Dodaj do ulubionych

Nie wiem czy będziecie chcieli czytać,bardzo długi

21.07.08, 21:03
Za siedmioma górami,za siedmioma lasami...Albo nie,komu by się chciało tak
daleko dymać?Lepiej będzie jak napiszę,nieopodalsmile
Nieopodal, leży miasto księcia Kraka,pijanica Ci to był i
rozpustniksmileZaraz,zaraz,piszę jakbym był korespondentem Gościa
Niedzielnego.Zacznę jeszcze razsmile
Rano wstałem z uczuciem ekscytacji,jakbym miał przeczucie że w Totolotka
główną wygraną trafię.Te podniecenie nie opuszczało mnie cały dzień.Energia
którą przy tym uwalniałem,mogłaby oświetlić małe miasto.Niestety nie było
nikogo kto chciałby mnie do słupa energetycznego podłączyćsmileMoże i
dobrze,mogłoby coś nie wytrzymaćsmile
Nie mogłem się doczekać końca pracy.Nareszcie!Koniec!Mogłem spokojnie do domu
wrócić i przygotować się do najazdu na Kraków.Najazdu powiedziałem?Zabrzmiało
to tak,jakbym miał tam tylko niebo i spaloną ziemię zostawić,a coś tam po
mojej wizycie jednak ocalałosmileSpakowałem niezbędne rzeczy do mojej dyżurnej
torby,niewielkich rozmiarów,ale ja zabieram tylko to co będzie mi naprawdę
potrzebne.Alkohol można kupić na miejscubig_grinD Czyli da się przetrwać.Torbę
spakowałem,przygotowałem powłokę cielesną,coby prezentować się na wzór
japoński.Czyli jako-takosmileFranek wisząc na pajęczynie żuł smętnie jakąś
muchę.Miałem wrażenie że patrzy na mnie z wyrzutem.Ale jak on się gdzieś
szlajał miesiąc,to ja mu wymówek nie robiłem,a muszyska to mało mnie nie zagryzły.
Jakoś tak krótko przed północą,wyszedłem na dworzec.Bilet musiałem kupić sporo
wcześniej,gdyż w takiej ogromnej metropolii kasa na dworcu pracuje az do
20-tej.Masakra.Stałem na peronie i czekałem na pociąg.Zaczął lać
deszcz.Niestety nie uwzględniłem w swoich planach parasola,nie lubię jak mi
sie coś w rękach plącze.Wlazłem pod dach i uciąłem pogawędkę ze znajomym który
odprowadzał córkę udającą sie także jak i ja,do Krakowa.Córka była niczego
sobie,więc z ochotą zgodziłem się pełnić rolę opiekunasmilePrzecież uczynny
jestem z naturysmileNareszcie nadjechał pociąg,przestaliśmy więc moknąć.W
Zielonej Górze czekaliśmy na pociag około godziny.Wreszcie wtoczył się na
peron.Oczywiście połowa składu zarezerwowana dla kolonii.Ciekawe po jaką
cholerę stwarzają fikcję,z tymi wagonami,że niby taki długi skład.Ale dla
starego trampa,który już niejedną bitwę w PKP przeżył,taka błahostka nie robi
wrażeniasmilePodróżowało sie i na korytarzu i w toaletach.Wparowałem do wagonu
niczym huragan Katrina,z tym że tamta miała ode mnie mniej parysmileOd razu
rzuciło mi się w oczy,że pasażerowie zastosowali taktykę,którą ja zwę
"konfesjonałem",czyli zasunięte firanki w przedziale i zgaszone
światło.Niestety ,nie dałem się nabrać.Z szumem wtoczyłem sie do pierwszego z
brzegu,nie ,nie żeby się wyspowiadać,tylko usiąść."Wolne?"rzuciłem i nie
czekając na odpowiedź wcisnąłem sie na duś z podopieczną do środka.Udając że
nie widzę tych spojrzeń mogących spopielić marmur,usiadłem wciskając panienkę
po przeciwnej stronie.Do Wrocławia droga minęła spokojnie.No może prawie,gdyż
zaczęła urzędować grupa Hunów,jak po okrzykach pijackich było można
poznać,wracająca na urlop z Irlandii.Oj miałem im ochotę sprawić drugie pola
Katalaunijskie,ale chciałem z pięknym i nieskażonym obliczem dotrzec do celu
podróży.Więc chciał nie chciał,musiałem zacisnąć zęby i zachować
spokój.Włożyłem do ust gumę,coby ząbki mi na proszek się nie starły ze
złości.Do Wrocławia przybyłem przed szóstą rano.Tutaj musiałem się z moją
koleżanką rozstać,gdyż miała nieco inny plan podróży na bilecie.Ja natomiast
umówiłem sie w przeddzień we Wrocku z moim kolegą JareczkiemsmilePrzybył ci on
śpiesznie,a to czerwone co widziałem na jego piersi,okazało się jego
wywieszonym językiem.Padliśmy sobie na ziem...znaczy w ramiona i wyszperaliśmy
wolny przedział.O zgrozo!Przez krótką chwilę myślałem że znów będę podróżował
z psem,czy ja do cholery te zwierzaki jakoś w pociągu przyciągam,czy jak?Ale
rodzinka trzy osoby plus piesek,zmyła sie od innego przedziału.Podróż do
Krakowa upłynęła na rozmowach o d..Maryni(ale musiała mieć czerwone uszy)Na
krótko przed celem podróży,zaatakował nas telefonem Józek,udzielając
wskazówek,gdzie mamy wysiaść i jak dojechać.Po nie za długim czasie zadzwonił
ponownie,zmieniając decyzję.Powiedział że przybędzie po nas osobiście.Pewnie
się bał,że takie dwie sieroty jak my możemy wyjątkowo dłuuuugo
błądzić.Zaznaczył dobitnie,że mamy nie schodzić nigdzie na dół tylko włazić na
góre.No ale co można poradzić,jak na dół jest jednak łatwiej?Dlatego na dworcu
z Jarkiem,zeszliśmy do jakiś tam lochów na peronie,łudząc się że napis "Winda
na parking" będzie pewnym udogodnieniem.Ale niestety,okazało się że był tam
napis"Winda nie działa"A nie działa z prozaicznego powodu.Po prostu ,szyb
windy był pusty.Doszliśmy z Jarkiem do wniosku,że Krakusy są albo tak
oszczędni ze windy nie zamontowali,albo tak wizjonerscy ze przygotowali jej
miejsce na przyszłość.Wchodziła też w grę trzecia możliwość ze po prostu windę
ktoś podprowadził.Ale tę odrzuciliśmy jako trudną do wykonania
technicznie(chociaż znając polskich złomiarzy,to kto wie?)Po chwili odezwał
sie nasz GPS,czyli Józek z parkingu.Tak jak podejrzewaliśmy z Jarkiem,daliśmy
ciała.Józek szybko nas naprostował i wskazał właściwą drogęsmilePo krótkim acz
intensywnym galopie,odnaleźliśmy właściwą ścieżkę i już Józek wita się z
nami.Nooooo po buziaku sobie nie daliśmy,ale nie narzekamsmileOsobliwym
towarzyszem podróży w samochodzie był kot Józka(tyko cśśś!niech nikt Józkowi
nie powtarza,że nie przepadam za tymi stworzeniami,na wszelki wypadek w wersji
przeznaczonej dla niego,usunę ten akapit)
Dojechaliśmy na miejsce i ..okazało się że,mieszkać będziemy w akademiku
Politechniki Krakowskiej(omen
jakiś,czy co?)Grzecznie przywitaliśmy się z panią Cerberową..znaczy panią
portierką.Wsiedliśmy do windy i wziuuuuuut na szóste piętro,dobrze że szóste,bo
chociaż choroba wysokościowa nam nie groziła.Niedotlenienie też chyba niesmileZa
to z okna mieliśmy piękny widok..ee na słup energetycznybig_grinD Na
miejscu przywitaliśmy się z resztą składu osobowego krakowskiego spotkania.Było
już parę osób które zdążyłem poznać już osobiście,oraz parę osób które dopiero
teraz dostąpiły niewątpliwego zaszczytu poznania mojej skromnej
osobysmileOsobouczestników razem ze mną było piętnaście duszsmilePo wymianie
serdeczności(jak te panie całują mmmmm..panowie też nie byli gorsibig_grinDD
)zapoznaliśmy się z porządkiem dnia.Czyli intensywne zwiedzanie Krakowa,do czego
z resztą przygotowywałem się długi czas,bo wstyd przyznać,objeździłem Polskę
wzdłuż i wszerz,a nigdy nie byłem tam gdzie Wanda nie chciała Niemca.Wsiedliśmy
do autobusu i udaliśmy się na miejsce.Wycieczkę rozpoczęliśmy od miejsca gdzie
taki gostek siedzi taaaaak wysooooko na koniu(na pewno koń,bo sprawdziliśmy z
Jarkiem),jak nam objaśnił Józek był to pomnik Grunwaldzki,a gościem z takim
zębatym czymś na głowie był nasz król z importu ,czyli Władzio..zwany
JagiełłowskimsmileOj,pogonili oni kota(aaa psik!,znów te uczulenie) tym chłopakom z
Bundesligi pod Grunwaldem,oj pogonili i żaden im tam Podolski ani Klose nie
pomogli.Potem udaliśmy się na krakowski Rynek.Tam zwiedzanie zaczęliśmy do
kościoła Mariackiego(tym którzy mówią że weszliśmy tam bo padał deszcz,chcę
zadać kłam)Oczy mi na wszystkie strony latały,tak było pięknie.Najbardziej mi
sie podobał ten wielki telewizor nad ołtarzem.Ale zaraz sie dowiedziałem ze to
nie był telewizor,tylko ołtarz eee...Wita Stwosza(jak to człowiek może się
pomylić)Oj piękny ci ten kościół..Pełno tam było luda,istna wieża Babel,mówią
tam we wszystkich językach.Wkurzyła mnie tylko taki ważny i nadęty gostek w
takim granatowym gajerku,z napisem straż jakaś tam,wydzierał on na ludność gębę
jak fornal na pańszczyźnianych.Już mu chciałem coś rzec,ale poskromiłem moje
zapędy,bo wstyd byłoby taką piękną wycieczkę od nowej bitwy grunwaldzkiej
zaczynać.Wyszliśmy na taki wieeeeeeeeelki podwórek,z fajną chatą na środku,Józek
powiedział że to krakowski Rynek.No no,ale tu miejsca,można by mecz piłki tu
rozegrać.Ale ta chata
Obserwuj wątek
    • molastka Re: Nie wiem czy będziecie chcieli czytać,bardzo 21.07.08, 21:14
      ło matko!
      przeczytam jak moi chłopcy pójdą spać,teraz nie dam radysad
      ale Debest z Ciebie to prawdziwy pisarz jestsmile))
      • sarah_black38 Re: Nie wiem czy będziecie chcieli czytać,bardzo 21.07.08, 22:06
        He he , dobrze,ze nie jechałeś z Wrocławia do Opola (lub odwrotnie).
        W telewizorni powiedzieli, że z powodu kradzieży drutów pociąg
        zamiast godzinę jechał siedem.

        Fajne to Twoje opowiadanko!
        • endzi11 Re: Nie wiem czy będziecie chcieli czytać,bardzo 21.07.08, 23:35
          Supersmile masz talent do pisaniasmile książek nie piszesz przypadkiem??wink



          ♥AMELIA♥
          Dzieci z lipca i okolic 2005rsmile
    • delfina7 Re: Nie wiem czy będziecie chcieli czytać,bardzo 21.07.08, 23:48
      Dawaj dalejsmile)))))))))
    • debest3 Ciąg dalszy 22.07.08, 00:13
      Ale ta chata na środku to były Sukiennice.Jakowaś szmata od góry je
      przykrywała,okazało się ze był remont.Obeszliśmy sobie Rynek(piszę z dużej
      litery,bo rynek też duży.Czegóż tam nie było,stały takie fajne figurki,jedna
      srebrna,druga czarna.Okazało sie że te figurynki zyją,po prostu ludkowie
      znaleźli sobie taki sposób zarobkowania.Na małej scenie lalkarz dawał występ z
      lalką naśladująca Elvisa(tak nawiasem ,Elvis żyje!jak ktoś mówi inaczej,to jest
      łgarzem)..Muszę przyznać że Grażynka też dała nie gorszy występ,ależ się rusza
      kobieta...mmmm.Po Rynku kursują,trzeba wam wiedzieć ,dorożki konne.Czy na pewno
      to były konie,tego juz z Jarkiem nie sprawdzaliśmy,poprzestaliśmy na rumaku
      WładziasmileLudzi,aż czarno,nooo niektórzy są czarni dosłownie....
      .Szczerze mówiąc,to mam wrażenie że tylko po Rynku można cały dzień
      kursować.Piękny ci on przeokropnie.Od tej pory na rynek w swojej mieścinie będę
      patrzył z góry,a co?taki ci on lichy się teraz wydaje.
      Przez chwilę oglądałem takie fajne dzwonki na tasiemkach.Nieee..nie jest to
      żadne aluzja do tego że Jarek się gubił.Co to,to nie.
      Dotarliśmy do takiego miejsca,gdzie taki jeden jegomość z broda w kapeluszu
      siedzi.Przez chwilę myślałem ze sczerniał ci on tam z zimna albo cuś,ale okazało
      się ze był to wykonany w brązie założyciel i twórca Piwnicy pod Baranami(dziwne
      że w takim Krakowie żeby taką piwnicę stworzyć to trzeba tłumu artystów,w
      Warszawie wystarczyłoby jamę pod Sejmem wykopać)Piotr Skrzynecki.Nie
      omieszkając,opstrykaliśmy się z nim na wszystkie strony.Od tych fleszy to cała
      ta pozłota z niego zlazła.Po drodze,gdyż człowiek nie posiada tylko oczu,ale
      także i żołądek,zahaczyliśmy o jadłodajnię.Jadłodajnia,bo na lepszą nazwę nie
      zasługuje.Miejsce piękne,bo przy takim fajnym pagórku,na szycie którego
      wybudowali taką fajną chałupę i nazwali Wawelem,mieszkał tam między innym ten
      jejmość z koniem,Władzio.Oprócz niego mieszkali tam też inni królowie,bo tak się
      wtedy ówczesny Kaczyński nazywał.Obsługa była baardzo powolna,zanim się
      doczekałem na jedzenie to już mi sie właściwie odechciało jeść.Myślałem że
      chociaż piwo wypiję,gdzie tam..te piwo prosto z Żywca do nas chyba jechało.Ale i
      tak dotarło na nasz stół wyjątkowo szybko.Czyli po 15 minutach.Całe szczęście
      ,śluzówka w gardle została uratowana.Po posiłku udaliśmy się w odwiedziny do smoka.
      ..idąc na te wzgórze zakupiłem trochę pocztówek,o które to piłowała mnie
      strasznie córka,pół kilo widokówek chyba była w sam raz?
      Smok na wzgórzu(a mówili że on w jamie pod górą mieszkał,chyba przez te wieki
      taka góra śmieci narosła albo mu biedulce komnat zalało?) okazał się baaardzo
      wysuszony,taki twardy jak skała,nieduży on nieboraczek,szczerze
      mówiąc,rozczarowałem się nieco.Nawet ogień mu z pyska nie ział.Skąpy się on
      strasznie zrobił,bo żeby przez otwór paszczowy nieco płomienia wydalić,to trzeba
      go o to smsem poprosić.Tak się ceni skubaniec.Już to chciałem to zrobić,ale
      okazało sie ze ktoś mnie uprzedził.Niestety...ten płomień,był nieco
      lichy,szczerze mówiąc ja większy potrafię zrobić,jak impreza była udana,a na
      drugi dzień nie ma co popić.Ale..wybrzydzał nie będę,smok to smok,może on z
      gatunku tych mniejszych.Kiedy już wszyscy sobie z nim fotkę szczelili,to mu po
      cichu skórę z garbu zdjąłem,a co?położę sobie na podłodze przed
      kominkiem.Słyszałem tylko że smocza skóra pali nieco w stopy.Ale co
      tam.Prezentować się będzie superbig_grinD Po odwiedzinach u Smocziego zeszliśmy na dół
      na przystań,po drodze Józka taka fajna dziewoja zaczepiła,odnośnie tych łupinek
      co to po Wiśle śmigają.Daliśmy się namówić na rejs,a co tam.Jak człowiek ze dwa
      piwa wypije to gołymi rękami twierdzę jest gotów zdobyć.Morska choroba?Phi!! też
      mi coś,jakoś da się radę.Ulokowaliśmy się w dwóch gondolach(tak je tam szumnie
      nazywają,choć ten facio co to śmieszną kierownico kręci wcale na makaroniarza
      nie wygląda,raczej na chłopa co to jabłka sprzedaje pod Grójcem)..i
      hajda!Naprzód zdobywcy oceanów,od razu w nas krew spadkobierców marynarzy Orła
      zagrała.Wiatr w twarz ,fala po plecach(a to już kuźwa mniej przyjemne było,bo
      wyglądałem jak by mi ktoś wypite piwo na plecy wydalił)Z pieśnio na ustach
      ruszyliśmy w rejs.Po drodze Jarek chciał być uprzejmy i nasze koleżanki z
      drugiej krypy poczęstować Colą(swoją drogą to dziwna to była Cola,bo po każdym
      łyku coraz bardziej świeciły mu się oczy),rzucił ci on tą flaszką tak
      nieszczęśliwie że na dach gondoli spadła(mógł rzucać z bekhenda a nie
      forhenda,nie dziwne że nie trafił).Grażynka z wielkim poświęceniem rzuciła się
      ratować ów cudowny i ożywczy napitek,ale nie dała rady.Pożytek z niego miały
      tylko wiślane ryby,chociaż ja wiem czy miały?Jak tu płetwą nakrętkę
      odkręcić?Rejs był świetną sprawą,bo bryza ochłodziła nieco nasze zmęczona upałem
      ciała.
      Ela wprost piała peany z zachwytu,tak lubi wodę kobieta.Aż chciałem sprawdzić
      czy łuską gdzie nie obrosłasmile))Kiedy już zaliczyliśmy zaślubiny z
      Wisłą(wprawdzie Colą z wkładkę,ale czy inni tak szczodrze Wisłę
      częstują?)udaliśmy się na drugą stronę Bug...znaczy Wisły,tam znajduje się
      muzeum takiego gościa który szczególnie ukochał tych gości co to dwóch patyków
      do jedzenia używają zamiast łyżek.Znam Ci ja ich dobrze z serialu Mushashi
      Miyamoto,w swoim czasie ze względu na to żeby do Ameryki mogli bez wiz wjeżdżać
      napadli oni na Pearl Harbour.Obsługa tego przybytku powitała nas
      serdecznie,niczym strażnicy z obozów japońskich w Singapurze,którzy pilnowali
      aby Angole most na rzeca Kwai wybudowali.Od razu zakazali zdjęć robić i plecaki
      zostawić,ale co to ja głupi zeby z mojo kochano torebko się rozstawać.Muszę
      przyznać ze malarstwo japońskie mi sie podobuje,jest niesłychanie
      charakterystyczne.Te stalowe garniturki na wieszakach co to je zbrojami zwą też
      były piękne,trzeba przyznać ze misternie wykonane,a te scyzoryki długie na ponad
      metr,też mi podchodziły,stal równie świetna jak z wytwórni Gerlacha.Fotografie
      nie zainteresowały mnie już tak jak grafiki.
      Na dole onego przybytku znajduje sie tako fajno piaskownica,podzielona na
      kawałki,w których leży różnej grubości grys i piasek(całkiem jak u nas na
      hałdzie,do remontu dróg używany),trzeba tam koniecznie na bosaka
      połazić,przypomina to nieco powolne ubijanie kapusty.Ścieżka zdrowia to się
      szumnie nazywa.Nie dałem się jednak na tę niewyobrażalnie wielką przyjemność
      namówić.Powód był prozaiczny.Jestem zdrowybig_grinDDDD
      Po tym deptaniu udaliśmy się w dalszą podróżsmileAsię zaczęło tak w stopy palić jak
      onegdaj wawelskiego smoka żoładek ,kiedy to mu podstępny Dratewka mięcho ognisto
      wkładko nadział.Asia tak zaczęła nogami wierzgać,jak nie przymierzając kasztanka
      marszałka w pełnym galopie.Całkiem jakby po smoczej skórze by chodziła,aż
      zacząłem ją podejrzewać czy jej nie buchnęła.Sprawdziłem,była na miejscu.Kiedy
      już przy pomocy wody z połowy Wisły zlikwidowała przypadłość w stopach
      ruszyliśmy dalej...
      ..a zapomniałbym o jednym z epizodów,może nie tak ważny z punktu widzenia
      polityka jak władza,ale warto o nim wspomnieć.Otóż Grażynka,kobiet o energii
      małej elektrowni atomowej,postanowiła upiększyć swoim ciałem jedną z gondoli i
      przez pół rejsu udawała bardzo umiejętnie figurę dziobowąsmile)Została również
      osobaczona przez pewną matrone ze użycie słowa tyłek,które to słowo mogło
      całkowicie zdemoralizować owej matronie jej dziatki.No cóż,są ludzie i ludziska.
      Po krótkim marszu,jeździ tramwajem i autobusem,udaliśmy się na miejsce
      zakwaterowania,chociaż ZOMZu nikt nam nie wlepił(mąż Asi pewnie będzie w
      temacie)Tam czekała nas następna atrakcja dnia ,czyli grill...no nie mogło się
      bez niego obyć.Nic tak skutecznie nie integruje jak wspólne odymianie kiełbasy
      ,ka
      • debest3 ......i zakończenie 22.07.08, 00:19
        Nic tak skutecznie nie integruje jak wspólne odymianie kiełbasy
        ,kaszanki i innego mięsiwa.Imprezka miała się odbyś pod akademikiem.Józek
        zobowiązał sie do zakupu specjałów do konsumpcji,również napojów z
        zawartością(no przecież my nie dzieci)Pomagać miała mu dzielnie,jego przeurocza
        małżonka,którą mieliśmy okazję poznać,a która dzielnie znosiła harce nasze i
        swojego małżonka,czyli przeurocza Olabig_grinD Na początku trochę nieśmiała,no bo nie
        wiedziała przecież czego można się spodziewać po najeździe takiej bandy luda z
        różnych miejsc krajusmileKiedy już oswoiła się z naszym specyficznym sposobem
        bycia,okazała bardzo przystępną i miłą kobitką(no fcoooo?troszkę wazelinki nie
        zaszkodzi,a należy się nie?)Po wszelkich ablucjach,przygotowaniach,oraz
        skompletowaniu ekipy udaliśmy się na dół na dalszą część wieczoru.Józek zajął
        się już opiekaniem bawołubig_grinD Jakoś dał radę pogodzić się z innymi
        uczestnikami,bo trzeba wiedzieć że grill tego wieczoru był wyjątkowo oblegany
        przez studentów,nie wiedzieć czemu mieszkających w akademiku.Może nie mogą sie z
        uczelnią rozstać?A potem się mówi"wieczny student"Zabawę zaczęliśmy początkowo
        skromnie,po jednym piwku,leniwa rozmowa itd.W miarę upływu czasu zaczęliśmy sie
        jednak coraz bardziej integrowaćsmile)Nie wiem,moze wpływ na to miał wypity na
        czczo alkohol,bo kiełbasa coś długo się piekła...nie wiem.Grunt że zabawa się
        rozkręcała.Każdy,powtarzam ,każdy z uczestników okazał się człowiekiem który
        wspólne biesiadowanie ma we krwi,rzadko można spotkać paczkę ludzi,no niemłodych
        już,raczej w kwiecie wieku,ale jakże młodych duszą.Po prostu ,czas wtedy
        galopuje a endorfiny eksplodują jak światełko do nieba u Jurka
        Owsiaka.Zostaliśmy obdarowani suwenirami z Tunezji przez pełną energii i będącą
        naszą szefową Jadzię.Nareszcie mieliśmy okazję się spotkać.Bo do tej pory ciągle
        coś stawało nam na drodze.Jadzia jako obyta kobieta zapewniła nam również część
        muzyczną imrezki,w postaci odtwarzacza płyt.Pomogliśmy urządzeniu nieco,bez
        umiaru wydzierając gębysmile)Gdyż melodie były popularne,a wiadomo,co w duszy to i
        na języku...
        ..nic tak nie zbliża ludzi jak wspólna zabawa,jeżeli by porównywać w jakiejś
        skali,to zbliżyliśmy się baaaaaaardzo..mniej więcej 10 w skali
        Beauforta.Człowiek przecież potrzebuje możności obcowania z innymi,zwłaszcza
        kiedy ci inni są tak zżytą paczką,więc jak tu się dziwić rodzicom
        Agnieszki,którzy integracją mają we krwibig_grinD,że zapragnęli poznać tę hałastrę
        wesołków,dzięki im za fajne towarzystwobig_grinD Również mąż Asi nie chciał być gorszy
        i mimo że jak słyszałem był po służbie,zechciał nas zaszczycić swoją osobą.
        W miarę upływu czasu,kiełbasa rumieniła się na grilli,po spożytym piwku
        musieliśmy coraz częściej zaglądać,co też dzieje się za dużą hałdą ziemi która
        znajdowała się opodal.Żarcie było smaczne,muzyka niezła,nie wspomnę już o
        towarzystwie.Nie dziwie się już panu Zagłobie że lubił biesiadować.Zabawa trwała
        do późnych godzin nocnych,nie wiem czy to było to,że wszystkim tak kiełbasa
        smakowała?big_grinD Fakt faktem,że ja nieco zmęczony kilkudziesięciogodzinnym brakiem
        snu udałem się na łono Morfeusza,ale nie byłem pierwszy ani ostatni.Opuściłem
        towarzystwo w okolicach godziny 2,niestety z żalem,ale nie mogłem pozwolić żeby
        Jareczek mnie śpiącego na plecach na szóste piętro tachał ,nie?
        Na drugi dzień,czekały nas nie gorsze atrakcje.Wprawdzie spałem jak zabity,ale w
        okolicach godziny piątej,obudziły mnie odgłosy rozgrzanego do czerwoności pióra
        poety,skrzypiącego po papierze.Przez chwilę w oparach snu,wydawało mi się ze to
        sam mistrz Kochanowski zstąpił na ten nędzny ziemski padół.Mrucząc pod nosem
        usnąłem.Budząc się ponownie że,owym poetą był Jarek,dzielnie układający poemat
        na cześć kobiety "iskry"czyli Grażynki,a także spłodził piękne podziękowanie dla
        naszego gospodarza Józka i jego przeuroczej połowicy.Kiedy już otrząsnęliśmy się
        z resztek snu(niektórym to otrząsanie zabrało dużo czasu,niektórym
        mniej)udaliśmy się na miacho.Do obejrzenia było jeszcze masę rzeczy,a czasu tak
        mało.Celem ,albo punktem wyjścia miał być znowu
        Władzio na ogierze.Muszę sie przyznać ,bijąc się w piersi,że dywagowaliśmy z
        Jarkiem ,czy to nie czasem na tym koniu Józek zrobił sobie fotę którą ma w
        profilubig_grinD Na przystanku Grażynka odczytała Epistołę Jarkabig_grinD wzbudzając
        niekłamany podziw dla twórcybig_grinD Jadąc na miejsce zbiórki,zapewnialiśmy naszym
        pasażerkom rozrywkę,jak stwierdziła Asia ze śmiechu rozmazał im się makijaż.Tego
        że niektórzy pozbawieni humoru ludzie,chcieli nas na najbliższym przystanku
        wysadzić,nie będę wspominał,bo to ze tam trochę autobus się chwiał od
        paroksyzmów naszego śmiechu raczej nie powinno nikomu przeszkadzać.Ci którzy nie
        jechali wtedy z nami,niech żałują,bo też mieliby okazję do poprawienia
        makijażubig_grinD Wysiedliśmy na szczęście dobrowolnie,nie z przymusu koło gościa z
        kuniem.Tam czekaliśmy na naszych gospodarzy.Trzeba przyznać,że zanosiło się
        chyba na zmianę pogody.Bo jak inaczej wytłumaczyć,ten ból głowy i niesamowite
        pragnienie?Wyleczyliśmy się w najbliższej aptece....znaczy chciałem powiedzieć
        ze w lokalu.Jedno piwko leczniczo jeszcze nikomu nie wyszło na złe?Mogłem
        wprawdzie poprosić o zgaszenie tego pożaru Ulę,która niejako zawodowo zajmuje
        sie pożarami,ale nie chciałem jej sprawiać kłopotu,chociaż ja wiem?Pewnie by
        pomogła,bo kobitka dysponuje niesamowitym poczuciem humoru...Cieszę się z
        możliwości poznania takie fajnej poskromicielki pożarów,chociaż przy smoku to
        się nie wykazała,musiał ją Dratewka wyręczyćbig_grinDKiedy przybyli nasi szanowni
        gospodarze zostały odczytane kwieciste podziękowania pracowicie ułożone przez
        Jarka.Ruszyliśmy w dalszą drogę,czyli osmatrywanie naszymi prywatnymi oczami
        cudów Krakowa...
        ..Zahaczyliśmy po drodze o parę kościołów,a także o najstarszą ulicę w
        mieście,czyli ulicę Kanoniczą(aha!Józek nie powie że nie odrobiłem lekcji)
        Udaliśmy się na Wawel,po drodze zostałem niemile uraczony potworną ilością
        fałszywej muzyki w wykonaniu gościa w takim śmiesznym kubraku z długimi piórami
        na berecie(strój krakowski jak się dowiedziałem)Facet fałszował na trąbce tak
        niesamowicie że każda żyłka we mnie protestowała.Na jednym z placyków przed
        kościołem Józek pokazał nam taką fajną fontannę,aż dziwne ze znajduje sie ona w
        takim dostojnym miejscu i że jeszcze tatko Rydzyk jakiejś krucjaty nie
        przeprowadził,gdyż przypomina ona kształtem..ee tego,noooo..yy...a domyślcie się
        sami.Dotarliśmy wreszcie na Wawel,tu miałem pecha,poniewaz bardzo chciałem go
        obejrzeć,niestety,musieliśmy z Jarkiem wracać na pociąg.Właściwie to musiałem
        wracać ja,Jarkowi chwała ze chciał mi towarzyszyć.Bardzo ciężko było się
        rozstać.Oj baaaaardzo ciężko.Czułem się jakbym zostawiał ludzi z którymi
        spotkałem sie nie w przeddzień,tylko całe lata temu.No coż,ale na
        szczęście,będzie jeszcze zapewne niejedna okazja do ujrzenia mojej gęby i
        waszych przemiłych paszczurków.Na dworzec dotarliśmy bez błądzenia właściwie.W
        pociągu wbiliśmy się do przedziału i....naprzód ,do Wrocławia.Towarzystwo w
        przedziale składało się z mamy z synem i córką...Oj mama był nieczego
        sobie...mmm.Jarek mi potem powiedział ze córka jeszcze lepsza,niestety
        siedziałem do niej bokiem(Darek puszcza oko)Natomiast naprzeciwko siedział facet
        który mnie denerwował.Czytał jakąś wielką cegłę o medycynie i ciągle zamykał
        okno..Jarek powiedział potem ze to był rozdział o zapaleniu płuc,czy to miało
        coś do rzeczy?Gapił się na mnie na różne sposoby,z pod
        oka,dyskretnie,bezczelnie,
        ukradkiem,znienacka.Już chciałem w lustrze popatrzeć
        czy czasem mi aureola nad głową nie wylazła,albo ja wiem ,nie jestem brudny.Co
        za natręt,moze go to był ten,no...khem!kochający inaczej?Na szczęście..jego albo
        moje,wysiadł w Gliwicach.Na korytarzy natomiast rozłożyło sie dwóch gości,jeden
        opowiadał (tak ze słyszał go cały wagon)o handlu samochodami.To że bredził i
        plótł androny to mało ważne,gorsze było to że cały czas używał przerywników
        kurw...i ch....W pewnym momencie chciałem go poprosić żeby mi
        • debest3 Finał:DD 22.07.08, 00:21
          W pewnym momencie chciałem go poprosić żeby mi łaskawie
          powiedział w jakim mówi języku,albo żeby przeszedł na niemiecki,wtedy będzie
          mniej razić.Niczego sobie paniusia wysiadła ze swoim drobiazgiem w Brzegu a
          kwiecisty młodzieniec przeszedł do dalszej części wagonu.Uff!jaka ulga,ale za
          wcześnie się cieszyłem,bo na wolne miejsca wsiadło bardzo hałaśliwe
          towarzycho,obrabiające tyłki komu się dało.Szefowi,kolegom,koleżankom,cioci
          Zosi,wujkowi Heńkowi,Antka kobity szwagra bratu itd.Całe szczęście do Wrocka był
          barani skok...Wysiadłem z Jarkiem,na dworcu PKS kupiłem bilet i......
          poszedłem z Jarkiem na piwo..pożegnalne...wypiliśmy,Jarek odprowadził mnie..i no
          cóż...tu się kończy moja opowieśćbig_grinD
          to tyle w skróciebig_grinD
          • sarah_black38 Re: Finał:DD 22.07.08, 09:10
            Hi hi od razu z rana poprwiłam sobie humor. A dzień będzie ciężki,
            bo idę z Agą do lekarza ,a potem mam dzwonić do chirurga okulisty,
            bo znowu gradówka na oku urosła wielkości fasoli.
            • endzi11 Re: Finał:DD 22.07.08, 12:20
              Super opowiadaniesmile)))))
              • edycia274 Re: Finał:DD 22.07.08, 22:27
                no no ale mamy talenta tutaj
                • gusia210 Re: Finał:DD 22.07.08, 22:41
                  debest,jestes moim numerem 1
                  ale masz talent

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka