Za siedmioma górami,za siedmioma lasami...Albo nie,komu by się chciało tak
daleko dymać?Lepiej będzie jak napiszę,nieopodal

Nieopodal, leży miasto księcia Kraka,pijanica Ci to był i
rozpustnik

Zaraz,zaraz,piszę jakbym był korespondentem Gościa
Niedzielnego.Zacznę jeszcze raz

Rano wstałem z uczuciem ekscytacji,jakbym miał przeczucie że w Totolotka
główną wygraną trafię.Te podniecenie nie opuszczało mnie cały dzień.Energia
którą przy tym uwalniałem,mogłaby oświetlić małe miasto.Niestety nie było
nikogo kto chciałby mnie do słupa energetycznego podłączyć

Może i
dobrze,mogłoby coś nie wytrzymać

Nie mogłem się doczekać końca pracy.Nareszcie!Koniec!Mogłem spokojnie do domu
wrócić i przygotować się do najazdu na Kraków.Najazdu powiedziałem?Zabrzmiało
to tak,jakbym miał tam tylko niebo i spaloną ziemię zostawić,a coś tam po
mojej wizycie jednak ocalało

Spakowałem niezbędne rzeczy do mojej dyżurnej
torby,niewielkich rozmiarów,ale ja zabieram tylko to co będzie mi naprawdę
potrzebne.Alkohol można kupić na miejscu

D Czyli da się przetrwać.Torbę
spakowałem,przygotowałem powłokę cielesną,coby prezentować się na wzór
japoński.Czyli jako-tako

Franek wisząc na pajęczynie żuł smętnie jakąś
muchę.Miałem wrażenie że patrzy na mnie z wyrzutem.Ale jak on się gdzieś
szlajał miesiąc,to ja mu wymówek nie robiłem,a muszyska to mało mnie nie zagryzły.
Jakoś tak krótko przed północą,wyszedłem na dworzec.Bilet musiałem kupić sporo
wcześniej,gdyż w takiej ogromnej metropolii kasa na dworcu pracuje az do
20-tej.Masakra.Stałem na peronie i czekałem na pociąg.Zaczął lać
deszcz.Niestety nie uwzględniłem w swoich planach parasola,nie lubię jak mi
sie coś w rękach plącze.Wlazłem pod dach i uciąłem pogawędkę ze znajomym który
odprowadzał córkę udającą sie także jak i ja,do Krakowa.Córka była niczego
sobie,więc z ochotą zgodziłem się pełnić rolę opiekuna

Przecież uczynny
jestem z natury

Nareszcie nadjechał pociąg,przestaliśmy więc moknąć.W
Zielonej Górze czekaliśmy na pociag około godziny.Wreszcie wtoczył się na
peron.Oczywiście połowa składu zarezerwowana dla kolonii.Ciekawe po jaką
cholerę stwarzają fikcję,z tymi wagonami,że niby taki długi skład.Ale dla
starego trampa,który już niejedną bitwę w PKP przeżył,taka błahostka nie robi
wrażenia

Podróżowało sie i na korytarzu i w toaletach.Wparowałem do wagonu
niczym huragan Katrina,z tym że tamta miała ode mnie mniej pary

Od razu
rzuciło mi się w oczy,że pasażerowie zastosowali taktykę,którą ja zwę
"konfesjonałem",czyli zasunięte firanki w przedziale i zgaszone
światło.Niestety ,nie dałem się nabrać.Z szumem wtoczyłem sie do pierwszego z
brzegu,nie ,nie żeby się wyspowiadać,tylko usiąść."Wolne?"rzuciłem i nie
czekając na odpowiedź wcisnąłem sie na duś z podopieczną do środka.Udając że
nie widzę tych spojrzeń mogących spopielić marmur,usiadłem wciskając panienkę
po przeciwnej stronie.Do Wrocławia droga minęła spokojnie.No może prawie,gdyż
zaczęła urzędować grupa Hunów,jak po okrzykach pijackich było można
poznać,wracająca na urlop z Irlandii.Oj miałem im ochotę sprawić drugie pola
Katalaunijskie,ale chciałem z pięknym i nieskażonym obliczem dotrzec do celu
podróży.Więc chciał nie chciał,musiałem zacisnąć zęby i zachować
spokój.Włożyłem do ust gumę,coby ząbki mi na proszek się nie starły ze
złości.Do Wrocławia przybyłem przed szóstą rano.Tutaj musiałem się z moją
koleżanką rozstać,gdyż miała nieco inny plan podróży na bilecie.Ja natomiast
umówiłem sie w przeddzień we Wrocku z moim kolegą Jareczkiem

Przybył ci on
śpiesznie,a to czerwone co widziałem na jego piersi,okazało się jego
wywieszonym językiem.Padliśmy sobie na ziem...znaczy w ramiona i wyszperaliśmy
wolny przedział.O zgrozo!Przez krótką chwilę myślałem że znów będę podróżował
z psem,czy ja do cholery te zwierzaki jakoś w pociągu przyciągam,czy jak?Ale
rodzinka trzy osoby plus piesek,zmyła sie od innego przedziału.Podróż do
Krakowa upłynęła na rozmowach o d..Maryni(ale musiała mieć czerwone uszy)Na
krótko przed celem podróży,zaatakował nas telefonem Józek,udzielając
wskazówek,gdzie mamy wysiaść i jak dojechać.Po nie za długim czasie zadzwonił
ponownie,zmieniając decyzję.Powiedział że przybędzie po nas osobiście.Pewnie
się bał,że takie dwie sieroty jak my możemy wyjątkowo dłuuuugo
błądzić.Zaznaczył dobitnie,że mamy nie schodzić nigdzie na dół tylko włazić na
góre.No ale co można poradzić,jak na dół jest jednak łatwiej?Dlatego na dworcu
z Jarkiem,zeszliśmy do jakiś tam lochów na peronie,łudząc się że napis "Winda
na parking" będzie pewnym udogodnieniem.Ale niestety,okazało się że był tam
napis"Winda nie działa"A nie działa z prozaicznego powodu.Po prostu ,szyb
windy był pusty.Doszliśmy z Jarkiem do wniosku,że Krakusy są albo tak
oszczędni ze windy nie zamontowali,albo tak wizjonerscy ze przygotowali jej
miejsce na przyszłość.Wchodziła też w grę trzecia możliwość ze po prostu windę
ktoś podprowadził.Ale tę odrzuciliśmy jako trudną do wykonania
technicznie(chociaż znając polskich złomiarzy,to kto wie?)Po chwili odezwał
sie nasz GPS,czyli Józek z parkingu.Tak jak podejrzewaliśmy z Jarkiem,daliśmy
ciała.Józek szybko nas naprostował i wskazał właściwą drogę

Po krótkim acz
intensywnym galopie,odnaleźliśmy właściwą ścieżkę i już Józek wita się z
nami.Nooooo po buziaku sobie nie daliśmy,ale nie narzekam

Osobliwym
towarzyszem podróży w samochodzie był kot Józka(tyko cśśś!niech nikt Józkowi
nie powtarza,że nie przepadam za tymi stworzeniami,na wszelki wypadek w wersji
przeznaczonej dla niego,usunę ten akapit)
Dojechaliśmy na miejsce i ..okazało się że,mieszkać będziemy w akademiku
Politechniki Krakowskiej(omen
jakiś,czy co?)Grzecznie przywitaliśmy się z panią Cerberową..znaczy panią
portierką.Wsiedliśmy do windy i wziuuuuuut na szóste piętro,dobrze że szóste,bo
chociaż choroba wysokościowa nam nie groziła.Niedotlenienie też chyba nie

Za
to z okna mieliśmy piękny widok..ee na słup energetyczny

D Na
miejscu przywitaliśmy się z resztą składu osobowego krakowskiego spotkania.Było
już parę osób które zdążyłem poznać już osobiście,oraz parę osób które dopiero
teraz dostąpiły niewątpliwego zaszczytu poznania mojej skromnej
osoby

Osobouczestników razem ze mną było piętnaście dusz

Po wymianie
serdeczności(jak te panie całują mmmmm..panowie też nie byli gorsi

DD
)zapoznaliśmy się z porządkiem dnia.Czyli intensywne zwiedzanie Krakowa,do czego
z resztą przygotowywałem się długi czas,bo wstyd przyznać,objeździłem Polskę
wzdłuż i wszerz,a nigdy nie byłem tam gdzie Wanda nie chciała Niemca.Wsiedliśmy
do autobusu i udaliśmy się na miejsce.Wycieczkę rozpoczęliśmy od miejsca gdzie
taki gostek siedzi taaaaak wysooooko na koniu(na pewno koń,bo sprawdziliśmy z
Jarkiem),jak nam objaśnił Józek był to pomnik Grunwaldzki,a gościem z takim
zębatym czymś na głowie był nasz król z importu ,czyli Władzio..zwany
Jagiełłowskim

Oj,pogonili oni kota(aaa psik!,znów te uczulenie) tym chłopakom z
Bundesligi pod Grunwaldem,oj pogonili i żaden im tam Podolski ani Klose nie
pomogli.Potem udaliśmy się na krakowski Rynek.Tam zwiedzanie zaczęliśmy do
kościoła Mariackiego(tym którzy mówią że weszliśmy tam bo padał deszcz,chcę
zadać kłam)Oczy mi na wszystkie strony latały,tak było pięknie.Najbardziej mi
sie podobał ten wielki telewizor nad ołtarzem.Ale zaraz sie dowiedziałem ze to
nie był telewizor,tylko ołtarz eee...Wita Stwosza(jak to człowiek może się
pomylić)Oj piękny ci ten kościół..Pełno tam było luda,istna wieża Babel,mówią
tam we wszystkich językach.Wkurzyła mnie tylko taki ważny i nadęty gostek w
takim granatowym gajerku,z napisem straż jakaś tam,wydzierał on na ludność gębę
jak fornal na pańszczyźnianych.Już mu chciałem coś rzec,ale poskromiłem moje
zapędy,bo wstyd byłoby taką piękną wycieczkę od nowej bitwy grunwaldzkiej
zaczynać.Wyszliśmy na taki wieeeeeeeeelki podwórek,z fajną chatą na środku,Józek
powiedział że to krakowski Rynek.No no,ale tu miejsca,można by mecz piłki tu
rozegrać.Ale ta chata