwał klientów , jak również pisał Polakom podania po niemiecku oraz
                                  listy do obozów koncentracyjnych."

                                  Tam am sobzie przybaczuł, co mowam famelyjo we Skierniewicach i łuż am wici
                                  rozpuściuł, coby tygo zygormnistrza, abo śladów po nim posznupali. Łobaczywa,
                                  czy najdó...
                                  • rita100 Re:Mniano Frenszkowski 16.11.07, 20:57
                                    Joł, to je barzo ciykawy rozdział w żuciu Frenszkowskiego, bo tam łón pracował i
                                    do tygo warsztatu przychodzili Niemcy w czasie wojny i łopoziada niesamowite
                                    historie, wszystko co zidzioł w Skierniewicach. Ale poczkaj, łopoziesz to jek
                                    bandziem ło tam psisać. Dokumantna adresa dostoniesz. To je jekby ksiójżka no
                                    Skierniewic tyż.
                                    Przaydzie na to cizas, przydzie cias na........ smile
                                    • rita100 Re:Zatopsione zwony w Tuławkach 16.11.07, 21:49
                                      Frenszkowski łurodziuł sia w Tuławkach (Tollack). Pewno jesteście ciykawi łod
                                      czego je to mniano.
                                      W 1538 roku kanonik Achasy von Trenck kupał łod biskupa Jana Dantyszka za 400
                                      grzywien wieś Tuławki, a w testamencie zapsisoł tenże kanonik na łutrzymanie
                                      przytułku w Łolsztinie.
                                      Ale co barzo ciykawe to w Tuławkach dzie tero stoi kapelka (kapliczka), na
                                      skrzyżowaniu ulic dawni wznosiuł sia murowany kościół, na co wskazują stare
                                      fundamenty i zwony pozostałe po tym kościele. A jek głosi lygenda, kościół ten
                                      łostał spalony bez wojsko szwedzkie.
                                      A buło to tak:
                                      Szwedzi inc-pinc, nagle wlyźli do kościoła, a w kościele buło gwołt ziernych i
                                      krew sia polała, tak zielga co zrobziuło sia bagienko, dzisioj łuż zasypany i
                                      las na niam rośnie. Tlo pozostało eszcze głeboczkie wygłabzienie. Podług tyj
                                      lygandy łostały tamój zatopsione zwony tygo kościoła. Dwa z nich wykopano i do
                                      dzisioj ziszó na wieży kaplicy. Z jenygo w 1958 wypadło syrce, bo uchwyt buł tak
                                      stary co sia przetorł, a to łoznacza co barzo stary był tan zwon.
                                      • rita100 Re:Mym łuż só skansen warnijski 18.11.07, 10:56
                                        A dali Frenszkowski psisze tak:
                                        Ciajżkie cziasy buły, bo Polacy sia nimczyli. Po prowdzie doma godali po polsku,
                                        ale w amtungach i w mnieście po mnieniecku. Buli łuż tacy co cołkam sia
                                        zniemczyli i nowet nie chcieli się przyznawać do znajomości jajzyka polskiego.
                                        Ale na targach i jarmarkach to łuż buło jenaczej, tam potoczno rozmowa buło gromka.
                                        A tero napsisze woma cytat, psiankny cytot Frenszkowskiego do noju - to cytojta
                                        "Może to, co pisze o dialekcie warmińskim będzie dla przyszłych pokoleń już
                                        tylko jakąś pamiatką i dokumentem archiwalnym z przeszłych czasów, ponieważ z
                                        przywróceniem ludowi warmińskiemu przez wieki wydzieranej przynależności
                                        narodowej spowoduje równocześnie, że język tu używany ulegnie stopniowemu
                                        przystosowaniu do języka, ktorym posługuje się ludnośc polska w całym kraju, tym
                                        bardziej, ze młodzież w szkołach uczy sie jezyka polskiego już w poprawnym
                                        brzmieniu.
                                        Zaginą nie tylko naleciałości z jezyka niemieckiego, których jest zresztą nie
                                        tak wiele, ale zaginą również piękne slowa: 'bziałka', 'pacze', 'skorznie',
                                        'ględy', 'kokosz', 'pódziewa', 'poziem', 'robziwa', 'żegawka' i tak dalej."

                                        No i jek ? Zaginą ?
                                        Ni, Ponoczku Frenszkowski, łobacz jeno. Ni pomro te psiankne słózieczka, ale
                                        trzymajó noju kety praw autorskich, chtórych dzisioj w tej dziedzinie mowam zawarte.
                                        • rita100 Re:Gdy miałem około 10 lat... 19.11.07, 21:15
                                          "Gdy miałem około 10 lat, gospodarstwo nasz stało się przedmiotem ogólnego
                                          zainteresowania. Ojciec mój postanowił bowiem zaprowadzić wodociąg bez pompy, co
                                          wówczas było rzeczą niespotykaną we wsi. Wyjątek stanowią jedynie Kajny w
                                          pobliżu Bukwałdu w powiecie olsztyńskim, miejsce urodzenia znanych działaczy:
                                          Stanisława Żurawskiego i mego kuzyna Jana Moryca.
                                          Wymagało to oczywiście dużo pracy, zwłaszcza przy pogłębieniu stawu, kopaniu
                                          studni i głebokiego rowu, z czym jednak przy pomocy sąsiadów uporano się w
                                          krótkim czasie.
                                          Ważnym momentem było odkręcenie głównego kranu w studni i oczekiwanie na
                                          pierwszą wodę, ktora popłynąć miała z kranów, zainstalowanych w kuchni i w
                                          chlewach, co odbywało się z wielką pompą. Poschodziło się dużo sąsiadów i
                                          znajomych, by być światkiem tej uroczystej chwili.
                                          Sceptyków było nie mało, ale gdy popłynęła pierwsza czysta i srebrzysta woda,
                                          uwierzyli w to cudo ówczesnej techniki."
                                          • rita100 Re:Gdy miałem około 10 lat... 19.11.07, 21:16
                                            "Doniosły ten w dziejach gospodarstwa fakt postanowił ojciec uczcić małą
                                            uroczystością. Poleciałem kupić do oberży kilka halb sznapsów. Wieczorem gdy
                                            sobie już podochocono, niektórzy poszli po swe bziałki, kawalerowie zaś po
                                            dziewczyny - niektórzy po brutki (narzeczone) - i zaczęła sie zabawa, do której
                                            przygrywano na harmonii ręcznej i organkach. Najczęściej tańczono polkę z
                                            przytupaniem nogą, a poza tym walczyka, krakowiaka i nadreńczyka. Pomiedzy
                                            biesiadnikami znaleźli się i tacy, którzy urozmaicali wieczór grą na grzebieniu
                                            i listku."
                                            • rita100 Re:Gdy miałem około 10 lat... 20.11.07, 21:13
                                              "Pisząc o urządzeniach wodociągowych muszę wspomnieć o Stanisławie Żurawskim i
                                              moim kuzynie Janie Morycu.
                                              Oni za miłość do ojczyzny przepłacili życiem.
                                              Stanisław Żurawski przez długie lata był członkiem Zarządu Banku Ludowego w
                                              Olsztynie. Był radnym sejmiku powiatowego. Należał do Związku Polaków w Niemczech.
                                              On to z ojcem był projektantem urządzenia wodociągowego w Kajnach, budowa trwała
                                              10 lat i ukończono w 1900 roku.
                                              Stanisław Żurawski umarł w 1943 roku po bestialskim pobiciu przez dwóch
                                              hitlerowców. Miał liczną rodzinę. Jeden z jego synów Alfons studiował na
                                              uniwersytecie we Wrocławiu, studia musiał przerwać z powodu powołania go do
                                              Werhmachtu w 1939 roku. Musiał nałożyć mundur niemiecki pod którym biło polskie
                                              serce. Toteż, kiedy w roku 1940 otrzymał urlop i przyjechał do rodzinnej wsi
                                              Kajny, skontaktował się z jeńcami wojennymi i polskimi robotnikami, pracującymi
                                              na gospodarstwach rolnych u tak zwanych bauerów. Chodziuł do nich, rozmawiał z
                                              nimi i podtrzymywał na duchu. W niedzielę zebrali się w umówionym miejscu,
                                              miedzy innymi spotkali się też u Jana Moryca. Doszło do wiadomości władz
                                              hitlerowskich. Podobno zadenuncjował go miejscowy sołtys. Toteż został
                                              aresztowany i przebywał w więzieniu, w którym to miejscu został w Berlinie
                                              ścięty katowskim toporem.
                                              Jan Moryc z Kajn nie doczekał się końca wojny, gdyż zmarł podczas w wojny."

                                              (Bliższej informiacji ponoć nikt nie posiada, ani okoliczności śmierci, ani
                                              dokładnej daty śmierci).
                                              • rita100 Re:Narodziny gramofonu 21.11.07, 21:46
                                                "Wielką niespodziankę sprawił noma łojciec. Któregoś dnia po powrocie z Olsztyna
                                                zajechał wozem przed sam ganek. Przekazał nam wszystkie zakupy, ale zatrzymał
                                                dwa pudełka. Przyniósł je do mieszkania i powoli rozpakowywał. Z pierwszej wyjął
                                                ogromną tubę. W drugiej znajdowała sie jakaś tajemnicza skrzynia i pudełka z
                                                igłami oraz z czarnymi płytami. Powoli zamontował to urządzenie, nałożył płytę,
                                                pokręcił korbą i o dziwo z trąby rozchodziuła sia psiankna muzyka, potam śpsiew,
                                                a nawet godka. Jak urzeczeni wpatrywalismy sie w tubę, skónd wydobywaly się te
                                                cudowne nuty. Łojciec musioł noma długo tłumaczyć, skónd i gzie to kupsił i na
                                                czam ten mechanizm polegoł.
                                                Taki buł jeburstag gramofonu w zielgo tubo w noju domu. Buła to tyż ziylga
                                                nowość we wsi.
                                                Bawilim sia i słyszelim polki, krakowiaki, mazury, polonezy. Do dziś przetrwoł
                                                tlo walc."
                                                • rita100 Re:Gdy mniołem 12 lat 21.11.07, 21:47
                                                  to łojciec postanoził łoddać mnie do szkoły w Reszlu.
                                                  Zdzizi może czytelnika, co łoznacza Reszel, bo różniste rzeczy ło niam psisano,
                                                  a łón tan Reszel w przedwojennych czasach ważnó role łodgrywoł. Reszel to drugi
                                                  wtam w moim żuciu."
                                                  A zian wybzieramy sia psiechtó do Reszla
                                                  Idąc z dworca Sątopach, na prawo dochodziło sie do miejsca, w którym drogi się
                                                  rozwidlają, jena do Bisztynka, druga do Reszla. Po prawi stronie zidać zierze
                                                  koscioła w Sątopach, a idąc dali po liwej zidać kontury wieży kościoła farnego w
                                                  Reszlu.
                                                  Mniej więcej w połowie drogi do Reszla napotkać można było przy samej szosie
                                                  samotny grób z drewnianym krzyżem, otoczony wielkim płotem. Był to grób
                                                  żołnierza niemieckiego, poległego tu podczas wojny w 1914 roku.
                                                  Oznaczał on miejsce, do którego dotarły wojska rosyjskie w tamtej wojnie i
                                                  stanowił jakby przypomnienie dla osób tam przechodzących:
                                                  Przechodniu pamiętaj wojna to śmierć.
                                                  • rita100 Re:I oto Reszel 22.11.07, 21:02
                                                    "I oto Reszel, w którym każdy zakątek łączy się z moimi wspomnieniami. Mała to
                                                    mieścina, ale głęboczko zakorzeniona w historii tej ziemi. Prawie nietknięta
                                                    podczas ostatniej zawieruchy wojennej, nie licząc domków, które nie zniszczyła
                                                    wojna, lecz czas.
                                                    Wysoka wieża wyznaczała centralną budowlę Reszla - gotycki kościół farny, po
                                                    spaleniu, odbudowany w początkach XIX wieku, obok niego zabytkowa plebania, a z
                                                    drugiej strony klasztor.
                                                    Tuż z boku, po prawej stronie kościoła schodziło się - piszę w czasie przeszłym,
                                                    bo niestety obecnie już tak nie wygląda - schodkami do głębokiego wąwozu,
                                                    porośnietego gesto drzewami, a niektóre z nich miały chyba już po kilkaset lat.
                                                    Wąwóz ten poprzecinany był wieloma alejkami, które stanowiły jakby pietra, mając
                                                    jakby parter pierwszą alejkę przy strumyku, która ciągnie się do zabytkowego
                                                    mostu z obszernymi pomieszczeniami pod jezdnią, używanymi dawniej na cele
                                                    więzienne.
                                                    W drodze przy alejce napotykamy na olbrzymi głaz, ustawiony tam w 1913 roku,
                                                    podobny do olbrzymiego kamienia w Bisztynku, z którym związana jest legenda
                                                    dotycząca jego pochodzenia.
                                                    (patrz, legenda o kamieniu w Bisztynku)
                                                    Niedaleko fary znajduje się stosunkowo dobrze utrzymany zaułek, bedący obecnie
                                                    pod opieką Stowarzyszenia "Pojezierze" (teraz już nie). Jedno skrzydło zamku
                                                    Niemcy przerobili na kosciół ewangelicki.
                                                    (patrz zamek w Reszlu)
                                                  • rita100 Re:Gimnazjum reszelskie 22.11.07, 21:03
                                                    "Gimnazjum reszelskie było jedną z najstarszych uczelni na Warmii. Wywodziło się
                                                    z kolegium jezuiskiego w 1632 roku, później przekształciło się w gimnazjium.
                                                    Początkowo uczelnia mieściła się w budynku klasztornym, a w 1707 wybudowana
                                                    została nowa szkoła, który strawił wielki pożar w 1806 roku. Spłonęło wtenczas
                                                    prawie całe miasto. (....)
                                                    A więc w 12 roku życia zostałem przyjęty do dziewięcioklasowego gimnazjum
                                                    humanistyczne w Reszlu.
                                                    Dziwne może się wydawać, dlaczego ojciec 'oddał mnie do Reszla', a nie do
                                                    gimnazjum w Olsztynie.
                                                    Otóż w naszym pojęciu, jedynie wyższa od szkoły powszechnej uczelnia, która się
                                                    dla nas nadawała, to tylko gimnazjum w Reszlu, gdzie my Polacy na Warmii, jak
                                                    zresztą i Niemcy ze sfer mniej zamożnych, mogliśmy liczyć na jako takie
                                                    sprawiedliwe potraktowanie.
                                                    W gimnazjum olsztyńskim przeważała młodzież ze sfer urzędniczych i oficerskich,
                                                    dlatego też uważaliśmy, ze nie jest to odpowiednie dla nas miejsce.
                                                    A więc jestem w Reszlu. Gimnazjum to było tylko męskie, bo wiadomo, ze wówczas
                                                    dziewczęta do tego rodzaju uczelni nie miały dostępu. Istniały dla nich innego
                                                    typu szkoły.
                                                    Ulokowałem się na stancji. Opłata szkolna wynosiła 130 marek rocznie, płatna w
                                                    ratach. Zapisu uczniów dokonywał sam dyrektor. Każdy z kandydatów musiał
                                                    odpowiedzieć na pytanie:
                                                    "Wie ist deine Muttersprache ?"
                                                    Jaki jest twój jezyk ?
                                                    Rózne były odpowiedzi, niektórzy mówili prawdę 'polski', inni znów uważali , ze
                                                    będzie lepiej jak powiedzą 'niemiecki'.
                                                    Kiedy przyszła na mnie kolej na odpowiedź na to pytanie - odrzekłem 'polski',
                                                    dyrektor uśmiechnął się i odpowiedział słabą polszczyzną - "Jak ci sie powodzi?"
                                                    Następny kandydat był z powiatu olsztyńskiego, miał pochodzenie polskie. Nie
                                                    przyznał się jednak do tego, podając język niemiecki jako ojczysty. Wówczas
                                                    dyrektor wskazał na wiszący na ścianie portret z Fryderykiem II Wielkim z
                                                    przypiętą do niego cyfrą oznaczającą jakąś jego rocznicę, zrobioną z lisci
                                                    dębowych i zapytał : kto to jest i co ta cyfra oznacza?. A ten wpatrując sie w
                                                    portret nie poznał tego, który wraz z carycą rozgrabił Polskę i nam zrabował
                                                    Warmię. Wskazał wtedy na mnie, a na moją prawidłową odpowiedż nic już nie mówił.
                                                    Po zdaniu egzaminów przyjęty zostałem do grona uczniów i stałem się studentem,
                                                    bo tak na Warmii nas nazywano."
                                                  • rita100 Re:I oto Reszel 23.11.07, 19:58
                                                    Psiankne mniasto, psiankne, ale tyż jek ziymy to Reszel bez wojne tak nie
                                                    łucierpsiało jek jinne mniasta i cołe szczajście. Budynki sia łostały i tan
                                                    śliczny zamek.
                                                  • rita100 Re:Gimnazjum reszelskie 25.11.07, 11:22
                                                    "Ważnym aktem przed rozpoczęciem nauki w szkole było przydzielenie uczniom
                                                    miejsc w kosciele gimnazjalnym. Dokonywał tego prefekt i równocześnie proboszcz
                                                    koscioła. Każdy z uczniów miał wyznaczone miejsce w ławce. Wszyscy nauczyciele z
                                                    wyjątkiem jednego, byli wyznania katolickiego.
                                                    Każdy uczeń otrzymywał śpiewnik. Przy kościele gimnazjalnym nie było ani
                                                    koscielnego, ani organisty. Funkcje te pełnili ministranci bądź nauczyciele śpiewu."
                                                  • rita100 Re:Gimnazjum reszelskie 26.11.07, 20:40
                                                    "Gimnazjum w Reszlu miało dziewięć klas nazwanych z jezyka łacińskiego:
                                                    sexą, quartą, nizszą tercją, wyższą tercją, niższą secundą, wyższą secundą,
                                                    niższą primą i wyższą primą.
                                                    Kończyło się szkołę w wieku 20 i wiecej lat. Głównym przedmiotem była łacina,
                                                    uczono jezyka francuskiego, a potem jeszcze greckiego. Od klasy siódmej
                                                    dodatkowo jezyk angielski lub hebrajski.
                                                    Świadectwo szkolne wydawano cztery razy w roku.
                                                    Wymagania były wówczas stosunkowo duże. Pamiętam, ze w jednym roku w czwartej
                                                    klasie 14 uczniów na czterdziestu nie otrzymało promocji. Dyrektor wyrażał
                                                    wtenczas pogląd, ze takie niepowodzenia na polu naukowym, to większa klęska niż
                                                    przegrana bitwa podczas wojny."
                                                  • rita100 Re:Najciekawszą postacią był... 27.11.07, 22:25
                                                    "Najciekawszą postacią wśród pedagogów był prof. dr Antoni Kruszewski, zastępca
                                                    dyrektora. Pochodziuł z Barczewa i tam miał swój domek. Zmarł jak głosi napis
                                                    umieszczony na nagrobku na cmentarzu w Barczewie, w 1925 roku w wieku około 70
                                                    lat. Uchodził jednak za wielkiego dziwaka. Był kawalerem i do końca życia żył w
                                                    samotności. Przypuszczam, że znał jezyk polski, bo pochodziuł z polskich stron,
                                                    nigdy tego jednak nie ujawił. Nie entuzjazmował się zwycięstwami Niemców podczas
                                                    pierwszej wojny światowej, siedział zawsze cicho. Zaniedbywał się w ubiorze. Raz
                                                    spacerując po dziedzińcu zauważyliśmy, ze ma podarte spodnie, na co zwrócił mu
                                                    uwagę jeden z kolegów szkolnych. Nie przejął się tym specjalnie, tylko, że
                                                    później juz na dziedziniec nie wychodziuł. W stosunku do jego osoby robiliśmy
                                                    różne wybryki. Na przykład przed jego wejściem do klasy jeden z uczniów nasypał
                                                    na klamkę u drzwi proszek wywołujacy swędzenie. Cechowało go chorobliwe skąpstwo
                                                    i mania gromadzenia pieniędzy, które pozyczał na oprocentowanie. I tak bedąc
                                                    zamożnym człowiekiem umarł w samotności jak ostatni nędzarz. Był to w każdym
                                                    razie człowiek wielkiej wiedzy, a to jego skąpstwo , to moim zdaniem, choroba
                                                    jak wiele innych."
                                                    Ale najważniejszymi wydarzeniami w szkole były komersy smile hehe, do tego
                                                    rozdziału szczególnie zapraszam - oj, bedzie sie działo....
                                                  • rita100 Re:Ale najważniejsze..... 29.11.07, 21:02
                                                    "Ale najważniejsze w życiu szkoły były 'komersy', czyli towarzyskie spotkania
                                                    urządzane przez maturzystów. Egzaminy pisemne odbywały się wcześniej i te
                                                    decydowały o dopuszczeniu do egzaminów ustnych. Takie egzaminy ustne przeciągały
                                                    się do godzin popołudniowych, przy czym maturzysta bezpośrednio po zdaniu
                                                    egzaminu wychodziuł, nakładając specjalną czapkę z twardym dnem i wyszytymi na
                                                    nim inicjałami - pierwsza litera imienia i nazwiska. Na dziedzińcu szkolnym
                                                    czekała go już gromada kolegów ze szpilkami przedstawiającymi Adalberta. Szpilki
                                                    były rózne, mniejsze i większe, w kolorze srebnym i złotym.
                                                    Im większą popularnością cieszył się nowo kreowany maturzysta, tym większą ilość
                                                    posiadał tych szpilek, przypinanych do marynarki.
                                                    Następnie odprowadzano go lub zaniesiono na ramionach do jego mieszkania. Były
                                                    nawet przypadki, ze maturzystę sadzano na krześle, umieszczonym na platformie,
                                                    ktorą następnie zaciągnięto pod jego dom. Tam odbywał się tak zwany komers, na
                                                    którym wypito beczki piwa."

                                                    Poniżej podam tak obrazek z komersu, niesłychanie ile ci studenci mogli
                                                    wypić....... ale taka to była tradycja pruska smile
                                                  • rita100 Re:Ale najważniejszy to komers 01.12.07, 20:45
                                                    "Poniżej podam tak obrazek z komersu, który odbył się na naszej stancji.
                                                    Mieszkało nas tam 10. Wszyscy byliśmy uczniami gimnazjium reszelskiego. W
                                                    kwietniu 1914 roku aż trzech zdawało maturę, przy czym jeden był popularnym
                                                    sportowcem. Toteż na komers zjawiło się dużo młodzieży gimnazjalnej. Kobiety nie
                                                    miały wstępu. Uczta trwała z przerwami przez całe trzy dni. Wypito na niej mniej
                                                    więcej 13 achtelków jasnego piwa.
                                                    Najpierw odbył się wybór przewodniczącego, który kierował całą imprezą i
                                                    wybierał spośród młodszych tak zwanych fuchsów (lisków, kotów), których
                                                    obowiązkiem było podawanie piwa do stołu. Wówczas przystępowali oni natychmiast
                                                    do napełniania pustych kufli i szklanek. Od czasu do czasu zawołał znów, że piją
                                                    tylko lisy. Ja, będąc wtedy jednym z młodszych obdarzony zostałem również tą
                                                    funkcją, co później odchorowałem ciężkim bólem głowy, bo nie byłem
                                                    przyzwyczajony do wypicia takiej ilości piwa. Ani nauczyciele, ani też rodzice
                                                    nie brali w tym udział. Do rodziców należało tylko pokrycie kosztów z tym
                                                    związanych. Nadmieniam też, ze podczas gdy obecnie zdaje się maturę przeciętnie
                                                    w wieku 17-19 lat, to wówczas maturzyści po ukończeniu szkoły mieli 20 i więcej.
                                                    Wszystkim kierował więc przewodniczący, któremu nadano specjalny tytuł. On
                                                    intonował piosenki, wyznaczał solistów i żartownisiów, którzy opowiadali różne
                                                    anegdotki i wice. Niektóre dotyczyły kolegów i nauczycieli. Śpiewy rozpoczynały
                                                    się pieśnią Gaudeamus igitur, przeważnie przy akompaniamencie gitary. Na
                                                    wszystkie wybryki w tych dniach, tak nauczyciele, jak i obywatele miasteczka
                                                    patrzyli przez palce. W ten sposób kończyło się naukę w gimnazjum reszelskim."
                                                  • rita100 Re:Czerwiec 1914 rok 03.12.07, 21:57
                                                    "Tak upływały lata - spokojnie i bez jakichkolwiek poważniejszych wydarzeń.
                                                    Dopiero w czerwcu 1914 roku przed wakacjami, jak zwykle zebraliśmy się w auli, a
                                                    dyrektor nasz przy końcu już ze smutną miną powiedział:
                                                    "Nie wiadomo, czy się po wakacjach w takich samych znów warunkach tu spotkamy".
                                                    Jak się okazało, miał rację.
                                                    Pod koniec lipca nadchodziły już pierwsze wezwania do służby wojskowej, w
                                                    niedzielę 1 sierpnia 1914 roku dzwony, bijące bez przerwy przez kilka godzin w
                                                    Tuławkach, Gadach i Barczewku, oznajmiły, ze zarządzona została ogólna
                                                    mobilizacja, co podane było do wiadomości przez plakaty. Wsłuchiwałem się w te
                                                    dzwony, które oznajmiały ludzkości, że nadchodzą dni płaczu, cierpień i trwogi o
                                                    życie najbliższych."
                                                  • rita100 Re:Czerwiec 1914 rok 03.12.07, 21:58
                                                    "Pojechaliśmy potem do Barczewka. Tam zjechała się część tych zmobilizowanych.
                                                    Żegnano się i dodawano sobie wzajemnie otuchy. O wojnie krążyły najróżniejsze
                                                    wieści. Proboszcz parafiI ks. Klaperski, przed rozpoczęciem nabożeństwa wszedł
                                                    na ambone, by jak zwykle wygłosić kazanie, zdążył jednak wypowiedzieć po polsku
                                                    zaledwie kilka słów o nadchodzącym nieszcześciu, bo w całym kościele rozległ się
                                                    głośny płacz. Rozpłakał się także, i nie odczytując nawet Ewangelii, zszedł z
                                                    ambony, a lud zgromadzony w kosciele zaintonował pieśń koscielną: "Od powietrza,
                                                    głodu, ognia i wojny zachowaj nas Panie." Powietrze oznacza tu cholerę, bo
                                                    istniało mniemanie, że cholera przychodzi z powietrza.
                                                    Zaznaczyć tu muszę, ze mobilizacja, zarządzona przed pierwszą wojną światową
                                                    wywarła o wiele groźniejsze wrażenie niż ta przed drugą, pomimo, że skutki
                                                    drugiej wojny były tragiczniejsze."
                                                  • rita100 Re:wojna światowa 04.12.07, 21:23
                                                    "Dla mnie osobiście był problem, bo kończyły się wakacje, jechoć czy nie jechoć
                                                    do Reszla. Ciajżko buło dojechać, bo kursowały tylo cugi z transportem
                                                    wojskowym. Potem wróciłem do domu , bo zbyt mało nas się znalazło w szkole.
                                                    Pierwszy tydzień upłynął w spokoju. Jeden z mieszkańców wsi puścił po pijanemu
                                                    pogłoskę, ze Rosjanie nadchodzą, czym wywołał panikę i ludzie szybko
                                                    przygotowywali się do ucieczki. Ludzie wtedy żyli w takim napięciu. Nikomu nawet
                                                    nie przyszło do głowy by pogłoskę tą sprawdzić. Później się wyjaśniło i uspokoiło."
                                                  • rita100 Re:wojna światowa 04.12.07, 21:23
                                                    "Około 12 sierpnia ponownie udałem się do Reszla. Zebrała się już spora grupka
                                                    uczniów i mogliśmy zacząć lekcje. Nie trwało to jednak długo, bo już 20 sierpnia
                                                    słyszeliśmy dudnienie podobne do grzmotów. Były to pierwsze oznaki, że wojska
                                                    rosyjskie się zbliżają.
                                                    Kilka dni później pojawiły się pierwsze wozy z uciekinierami nadjeżdzające od
                                                    Swiętej Lipki znad granicy rosyjskiej. Coraz ciaśniej robiło się na ulicy, bo z
                                                    dnia na dzień wzrastała liczba uchodźców. Dzień i noc przesuwały się przed nami
                                                    wozy (drabiniaste), a na nich ludzie gnani strachem, jadąc w nieznane. Obok wozu
                                                    czy też za nimi szły czasami wygłodniałe i ryczące krowy. Smutny to był widok."
                                                  • rita100 Re:wojna światowa 04.12.07, 21:25
                                                    "Huk armat coraz wyraźniej było słychać. Niektórzy z nas z Reszla wyjeźdzali do
                                                    swych domów. Na wspólnej naradzie z kolegami pochodzącymi z okolic Olsztyna, a
                                                    było nas jedenastu postanowiliśmy wyruszyć do Olsztyna celem zbadania sytuacji.
                                                    Kilka kilometrów za Tęgutami, gdzie droga prowadzi przez las, uciekinierzy
                                                    urządzili sobie na dużej łące miejsce postoju. I tu przedstawił mi się osobliwy
                                                    obraz. Na zatłoczonej wozami szosie, jak i na łące powstał ni stąd ni zowąd
                                                    straszny popłoch. Przestraszeni nie wiadomo czym ludzie zaczęli uciekać,
                                                    wskakiwali na wozy, poganiając konie, by jak najprędzej wydostać się z
                                                    kłębowiska. W krzyku, jaki przy tym powstał można było usłyszeć: "Ludzie uzijata
                                                    sia, Ruski só w Tęgutach".
                                                    Wówczas domyśliłem się, ze to prawdopodobnie nasza grupa uczniów gimnazjum
                                                    reszelskiego stała się powodem tego popłochu. Wzięto nas pewnie w tych mało tu
                                                    znanych czapkach gimnazjalnych za Rosjan i rozgłoszono dalej. Starałem się ich
                                                    uspokoić, tłumacząc im, że stamtąd przychodzę i ze wojska rosyjskie są jeszcze
                                                    daleko."
                                                  • rita100 Re:W Olsztynie siedzibą dowództwa 05.12.07, 21:11
                                                    "W Olsztynie siedzibą dowództwa wojsk rosyjskich, które tu przebywały kilka dni,
                                                    był nieistniejący już największy hotel w Olsztynie - "Deutsches Haus" - w
                                                    miejscu zamienionym później na skwerek obok kina "Odrodzenie" (w ostatniej fazie
                                                    II wojny światowej został zburzony).
                                                    Po zajęciu miasta wzięto spośród obywateli zakładników, zajmujących tu poważne
                                                    stanowiska, którzy odpowiadali głową za wykonanie nałożonych na miasto
                                                    obowiązków, to jest dostarczenie określonej ilości żywności. Największe
                                                    trudności stanowiło upieczenie w tak krótkim czasie dużej ilości chleba. Do
                                                    pomocy została zmobilizowana część ludności. Płaskorzeźby na wykuszu nowego
                                                    ratusza przedstawiały właśnie wysiłki mieszkańców Olsztyna, by w wyznaczonym
                                                    czasie dostarczyć zażądaną ilość chleba i w ten sposób uratować zakładników.
                                                    Rzeźby te przedstawiały kolejno od lewej strony: spotkanie przedstawicieli
                                                    miasta z dowództwem wojsk rosyjskich, scenę pieczenia chleba, przenoszenie chleba.

                                                    Na samym początku po przyjeciu w 1945 roku przez władze polskie ratusza,
                                                    niektórym postaciom poodbijano głowy, nie wiedząc co przedstawiają."
                                                  • rita100 Re:Olsztyniacy dostarczyli: 05.12.07, 21:12
                                                    Mieszkańcy Olsztyna dostarczyli:
                                                    25100 kg chleba,
                                                    4110 kg kaszy i ryżu,
                                                    3110 kg soli,
                                                    3675 kg cukru,
                                                    435 kg grochu
                                                    110 kg herbaty

                                                    Sceny wypieku chleba zostały uwiecznione ma płaskorzeźbach, które zdobiły wykusz
                                                    olsztyńskiego ratusza. Władze PRL w latach 80. usunęły tą pamiątkę.

                                                    sad((((((((((
                                                  • rita100 Re:Na cmentarzu wojskowym w lesie 06.12.07, 21:00
                                                    "Na cmentarzu wojskowym w lesie naprzeciwko byłego szpitala kolejowego zaraz na
                                                    pierwszym planie przy wejsciu do lasu jest kilka grobów żołnierzy niemieckich,
                                                    którzy wówczas tu polegli. Między innymi kapitan, ktory jak napis na krzyżu
                                                    głosi, poległ w Olsztynie 28 sierpnia 1914 roku.
                                                    Cmentarz ten to niepisana historia wojen. Poczynając od 28 sierpnia 1914 roku
                                                    mamy napisy z datami z całej pierwszej wojny światowej, niejednokrotnie z
                                                    podaniem miejscowosci, gdzie dany żołnierz poległ lub został ranny i zmarł w
                                                    szpitalu olsztyńskim. Po pierwszej wojnie światowej następuje przerwa. Dopiero
                                                    od 1928 roku napotykamy na pierwsze nazwiska żołnierzy niemieckich. Większa
                                                    część mogił pochodzi juz z drugiej wojny światowej. I tam przy niektórych
                                                    mogiłach na krzyżach lub tabliczkach podane zostały daty i miejsca śmierci.
                                                    Niektóre z nich prawie zupełnie zarosły. Jest jeszcze kilka już całkowicie
                                                    zarosnietych grobów masowych niewiadomego pochodzenia. Groby z pierwszej wojny
                                                    światowej znajdują się również na cmentarzu ewangelickim przy al. Wojska Polskiego."
                                                  • rita100 Re:Dali o gimnazjum reszelskim 07.12.07, 21:05
                                                    "Powoli wracało wszystko do normalnego życia. Minął huk armat. Front ustalił się
                                                    wówczas nad jeziorami mazurskimi, dopóki Niemcy po zwycięskiej ofensywie nie
                                                    posunęli się w głąb centralnej Polski i Litwy.
                                                    Większe zwycięstwa Niemców uczczone zostały zwolnieniem nas z ostatnich lekcji.
                                                    Im większe zwycięstwo tym więcej wolnych godzin. Telegramy z komunikatami
                                                    wojennymi wywieszano na tablicy przy wejściu do urzędu powiatowego.
                                                    Szczególnie uroczyście obchodzono zdobycie Warszawy. Z tej okazji zostaliśmy
                                                    zwolnieni z lekcji na cały dzień, a około 10,00 odbył się pochód ulicami
                                                    miasteczka, poprowadzony przez szkolną orkiestrę
                                                    ( flety i bębny). Brali w nim udział tylko uczniowie gimnazjum.
                                                    Wspominając o fletach i bębnach, nadmienię ,że przy szkole mieliśmy dobrze
                                                    zorganizowaną orkiestrę z wszystkimi prawie instrumentami (orkiestra
                                                    symfoniczna), a składała się wyłącznie z uczniów gimnazjalnych z dyrygentem na
                                                    czele."
                                                  • rita100 Re:Dali o gimnazjum reszelskim 08.12.07, 21:15
                                                    Raz w roku latem urządzane były w gimnazjum dalsze wycieczki. W niższych klasach
                                                    jednodniowe, a w wyższych kilkudniowe.
                                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=38446&w=39229172&a=73074022
                                                    Słuchojta , a tu mowam wideo ze Swentej Lipki.
                                                    pl.youtube.com/watch?v=VA5Mwh5lA1c
                                                  • rita100 Re:Zajęcia sportowe 10.12.07, 22:21
                                                    Zajęcia sportowe
                                                    "Powracając do zajęć w gimnazjum, może to zaciekawi młodsze pokolenie. U nas
                                                    istniał gimnazjalny klub sportowy z następującymi sekcjami: piłka nożna,
                                                    pływacka, lekkoatletyczna, gimnastyczna i szermierka. Nie uprawiano wówczas
                                                    siatkówki ani koszykówki i piłki recznej.
                                                    Dużą wagę przykładano do umiejetności pływania. W Reszlu istniała zamknięta
                                                    pływalnia, ogrodzona wysokim płotem z desek. Wyznaczone były godziny, oddzielne
                                                    dla dziewcząt, kobiet, mężczyzn i dla nas. Toteż wśród uczniów gimnazjum rzadko
                                                    się zdarzało, by ktoś po opuszczeniu szkoły nie umiał pływać."
                                                  • rita100 Re:Tak samo było z łyżwiarstwem 10.12.07, 22:22
                                                    "Tak samo było z łyżwiarstwem. Zimową porą, urządzane były lodowiska, na których
                                                    ten sport uprawili nie tylko młodzi, lecz i starsi. Na lodzie odbywały się
                                                    spotkania młodych par, a i starsze małżeństwa tam przychodziły. Urządzało się
                                                    specjalne festyny na lodzie z bufetem, lampionami i iluminacjami.

                                                    Tak upływały lata wojenne spędzone przeze mnie w Reszlu. Tymczasem zaciągano
                                                    coraz to nowe roczniki do służby wojskowej, między innymi moich dwóch starszych
                                                    braci."
                                                  • rita100 Re:Powoływanie uczniów do wojska 11.12.07, 20:39
                                                    "W naszej szkole w wyższych klasach też z roku na rok ubywało uczniów na skutek
                                                    połowywania ich do wojska. Powiększały się szeregi tych, którzy swoje młode
                                                    życie zakończyli na polu walki, opłakiwani przez swych najbliższych. W kościele
                                                    pojezuickim przy szkolnym dziedzińcu - po lewej stronie bocznego wejścia,
                                                    pojawiła się tablica z nazwiskami około trzydziestu nazwisk kolegów szkolnych.
                                                    Jesienią 1945 roku, kiedy po raz pierwszy po wojnie byłem, tablica ta jeszcze
                                                    wisiała."
                                                  • rita100 Re:Handel 'na lewo' 11.12.07, 20:40
                                                    "Powoli stygły zapały Niemców upajających się zwycięstwami, zwłaszcza po
                                                    przystąpieniu Ameryki do wojny. Żywności było coraz mniej. Wydzielana była tylko
                                                    na podstawie kart żywnościowych.
                                                    W mieście nie wolno było na wolnym rynku sprzedawać produktów rolnych. Handel
                                                    'na lewo' kwitł więc w całej pełni, bo pomimo kontroli przemycano żywność do miasta.
                                                  • rita100 Re:Fiki miki z żandarmem 11.12.07, 20:42
                                                    Szczególną gorliwością przy kontroli koszyków, przewożonych lub przenoszonych do
                                                    Olsztyna, odznaczał się pewien żandarm z nadłyńskiego grodu.
                                                    Wczesnym rankiem wychodził w naszym kierunku, docierając nieraz do Stolp
                                                    (Stupy), by tam przechwycić na gorącym uczynku gosposie wiejskie i skonfiskować
                                                    towar. Niezależnie od tego groziła kara. Na ten temat to hoho jak krążyły
                                                    opowiadania np:
                                                    Chcąc zemścić się na żandarmie za ostatnio skonfiskowane towary, pewna kobieta
                                                    ze wsi wpadła na oryginalny pomysł. Na dno koszyka nakładła krowiego nawozu i
                                                    przykryła go sieczką. Toteż żandarm spojrzawszy groźną miną na gosposię zapytał się:
                                                    - Co tam masz ?
                                                    Gosposia odpowiedziała zgodnie z prawdą:
                                                    - Gówno !
                                                    Można sobie wyobrazić, jakie wrażenie wywarło to słowo na urzędnika Jego
                                                    Cesarskiej Mośći Wilhelma II. Toteż z tym większą gorliwością wziął się do
                                                    przeszukiwania koszyka, aż wsadził rękę do sieczki i natrafił coś miękkiego.
                                                    Myślał, że to masło i rękę wyciągnął, przy czym ku swojemu przerażeniu ,
                                                    obwochując ją dokładnie stwierdził, że strasznie cuchnie.
                                                    Kobieta serdecznie się uśmiała, ze udało jej się w ten sposób zadrwić z
                                                    żandarma, który wpadł w ogromną złość, ale nie mógł jej ukarać, bo po pierwsze -
                                                    powiedziała prawdę co jest w koszyku, a po drugie - nie było przepisów, które
                                                    zabraniały by przewożenia takich rzeczy."
                                                  • gajowy555 Re:Fiki miki z żandarmem 12.12.07, 12:37
                                                    rita100 napisała:

                                                    > Szczególną gorliwością przy kontroli koszyków, przewożonych lub przenoszonych
                                                    do Olsztyna, odznaczał się pewien żandarm z nadłyńskiego grodu. Wczesnym
                                                    rankiem wychodził w naszym kierunku, docierając nieraz do Stolp(Stupy), by tam
                                                    przechwycić na gorącym uczynku gosposie wiejskie i skonfiskować towar.

                                                    Jo myślam, co tu sia rozchodzi o mniejscowość Słupy, chtóra leży kele Łolstyna
                                                    (bandzie ze trzi kilometry łod granicy mniasta). Tamój łaża na plaże na jyzioram
                                                    Wadóng (Wadąg) i stamtónd moj sójsiad jojka łod gospodyń przywozi. Tak zidzita,
                                                    co handel daly ksitnie, tlo żandarm za rogatkó nie stoji smile))
                                                  • rita100 Re:Fiki miki z żandarmem 12.12.07, 21:00
                                                    O jenu, ale możeta tam na cześc tyj wartkiej gosposi łustanowić śwanto i każdego
                                                    roku ustawić żandarma i dalyj robzić fiku miku w koszyku wink) Uż nawet ziym chto
                                                    może być na tan czias żandarmam wink
                                                    Ni pokaża paluszkiem, ale to może być Gajowy ! wink))
                                                    To łopoziedz to zdarzenie w Słupach.
                                                  • rita100 Re:Wojska zwycięsko się wycofały 12.12.07, 21:02
                                                    Wojska zwycięsko się wycofały
                                                    "Pomimo tego, tak jak to zresztą było podczas drugiej wojny światowej, wydawali
                                                    komunikaty, w których ukrywali faktyczne położenie. Nawet w wypadku, gdy
                                                    zmuszeni byli do cofnięcia się pisali:
                                                    "Unsere Truppen haben sich siegreich zuruck gezogen", czyli nasze wojska
                                                    zwycięsko się wycofały."
                                                  • rita100 Re:"Dimanche la guerre finit" 12.12.07, 21:03
                                                    "Dimanche la guerre finit"
                                                    Opowiedział nam raz jeden z żołnierzy w czasie swego urlopu w sali
                                                    restauracyjnej gdzie było duże grono nauczycieli i uczniów z wyższych klas - że
                                                    nic nam nie opowiedział. A było to tak, wszyscy siedzieli, pili piwo w dużych
                                                    kuflach i zapytali się młodego oficera jak tam na wojnie ? Ale zamiast mówić nam
                                                    o czynach bohaterskich żołnierza niemieckiego, cichym głosem mówił o cieżkim
                                                    życiu w rowach strzeleckich.
                                                    Otóż pewnego dnia wyszedł sobie z rowu strzeleckiego, położonego niedaleko od
                                                    nich, żołnierz francuski i wymachując ręką głośno zawołał:
                                                    "Dimanche la guerre finit"
                                                    (w niedzielę skończyła się wojna)
                                                    Nikt z żołnierzy niemieckich nie strzelił do niego, także spokojnie wrócił do
                                                    swego rowu. Na tym skończył swoje opowiadanie. Na sali zapanowała cisza, a
                                                    niektórzy z wrażenia wypili jednym haustem całe piwo z kufla.
                                                  • rita100 Re:Idę na wiojnę moi mnili 12.12.07, 21:04
                                                    Idę na wiojnę moi mnili
                                                    "Jesienią 1918 roku uznany zostałem za zdolnego do służby i w październiku
                                                    otrzymałem wezwanie stawienia się w Kętrzynie (Rastenburgu). Przyszło mi się
                                                    więc pożegnać z Reszlem. Żegnano mnie bardzo życzliwie i w domu i w szkole.
                                                    Tak skończył się mój piękny rozdział w życiu, to jest mój pobyt w Reszlu.
                                                  • rita100 Re:Przyszły cięzkie czasy 13.12.07, 20:14
                                                    "Przyszły tero ciajżke ciasy dla mnie. W domu był mój brat na urlopie i
                                                    opowiadał co się wówczas działo na froncie zachodnim , nazywając to piekłem.
                                                    Podczas gdy Niemcom już brakowało amunicji, wojska alianckie strzelały z
                                                    wszelkiego rodzaju broni dzień i noc, zasypując tak rowy strzeleckie i schrony,
                                                    a w nich niejednokrotnie żywych żołnierzy. Dlatego też w ostatnim okresie wojny
                                                    było tyle wypadków dezercji.
                                                    I w takiej sytuacji musiałem iść na wojnę."
                                                  • rita100 Re:W koszarach w Gołdapi 13.12.07, 20:17
                                                    "Tydzień przed moim odjazdem do wojska zmarła mi siostra, nieuleczalnie chora.
                                                    Udałem się do Kętrzyna (Rastenburg), gdzie mnie razem z jednym z kolegów
                                                    gimnazjum reszelskiego przydzielono do pułku strzelców (Jagerregiment) w
                                                    Gołdapi. Po rozlokowaniu się tam w koszarach umundurowano nas. Na moim lewym
                                                    ramieniu kurtki były ślady krwi. I zaczęło się twarde życie żołnierza w koszarach."
                                                  • rita100 Re:Wstrząsające wrażenie 13.12.07, 21:34
                                                    "Wstrząsające wrażenie wywarło na mnie pewne zdarzenie. Otóż pomiędzy nami
                                                    młodymi, był pewien starszy Polak, który dawniej przyjeżdzał do Prus Wschodnich
                                                    na roboty sezonowe (wykopki ziemniaków) i później tu pozostał jako robotnik
                                                    rolny. Zaciągnięto go do służby wojskowej dopiero przy samym końcu, kiedy to już
                                                    brali, co się tylko dało. Był to człowiek niedołężny i niezbyt dobrze władajacy
                                                    jezykiem niemieckim. Z tego powodu narażony był na różne szykany jednego z
                                                    podoficerów, który gonił go po placu ćwiczeń. Po jednym z takich ćwiczeń
                                                    zachorował na zapalenie płuc i następnego dnia zmarł.
                                                    I o ironio, urządzono mu żołnierski pogrzeb i wystrzelono salwę honorową nad
                                                    jego grobem."

                                                    "W ogóle dało się zauważyć zmęczenie wojną i zwątpienie w zwycięstwo Niemiec.
                                                    Tak zbliżały się nowe pamiętne dni, które w historii ludów nie zdarzają się
                                                    często i stanowią w ich życiu zawsze wydarzenie o wielkim historycznym
                                                    znaczeniu, to jest dni rewolucji.
                                                    U nas zaczęło się to tak:"
                                                  • rita100 Re:Frenszkowski i przysięga :) 13.12.07, 21:35
                                                    "W sobotę, nie pamiętam już dokładnie daty, chyba 8-9 listopada, zaprowadzono
                                                    nas na dziedziniec gdzie miała być próba przysięgi.
                                                    Ustawiono nas w koło i obecny oficer wyciągnął szablę i przywołał do siebie
                                                    trzech żołnierzy wyznania katolickiego i trzech ewangelickiego. Tam trzech
                                                    katolików ujęło szablę z jednej strony, a trzech ewangelików z drugiej. Nasz
                                                    feldfebel sztabowy (sierżant) odczytał rotę przysięgi i nas pouczał.
                                                    Całej tej scenie przyglądał się przez okno żołnierz kampanii rekonwalenscentów.
                                                    Nie wytrzymał. Zakłócił próbę ceremonii donośnym głosem:
                                                    "Ihr braucht dem Wilhelm nich meher zu schworen, den er hat schon den Zilinder
                                                    gekriegt."
                                                    (Nie potrzebujecie już Wilhelmowi składać przysięgi, bo dostał dymisję).
                                                    Wywołało to konsternację i kazali nam się rozejść.
                                                    Tak więc tylko jeden dzień uchronił mnie przed złożeniem niemieckiej przysięgi."
                                                  • rita100 Re:Zabawa w koszarach... 14.12.07, 20:37
                                                    Tego dnia wszystko wszystko szło normalnie, ale wieczorem dochodziły nas słuchy
                                                    o zbuntowaniu się wojsk w Wystruci (Insterburg). Następnego dnia, w niedzielę,
                                                    zaprowadzili katolików do koscioła, a ewangelicy pozostali w koszarach, gdyż ta
                                                    niedziela przypadała katolikom. Ksiądz z ambony coś tam mówił o czarnych
                                                    chmurach wiszących nad Rzeszą Niemiecką i wróciliśmy do koszar.
                                                    W południe się zaczęło, kiedy to staliśmy do napełnienia swoich menażek podeszło
                                                    do nas kilku żołnierzy z nożami w reku, i mówiąc coś o rewolucji po kolei
                                                    obcinali 'kokardy' (okrągłe blaszki przyszyte do czapek, z których górna
                                                    przedstawiała barwy Rzeszy Niemieckiej - czarno-biało-czerwone, a dolna pruskie
                                                    - czarno-białe).

                                                    Przechodząc przez dziedziniec, widziałem jak żołnierz doskakuje do oficera i
                                                    zrywa mu naramienniki. Z okien wyrzucono portrety Wilhelma II wraz z ramkami i
                                                    szkłem.
                                                    Słychać było muzykę i śpiew, tańczono jakby było wielkie święto. Bramy koszarowe
                                                    zostały otwarte. Kto chciał wchodził i wychodził. Prysł jak bańka mydlana mit o
                                                    bohaterstwie żołnierza i o przywiązaniu do korony niemieckiej. Zapanowała
                                                    natomiast wielka radość z faktu, ze skończyła się wojna i skończył się
                                                    militaryzm niemiecki. Dzień, który powinien stać się dniem smutku z powodu
                                                    klęski stał się dniem radosci. Zabawa w koszarach trwała do późnej nocy.
                                                  • rita100 Re:"Kamerad bist du feri" 15.12.07, 20:30
                                                    Wyszliśmy do miasta. Tam również zbierały się na rynku grupki ludzi. Początkowo
                                                    były małe, później coraz większe aż przerodziło się to w wilki wiec, na którym
                                                    wybrano radę robotniczą.
                                                    O wyznaczonej godzinie odbyło się zebrania i wybrano radę żołnierską,
                                                    przydzielono zadania. Do tej grupy wybrano również mnie.
                                                    Pierwszą naszą czynnością było uwolnienie więźniów z wojskowego więzienia. Tłumy
                                                    oczekiwały przed schodami więzienia, by być świadkami tego doniosłego aktu
                                                    sprawiedliwości. Sam akt uwolnienia odbywał się w następujący sposób:
                                                    Do sali wchodziło dwóch, trzech więźniów, odpowiadali na pytanie za co został
                                                    ukarany. Po otrzymaniu odpowiedzi były słowa: "Kamerad bist du feri"
                                                    Różne wywarło to na uwięzionych wrażenie. Jedni sie cieszyli, dziękowali, ale
                                                    byli również tacy, którzy po wyjściu jakby nie dowierzająć zbiegli szybko i
                                                    uciekali.

                                                    Po rewolucji w Gołdapi zaczęli wracać żołnierze z jednostek stacjonujących po
                                                    tamtej stronie granicy. Pozostawiając tabor i konie, rozjeźdzali sie do domów.
                                                    Trzeba to było jak najprędzej posprzedawać, bo brakowało paszy dla koni.
                                                  • rita100 Re:"Kamerad bist du feri" 16.12.07, 18:23
                                                    Na wzmiankę zasługuje sposób w jaki odbywalo się pożegnanie starego, czyli
                                                    rewolucyjnego i powitanie Nowego Roku. Więzienie wojskowe było opróżnione,
                                                    posterunków przy wejściu na teren koszar nie było. Każdy zołnierz wychodziuł i
                                                    wchodziuł kiedy chciał. Z okien koszar słychać było wesoły śpiew i muzykę,
                                                    restauracje były przepełnione, a na ulicach panował wielki ruch, jak w dni kiedy
                                                    odbywały się wielkie uroczystości.
                                                    Nowy Rok 1919 witano o godzinie 24.00, ale w jaki sposób witano, pozostawimy do
                                                    następnego klikania smile
                                                    Bardzo ciekawy opis.
                                                  • rita100 Re:Nowy 1919 rok witano 17.12.07, 21:32
                                                    "Nowy 1919 rok witano o godzinie 24.00 niespotykaną dotychczas strzelaniną.
                                                    Strzelano na wiwat z karabinów, rakiet, rewolwerów. Najwięcej strzałów było na
                                                    terenie koszar. Nikt nie interweniował, a pomimo tego nie było zabitych i
                                                    rannych. Broń, która była przeznaczona do zabijania ludzi, obrócona została na
                                                    zwiastowanie nowej, już bezkrwawej ery, jaką miał zapoczątkować nowy 1919 rok.
                                                    Przyszłość wskazała, że miało być inaczej, bo zaledwie 15 lat upłynęło a
                                                    zapomniano o strasznych skutkach wojny. Militaryści niemieccy znów zaczęli
                                                    podnosić głowy, zaczęło się na nowo podjudzanie narodu niemieckiego przeciwko
                                                    innym, co w konsekwencji doprowadziło do wybuchu drugiej, o wiele straszniejszej
                                                    w skutkach wojny."
                                                  • rita100 Re:"Nie wieder Krieg !" 18.12.07, 21:18
                                                    "W związku z wojnami to przypomina mi sie pewien film, wyświetlany w Gdańsku we
                                                    wrześniu 1927 roku, ktory widziałem. Głównym jego bohaterem był młody student
                                                    niemiecki, który zaciągnięty do służby wojskowej, prowadził dzienniczek, notując
                                                    w nim wszystkie najważniejsze wydarzenia życia koszarowego, później z frontu
                                                    zachodniego. Pisząc tak o okropnościach wojny, co wyświetlane zostało na
                                                    ekranie, w jednym miejscu w swoim dzienniku napisał dużymi literami słowa:
                                                    "Nie wieder Krieg !"
                                                    (Nigdy więcej wojny).
                                                    Napis ten wyświetlano w środku na całej szerokości ekranu. Na to publiczność
                                                    powstała z krzeseł i manifestacyjnie zawołała:
                                                    "Nie wieder Krieg !". Napis, jakby przytrzymano w kadrze na czas okrzyków.
                                                    Tak było w 1927 roku, a już w 1939 rok był początkiem drugiego nieszczęścia,
                                                    jakie spadło na ludzkość przez drugą wojnę światową, która pogrążyła świat w
                                                    morzu łez i krwi, zniszczyła dorobek całych pokoleń i bezcenne zabytki kultury."
                                                  • rita100 Re:Moj koniec pobytu w wojsku. 19.12.07, 21:04
                                                    "Stopniowo rada żołnierska traciła na znaczeniu. Przystąpiono do tworzenia
                                                    Grenzschutzu, to jest wojska mającego za zadanie ochronę granic. Żołnierzy z
                                                    naszego garnizonu zwalniano stopniowe w/g roczników. Chociaż jeszcze nie
                                                    przyszła kolej na mój rocznik, to poprosiłem, pod pretekstem, ze zamierzam się
                                                    dalej kształcić, o zwolnienie, co zostało uwzględnione. Tak był ten mój krótki,
                                                    ale jakze znamienny w wydarzenia, pobyt w wojsku niemieckim."

                                                    Nadszedł dla Frenszkowskiego nowy okres w życiu.
                                                  • rita100 Re:Praca w Urzędzie Pocztowym 20.12.07, 21:38
                                                    "W maju 1919 roku przystąpiłem do pracy w Urzędzie Pocztowym Telekomunikacyjny w
                                                    Olsztynie w dziale telegraficznym. Pracowałem tam przy aparatach Morse'a.
                                                    Oprócz mnie jeszcze dwóch Polaków przyznawało sie do swojej polskości. Jednym z
                                                    nich był pochodzący z Lamkowa Bernard Szczepański, późniejszy major Wojska
                                                    Polskiego, wyjechał do Polski jeszcze przed mną. Zmarł w 1950 roku i jest
                                                    pochowany na cmentarzu przy kosciele św. Józefa obok swej żony Bronisławy,
                                                    pochodzącej ze znanej rodziny Samulowskich z Gietrzałdu. Zaprzyjaźniłem się z
                                                    nim wówczas, a przyjaźń odnowiliśmy po jego powrocie w kwietniu 1945 roku. Był
                                                    on jedynym wtedy świadkiem mej pracy w Olsztynie i wystawił mi odpowiednie
                                                    oświadczenie potwierdzone przez notariusza."
                                                  • rita100 Re:mieszkałem przy ul. Warszawskiej 2 22.12.07, 21:22
                                                    "W Olsztynie mieszkałem przy ul. Warszawskiej 2. W budynku tym na parterze po jednej stronie korytarza był sklep kolonialny, a po drugiej sala restauracyjna, a na parterze mieszkanie właściciela Lubowskiego a od strony podwórza mieszkanie samotnej starszej kobiety (bezdzietna wdowa), władająca słabo językiem niemieckim, u której zajmowałem jeden pokój. Z okna miałem widok na zajazd zapełniony w targowe dni wozami chłopskimi.
                                                    W tym pomieszczeniu zacząłem czytać gazety i książki polskie, a żeby lepiej nauczyć się polskiego zacząłem pisać pamiętniki. Niestety, pamiętniki te, które zwierały dużo szczegółów w okresu plebiscytowego, prowadzone na gorąco, zginęły podczas ostatniej wojny. W ten sposób nauczyłem się jako tako poprawnie po polsku mówić i psiać."
                                                    (1919r)
                                                  • rita100 Re:Kompozytorowi towarzyszyli: 29.12.07, 19:03
                                                    "Nie pamiętam już dokładnie daty koncertu
                                                    (Koncert ten odbył się 2.VI.1929r. Napisano o tym w "Gazecie Olsztyńskiej".
                                                    Kompozytorowi towarzyszyli: brat Rudolf Nowowiejski oraz artystka Helena
                                                    Sośnicka. Autor tych wspomnień Frenszkiewicz nie napisał, ze podczas koncertu
                                                    chór 'Lutnia' wykonał po raz pierwszy 'Hymn warnijski'.)
                                                    Wiem tylko, ze było to na początku 1920 roku. Już długo przed rozpoczęciem
                                                    koncertu zaczęły się zbierać gromadki ludzi, w tym dużo odświętnie ubranych
                                                    wieśniaków. Stopniowo zapełniała się sala.
                                                    Zajęte były wszystkie miejsca."
                                                    cdn
                                                  • rita100 Re:Frenszkowski o plebiscycie 07.01.08, 20:41
                                                    "Polacy ze swej strony stworzyli Warmiński Komitet Plebiscytowy i Komitet
                                                    Mazurski z siedzibą w Domu Polskim w Olsztynie przy obecnej ulicy Partyzantów
                                                    87. Mieli przeciwko sobie policję niemiecką, urzędników, Heimatvereiny i
                                                    Haukomando. Polacy zmuszeni byli do zorganizowania nielicznych zresztą jednostek
                                                    dla ochrony polskich zebrań, zabaw i obiektów polskich. Miały one charakter
                                                    obronny. Oczywiscie Niemcy przedstawiali je inaczej, twierdzili, że rzekomo
                                                    Polacy napadali na ich zgromadzenia.
                                                    Już po plebiscycie urządzono na zamku wystawę, na której eksponowano sękate
                                                    kije, którymi jakoby posługiwali się Polacy podczas głosowania i którymi bili
                                                    spokojnych Niemców. Był to rzecz jasna fałsz, bo po pierwsze czuli się za słabi,
                                                    a poza tym od razu interweniowała by policja niemiecka, a po drugie - nie
                                                    stosowali takich metod w walce plebiscytowej. Były wprawdzie wypadki, że polska
                                                    ochrona przy odpieraniu napastników, nie doczekawszy się obrony ze strony
                                                    policji niemieckiej i nie mając się czym bronić, chwytała to, co było pod ręką,
                                                    aby napastników odeprzeć."
                                                  • rita100 Re:Frenszkowski o plebiscycie 08.01.08, 20:15
                                                    W lutym 1920 roku przybyła do Olsztyna Międzysojusznicza Komisja Plebiscytowa
                                                    składająca się z Przedstawicieli Anglii, Francji, Włoch i Japonii.
                                                    Przewodniczącym był Anglik. Jako siedzibę obrała sobie budynek rejencjo
                                                    olsztyńskiej. Tam wywieszone były flagi tych czterech państw, a w każdą
                                                    niedzielę w południe przed gmachem grała angielska orkiestra wojskowa.
                                                    Wojsko niemieckie musiało opuscić tereny plebiscytowe. Odbyło się to z pewną
                                                    pompą. Wojska zebrały się na obecnym placu Roosvelta, i stamtąd po uroczystym
                                                    pożegnaniu przy dzwiękach orkiestry wymaszerowały w kierunku Morąga. Tak samo
                                                    opuścić musiał miasto prezydent rejencji olsztyńskiej oraz nadburmistrz
                                                    (1902-1932) Georg Zulch - za to, ze nie chciał przeprosić władz polskich za
                                                    zbezszczeszczenie polskiej flagi.
                                                    Pozostała natomiast policja niemiecka i niemieckie władze administracyjne.
                                                    Polacy zatrudnieni w urzędach z obawy przed usunięciem ze stanowisk nie
                                                    przyznali się do swojej narodowości.
                                                    cdn
                                                  • rita100 Re:Frenszkowski o plebiscycie 09.01.08, 21:28
                                                    Polskę reprezentował Konsul Generalny w Olsztynie, a Rzeszę Niemiecką komisarz
                                                    von Gayl (napisał potem wspomnienia)
                                                    W miejsce wojsk niemieckich przybyło na tereny plebiscytowe kilka batalionów
                                                    wojsk angielskich i jeden - włoski. Sensację wzbudził oddział Szkotów w
                                                    spódnicach, poprzedzony przez orkiestrę z nieznanymi kobzami i dudami.
                                                    Widywaliśmy tych żołnierzy codziennie z okien budynku pocztowego, obok którego
                                                    maszerowali na zmianę warty przed siedzibą Komisji Międzysojuszniczej.
                                                    Komisja ta niewiele interesowała się tym, co się tu działo, pozostawiając to
                                                    urzędnikom i policji niemieckiej. Raz tylko chcąc okazać, że istnieją, a było to
                                                    po groźnym napadzie na Dom Polski, kilka oddziałów wojsk włoskich przemarszowało
                                                    ostentacyjnie przez ulice miasta. Dom Polski wtedy ogrodzili drutem kolczastym.
                                                    Polacy w takich warunkach nie mogli prowadzić szerszej pracy narodowej. Ich
                                                    oddziaływanie było wyraźnie ograniczone. Natomiast działania Niemców nie
                                                    natrafiały na żadne przeszkody. Oni mieli do dyspozycji cały aparat urzędniczy i
                                                    policję.
                                                  • rita100 Re:Frenszkowski o plebiscycie 10.01.08, 20:30
                                                    "Inaczej jeszcze było z policją polską. Tu po prostu Niemcy zakpili sobie z
                                                    Komisji Międzysojuszniczej. Owszem przyjęto zgłoszenia kandydatów i powołano ich
                                                    przed komisję lekarską, składającą się tylko z Niemców. I co się okazało ?
                                                    Z 83 kandydatów lekarze niemieccy uznali trzech za zdolnych do takiej służby.
                                                    Cała zatem akcja zmierzająca do utworzenia na terenach plebiscytowych policji
                                                    polskiej spaliła na panewce, bo z trzema policjantami nie można było stworzyć
                                                    organu, który mógłby stać na straży interesów polskich. Rozmawiałem z jednym z
                                                    kandydatów - zdrowym i silnym jak tur. Został on też uznany za niezdolnego.
                                                    Opowiedział mi szczegółowo jak się to odbywało."
                                                  • rita100 Re:Frenszkowski o plebiscycie 11.01.08, 21:10
                                                    Jako młody jeszcze wówczas człowiek interesowałem się wszystkim, co działo się
                                                    wtedy w Olsztynie. Uczęszczałem nie tylko na zebrania i imprezy urządzane przez
                                                    polskie organizacje, lecz czasami również na wiece urządzane przez partie
                                                    polityczne niemieckie. Dlatego wiele pamiętam. Dwie zabawy urządzone były w
                                                    lecie w pobliżu mego domu rodzinnego, a mianowicie w Tęgutach i Lamkówku.
                                                    Pomagałem tam przy pracach organizacyjnych i utrzymaniu porządku.
                                                    Na większe trudności Polacy napotykali przy urządzeniu wieców i większych
                                                    zebrań. Bojówki niemieckie rozbijały nasze zgromadzenia. Nie brakowało też
                                                    renegatów, ludzi polskiego pochodzenia, ogłupionych lub przekupionych, ktorzy
                                                    przeszli na stronę wroga. Opłaceni przez Niemców, a nie raz po sutej libacji,
                                                    napadali na spokojną ludność, która się gromadziła na wieczernicach z wrzaskiem
                                                    i krzykiem, wymachując kijami. Policja biernie się temu przyglądała, a potem
                                                    zamykała zebrania.
                                                  • rita100 Re:Frenszkowski o plebiscycie 12.01.08, 20:22
                                                    Pod koniec 1920 roku, a więc już krótko przed plebiscytem, dokonany został napad
                                                    na Dom Polski w Olsztynie. Zebrał się przed nim tłum ludzi, którzy wznosili
                                                    okrzyki, skierowane przeciwko Polakom. Pomimo, że dom był ogrodzony drutem
                                                    kolczastym, tak jak twierdza, około 100 osób przedarło się przez główne wejście
                                                    do restauracji, mieszczącej się na parterze, zostali jednak wyparci przez
                                                    znajdujących się tam Polaków. Wieczorem odbyła się druga demonstracja już
                                                    większa z orkiestrą na czele, ale tym razem nie udało im się wtargnąć do środka,
                                                    gdyż straż polska ich przepędziła.
                                                  • rita100 Re:Frenszkowski o plebiscycie 13.01.08, 13:34
                                                    Kilka dni przed plebiscytem propaganda niemiecka urządziła pochód przez ulice
                                                    miasta, wprawdzie niezbyt liczny, ale naszpikowany transparentami z hasłami
                                                    antypolskimi. Przy końcu pochodu prowadzono dwie krowy, jedną zupełnie
                                                    wychudzoną - prawdopodobnie specjalnie w tym celu głodzoną - i drugą - dużą,
                                                    tłustą. Chudej przyczepili tablicę z napisem "Polnische Wirtschaft", a tłustej
                                                    "Deutsche Wirtschaft", by w oczach ludności przedstawić Polskę w najgorszym świetle.
                                                    W takich warunkach Polacy przystępowali 11 lipca 1920 roku do głosowania."
                                                    I co dalej - bardzo ciekawie opisuje samo głosowanie Frenszkowski.
                                                  • rita100 Re:Frenszkowski o plebiscycie 14.01.08, 21:04
                                                    "W takich warunkach Polacy przystępowali 11 lipca 1920 roku do głosowania. Dnia
                                                    tego Niemcy już rano wywiesili obok drzwi wejsciowych do drukarni "Allensteiner
                                                    Zeitung" telegram, donoszący o zajęciu przez bolszewików Warszawy. Był to
                                                    oczywiscie telegram sfałszowany, przez nich wystawiony na blankiecie
                                                    telegraficznym, by upozorować jego prawdziwość. W ten sposób chcieli zadać
                                                    ostateczny cios Polakom.

                                                    Kartki do głosowania nosiły napisy "Polska-Polen", a niemieckie nie Niemcy, lecz
                                                    "Ostpreussen - Prusy Wschodnie". Niemieckich kartek było wszędzie pełno,
                                                    natomiast polskich stosunkowo niewiele. Kto już przedtem o nie się nie postarał,
                                                    temu trudno było otrzymać w dzień głosowania.
                                                    Tym którzy się stawili, nie bacząc na szykany, jakie ich za to mogły spotkać, po
                                                    prostu kartki wyrywano z rąk, przy czym niektórym się jeszcze dobrze oberwało."
                                                  • rita100 Re:Frenszkowski o plebiscycie 15.01.08, 20:33
                                                    Prusy Wschodnie, a więc również tereny plebiscytowe były regionem masowej
                                                    emigracji na Zachód, gdyż były słabo uprzemysłowione i przy dużym przyroscie
                                                    naturalnym powstał nadmiar rąk do pracy, który zmuszał ludność do migracji do
                                                    kopalń i miast przemysłowych. Polacy, którzy stąd wyemigrowali do środowisk
                                                    czysto niemieckich z biegiem czasu zatracili swoje poczucie narodowości
                                                    polskiej. Ci wszyscy emigranci z terenów plebiscytowych zostali traktatem
                                                    wersalskim upoważnieni do głosowania. Takze Niemcy nie żałowali środków, aby ich
                                                    na dzień głosowania ściągnąć do Prus Wschodnich. I tu popełniono wiele nadużyć.
                                                    O tym kto ma prawo glosować decydowali urzędnicy niemieccy. Więc też wciągali na
                                                    listę kogo się dało. Za dawno zmarłych głosowali inni członkowie rodziny.
                                                    Przysporzyło to Niemcom dużo głosów, bo przeszło jedna trzecia głosów, to
                                                    ludzie, którzy już od dawna nie mieli nic wspólnego z tymi terenami i mieszkając
                                                    od lat w Westfalii i Naderenii czuli się już Niemcami.
                                                  • rita100 Re:Frenszkowski o plebiscycie 16.01.08, 21:23
                                                    W dzień plebiscytu policji nie było widać, także bojówki niemieckie bezkarnie
                                                    mogły napadać na osoby rozdające kartki polskie.
                                                    W nocy po plebiscycie ogłoszono z balkonu nieistniejącego już hotelu "Deutsches
                                                    Haus", wyniki głosowania w poszczególnych obwodach wyborczych. Przed hotelem
                                                    zebrał się tłum ludzi, którzy dawali wyraz zadowoleniu lub niezadowoleniu z
                                                    wyników przez różne okrzyki. Były wypadki, ze wołano "Pfui", kiedy ogłoszony
                                                    wynik ich nie zadawalał. Pamiętam, że tak było przy ogłoszeniu wyniku z
                                                    Gietrzwałdu. Polacy siedzieli oczywiście cicho, jak myszy pod miotłą, bo gdyby
                                                    się w tedy ktoś z nich odezwał, to mogłoby go spotkać zlinczowanie.
                                                  • rita100 Re:Frenszkowski po plebiscycie 17.01.08, 22:30
                                                    "Po plebiscycie opuściła tereny Komisja Miedzysojusznica i wojsko. Pewnego dnia
                                                    przed południem, stojąc z moim stryjem niedaleko Górnej Bramy, zauważyłem
                                                    nadchodzącą od strony dzisiejszej ulicy Staromiejskiej grupę ludzi idącą
                                                    następnie w kierunku nowego ratusza. Słyszelismy, że wznoszą okrzyki przeciwko
                                                    Polakom. Grupa ta stopniowo się zwiększała, gdyż przyłączali się do niej coraz
                                                    to nowi ludzie. Pozostaliśmy w pewnej odległości za nimi, aby zobaczyć, dokąd
                                                    się udają. Przy ratuszu skręcili w lewo i dzisiejszą ulicą 1 Maja kroczyli dalej
                                                    w kierunku Domu Polskiego znajdującego się przy obecnej ulicy Partyzantów, przed
                                                    którym się zatrzymali. Byli dalej wrogo usposobieni do Polaków. Ponieważ budynek
                                                    otoczony był nadal zasiekami z drutu kolczastego, a brama zamknięta, nie mogli
                                                    się dostać do środka."
                                                    ale...
                                                    cdn
                                                  • rita100 Re:Frenszkowski po plebiscycie 18.01.08, 20:26
                                                    Stryj mój i ja staliśmy za skrzyżowaniem ulic i z daleka obserwowaliśmy, co się
                                                    będzie dalej działo, nie przypuszczając, ze nas tam może ktoś poznać.
                                                    Niespodziewanie jednak ktoś stojący w pobliżu zawołał: "Das sind Pollacken haut
                                                    sie!" (To są Polacy, bijcie ich). Na ten okrzyk zgraja ludzi z bydlęcym rykiem
                                                    rzuciła się na nas i biła z góry po głowie, czym popadło. Widzieli to dwaj
                                                    policjanci, stojący po drugiej stronie ulicy, ale na pomoc nam nie przybiegli.
                                                    Pierwszy zauważył ich stryj i pobiegł w ich kierunku, a ja za nim. Jemu jako
                                                    pierwszemu dostało się więcej. Przecięte miał ucho i pokrwawiony dotarł do nich,
                                                    a bezpośrednio za nim ja. U mnie skończyło się na kilku guzach. Policjanci,
                                                    kiedy znaleźliśmy się przy nich, wzięli nas w opiekę i zaprowadzili na
                                                    posterunek, mieszczący się wtedy w nowym ratuszu, z bocznym wejściem od obecnej
                                                    ulicy Ratuszowej. Zaznaczam, że zaprowadzono tylko nas, natomiast napastników
                                                    pozostawiono bezkarnie na miejscu.
                                                    cdn
                                                  • rita100 Re:Frenszkowski po plebiscycie 19.01.08, 21:26
                                                    W ten sposób zakończyła się demonstracja, bo całą uwagę zwrócono wówczas na nas,
                                                    a część demonstrantów odprowadziła nas aż do samego ratusza. Na posterunku nie
                                                    spisano żadnego protokołu. Nikt nas nie pytał o nazwiska napastników.
                                                    Przetrzymali nas tam do wieczora, nie dając nam nic do jedzenia. Zaledwie
                                                    doprosiliśmy się o szklankę wody do picia. Jak się wyrazili, był to areszt
                                                    ochronny. Głównego sprawcę napadu, to jest tego, który pierwszy zawołał: "Das
                                                    sind Pollacken haut", znaliśmy. Pochodził z Różnowa. Miał polskie nazwisko, był
                                                    z pochodzenia Polakiem.
                                                    Wszystko to było dowodem na to, jak dalece sięgała nienawiść, wpajana ludziom
                                                    przez nacjonalistów niemieckich.
                                                    Po moim powrocie na Warmię, po drugiej wojnie światowej, osobnik ten jeszcze
                                                    żył. Był już w podeszłym wieku. Ani stryj, ani ja nie zrobiliśmy z tego zadnego
                                                    użytku. Obecnie już nie żyje.
                                                  • gajowy555 Re:Frenszkowski po plebiscycie 21.01.08, 19:33
                                                    rita100 napisała:
                                                    Głównego sprawcę napadu, to jest tego, który pierwszy zawołał: "Das
                                                    > sind Pollacken haut", znaliśmy. Pochodził z Różnowa. Miał polskie nazwisko,
                                                    był z pochodzenia Polakiem.

                                                    Jó, ciekawość, jek łón sia nazywoł. Pewnie rodzina żyje i teroz za niygo by sia
                                                    mogła pod ziamnia zapaść...
                                                  • rita100 Re:Frenszkowski po plebiscycie 21.01.08, 20:25
                                                    Ano kożdyj chcioł żyć wygodnie, gwołt takich Polaków buło - jek poczytosz kóntek
                                                    Bóg śpsi na Mazurach to tam bandzie tyż fejniście. jek to Nowakowski zmnienia
                                                    sia w Nowaka, a Grabowski w Graba, coby Niemcem być.
                                                  • rita100 Re:Frenszkowski po plebiscycie 21.01.08, 20:25
                                                    "Po pewnym czasie już po plebiscycie otrzymałem z pracy wypowiedzenie i
                                                    postanowiłem opuścić strony rodzinne i wyjechać do Polski. Rozmawiałem o tym z
                                                    Janem Baczewskim, który wystawił mi odpowiednie pismo dla władz polskich,
                                                    poświadczone następnie przez konsula polskiego w Olsztynie. Pragnę zaznaczyć, ze
                                                    po okazaniu pisma wystawionego mi w Olsztynie, zostałem w Iławie przychylnie
                                                    przyjęty. Mogłem sobie wybrać miejsce pracy, z czego skorzystałem i poprosiłem o
                                                    skierowanie mnie do Urzędu Telegraficznego w Grudziądzu, co zostało
                                                    uwzględnione. Tak rozpoczął się nowy etap w moim życiu w Polsce. Około 24 lat
                                                    przyszło mi czekać na powrót na stałe na Warmię."
                                                  • rita100 Re:Frenszkowski w Grudziądzu 22.01.08, 20:15
                                                    "W Grudziądzu mieszkałem w małym domku w pobliżu opadającego w stronę Wisły
                                                    wzgórza. Z Grudziądza wydelegowany zostałem na pewien czas do położonej w
                                                    pobliżu radiostacji, w pobliżu wioski Nowa Wieś - przejętej przez Ministerstwo
                                                    Poczt i Telegrafów od władz wojskowych. Tam byłem tez świadkiem pierwszych prób
                                                    z radiofonią, jakie przeprowadziła radiostacja w Konigswusterhausen koło
                                                    Berlina. Była to wówczas wielka sensacja, kiedy w słuchawkach usłyszeliśmy
                                                    pierwsze dźwięki nadawane drogą radiową. W pierwszym okresie prób słychać było
                                                    tylko grę na skrzypkach. Głosu ludzkiego jeszcze nie przekazywano. Tak się
                                                    złożyło, że byłem jednym z pierwszych, którzy usłyszeli dźwięki przekazywane z
                                                    takiej odległości."
                                                  • rita100 Re:Frenszkowski w Kościerzynie 23.01.08, 20:56
                                                    "Z Grudziądza przeniesiony zostałem niespodziewanie do Urzędu
                                                    Pocztowo-Telekomunikacyjnego w Kościerzynie. Znalazłem się więc w stolicy Kaszub
                                                    i miałem możność zapoznania się z gwarą kaszubską, mającą jednak inne cechy niż
                                                    dialekt warmiński.
                                                    Następnym moim miejscem pracy był Urząd Pocztowo-Telekomunikacyjny w Golubiu.
                                                    Sam obsługiwałem tam dział nadawaczy i przyjmujący wpłaty i wypłaty i tam
                                                    przepracowałem okres wielkiej dewaluacji pieniądza.
                                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=38446&w=71566466&v=2&s=0
                                                    W tym kóntku je ło dewaluacji
                                                  • rita100 Re:Frenszkowski w Wilnie 23.01.08, 20:58
                                                    W 1926 roku wybrany zostałem delegatem Związku Pracowników Poczt i Telegrafów na
                                                    Kongres Pocztowców w Wilnie. Przeżyłem tam kilka niezapomnianych dni.
                                                    Szczególnie zauroczyło mnie miasto i jego okolice.

                                                    Po zawarciu związku małżeńskiego w 1927 roku odwiedziłem z żoną moją matkę w
                                                    Tuławkach. Chciałem pokazać żonie moją rodziną Warmię. Ze smutkiem muszę
                                                    powiedzieć, że w rodzinach czysto polskich do dzieci mówiono już tylko po
                                                    niemiecku, aby uchronić je przed szykanami. Stąd po 1945 roku napotkać to można
                                                    było nieliczne przypadki znajomości jezyka polskiego przez młodzież szkolną."
                                                  • rita100 Re:Frenszkowski w Jabłonowie Pomorskim 24.01.08, 21:03
                                                    "Po zdaniu egzaminu na stanowisko kierownicze i kontrolne w Warszawie, mianowany
                                                    zostałem naczelnikiem poczty w Jabłonowie Pomorskim, w więc w pobliżu granicy
                                                    polsko-niemieckiej.
                                                    W odwiedziny do mej matki i rodzeństwa na Warmii wyjeżdzałem zawsze z całą
                                                    rodziną. Zrobiłem wyjątek tylko w 1934 roku. Jakiś wewnętrzny głos nakazywał mi
                                                    ten wyjazd. Przyjechałem w samą porę, bo matka moja tydzień po moim przyjeździe
                                                    niespodziewanie zmarła. Pochowana została na cmentarzu w Barczewku obok mojego
                                                    ojca zmarłego na poczatku 1921r.
                                                  • rita100 Re:Frenszkowski pod Tannenbergiem 24.01.08, 21:10
                                                    "W czasie mego ówczesnego pobytu w domu rodzinnym w sierpniu 1934 roku
                                                    zapowiedziane zostały uroczystości związane z przewiezieniem zwłok byłego
                                                    marszałka polnego i prezydenta Rzeszy - Hindenburga, który zmarł w swoim majątku
                                                    Neudeck obecnie Ogrodzieniec nieopodal Iławy w Prusach Wschodnich, gdzie
                                                    wzniesiono pomnik-mauzoleum, na pamiątkę bitwy stoczonej tam w 1914 roku i
                                                    nazywanej bitwą pod Tannenbergiem.
                                                    Pomnik ten składał się z kilku wież, nazywanych imionami marszałków polnych z
                                                    pierwszej wojny światowej. Połączone były wysokim obudowaniem z pomieszczeniami,
                                                    w których przechowywano pamiątki z wojny, jak sztandary pułkowe, broń i tym
                                                    podobne. Prochy marszałków miały być złożone pod wieżą, której nazwa odpowiadała
                                                    nazwisku danego marszałka. Wewnątrz znajdował się duży dziedziniec z grobem
                                                    nieznanych żołnierzy pośrodku, gdzie spoczywały szczątki 20 żołnierzy poległych
                                                    podczas wspomnianej bitwy.

                                                    Postanowiłem pojechać tam w dniu uroczystości pogrzebowych, aby się temu przyjrzeć."
                                                    cdn
                                                    forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=38446&w=51356198&a=74822318
                                                  • rita100 Re:Frenszkowski w Zalesiu 29.01.08, 20:45
                                                    "Kiedy w kwietniu 1938 roku zostałem przeniesoony do Urzędu
                                                    Pocztowo-Telegraficznego w Fordonie koło Bydgoszczy na takie same stanowisko,
                                                    postanowiłem spędzić swój urlop w sierpniu 1938 roku na Warmii. To były ostatnie
                                                    odwiedziny przed wojną. Mile spędziłem tu chwile, odwiedzając bliższych i
                                                    dalszych krewnych. Między innymi przebywałem przez kilka dni w Zalesiu koło
                                                    Barczewa.
                                                    W ostatnim dniu mojego pobytu w Zalesiu odbyło się tam zakończenie manewrów
                                                    wojskowych, jak intensywnie przebiegały przygotowania do wojny. Szczególną uwagę
                                                    zwróciłem na jednostki zmilitaryzowane, które dla wypróbowania przydatnosci
                                                    pojazdów silnikowych omijały główne bite drogi i posuwały się naprzód w szybkim
                                                    tempie drogami polnymi, przy tym zauważyłem, ze jednostki te były dobrze
                                                    uzbrojone. Wynikało z tego, ze była to generalna próba przed przewidzianym już
                                                    wtedy najazdem na Polskę."
                                                  • rita100 Re:Frenszkowski w Zalesiu 30.01.08, 20:21
                                                    "Do Zalesia zjechały wszystkie wojska, biorące udział w manewrach, i zatrzymały
                                                    się na pagórku przy samej szosie, obok której z drugiej strony jest jezioro.
                                                    Ustawione tam zostały namioty oraz cztery kryte stragany zastawione gotowymi już
                                                    posiłkami, zaopatrzone w piwo, różne gatunki wódki. Każdy mieszkaniec Zalesia
                                                    mógł uczestniczyć w tej uroczystosci. Skorzystałem więc z zaproszenia i
                                                    przyjrzałem się temu wszystkiemu dokładnie z bliska, spacerujac między namiotami
                                                    i kantynami, gdzie ze szwagrem popijaliśmy tak zwany koks (koniak z kostką
                                                    cukru), paląc przy tym grube cygara. Przyglądając się temu wszystkiemu doszłem
                                                    do wniosku, ze takie urządzenie wielkich manewrów i intensywne zbrojenie
                                                    doprowadzi do wojny. Nie przypuszczałem jednak, ze nastąpi to już za rok. Nikt,
                                                    poza moim szwagrem, nie wiedział, ze jestem obywatelem polskim, bo chyba uznano
                                                    by mnie za szpiega."
                                                  • rita100 Re:Frenszkowski w Zalesiu 31.01.08, 20:20
                                                    "Wieczorem odbyła się ogólna zabawa taneczna. Przygrywały dwie orkiestry. Jedna
                                                    pod grzybkiem (okrągły plac, wyłożony deskami i kryty dachem w formie grzybka),
                                                    gdzie tańczyli zwykli żołnierze, a druga w pomieszczeniu budynków z dużą
                                                    restauracją, który jest obecnie centralnym domem wczasowym, gdzie bawili się
                                                    oficerowie. O północy zabawa się zakończyła i wszyscy udali się na pagórek z
                                                    namiotami, gdzie rozpalono ogromne ognisko. Odśpiewanych tam zostało kilka
                                                    pieśni żołnierskich, a na zakończenie jeden z oficerów wygłosił przemówienie,
                                                    sławiąc siłę armii niemieckiej. Pomimo całej grozy, jaką zapowiadały te manewry,
                                                    wspaniały był jednak widok, szczególnie odblask ognia na tafli jeziora. Wydawało
                                                    się jakby jezioro stało w ogniu. Tak zakończyły się manewry zwiastujące
                                                    ludzkosci największą dotychczas w dziejach historii katastrofę, jaką była druga
                                                    wojna światowa."
                                                  • rita100 Re:Frenszkowski w Zalesiu 02.02.08, 22:06
                                                    "Niemcy rzucili w przygotowania do wojny nie tylko cały swój potencjał
                                                    przemysłowy, lecz wprzęgli w to również swą machinę propagandową, nawołując do
                                                    zaciskania pasa na rzecz uzbrojenia i urządzając tego rodzaju widowiska i
                                                    zabawy, by żołnierzy utrzymać w jakimś upojeniu militarystycznym. Z drugiej
                                                    jednak strony zaprowadzono w wojsku surową dyscyplinę i posłuch nie dopuszczając
                                                    do jakiegokolwiek zastanawiania się nad skutkami, jakie pociągnąć mogą za sobą
                                                    poczynione na tak wielką skalę przygotowania wojenne." (....)
                                                    "Tak się złożyło, że zaledwie siedem lat później miejsce, gdzie urządzone
                                                    zostało to triumfalne i butne zakończenie manewrów, przeznaczone zostało na
                                                    ośrodek wypoczynkowy. Skończył się urlop i trzeba było opuścić rodzinną Warmię."
                                                  • rita100 Re:Przygotowania do wojny 03.02.08, 10:24
                                                    "Niemcy zamieszkali w Polsce zaczęli się przygotowywać, według instrukcji
                                                    otrzymanych z Berlina, do podejmowania aktów dywersyjnych. Urządzali zebrania i
                                                    w tajemnicy się uzbrajali. Władze polskie, nie doceniając niebezpieczeństwa, nie
                                                    poczyniały żadnych stanowczych kroków, aby temu zapobiec. Zaczęły się ucieczki
                                                    młodych Niemców przez granicę, gdzie na rozkaz swoich mocodawców opowiadali o
                                                    rzekomych prześladowaniach mniejszości niemieckiej w Polsce, czyli robili tak
                                                    zwaną Greuelpropagandę, bo Hitler szukał przecież pretekstu do napaści na
                                                    Polskę. Ale w te opowieści i tak nikt nie uwierzył, bo Niemcy w Polsce zażywali
                                                    wszelkich swobód obywatelskich. Był wypadek w Fordonie, ze jeden z Polaków,
                                                    uczestniczący w zebraniu Niemców w hotelu, chwycił portret z Hitlerem i
                                                    stojącemu za mównicą ze słowami: "Masz Hitlera" wsadził mu go na głowę, także
                                                    ramy oparły się na ramionach. Portret nie był oszklony. Następnie laską zbił
                                                    lampę i zrzucił na ziemię aparat radiowy. Nie było więc żadnego pobicia, a tylko
                                                    taki protest przeciwko Hitlerowi i jego zwolennikom. Pomimo tego został
                                                    następnego dnia aresztowany."
                                                  • rita100 Re:Tydzień przez wybuchem wojny. 04.02.08, 20:18
                                                    "Mniej więcej tydzień przez wybuchem wojny nadeszły pierwsze wezwania
                                                    rezerwistów do służby wojskowej. Przyglądałem się przez okno, jak płaczące żony
                                                    odprowadzały na dworzec swoich mężów, a matki swych synów, z których niejeden
                                                    już nie powrócił, inni na długie lata zostali rozłączeni. Mnie nie zaciągnięto,
                                                    bo zostałem uznany za niezbędnego w miejscu pracy.
                                                    Sytuacja się zaostrzała. Często byłem w nocy telefonicznie wzywany do
                                                    przyjmowania telegramów dotyczących przygotowań do odparcia ataków. Mimo tego
                                                    nikt się nie spodziewał, ze wojna rozpocznie się tak nagle. 31 sierpnia nadszedł
                                                    pierwszy telegram z rozkazami mobilizacyjnym.
                                                    Pełni napięcia oczekiwaliśmy, co bedzie dalej. Nikt jeszcze nie myślał, ze
                                                    dzielą nas tylko godziny od wojny, bo mobilizacja to jeszcze nie wojna, a
                                                    przecież żadnego wypowiedzenia wojny jeszcze nie było."
                                                  • rita100 Re:Ucieczki przed nalotami. 04.02.08, 20:20
                                                    "Mało spałem tej nocy, bo często byłem wzywany do telefonu. Toteż wstałem
                                                    wczesnym rankiem i nastawiłem radio na jedną ze stacji polskich i tu zamiast
                                                    porannej muzyki usłyszałem jakieś buczenie. Od razu zrozumiałem, że coś
                                                    niezwykłego musi się dziać na świecie.
                                                    Z innej znów stacji usłyszałem głosy ostrzegajace przed nalotami niemieckimi.
                                                    Pomiędzy tymi nadany został komunikat, podający całemu światu do wiadomości o
                                                    zbrodniczej napaści Niemiec hitlerowskich na Polskę.
                                                    Wieś o wojnie szybko rozeszła się po mieście. Grupki mieszkańców zbierały się na
                                                    ulicach komentując sytuację.
                                                    W dzień ten w naszym urzędzie pocztowym rozpoczeliśmy normalną pracę, a był to
                                                    pierwszy dzień miesiąca, dzień wypłat emerytur. Dużo miałem interesantów gdy o
                                                    godz.9.00 otrzymałem zawiadomienie, ze została zarządzona ewakuacja i że należy
                                                    zawiesić wszelkie czynnosci. Należało po prostu zamknąć urząd.
                                                    O godzinie 17.00 nadjechał wóz. Była to duża platforma, zaprzężone w dwa mocne
                                                    konie, która poprzednio służyła do przewożenia cegieł, także wszyscy pracownicy
                                                    z rodzinami zdołali się w niej pomieścić. Na miejscu zostałem ja i dwie
                                                    pracownice. Pożegnałem bliskich ( żonę i syna), nie wiedząc jaki los ich i nas
                                                    czeka.
                                                    Ze względu na brak miejsca wyjeżdzajacy mogli zabrać tylko najpotrzebniejsze
                                                    rzeczy, pozostawiając resztę w swoich domach."
                                                  • rita100 Re:Co się wydarzyło w Chojnicach. 05.02.08, 20:29
                                                    "Pozostając samotnie w miasteczku, myślałem, że po kilku nieprzespanych nocach
                                                    będę mógł teraz odpocząć, bo odgłosy wojny jeszcze do nas nie dochodziły. Pełen
                                                    czarnych myśli i oburzenia na przewrotnośc ludzką położyłem się na spoczynek.
                                                    Nie dane mi było jednak odpoczywać, bo około 23.00 zbudziło mnie pukanie. Po
                                                    otwarciu drzwi wpadł do pokoju pierwszy uciekinier, kolega z nadgranicznej
                                                    poczty w Chojnicach, który dojechał do nas na bryczce. Z przestrachem opowiadał
                                                    mi co się wydarzyło w Chojnicach. A oto jego relacja:
                                                    1 września 1939 roku około godziny 5.00 zaawizowany został w Chojnicach z
                                                    granicznej stacji niemieckiej jak zwykle pociąg tranzytowy, zmierzający przez
                                                    Chojnice i Starograd do Prus Wschodnich. Nie przeczuwając niczego złego,
                                                    pracownicy przejęli awizację i czekali na jego nadejście, jednak daremnie, bo
                                                    zatrzymany został kilkaset metrów przed stacją. Okazało się bowiem, że nie jest
                                                    to pociąg tranzytowy, lecz pancerny, z którego wyskoczyli uzbrojeni zołnierze
                                                    niemieccy.
                                                    W tak podstępny sposób udało się Niemcom opanować dworzec, potem przy pomocy
                                                    dalszych jednostek niemieckich, które tymczasem nadeszły, miasto Chojnice."
                                                  • rita100 Re:Ucieczki przed nalotami. 05.02.08, 20:31
                                                    "W tym samym mniej więcej czasie, kiedy pociąg stanął przed stacją, posypały się
                                                    pociski artyreryjskie na miasto. Jeden z nich spadł w pobliżu jego domu. Tak sie
                                                    tym wszystkim przestraszył, ze uciekł z miasta. Prosiłem go aby pozostał u mnie,
                                                    jednak on był tak wylękniony wypadkami w Chojnicach, ze natychmiast pojechał dalej.

                                                    Zaledwie odjechał, a już zjawiła się druga grupa pracowników pocztowych, bez
                                                    rodzin, z innego nadgranicznego urzędu pocztowego. Ci pozostali już do rana.
                                                    Przygnębienie malowało się na ich twarzach, bo nic nie wiedzieli o swoich
                                                    rodzinach, ktore wyjechały oddzielnym transportem ewakuacyjnym przed nimi.
                                                    Zadomowili się na dobre u mnie, także , że tę noc miałem nieprzespaną, a dzień
                                                    następny przyniósł nam już duże zmiany i pierwsze ofiary wojny pośród ludności
                                                    cywilnej Fordonu."
                                                  • rita100 Re:Ucieczki przed nalotami. 06.02.08, 19:47
                                                    Pokazał nam więc Hitler zaraz w pierwszych dwóch dniach wojny, jak można było
                                                    łamać wszelkie umowy miedzynarodowe i prawa ludzkie. W pierwszym rzędzie
                                                    chodziło mu przez nagły niespodziewany napad na lotniska o wyeliminowanie
                                                    lotnictwa polskiego, a następnie przez zbombardowanie dworców kolejowych i
                                                    pociągów, o sparalizowanie komunikacji, a równocześnie wywołanie nastroju
                                                    popłochu i paniki wśród ludności cywilnej przez ostrzeliwanie uciekających.
                                                    (...)
                                                    Zanim doszedłem do następnej alejki, nastąpiło jeszcze silniejsze bombardowanie.
                                                    Wszedłem wobec tego do najbliższego budynku. Dom był pusty. Wszyscy schronili
                                                    się w piwnicy. Poszedłem za nimi do piwnicy. Siedzieli tam stłoczeni. Jedni
                                                    modlili się, inni śpiewali nabożne pieśni. Z kątów rozlegał się rozpaczliwy
                                                    płacz dzieci i kobiet. O ścianę stała oparta starsza kobieta. Nie reagowała na
                                                    to. Była zrezygnowana. Tymczasem bombardowanie nie ustawało, a dom chwiał się w
                                                    posadach. Z sufitu spadały kawałki tynku. Nie mogłem tego dłużej znieść,
                                                    dlatego, mimo trwającego nalotu, wyszedłem na zewnątrz. Każda spadająca bomba
                                                    wzniecała ogień.
                                                    Takie było pierwsze bombardowanie przeżyte przeze mnie.
                                                    Nie skończyło się jednak na tym."
                                                  • rita100 Re:Ucieczki przed nalotami. 06.02.08, 19:50
                                                    "Po uspokojeniu się pierwsze moje kroku skierowałem do budynku pocztowego, gdzie
                                                    o zaszłych wypadkach powiadomiłem starostwo w Bydgoszczy. Następnie zamierzałem
                                                    kupić nowe ubranie. Ulice były wyludnione, bo słychać było warkot samolotów.
                                                    Były to ostatnie chwile przed następnym nalotem. Znów ucieczka do piwnic innego
                                                    domu. Także w tej piwnicy ludzie zachowywali się podobnie. Byli przerażeni,
                                                    tulili się do scian, dzieci z płaczem przyjmowały każdy następny wybuch.
                                                    Wyszedłem na podwórze. W pobliżu domu spadła z wielkim hukiem bomba. Zaczął
                                                    wdzierać się gryzący dym przez okna. Ktoś krzyknął, że to gaz. Można sobie
                                                    wyobrazić, jakie to zrobiło panikę. Nagle wszyscy chcieli opuścić schronienie.
                                                    Na szczęscie był to tylko dym. Nikt jednak nie powrócił do piwnicy, a ludzie
                                                    udali się na skraj miasta, tam na polu z ziemniakami było więcej ludzi. Samoloty
                                                    przelatywały nad uciekającymi, to znów powracały. Ludzie pokładali się w bruzdach."
                                                  • rita100 Re:Ucieczki przed nalotami. 07.02.08, 20:48
                                                    "Po kolejnym nalocie, znużony po nieprzespanych kilku nocach nieco się
                                                    zdrzemnąłem. Obudził mnie drobny deszcz. Rozejrzałem się dookoła, ale pole
                                                    ziemniaczane było już puste. Potem dowiedziałem się, ze większość mieszkańców
                                                    Fordonu udała sie w kierunku Wisły do małej wioski Pałcz, skąd niektórzy
                                                    przeprawili się przez Wisłę, udając się do Torunia. Miasto opustoszało, a z
                                                    pracowników pocztowych nikt się nie zgłosił. Dopiero o zmroku zjawili się trzej
                                                    pracownicy fizyczni na rowerach z pakunkami, gotowi do wyjazdu. Namawiali mnie,
                                                    żebym z nimi jechał. Wciąż odwlekałem swój wyjazd. Nie mogłem się pogodzić z
                                                    myślą opuszczenia powierzonej mi placówki, nawet poleciłem jednemu pracownikowi,
                                                    aby naprawił uszkodzony przewód telefoniczny do Bydgoszczy. Zdumiony spojrzał na
                                                    mnie, czy mówię serio. Nie mógł zrozumieć, żebym w tej sytuacji mógł wystąpić z
                                                    takim poleceniem.
                                                    Widząc, ze to nie żart zawołał:
                                                    "Panie naczelniku, ratujmy życie".
                                                    Namawiali mnie bym opuścił Fordon i pojechał za rodziną.
                                                    Byłem w rozterce."
                                                  • rita100 Re:Ucieczki przed nalotami. 08.02.08, 21:22
                                                    "Ostatecznie uległem i zacząłem przygotowywać się do odjazdu. Reworwery, kilka
                                                    aparatów telefonicznych i innych wartościowych przedmiotów ukryłem pod samym
                                                    dachem w budynku gospodarczym. Pozostawiłem wszystko, co przez lata mej pracy
                                                    sobie sprawiłem i z czym się zrosłem.
                                                    Kilka kilometrów za miastem, w kierunku na Bydgoszcz, ze względu na uszkodzony
                                                    most, nie mogliśmy jechać bliższą drogą do Torunia, zatrzymałem moich
                                                    współtowarzyszy w małym lesie, w którym kilku żołnierzy ścinało drzewa, kładąc
                                                    je wzdłuż szosy, aby stanowiły zaporę przeciwko czołgom. Atak wojsk niemieckich
                                                    na Bydgoszcz nastąpił nie od szosy zachodniej lecz od wschodniej."

                                                    Nie mogłem się jednak pogodzić z moim wyjazdem i opuszczeniem stanowiska na
                                                    poczcie. Toteż postanowiłem jeszcze raz wrócić do Fordonu. Było juz ciemno,
                                                    miasto prawie opuszczone, przeszedłem ulicą Bydgoską w stronę rynku. Wszędzie
                                                    pusto. W powietrzu zapach spalenizny. Udałem się do urzędu pocztowego,
                                                    próbowałem połączyć się z sąsiednimi pocztami, wszędzie odpowiadało głuche
                                                    milczenie. Wróciłem do swoich towarzyszy oczekujacych w lesie. Ruszyliśmy w
                                                    drogę omijając Bydgoszcz, przez Łęgnowo, Solec Kujawski i udaliśmy się w
                                                    kierunku Torunia, aby dogonić swoje rodziny, które znajdowały się w wozach
                                                    ewakuacyjnych. Nie wiadomo czy żyją ?
                                                    Z samolotów strzelano przecież też do uciekinierów.
                                                    Pojechaliśmy do Włocławka, we Włocławku już ich nie było. Dopiero znaleźli nas
                                                    pocztowcy z Fordonu i połączyliśmy się z rodzinami."
                                                  • rita100 Re:Ucieczki przed nalotami. 09.02.08, 21:20
                                                    "Ulokowali nas w siedmioklasowej szkole, było nas z 30-stu w jednej sali. Po
                                                    nieprzespanych nocach zapadłem w głęboki sen. Zatrzymaliśmy się tu na kilka dni,
                                                    śledząc uważnie sytuacje.
                                                    Nowa otucha wstąpiła w nas po wypowiedzeniu wojny Niemcom przez Anglię i
                                                    Francję, co jak później sie okazało, w najmniejszym stopniu nie wpłynęło na
                                                    poprawę sytuacji w kraju. Później dowiedzieliśmy się , ze Niemcy głęboko wdarli
                                                    sie w głąb kraju. Pojechaliśmy więc w kierunku Łowicza. Ze wzgledu na częste
                                                    ostrzeliwania w dzień, jechaliśmy wyłącznie nocą. Zbliżając sie do Łowicza
                                                    zobaczyliśmy zwały dymu i ognia, gołe mury. Chcieliśmy się dostać do warszawy,
                                                    ale konie odmówiły posłuszeństwa gdzieś pod Nadarzynem. W godzinach
                                                    popołudniowych usłyszeliśmy strzały niewiadomego pochodzenia. Nad lasem pokazały
                                                    się samoloty niemieckie. Zbliżały sie zmechanizowane jednostki armii
                                                    niemieckiej. Kolumna samochodów pancernych i ciężarowych z żołnierzami, amunicją
                                                    i żywnością, w odstępach kuchnie polowe, nazwane po niemiecku "Gulaschkanone".
                                                    Po bokach krążyli łącznicy na motocyklach. Przygotowywali się do wjazdu do Warszawy.
                                                    Tak oto znaleźlismy się pod władzą Niemców i powróciliśmy do Nadarzyna, podszedł
                                                    do nas oficer niemiecki z kilkoma żołnierzami, pytając nas, skąd jesteśmy i czy
                                                    posiadamy broń, groząc, ze w razie nie ujawnienia wszyscy meżczyźni zostaną
                                                    rozstrzelani."
                                                  • rita100 Re:Ucieczki przed nalotami. 10.02.08, 18:08
                                                    "Po nocy spędzonej byle jak, naradziłem sie z kolegami, którzy byli za tym, aby
                                                    powrócić do domu. Widząc beznadziejność sytuacji i niemożność powrotu jednak do
                                                    domu w Fordonie (opis tej sytuacji pomijam, dośc długa relacja Franszkowskiego)
                                                    postanowiłem osiedlić się z żoną i dwoma synami (7 i 11 lat) na czas wojny w
                                                    Skierniewicach, gdzie mieszkał brat mojej żony.
                                                    Najpierw pojechałem tam na pożyczonym rowerze, aby zorientować się czy istnieją
                                                    warunki egzystencji dla całej rodziny. W drodze powrotnej natknąłem się na
                                                    jednego z pocztowców Fordonu, który spędził czas oblężenia w Warszawie. Chciał
                                                    być jak najdalej od tego miejsca, więc niewiele mówił o cierpieniach.
                                                    Prosiłem go, aby w Fordonie rozgłaszał, że byłem z nim w Warszawie i tam
                                                    zginąłem. Chodziło mi o to, aby mnie nie poszukiwali Niemcy, bo poza innymi
                                                    niemiecki nauczyciel miał ze mną pewne porachunki (chodziło o szkolnictwo
                                                    niemieckie w Fordonie, nauczyciel okazał się hitlerowcem i doniesieliśmy na
                                                    niego do kuratorium w Toruniu)
                                                    I dobrze, ze nie wróciłem, okazalo się....
                                                  • rita100 Re:Ucieczki przed nalotami. 11.02.08, 21:32
                                                    "Po moim powrocie w 1945 roku do Fordonu dowiedziałem się, że pytał o mnie ten
                                                    nauczyciel. Byłem w Fordonie również przeznaczony na rozstrzelanie, jakie miało
                                                    miejsce przed kościołem na rynku, bo przed przeprowadzoną egzekucją poszukiwano
                                                    mnie. Zginął wówczas burmistrz, dwaj księża, w tym jeden spoza parafii,
                                                    właściciel fabryki wina, drogerzysta i inni. Zastrzelony został takze pewien
                                                    rzeźnik pochodzenia niemieckiego, przeciwnik Hitlera. Jego przewinieniem było
                                                    to, że podczas mielenia mięsa miał powiedzieć: "Ich mochte den Hitler in der
                                                    Fleischmaschine durchlassen"
                                                    (Ja bym tego Hitlera przez maszynkę do mielenia mięsa przepuścił). Niemcy mieli
                                                    dobrze zorganizowany wywiad i doszło to do ich wiadomości, co decydowało o losie
                                                    owego przeciwnika Hitlera."
                                                    Miejscowi Niemcy prowadzili dokładny rejestr wszystkich tych, których uważali za
                                                    niebezpiecznych dla niemczyzny.
                                                    (...)
                                                  • rita100 Re:Ucieczki przed nalotami. 13.02.08, 22:21
                                                    "Nie mogłem się zdecydować, jak ułożyć dalsze zycie rodzinie. Tymczasem Niemcy
                                                    porozwieszali plakaty wzywające wszystkich uchodźców do powrotu do swych miejsc
                                                    stałego zamieszkania, grożąc przy tym sankcjami karnymi w razie nie
                                                    respektowania tego zarządzenia. Zdawałem sobie sprawę, ze mój powrót do Fordonu
                                                    oznaczał śmierć albo co najmniej obóz koncentracyjny. Postanowiłem więc
                                                    przejściowo żonę wraz z synami umieścić u teścia w Lidzbarku Welskim.
                                                    Pojechaliśmy najpierw do Bydgoszczy. Podróż trwała około dwóch dni. Nie znałem
                                                    jeszcze zmian, jakie zaszły na Pomorzu. Zdziwiły mnie niemieckie nazwy na
                                                    dworcu, a w poczekalni po polsku mówiło się wyłącznie szeptem, natomiast po
                                                    niemiecku głośno."
                                                  • rita100 Re:Ucieczki przed nalotami. 13.02.08, 22:22
                                                    "Po krótkim odpoczynku, mimo ostrzeżeń postanowiłem odwiedzić naczelnika urzędu
                                                    pocztowego. Ten oczywiście nie powrócił na swoje stanowisko. W obawie przed
                                                    aresztowaniem nie wychodził z mieszkania. Poradziłem mu, ażeby wyjechał na
                                                    tereny Generalnej Guberni. W czasie naszej rozmowy odwiedził go mężczyzna w
                                                    wieku około 50 lat, wynędzniały, w pomiętym ubraniu. Okazało się, ze był to
                                                    kierownik jednej agencji pocztowej. Został tego dnia wypuszczony z więzienia i
                                                    przyszedł do naczelnika. Uratowała go niemiecka książeczka wojskowa, wydana
                                                    jeszcze podczas I wojny światowej, w której odnotowane zostały odznaczenia i
                                                    stopień wojskowy. Opowiadał nam z przestrachem na twarzy o przepełnionych
                                                    Polakami więżieniach, o wywożeniu aresztowanych w niewiadomym kierunku i o tym
                                                    co działo się w Fordonie. Było to dla mnie jeszcze jedno ostrzeżenie i
                                                    postanowiłem jak najprędzej opuścić Bydgoszcz."
                                                  • rita100 Re:'Krwawa Niedziela' 15.02.08, 20:07
                                                    "Na ulicach panował słaby ruch. Wszyscy bali się aresztowań. Kończyły się one
                                                    zazwyczaj rozstrzeliwaniami. Miał to byc odwet za 'krwawą niedzielę' nazywaną
                                                    przez Niemców 'Blutsontag'. Dowiadywałem się jak to było naprawdę z 'krwawą
                                                    niedzielą'. Już w nocy z soboty na niedzielę zorganizowana jednostka, składajaca
                                                    się z miejscowych Niemców ostrzeliwała z karabinów maszynowych wycofujące się
                                                    spod Koronowa wojska polskie, a w niedzielę przed południem, w czasie, gdy
                                                    ludzie udawali się na nabożeństwo do kościoła, padły strzały. Nie chcąc dopuścić
                                                    do paniki, a oto Niemcom chodziło, zebrała się grupa Polaków, którzy wchodzili
                                                    do mieszkań, skąd padły strzały. Tam gdzie znaleziono broń, właściciele mieszkań
                                                    zostali aresztowani. Tych aresztowanych była tylko garstka. Co się z nimi stało,
                                                    trudno mi było dociec. Niemcy twierdzili, ze niektórzy zostali rozstrzelani w
                                                    pobliskim lesie, na co jednak nie ma żadnych dowodów."
                                                  • rita100 Re:'Krwawa Niedziela' 15.02.08, 20:10
                                                    "Tamten incydent został rozdmuchany przez Niemców do niebywałych rozmiarów.
                                                    Pisząc o rzekomych morderstwach dokonanych przez Polaków na bezbronnej ludności
                                                    cywilnej, chodziło im o to, aby ukryć swoje zbrodnicze czyny, a przedstawić
                                                    Polaków jako tych, którzy naruszyli normy prawa międzynarodowego. Cześć
                                                    społeczeństwa niemieckiego nawet w to uwierzyła. Toteż odwet za te rzekome
                                                    zbrodnie po wkroczeniu wojsk niemieckich był straszny.
                                                    Strzelano do ludzi wychylajacych się ze swych mieszkań jak do kaczek. Nikt z
                                                    Polaków nie odważył się wychodzić na ulicę. Wywlekano ludzi z domów tak, jak
                                                    wyprowadza się bydło na rzeź. Wystarczyło, ze Niemiec albo podający się za
                                                    Niemca zadenuncjował fałszywie swego sąsiada jako tego, który w tę niedzielę
                                                    miał wskazać domy, skąd padły strzały, to spotkała go śmierć. Nikt nie sprawdzał
                                                    takich ostrzeżeń.
                                                    Aresztowanych masowo wywożono kilka kilometrów za Fordon. Tam stawiano ich przed
                                                    stosunkowo płytkimi rowami i rozstrzeliwano, a następnie, nie sprawdzając czy
                                                    ktoś jeszcze żyje, zasypywano. Opisywali mi to juz po wojnie mieszkańcy
                                                    Fordonu, którzy znali cały przebieg tych egzekucji od świadka. Groby były tak
                                                    płytkie i tak napełnione, ze później w kilku miejscach wyłaniały się niektóre
                                                    części ciała zamordowanych. Zdartą odzież oddawano do fabryki papieru do
                                                    przetarcia."
                                                  • rita100 Re:'Krwawa Niedziela' 15.02.08, 21:01
                                                    "Po jakimś czasie nastąpiło otrzeźwienie. Aresztowania i rozstrzeliwania nie
                                                    były już tak masowe. Natomiast zaczęły sie wywózki do obozów koncentracyjnych.
                                                    Największe nasilenie było wiosną 1940 roku. Potem część mieszkańców została
                                                    wysiedlona. Jeden z takich transportów zatrzymał się w Skierniewicach. Byłem na
                                                    dworcu, gdy wysiadali ze swoim skromnym dobytkiem, ale i byli tacy, którzy nic
                                                    nie mieli ze sobą tylko to co na sobie. Ludność Skierniewic i okolicznych wiosek
                                                    w miarę swych możliwości przyszła im z pomocą."
                                                  • rita100 Re:'Krwawa Niedziela' 16.02.08, 19:36
                                                    "Po jakimś czasie nastąpiło otrzeźwienie. Aresztowania i rozstrzeliwania nie
                                                    były już tak masowe. Natomiast zaczęły sie wywózki do obozów koncentracyjnych.
                                                    Największe nasilenie było wiosną 1940 roku. Potem część mieszkańców została
                                                    wysiedlona. Jeden z takich transportów zatrzymał się w Skierniewicach. Byłem na
                                                    dworcu, gdy wysiadali ze swoim skromnym dobytkiem, ale i byli tacy, którzy nic
                                                    nie mieli ze sobą tylko to co na sobie. Ludność Skierniewic i okolicznych wiosek
                                                    w miarę swych możliwości przyszła im z pomocą."
                                                  • rita100 Re:Wyjazd do Skierniewic 17.02.08, 16:00
                                                    "Po kilkutygodniowej tułaczce sprowadziłem moją rodzinę do Skierniewic, gdzie
                                                    wynająłem umeblowany pokój na poddaszu. W mieście tym mieszkałem przez całą
                                                    wojnę, zarabiając na skromne utrzymanie jako pomocnik zegarmistrzowski.
                                                    Naprawiałem parasole oraz pisałem po niemiecku podania i listy do obozów
                                                    koncentracyjnych."
                                                  • rita100 Re:Pobyt w Skierniewicach 18.02.08, 20:02
                                                    "Nad naszą pracownią na poddaszu znajdowało się małe mieszkanie, w którym
                                                    przechowywany był duży aparat radiowy marki "Telefunken". Tam o godz. 22.30
                                                    słuchaliśmy polskich audycji nadawanych z Londynu, a kiedy przez pewien czas je
                                                    zagłuszano, słuchałem juz sam tylko komunikatów nadawanych stamtąd w jezyku
                                                    niemieckim. Byłem więc wszechstronnie informowany o sytuacji na świecie i miałem
                                                    najnowsze wiadomości z pierwszego źródła.
                                                    Dużą sensacje wywołała wiadomość, którą chyba pierwszy usłyszałem, o ucieczce
                                                    zastępcy Hitlera, Hessa do Anglii. Nie wszyscy, którym to opowiadałem uwierzyli.
                                                    W ten sposób nasza pracownia stała się punktem informacyjnym. Miałem dużą mapę
                                                    świata i za jej pomocą śledziliśmy przebieg walk frontowych."
                                                    (...)
                                                  • rita100 Re:Pobyt w Skierniewicach 20.02.08, 20:38
                                                    W pierwszym okresie wojny komendantem żandarmerii w randze kapitana był w
                                                    Skierniewicach Austriak. Długo nie był na tym stanowisku ponieważ często
                                                    przychodził do naszego zakładu zegarmistrzowskiego i się żalił, ze u nas
                                                    przynajmniej wszystko można handlować, ze sobie jakoś radzimy , tymczasem jego
                                                    żona z dziećmi we Wiedniu nie mają co jeść. Chyba nie czuł się w towarzystwie
                                                    niemieckim dobrze i go usunęli dając na to miejsce innego, który bardziej się
                                                    dawał we znaki Polakom.
                                                    W związku z tym przypomina mi się inny wiedeńczyk, który też się zjawiał u nas.
                                                    Był to człowiek w średnim wieku i najczęściej przychodził z buteleczką po
                                                    zamknięciu zakładu. Rozmawialiśmy, a potem zaśpiewał nam rzewnym glosem kilka
                                                    walczyków straussowskich. Przypomniało mu się miasto rodzinne, o ktorym nam
                                                    opowiadał. Był to czlowiek w niemieckim mundurze, a moze ten mundur zalożył
                                                    wbrew woli ? Może był nawet przeciwnikiem Hitlera ?
                                                  • rita100 Re:Pobyt w Skierniewicach 21.02.08, 21:06
                                                    Po klęsce Francji, kiedy już wiadomo było , ze wojna potrwa dłużej, zaistniała
                                                    między ludzmi osobliwa solidarność. Dla przykładu podam przypadek jaki sie
                                                    zdarzył na stacji kolejowej Rogowo, między Skierniewicami a Koluszkami, gdzie
                                                    odbywał się jarmark. Jechało pociągiem masa ludzi obładowani tobołami i
                                                    paczkami, wszak handlowali wszyscy. Wiedząc o jarmarku urzędnicy Arbeitsmtu
                                                    urządzili połów ludzi do pracy w Rzeszy. Czekali więc żandarmi na dworcu w
                                                    Rogowie. Kiedy pociag nadjechał, jak bardzo się zdziwili, bo wagony były puste.
                                                    Okazało się, ze maszynista pociągu dowiedział się wcześniej o łapance i
                                                    zatrzymał pociąg przed stacją, a pasażerowie wysiedli i udali się piechtą na
                                                    jarmark. Tak się nawet złożyło, ze i ja jechałem tym pociagiem do Piotrkowa.

                                                    Drugim objawem samoobrony Polaków był preceder z węglem, bo władze niemieckie
                                                    nie przydzielały Polakom węgiel na opał. Częściowo pomagali pracownicy
                                                    nadleśnictwa, a potem kolejarze, którzy przewozili węgiel w dużych torbach, a
                                                    potem zatrzymywali się w wyznaczonym miejscu skąd wegiel odbierali handlarze węglem.
                                                  • rita100 Re:Pobyt w Skierniewicach 22.02.08, 20:59
                                                    Kilka zdań musze poświęcić batalionowi karnemu, jaki stacjonował w
                                                    Skierniewicach przed głównymi koszarami przy ulicy Batorego po prawej stronie.
                                                    Przebywali tam żołnierze skazani wyrokami sądowymi na karę więzienia. Miedzy
                                                    nimi byli lekarze, ksieża i kiedyś przechodząc nagle jeden zaczął wołać - Panie,
                                                    ja jestem z Lidzbarka Welskiego, a pan tam dawniej na poczcie pracował.
                                                    Zatrzymałem się i powiedziałem , by wpadł do zakładu zegarmistrzowskiego. Zjawił
                                                    się i opowiedział mi o szykanach, jakie ich spotykają w batalionie. Odsiadywał
                                                    wyrok za nielegalny handel.
                                                    Pewnego dnia zgłosił się do nas z zegarkiem młody człowiek, któremu drgały ręce.
                                                    Opowiedział mi, że zaaresztowali go we wsi za współpracę z patryzantami i musiał
                                                    pod lasem kopać własny grób, nie wytrzymał i zemdlał. Kiedy otworzył oczy,
                                                    zobaczył swojego sąsiada, który dowiedziawszy się o pomyłce, zdążył sprawę
                                                    wyjaśnić. Drgawki pozostały.
                                                    Moja żona wychodząc z domu natknęła się na straszny widok, dziesięciu mężczyzn
                                                    wisiało na specjalnie ustawionych słupach w centrum rynku. Ta publiczna
                                                    egzekucja miała być przestrogą dla Polaków, bo niedaleko Skierniewic wykoleił
                                                    się pociąg.
                                                    Nie bedę dalej wymieniać tych wszystkich strasznych sytuacji, bo to wszystko
                                                    dokładnie opisane jest w pamiętniku Frenszkowskiego, ale tylko wyrywkowo cytuję
                                                    przeżycia wojenne w Skierniewicach.
                                                  • rita100 Re:Osobnym działem w moim pamiętniku 23.02.08, 22:53
                                                    "Osobnym działem w moim pamiętniku są obozy koncentracyjne. Nie będę pisał
                                                    szczegółów, bo prawda o nich jest powszechnie znana od więźniów.
                                                    Jednak przypomnieć chcę bestialskie metody, jakie stosowano w obozie
                                                    koncentracyjnym w Stutthofie koło Gdańska, tym wszystkim spośród Niemców i
                                                    zgermanizowanych Polaków, którzy z pewnym niedowierzaniem przyjmują relację o
                                                    obozach koncentracyjnych, tym wszystkim, u których pamięć o tym już się zaciera,
                                                    jak i młodszym, których wtedy jeszcze nie było. O tym zapomnieć nie wolno, aby
                                                    nie dopuścić w przyszłości do takiego podeptania i splugawienia godności
                                                    ludzkiej i zdobyczy cywylizacji.
                                                    W Stutthofie przebywał dwa lata mój kuzyn, który ze wszystkimi szczegółami
                                                    opowiadał mi swoje przeżycia. Niektóre momenty wydają się w swej potworności
                                                    przewyższać wszystko, co najbardziej zbrodnicze i sadystyczne instynkty
                                                    kiedykolwiek w przeszłości zdolne były wymyśleć.
                                                    (Cały opis życia w Stutthofie zamieszcza Frenszkowski w swojej książce
                                                    "Pamiętnik Warmiaka")
                                                  • rita100 Re:Osobnym działem w moim pamiętniku 24.02.08, 22:37
                                                    "W obozie w Działdowie stosowano jeszcze bardziej wyrafinowane metody tortur.
                                                    Tam kazano okładać się wzajemnie, a kto bił lekko otrzymywał nie tylko swoją,
                                                    lecz jeszcze dodatkową porcję batów, wymierzoną nie przez współwięźnia, lecz
                                                    mocną ręką esesmana. Też tam był mój inny kuzyn.
                                                    Kończę na tym, bo chyba kilka tych faktów z życia obozowego dostatecznie
                                                    wykazuje, do czego doprowadzić może upodlenie i zezwierzęcenie ludzi i to w
                                                    wieku, kiedy cywilizacja i postęp szybkimi krokami zbliżały się do szczytu. Te
                                                    obozy cierpień i zdeptania ludzkiej godności stanowiły w XX wieku największą
                                                    plamę na cywilizowanym świecie.
                                                    Poprzestając na tym krótkim opisie trzeba dodać co się działo w sercach rodzin
                                                    uwięzionych w obozach. Byłem świadkiem tragedii ludzkich, kiedy pisałem listy w
                                                    jezyku niemieckim do więźniów obozów koncentracyjnych i tłumaczyć musiałem, w
                                                    obecności matki, żony, dzieci telegramy lub listy zawierające tę gorzką prawdę.
                                                    Trudno mi juz dziś ustalić, ile listów wyszło do obozów, pisanych moją ręką. W
                                                    każdym razie na pewno było ich ponad tysiąc."
                                                  • rita100 Re:Tymczasem nadchodziły wieści 26.02.08, 20:48
                                                    "Tymczasem nadchodziły wieści o zbliżaniu się wojsk radzieckich. Komunikaty
                                                    niemieckie mówiły skąpo i mętnie o wycofywaniu się ich wojsk. Natomiast
                                                    komunikaty Związku Radzieckiego i Londynu głosiły o zwycięskim i szybkim
                                                    przesuwaniu się Armii Czerwonej w kierunku zachodnim. Tak nadszedł dzień
                                                    wyzwolenia. Wstałem wcześnie by być naocznym świadkiem. Z dnia na dzień coraz
                                                    więcej wojska, armat, samochodów przesuwało się przez ulice miasta. Równocześnie
                                                    odbywał się zwycięski marsz w głąb Prus Wschodnich. Zajęty został Olsztyn i
                                                    przez szybkie przerzucenie wojska w kierunku Elbląga, odcięta została reszta tej
                                                    ziemi. Wyzwolona została również Bydgoszcz. Wówczas postanowiłem wrócić do
                                                    Fordonu, z powziętym już zamiarem wyjazdu do Olsztyna."
                                                  • rita100 Re:Powrót na ziemię rodzinną. 27.02.08, 21:31
                                                    Zostawiając jeszcze rodzinę w Skierniewicach udałem się z grupką osób do
                                                    Bydgoszczy, dokładnie do Fordonu, gdzie niektórzy mieli mnie już za umarłego.
                                                    Wojna się jeszcze nie skończyła. Wojska radzieckie posuwały się stale naprzód i
                                                    zbliżały się do Gdańska.
                                                    Nie chciałem na dobre zadomowić się w Fordonie, bo myślami byłem już na Warmii.
                                                    Dlatego zwróciłem się do dyrektora Dyrekcji Okręgu Poczt i Telegrafów z prośbą o
                                                    przeniesienie mnie do Olsztyna. Po dość uciążliwej podróży, 4 kwietnia 1945 roku
                                                    około godziny 16.00 zjechałem do Olsztyna, znanego mi z najmłodszych lat.
                                                    I to bedzie rozdział, którym się dokładnie zajmiemy.
                                                  • rita100 Re:Jesteśmy w Olsztynie 28.02.08, 20:16
                                                    "Niecierpliwie już za Naterkami, wyglądałem w kierunku Olsztyna. Początkowo
                                                    zasłaniał mi go las, dalej były pola, poza nimi wyłaniały się nietknięte przez
                                                    wojnę wieże Olsztyna za połyskującymi tak z jednej jak i z drugiej strony tak
                                                    dobrze mi znanymi jeziorami: z jednak Kortowskie, a z drugiej Krzywe i dalej Długie.
                                                    Jeszcze na Dworcu Zachodnim z bijącym sercem obserwowałem dobrze widoczną stąd
                                                    panoramę miasta.
                                                    Z daleka nie można było dobrze rozpoznać rozmiarów zniszczenia. Wydawały się
                                                    mniejsze niż w rzeczywistości. Takie same wrażenie odniosłem, kiedy wyszedłem na
                                                    Bahnhofstrasse (Partyzantów), a następnie na Kaiserstrasse (Dąbrowszczaków),
                                                    uchodzącą dawniej za jedną z najpiękniejszych ulic.
                                                    Obraz ten zmienił się, gdy....
                                                    cdn
                                                  • rita100 Re:Jesteśmy w Olsztynie 29.02.08, 21:01
                                                    "Obraz ten zmienił się, gdy dochodziłem do końca ulicy. Tam naprzeciwko budynku,
                                                    w którym mieszczą się obecnie Sądy Wojewódzki i Powiatowy, jedna z najlepszych
                                                    kawiarni w mieście, w której, w czasie, kiedy mieszkałem w Olsztynie,
                                                    niejednokrotnie przesiadywałem, leżała w gruzach, a dalej na rogu, w pobliżu
                                                    dawnego kina, sterczały resztki murów największego hotelu "Deutsches Haus".
                                                    Naprzeciwko zaś, gdzie obecnie znajduje się Powszechny Dom Towarowy i gdzie
                                                    stało szereg kilkupiętrowych budynków, nie było jednego całego domu. W jednym z
                                                    tych budynków mieścił się dawniej najpiękniejszy bank w Olsztynie."
                                                  • rita100 Re:Jesteśmy w Olsztynie 01.03.08, 21:28
                                                    "Wchodząc na obecne skrzyżowanie, obok nowego ratusza, w dalszym ciągu wśród
                                                    głuchej ciszy zerknąłem w lewo w stronę budynku pocztowego, mego przyszłego
                                                    miejsca pracy. Był cały i nienaruszony, ale i tam, gdzie o tej porze był duży
                                                    ruch tak w jednym jak i w drugim kierunku, nie było żywej istoty. Piszę tu nie o
                                                    ludziach, lecz o istotach, bo faktycznie, nie było żywego stworzenia, ani kota,
                                                    ani psa, ani żadnego głosu, który by oznajmił, ze coś tu jeszcze żyje. Nawet
                                                    ptaki, jakby sie gdzieś pochowały, nie dając żadnego znaku życia. Nagle ciszę tą
                                                    przerwał jakiś łomot, jakby dla oznajmienia, ze wchodzę w stronę ruin,
                                                    przewróciła się bowiem ściana muru wypalonego budynku naprzeciwko ratusza.
                                                    Wspaniały gmach naprzeciwko głównego wejścia do nowego ratusza, w którym mieścił
                                                    się automat, wydający po wrzuceniu monety, żądane potrawy i napoje, leżał w
                                                    gruzach."
                                                    Poszedłem dalej....
                                                  • rita100 Re:Jesteśmy w Olsztynie 03.03.08, 21:01
                                                    "Poszedłem dalej w stronę Starego Rynku. Wszędzie ten sam obraz. Tylko tu i
                                                    ówdzie pozostał cały dom. Po prawej stronie Górnej Bramy w bocznej ulicy, gdzie
                                                    była jedna z największych restauracji z kabaretem, duże sklepy i kino, nie
                                                    zachował się ani jeden dom. Tak samo było na Starym Rynku, gdzie tylko prawa
                                                    jego strona z podcieniami, z wyjątkiem pierwszego domu i kilku domów po bocznych
                                                    stronach ocalało.
                                                    Następnie skręciłem w ulicę Górnokościelną (obecnie św.Barbary), gdzie wśród
                                                    ruin dumnie sterczała wieża kościoła ś. Jakuba. Przechodząc obok niego w
                                                    kierunku bocznego wejscia, które było zamknięte, natknąłem się na krzyż misyjny
                                                    z napisem na przedniej jego stronie w jezyku niemieckim, podającym datę odbytych
                                                    w tym kościele misji. Na lewym boku zaś zauważyłem pierwszy i jak się później
                                                    okazało jedyny w tym mieście polski napis: "Zdrowaś Mario", który przetrwał do
                                                    chwili wyzwolenia. Postument, jak też i krzyż został po wojnie odmalowanym przy
                                                    czym zamalowano też polski napis, a niemiecki na przedniej stronie zastąpiono
                                                    polskim.
                                                    (Do czerwca 1939r na tym misyjnym krzyżu znajdował się polski napis: "Ratuj
                                                    swoją duszę").
                                                  • rita100 Re:Jesteśmy w Olsztynie 04.03.08, 21:15
                                                    "Ulice miasta były zupełnie wyludnione, bo po godzinie 16.00 nie wolno było
                                                    wychodzić z domów. Ja jednak raz tylko zostałem zatrzymany przez patrol
                                                    żołnierzy radzieckich, którzy po wylegitymowaniu się puścili mnie w dalszą
                                                    drogę. Przemierzałem więc sam te ulice, tętniące dawniej pełnią życia. Pusta i
                                                    dławiąca cisza, oto przywitanie moje z miastem, które znałem z dzieciństwa i w
                                                    którym spędziłam kilka lat mej młodości, a potem po plebiscycie musiałem się z
                                                    nim rozstać.
                                                    Idąc opustoszałymi ulicami, doszedłem do gmachu pocztowego. Chciałem tam wejść,
                                                    ale nie zostałem jednak przez strażnika wpuszczony. Tymczasem wieczór się
                                                    zbliżał i trzeba było szukać jakiegoś schronienia. Udałem się dzisiejszą ulicą
                                                    Pieniężnego w kierunku ratusza. Tam zauważyłem przy bocznym wejściu chorągiew
                                                    polską, pierwszą w tym mieście. Z myślą, że może znajdę kogoś z Polaków,
                                                    postanowiłem tam wejść. Przypadek sprawił, że z chwilą, że wyszła stamtąd
                                                    pierwsza napotkana w Olsztynie cywilna osoba. Był to człowiek z opaską
                                                    biało-czerwoną na lewym ramieniu, który należał do pierwszej ekipy urzędników
                                                    województwa, jaka w bardzo małej jeszcze liczbie przybyła do Olsztyna. Zajął już
                                                    mieszkanie w całkowicie opuszczonym budynku przed tunelem i tam mnie poprosił na
                                                    nocleg. Dziwnym trafem pierwszą noc mego pobytu w Olsztynie spędziłem więc obok
                                                    miejsca, w którym po plebiscycie zostałem napadnięty. Przyjął mnie bardzo
                                                    gościnnie, urządził miejsce na nocleg i poczęstował kolacją, składajacą się z
                                                    ryby i razowego chleba, jakby dla zaakcentowania, ze znajduję się w Krainie
                                                    Tysiąca Jezior."
                                                    cdn
                                                  • rita100 Re:Jesteśmy w Olsztynie 05.03.08, 21:15
                                                    "Następnego dnia odnalazłem pracowników poczty. Przystąpiliśmy natychmiast do
                                                    pracy w urzędzie pocztowym, rozpoczynając ją od sprzątania grubej warstwy śmieci
                                                    i różnych porozrzuconych przedmiotów. Z pomocą przyszli nam Warmiacy z byłej
                                                    poczty niemieckiej oraz kilka kobiet, którym wystawiło się odpowiednie
                                                    zaświadczenia w jezyku polskim i rosyjskim, co upoważniało je do korzystania z
                                                    naszej ogólnej oraz jedynej w Olsztynie stołówki i przydziału wyznaczonej ilości
                                                    chleba razowego, co w pierwszym okresie, dopóki nie została uregulowana sprawa
                                                    pensji, było jedynym naszym wynagrodzeniem.
                                                    Więcej jak skromne było to pierwsze nasze wyżywienie. Składało się przeważnie z
                                                    ziemniaków i zupy mącznej ugotowanej z czarnej mąki na wodzie bez mleka
                                                    oczywiście. Wielkim urozmaiceniem były w naszym menu obiadowym śledzie. Ktoś
                                                    bowiem znalazł kilka beczek śledzi, które zasiliły zapasy naszej spiżarni
                                                    stołówkowej."
                                                  • rita100 Re:Jesteśmy w Olsztynie 06.03.08, 20:45
                                                    "Pierwszym Warmiakiem, który się do mnie zgłosił do pracy był stary emerytowany
                                                    pracownik poczty niemieckiej, znający mnie jeszcze jako dziecko. Przypomniał mi
                                                    się w dialekcie warmińskim, ze był listonoszem w Tuławkach, mojej rodzinnej
                                                    wiosce, kiedy jeszcze chodziłem do szkoły. Znał dobrze moją rodzinę. W ten
                                                    sposób uzyskałem pierwsze wiadomosci ze stron rodzinnych. Przyjeliśmy go
                                                    oczywiście, by na początek zapewnić mu chociaż skromne wyżywienie i pracował
                                                    dopóki go śmierć nie wyrwała z naszych szeregów. Zatrudnieni przeze mnie byli
                                                    pracownicy poczty niemieckiej oprowadzali mnie po różnych działach. Archiwum z
                                                    aktami personalnymi znajdowało się w piwnicach. Zawartość ich stanowiła
                                                    tajemnicę i wcześniej nikt tam nie zaglądał. Przeglądaliśmy akta. Moich akt
                                                    wśród zapchanych półek juz nie odnalazłem, natomiast niektórzy z byłych
                                                    pracowników poczty niemieckiej mogli swoje teczki odnaleźć. Jeden z nich z
                                                    wielkim triumfem pokazał mi kartkę z notatką 'politisch umzuverlassig'
                                                    (politycznie niepewny), którą odnalazł w swoich aktach."
                                                  • rita100 Re:Jesteśmy w Olsztynie 07.03.08, 21:50
                                                    "Przypadek chciał, że zaraz w pierwszych dniach mego pobytu w Olsztynie
                                                    spotkałem się dwiema osobami, pochodzącymi z mojej wioski i znającymi mnie od
                                                    dzieciństwa.
                                                    10 kwietnia przyjechała do Olsztyna samochodem ciężarowym pierwsza ekipa
                                                    pocztowców i można było uruchomić urząd pocztowy. Przygotowana została chorągiew
                                                    polska, która zawisnąć miała na budynku w dniu otwarcia urzędu. Duże trudności
                                                    mieliśmy z usunięciem napisu "Deutsche Reichspost", umieszczonego pod samym
                                                    dachem, składajacym się z dużych liter z blachy, przymocowanych długim prętem do
                                                    muru. Dostać się tam można było tylko za pomocą długiej drabiny strażackiej,
                                                    którą po pewnych poszukiwaniach znaleźliśmy. W końcu napis udało nam się usunąć.
                                                    Druga trudność to brak datownika, a chodziło nam o to, zeby pierwsze listy
                                                    wychodzące z Olsztyna miały już polską nazwę urzędu. Zaradziliśmy temu w ten
                                                    sposób, ze do chwili przerobienia poniemieckich datowników na polskie,
                                                    kasowaliśmy znaczki na przesyłkach listowych podłużnym stemplem z napisem
                                                    "Olsztyn" (bez daty, którą odręcznie wypisywaliśmy na znaczku), złożonym z liter
                                                    drukarki ręcznej, znalezionej w jednej z szuflad."

                                                    No to gratka je dla kolekcjonerów znaczków smile
                                                  • rita100 Re:Jesteśmy w Olsztynie 16.03.08, 13:09
                                                    "Duże przezycie stanowił w moim życiu dzień 13 kwietnia 1945 roku, w którym to
                                                    dniu nastąpiło otwarcie głównej poczty, a chorągiew polska po tylu latach
                                                    niemieckiego panowania na nowo tam załopotała, zwiastując wszystkim, że
                                                    odwróciła się karta historii i przywróciła Polsce ziemię warmińską, zdradziecko
                                                    zrabowaną w czasie pierwszego rozbioru Polski.
                                                    Uruchomiliśmy jedno okienko nadawcze, z tym, że na razie sprzedawaliśmy tylko
                                                    znaczki i przyjmowaliśmy listy przeznaczone do dalszej przesyłki. Przyjęte listy
                                                    wysyłane były różnymi okazjami do Warszawy do czasu uruchomienia komunikacji
                                                    lotniczej Warszawa - Olsztyn - Gdańsk, co nastąpiło w maju 1945r"
                                                    ----
                                                    Czyli była uruchomiona komunikacja lotnicza. Ciekawe dlaczego przez tyle lat nie
                                                    przystąpiono do rozwoju tego lotniska i uruchomieniu lini lotniczych dla ludzi ?
                                                    Zaniedbanie tej inwestycji, tak bardzo ważnej, chyba niekorzystnie wpłynęło na
                                                    rozwój tego regionu.
                                                  • rita100 Re:Jesteśmy w Olsztynie 25.03.08, 20:44
                                                    "Długo trzeba było czekać na pierwsze listy z innych terenów Polski, o które tak
                                                    się dopytywali ówcześni mieszkańcy Olsztyna. Pierwsze z nich nadeszły też
                                                    dopiero w maju.
                                                    Zaraz w pierwszych dniach po moim przybyciu do Olsztyna postanowiłem odwiedzić
                                                    mój dom rodzinny. Droga prowadząca przez obecną ulicę Jagiellońską, Wadąg, Słupy
                                                    i Gady, jakze dobrze mi znana z czasów dzieciństwa, kiedy krótko mieszkałem w
                                                    Olsztynie, wtedy przemierzałem ją wielokrotnie. Z tęsknotą w sercu i w
                                                    niepewności, jak i kogo tam zastanę z rodziny, udałem się do Tuławek wczesnym
                                                    rankiem 6 kwietnia. Droga była ta sama, tyle, że pokryta asfaltem, otoczenie
                                                    jednak zupełnie inne.
                                                    I tu były te same ślady wojny. Wszędzie była pustka. Aż do wioski Gady nie
                                                    napotkałem człowieka. Przy drodze leżały porozrzucane resztki odzieży, pierzyn,
                                                    sprzętu domowego, a tu i ówdzie, będące w rozkładzie, nieżywe konie. Zaraz za
                                                    Wadągiem na środku drogi leżał nieżywy pies. I jego wojna nie ominęła.
                                                    Wszytko to jakby oznaczało drogę cierpień uciekających w pośpiechu zalęknionych
                                                    ludzi. Po rowach i polach walały się hełmy stalowe, porozrzucane naboje i
                                                    pociski. Niektóre hełmy zaznaczone były dziurami od kul karabinowych."
                                                    cdn
                                                  • rita100 Re:Jesteśmy w Olsztynie 26.03.08, 20:57
                                                    Przed Gadami napotkałem na pierwsze czołgi, samochody pancerne i kilka dział
                                                    przeciwpancernych porzuconych przez cofające się wojska niemieckie. Świadczyły
                                                    one o walkach tu stoczonych. W jednym ze stawów w samym środku sterczała kopuła
                                                    czołgu tam zatopionego. Prawdopodobnie załoga nie zauważyła zamarznietego i
                                                    zasypanego śniegiem stawu, a lód nie wytrzymał takiego ciężaru. Inny czołg
                                                    prawie przemierzył staw, ale nie był w stanie pokonać wielkiego brzegu. W
                                                    okolicach Gadów i Tuławek naliczyłem siedem niemieckich czołgów. Musieli Niemcy
                                                    w tym miejscu stawić opór nacierającym od strony Barczewa radzieckim wojskom.
                                                    Potwierdzały to też pojedyncze i zbiorowe mogiły żołnierskie."
                                                  • rita100 Re:Jesteśmy w Olsztynie 27.03.08, 21:42
                                                    "Pod wrażeniem takiej przebytej drogi dotarłem do sąsiadującej z Tuławkami
                                                    wioski Gady. Tam przybiegło do mnie na spotkanie kilka kobiet i dzieci. Nie
                                                    takiego przywitania z ziemią rodzinną się spodziewałem. W całej wiosce nie było
                                                    ani jednego mężczyzny w wieku do 60 lat, tylko kobiety, dzieci i starcy. Pełne
                                                    troski o los swych mężów, synów i braci przedstawiały mi swój smutny los,
                                                    szukając wsparcia i pociechy, ale w czym im wtedy mogłem pomóc !
                                                    Tak zbliżałem się pełen lęku w sercu do miejsca, gdzie się urodziłem i gdzie
                                                    spędziłem młodość."
                                                  • rita100 Re:Jesteśmy w Olsztynie 28.03.08, 20:51
                                                    "Najpierw ujrzałem las, a potem wyłaniające się za pagórkiem zabudowania. Były
                                                    całe, tylko w budynku gospodarczym znajdowała się dziura od pocisku. Wszystko
                                                    wyglądało jak dawniej, te same budynki, ten sam sad. Dopiero gdy wszedłem do
                                                    ogrodu, a potem na podwórze uprzytomniłem sobie, że nie tak byłem tutaj witany.
                                                    Jakaś grobowa cisza tam panowała. Nie było szczekania psa, nie było gdakania
                                                    kur, ryku bydła. Wszytko jakby zamarło w bezruchu. Wchodząc do małego
                                                    przedsionka, zauważyłem osamotnionego kota. Było to jedyne zwierze domowe, które
                                                    ocalało w tym gospodarstwie."
                                                  • rita100 Re:Jesteśmy w Olsztynie 29.03.08, 20:51
                                                    Myślałem już, że nikogo nie zastanę, bo ani nikt nie wyszedł na moje spotkanie,
                                                    ani też nie słyszałem żadnego głosu wewnątrz. W takiej niepewności przekroczyłem
                                                    próg odzielający przedsionek od pokoju, który w latach dziecinnych był naszą
                                                    sypialnią. Nikt mnie nie przywitał, bo dla tych, których tam zastałem byłem już
                                                    człowiekiem nieznanym. Siedziało bowiem przy stoliku sześcioro przestraszonych
                                                    dzieci w wieku od 2 do 11 lat, które mnie nie znały. Musiałem im dopiero
                                                    tłumaczyć kim jestem. Wówczas starsze z nich sobie przypominały, że o mnie
                                                    słyszały. Zostawiłem je tymczasem same, aby pójść po swoją siostrę, której
                                                    chwilowo nie było w domu. Zaznaczam, że były to dzieci mego brata, który był
                                                    wdowcem i zginął podczas działań wojennych, tak samo jak dwaj nasi pozostali bracia.
                                                    Taki był mój powrót do domu rodzinnego, po latach oczekiwania na tę chwilę,
                                                    która miała być jedną z najradośniejszych w moim życiu. Spełniły się przecież
                                                    moje marzenia o powrocie Warmii do Polski, ale tę radość zniweczyła wojna, która
                                                    spowodowała tu wielkie zniszczenia."
                                                  • rita100 Re:Jesteśmy w Olsztynie 30.03.08, 12:24
                                                    Zaraz w pierwszych dniach mego pobytu w Olsztynie wybrałem się na spacer po
                                                    mieście, aby zwiedzić stare kąty i stwierdzić, jakie są rozmiary zniszczeń.
                                                    Część domów była zupełnie wyludniona. Najbardziej ucierpiały dzisiejsze ulice:
                                                    Wojska Polskiego, Grunwaldzka, Staromiejska, Zwyciestwa (Piłsudzkiego) i
                                                    Niepodległosci oraz Kosciuszki od Hotelu Warmińskiego w stronę Alei
                                                    Niepodległości. Poza tym, o czym już napisałem, ulica 22 Lipca (teraz 11
                                                    Listopada) i Stary Rynek. Wspominam o tym dlatego, ze na miejscach dawnych ruin
                                                    postawiono nowe domy lub urządzone zostały zieleńce, a tych którzy pamiętają
                                                    Olsztyn z pierwszych dni po wojnie wciąż ubywa. Zresztą rozbudowa Olsztyna
                                                    postępuje w tak szybkim tempie, ze powstało już szereg nowych budynków na
                                                    placach i terenach niezabudowanych."
                                                  • rita100 Re:Jesteśmy w Olsztynie 31.03.08, 21:26
                                                    "Odwiedziłem przy tym miejsce mego zamieszkania w pierwszych latach po pierwszej
                                                    wojnie światowej przy obecnej ulicy Warszawskiej 2. Dom był wprawdzie cały, ale
                                                    i tam zastałem głuchą pustkę.
                                                    Idąc następnie po prawej stronie, zauważyłem otwarte na oścież drzwi na
                                                    parterze, z których dochodziła mnie dziwna, nieznana mi dotychczas, woń.
                                                    Wszedłem do środka i tu przedstawił mi się obraz pełen zgrozy i niedoli
                                                    ludzkiej. Zastałem bowiem na łóżku nieżyjącą już kobietę w pierwszym stadium
                                                    rozkładu, leżąca tam bez przykrycia, w płaszczu. Obok łóżka był tłumok jeszcze
                                                    nie rozwiązany. Wynikało z tego, że kobieta ta wróciła zupełnie wyczerpana z
                                                    ucieczki, położyła się do łóżka i zasnęła w nim na zawsze.

                                                    Przygnębiające wrażenie wywarła na mnie ta wędrówka po mieście. Niezależnie od
                                                    łez i cierpień ludzkich w gruzach legł dorobek wielu pokoleń."
                                                  • rita100 Re:Jesteśmy w Olsztynie 01.04.08, 20:28
                                                    Ciekawe te wspomnienia o Olsztynie. Tero dali je tak:

                                                    "Również początki nie były dla mnie łatwym okresem. Poza w urzędzie pocztowym,
                                                    gdzie byłem naczelnikiem, odwiedzali mnie mniejscowi Warmiacy w różnych
                                                    sprawach. Chodziło o wystawienie im zaświadczenia o polskim pochodzeniu, także
                                                    prosili o podjęcie starań w sprawach mieszkaniowych, zwrotu gospodarstw rolnych,
                                                    przyznaniu kredytów na zakup inwentarza żywego. Niewiele pozostało mi czasu na
                                                    sprawy osobiste i rodzinne."