Dodaj do ulubionych

Korespondencja z Australii

23.07.12, 14:29
Ostatnio ogladalem piekny program o wyprawie do Delty Okawango,w Botswanie.Dwoch gosci-kamerzysta i fotograf,Roger Horrocks,razem z Didier Noirot'em,bylym kamerzysta Jacques Cousteau-zdecydowalo sie zejsc pod wode w rozlewiskach Delty Okawango, i sfotografowac z bliska krokodyle w ich wodnym srodowisku.Rzeka Okawango,ktora czasami rozlewa sie w gigantyczne rozlewiska-o obszarze ponad 50 tys km2,a normalnie kolo 15 tys km2 - jest jedyna rzeka na swiecie plynaca na suchutenka pustynie-w tym przypadku, Kalahari-a nie zawilymi sciezkami prosciutenko do morza.Podczas pory mokrej w srodkowo/poludniowej Afryce,gigantyczne ilosci wody,z opadow monsunowych,plyna sobie powolutenku-ze wzgledu na maly spadek terenu-przez kilka miesiecy nawadniajac cos to tu to tam,aby po ponad tysieczno/kilometrowej podrozy rozlac sie-czasami- na olbrzymiej czesci terenu Botswany,terenu o powierzchni calej Holandii,lacznie z belgijska czescia Walonii .Po kilku miesiacach-od czasu poczatkowego, deszczykowego opadu-srodkowosc afrykanska jest juz przyzwoicie sucha,ale w Botswanie woda ma przyjemnosc w rozlewaniu sie i nasaczaniu tego,co ogolnie przypomina roslinna gabkowosc.Na tych rozlewiskach rosna sobie gigantyczne pola papirusowe,a pod tymi poletkami zyje sobie roznorodnosc wodna,z krokodylkami wlacznie.Zejsc pod takie poletko papirusowe-z zamiarem podgladania krokodyla,pomimo czystosci wodnego rozlewiska-musi byc zrobione z latareczkami halogenowymi,w celu eleganckiego ujecia tych groznych gadow,jak rowniez w celach bezpieczenstwa.Obaj goscie sa doswiadczonymi kamerzystami,kamerujacymi w roznych,swiatowych srodowiskach wodno/jakichs-tam,ale po raz pierwszy zdecydowali sie ujac krokodyla w bezposrednim kontakcie; kamera za kamera czlowiek,a przed kamera krokodylek w bliskosci najblizszego,swiatowego rekordu.Te afrykanskie krokodyle sa porownywane do tych najwiekszych na swiecie, slono/wodnych-australijskich krokodyli-i niczym im,w dzikosci pozerania jedzeniowej ofiary,nie ustepuja. Obaj opowiadali ciekawie o swoich przygotowaniach od tej wyprawy,o swoim strachu bez tej mlodzienczej bufonady bezkontaktowego doswiadczenia,a takze o srodkach bezpieczenstwa.Zastanawiali sie nad materialami wybuchowymi-wybuchajacymi przy dotknieciu agresywnie atakujacego atakera-nozami i innymi szpikulcami,ale w rzeczywistosci nurkowali bez zadnych zabezpieczen twierdzac,ze schodzac pod wode w pokojowym celu,tworza inna energie,ktora nie wymaga noza czy bomby,zeby cos zobaczyc, i to cos sfotografowac.Jest zupelnie inna sprawa nurkowac w otwartym morzu,z dziennym swiatlem i mozliwoscia szybkiego wynurzenia sie w razie niebezpieczenstwa,a nurkowaniem z krokodylami pod papirusowymi polami w srodowisku nienaturalnego,czlowieczego przebywania.Zastanawialem sie z przyjacielem czy zszelibysmy pod wode w takich warunkach,i musze uczciwie przyznac,ze nawet by nam do glowy nie przyszlo,zeby nurkowac z krokodylami.Ich komentarze byly bardzo rozsadne i niezanudzajace widza wielowarstwowoscia niewidzianej jeszcze nowosci.Stwierdzili,ze wszyscy zyjemy w jakims strachu przed smiercia,czy chcemy sie do tego przyznac czy nie,ale niezbyt wiele osob zyje, przezywajac swoje zycie tak,jakby tego chcialy.Oni chcieli przezyc tych kilka tygodni swojego zycia,zyjac pelnia strachowo/przygodowej przezywalnosci.Sfotografowali troche tych krokodyli w ciekawych ujeciach bliskosci mniejszej niz metr,a pewnego dnia zdecydowali sie zejsc pod wode w nocy,kiedy krokodyl lubi zapolowac sobie na smakowita,nocna kolacje,zapolowac bardziej grupowo i impaktowo niz za dnia.Wialo dosyc wyraznie obawa nocnego spotkania z nimi,ale nie zrezygnowali i nie odplywali zbyt daleko od lodzi.Po kilku tygodniach filmowania,kiedy wody Okawango zaczely lekko podsychac,postanowili jednoglosnie poplynac grupowo w ostatki glebszej,czystej wody i zatrzymali sie w ciut wiekszym,rozlewiskowym korytarzu deltowego rozgalezienia.Tam-zapewne za duchowa zaplanowoscia krokodylowej duszy- spotkali przedziwnego krokodyla,ktory ani Ich nie unikal,ani sie Ich nie bal.Wygladalo na to,ze czekal na Nich z niepokojem nieznalezienia sie w ujeciach kadrowosci filmowej.Kiedy zeszli pod wode i zobaczyli dosyc pokaznych rozmiarow swietosc egipska,swietosc czekajaca na Nich i prowadzaca Ich prosciutenko w podpapirusowkowe legowisko,zdecydowali sie wziac druga kamere i -po chwilowym zastanowieni-podazyc szlakiem krokodylowej przewodnikowosci, filmujac go z kilku stron jednoczesnie.Ta dziwna swietosc egipska pozwala fotografowac sie w niespotykanym do tej pory nigdzie na swiecie, bezagresywnym ludzko/krokodylowym zblizeniu . Zaatakowani,nie mieliby zadnych szans na przezycie w tym podpapirusowym swiecie.Zreszta,podczas programowych wypowiedzi,Obaj twierdzili,ze jezeli Ich zycie ma sie zakonczyc-z jakichs niebianskich przyczyn- w krokodylowej paszczy,to chyba tak Obaj planowali zanim znalezli sie na tej przepieknej planecie.Przezyli,ale wygladalo to wszystko dosyc niesamowicie,jak rowniez zaskakujaco/interesujaco.Co jest najdziwniesze w tym calym dokumencie,ktory byl nominowany na najlepszy film dokumentalny w 2011,to to,ze Oni obaj byli filmowani przez trzeciego kamerzyste,o ktorym nie ma najmniejszej wzmianki w calym tym wspanialym filmie, a ktory,filmujac tych filmujacych, musial byc jakos w wiekszym stopniu narazony na atak krokodylowy niz ta pozostala grupa.Pewni nurkowie australijscy twierdza,ze pierwszym gosciem,ktory fotografowal krokodyle w ich naturalnym srodowisku byl Izraelczyk,Amos Nachoum. Z moich poszukiwan wynika,iz Amos z partnrem byli uzbrojeni w jakies dzido/szpikulce i troche walczli z krokodylem,a tamci nurkowali bez jakichkolwiek sprzetow obronnych.Moze wlasnie dlatego nie byli atakowani???

Buzia Zbyszek
P.S. Ladnych kilka lat temu pojechalismy z Erykiem i Goska do polnocnej Kwinslandii, do Zatoki Karpentarii-Gulf of Carpentaria. Polska poszukiwaczka przygod,Krysia Pawlowska,zastrzelila tam-w drugiej polowie XX wieku- najwiekszego krokodyla,jaki byl kiedykolwiek zastrzelony w calym tym naszym,wspolczesnym swiecie.Sama zatoka znana jest z niesamowitych pradow morskich,szczegolnie podczas przyplywo/odplywow,ktore moga osiagac-w niektorych rejonach-ponad 11 metrow wysokosci. Najwieksze polowania na krokodyle w latach 50/60-tych zeszlego stulecia,odbywaly sie w tamtych rejonach, a sama okolica Zatoki Karpentarii znana jest z duzych ,moczarowych rozlewisk rozciagajacych sie ladnie na 30 km w glab ladu, rozlewisk,ktore obfituja w roznorodnosc ptaszno/zwierzeca,z krokodylami slono/wodnymi wlacznie.Szarancza,kiedy tam dotarlismy, pozzerala w tamtych rejonach wszystkie korony palm kokosowych,pozostawiajac tylko popodgryzane kokosy,korony palm o takiej twardosci wlokna,ze nawet zelazno/zebny mialby trudnosci z przegryzieniem tego cholernego lyka.W miasteczku Karumba ( czyt. Karamba) zakempingowalismy sie na jedynym wolnym miejscu kempingowym,ze wzgledu na zorganizowane tam zawody rybno/lowne,zawody majace ujawnic najszczesliwszego wedkarza w zlowieniu najpiekniejszego okazu barramundi,przewspanialej smakowo miejscowej rybki. Majac ze soba lodeczke plaskodenkowke,zdecydowalismy sie uruchomic te blaszanke Eryka,i tez cos zlowic na te Jego dziwna,7-mio czlonowa,rosyjska wedke.Silnik troche nie dopisywal,co wprawialo Eryka-mechanika w podly nastroj,ale pozniej ten silniczek jakos sie rozgrzal,i pomknelismy w tej naszej blaszance na otwarta zatoke po swieza barramund'ke,wsrod tych wyczynowo/szybkich,zawodowych polawiaczy.Patrzono sie na nas z zaciekawieniem-gdyz bylismy jedynym "blaszankowcem' w okolicy-wiec zeby nie byc juz obiektem miejscowej obserwacji,zdecydowalismy sie na nierozstawienie naszego ostatniego nabytku rurkowo/plociennego/zadaszenia,majacego chronic nas od cholernie goracego,tropikalnego slonca.Chyba brak tego zadaszenia plocienneg spowodowal nasza czasowa slepote w slonecznej,bezdaszkowej operacji.Po zarzuceniu -w zatokowy Otmet- pokaznej kotwicy,oddalismy sie temu dziwnemu rybkowaniu-na bezrobaczkowe haczyki-nie lowiac nawet przyslowi
Obserwuj wątek
    • mister1 Re: Korespondencja z Australii 23.07.12, 14:32

      P.S. Ladnych kilka lat temu pojechalismy z Erykiem i Goska do polnocnej Kwinslandii, do Zatoki Karpentarii-Gulf of Carpentaria. Polska poszukiwaczka przygod,Krysia Pawlowska,zastrzelila tam-w drugiej polowie XX wieku- najwiekszego krokodyla,jaki byl kiedykolwiek zastrzelony w calym tym naszym,wspolczesnym swiecie.Sama zatoka znana jest z niesamowitych pradow morskich,szczegolnie podczas przyplywo/odplywow,ktore moga osiagac-w niektorych rejonach-ponad 11 metrow wysokosci. Najwieksze polowania na krokodyle w latach 50/60-tych zeszlego stulecia,odbywaly sie w tamtych rejonach, a sama okolica Zatoki Karpentarii znana jest z duzych ,moczarowych rozlewisk rozciagajacych sie ladnie na 30 km w glab ladu, rozlewisk,ktore obfituja w roznorodnosc ptaszno/zwierzeca,z krokodylami slono/wodnymi wlacznie.Szarancza,kiedy tam dotarlismy, pozzerala w tamtych rejonach wszystkie korony palm kokosowych,pozostawiajac tylko popodgryzane kokosy,korony palm o takiej twardosci wlokna,ze nawet zelazno/zebny mialby trudnosci z przegryzieniem tego cholernego lyka.W miasteczku Karumba ( czyt. Karamba) zakempingowalismy sie na jedynym wolnym miejscu kempingowym,ze wzgledu na zorganizowane tam zawody rybno/lowne,zawody majace ujawnic najszczesliwszego wedkarza w zlowieniu najpiekniejszego okazu barramundi,przewspanialej smakowo miejscowej rybki. Majac ze soba lodeczke plaskodenkowke,zdecydowalismy sie uruchomic te blaszanke Eryka,i tez cos zlowic na te Jego dziwna,7-mio czlonowa,rosyjska wedke.Silnik troche nie dopisywal,co wprawialo Eryka-mechanika w podly nastroj,ale pozniej ten silniczek jakos sie rozgrzal,i pomknelismy w tej naszej blaszance na otwarta zatoke po swieza barramund'ke,wsrod tych wyczynowo/szybkich,zawodowych polawiaczy.Patrzono sie na nas z zaciekawieniem-gdyz bylismy jedynym "blaszankowcem' w okolicy-wiec zeby nie byc juz obiektem miejscowej obserwacji,zdecydowalismy sie na nierozstawienie naszego ostatniego nabytku rurkowo/plociennego/zadaszenia,majacego chronic nas od cholernie goracego,tropikalnego slonca.Chyba brak tego zadaszenia plocienneg spowodowal nasza czasowa slepote w slonecznej,bezdaszkowej operacji.Po zarzuceniu -w zatokowy Otmet- pokaznej kotwicy,oddalismy sie temu dziwnemu rybkowaniu-na bezrobaczkowe haczyki-nie lowiac nawet przyslowiowego kielbika.Mala ilosc posiadanych robaczkow wyrzucilismy naiwnie do wody,jako przynete.Ocierajac sie o lokalne olbrzymy wodne,ale nie majac najmniejszego szczescia zlowienia czegokolwiek w tej okolicy obfitujacej we wszystkie rodzaje rybnego zycia,obaj zgodnie stwierdzilismy,iz musimy zmienic miejsce wedkowego zarzucania.Wyruszylismy bardzo eleganco z 7-mio czlonowa,niezlozona jeszcze wedka, do lagodniejszej zatoki z bezproblemowym-tym razem-motorkiem,ktory nie przypominal- nawet w najmniejszym stopniu- najmniejszego Mercurego,ale w tym tropikalnym upale zapomnielismy wyciagnac tej cholernej kotwicy,po zakonczeniu naszych bezrybkowych polowow.Kiedy wygladalo na to,ze ruszylismy w strone lagodniejszych wod kempingowego przebywania,stwierdzilismy ze zdziwieniem,ze plyniemy jakos w koleczku widzac co chwiele te sama panorame.Od czasu do czasu przeplywaly kolo nas te slinikowce-o odrzucie nowoczesnego Miga-tworzac iscie oceanowe,surfingowe fale,i ofiarowujac nam jakas pomoc,widzac miernosc tej naszej blaszankowej lodeczki. Odrzucalismy wszelka pomoc bedac samowystarczalnymi wedko/lowcami,tym bardziej,ze ta 7-mio czlonowa,rosyjska wedka,przechodzila pierwszy chrzest lowczy, i to w okolicy niesamowicie bogatej w rybo/gatunkowosci.Za zadne skarby nie moglibysmy sie tak latwo poddac. Krecilismy sie tak na tej zarzuconej kotwicy przez dobrych kilka minut,a kiedy zakrecilo nam sie w glowach-moze troche przesadzilem-to wyciagnelismy ten zakrzywiony metal,i zwalczajac tamtejszy, niesamowity prad morski,poczlapalismy lekko/motorkowo w kierunku lagodniejszej zatokowosci kempingowego zakwaterowania.Gdybysmy sie tam niechcacy wywrocili,gdyz miotalo nami na tych wodach niesamowicie,to chyba nikt nie bylby w stanie uratowac nas od krokodylkowego apetytu ,pomimo,ze te krokodyle nie pakuja sie pewnie tak chetnie w taka szybko/odplywowa pradowosc,ale jednak ta cala szybkosc wodna ulega pozniej jakiemus uspokojeniu,a one przeciez sa zawsze glodno/patrolujacymi, slono/wodnymi zwierzatkami,nieprawdaz???.Pozniej ten wspanialy,erykowski motorek o ciagu jednego,duzego konia pociagowego,zgasl nam na amen,i do naszej startowej zatoczki dotarlismy uzywajac krotkich wioselek,ktorych Eryk-na szczescie-nie zapomnial wziac z Cairns.Silnik,pomimo usilnych staran mechanicznego talentu erykowskiego-podczas naszej calej,dalszej podrozy-juz nie zadzialal.Mielismy szczescie,ze dociagnelismy na spokojniejsze wody,gdyz z tymi wioselkami nie bylibysmy w stanie sprostac tej pierwszej,zatokowo/pradowej szybkosci.
      • mister1 Re: Korespondencja z Australii 03.10.12, 10:45
        Wyspy Kokosowe-na Oceanie Indyjskim- znajduja sie jakies 3000km na polnocny/zachod od Perth-Australia Zachodnia-i zostaly przekazane rzadowi australiskiemu w 1955 roku.Same wyspy skladaja sie z dwoch atoli: jeden z nich z 24 wysepek ,ale tylko dwie z nich sa zamieszkale,a drugi atolik sklada sie z jednej wysepki przypominajaca litere C, i to "C" ma status Parku Narodowego.Na tej ce/ksztaltowej wysepce zamieszkuje sobie endemiczny ptaszek o ladnej nazwie "Ayam Hutan"- " Lesna kurka" ,ptaszek o powierzchniowym sposobie zamieszkiwania, ktory jest pod ochrona,a ktorego pragna wykonczyc nie/endemiczne,ale niesamowicie wojownicze "zolte,szalone mrowki".Dwie zamieszkale wysepki ,to Wyspa Zachodnia i Wyspa Domowa,z ktorej pierwsza posiada mieszkancow pochodzenia europejskiego,a druga mieszkancow pochodzenia malajskiego ,i ci Malajczycy,z jakichs sobie wiadomych powodow,uznali islam za swoja religie,ktorej oddaja sie z poboznoscia koranskiego przykazania,opatulaja-oczywiscie-malajskie kobiety w roznego rodzaju nakrycia glowy i ciala.Wyspy posiadaja fantastycznie tropikalny klimat-o przecietnych temeraturkach rocznych 26/27 stopni-i te malajskie kobietki,ktore kiedys nosily piekne kwiaty wplecione we wlosy,sa obecnie omaterialowane.Same wyspy zostaly przekazane w posiadanie szkockiej rodzinie Clunie-Ross pod koniec XIX wieku przez krolewne Wiktorie, i byly w rodzinnym posiadaniu Clunie'ch do 1978 roku.Na poczatku XIX wieku podrozny Szkot, John Clunie-Ross, dotarl tam swoim handlarskim stateczkiem i uznal,iz po powrocie do Anglii zabierze cala swoja rodzine z tej mokro/zimnej krainy, i przeniesie sie na stale w ten Raj na Oceanie Indyjskim.Nie wiedzial jednak o tym,ze niejaki gosc o nazwiski Zajac/Hare,mial rowniez podobne plany i dotarl tam pierwszy ze swoim haremem 40 Malajek, spedzajac w tym Raju jakies dwa lata w bezkonkurencyjnowosciowym haremowaniu.W koncowym efekcie Hare nie sprostal jednak wymogom hare'mowskiego zaspokajacza,i Malajki wypisaly sie z hare'mu ,kiedy John Clunie-Ross dotarl tam swoim stateczkiem z jakas wielo/osobowa, meska zaloga.Tarcia pomiedzy rodzina Clunie'ch- i swoboda malajskich kobiet -zalamaly kompletnie Hare'go,ktory opuscil Wyspy Kokosowe zostawiajac je w calkowitym posiadaniu John'a.Jedna z pierwszych morskich potyczek-podczas Pierwszej Wojny Swiatowej-odbyla sie kolo Wysp Kokosowych pomiedzy niemieckim krazownikiem SMS Emden i australijskim-ale ciut mniejszym-krazownikiem HMAS Sydney,ktory przeplywal sobie kolo Wysp Kokosowych zupelnie przypadkowo.Wygrali Australijczycy raniac kilkudziesieciu,zabijajac kilkudziesieciu i przyjmujac w niewole ponad setke niemieckich pojmancow,ktorych pozniej przetransportowano na Malte.Podczas II Wojny Swiatowej Japonczycy,po zajeciu Singapuru,zrzucili jedna,a moze ze dwie bomby na ktoras z wysepek,ale pozniej odechcialo im sie tego zrzucania, i zostawili Kokosowcow w spokoju.W 1955 roku na Wyspy-przekazane im przez Brytyjczykow- dotarly wladze australijskie. Australia do tamtego czasu uprawiala handel wymienny z tymi Wyspami,zostawiajac przy "rzadowosci"-po przejeciu administracyjnym- "doswiadczona" rodzine Clunie'ch, ale w 1978 roku Rzad w Kanberze,"zmeczony" niedemokratycznym zachowaniem Clunie'go,jak rowniez i feudalnym wyzyskiem miejscowej ludnosci ,zmusil rodzine Clunie'ch do sprzedania tych Wysepek za sume 6,250,000 dolarow, bez mozliwosci zakupu-przez rodzine Clunie'ch-jakichkolwiek nieruchomosci na tych terenach. John Clunie byl podobno administratorem bardzo aroganckiego zachowania,a na dodatek mennicowal plastykowe pieniazki uzalezniajac calkowicie od siebie- tym niewymienialnym,plastykowym krazkiem- pracujacych dla niego,na plantacjach kokosowych, nie/endemicznych wyspiarzy.Po sprzedazy archipelagu na Wyspie Zachodniej pozostal tylko syn John'a Clunie'go,ktory obecnie zajmuje sie hodowla gigantcznych malzakow-giant clams-jak rowniez noworocznym zapalanie przenajdziwniejszych swiatelek wzdluz lini brzegowej,i innego rodzaju charytatywnymi czynnosciami.Wyspa Zachodnia slynie z picia duzych ilosci piwa,przez bialo/europejskich zamieszkiwaczy,a Wyspa Domowa oddaje sie religijnemu wyznaniu bedac w 70% na utrzymaniu Rzadu Australijskiego.Kiedys,kiedy dostawczy statek spoznil sie tam z dostawa piwa o kilka tygodni,a zapasy z poprzedniej dostawy zostaly kompletnie wykonczone,zabrano sie dzielnie za wino,a kiedy i to sie skonczylo,wypito wszystko,co mozna bylo przetworzyc na alkohol.W 2008 roku corka John'a Clunie'go,Nicola,powedrowala do mamra za uwiezienie swojego bylego narzeczonego,ktorego zaatakowala- w celu gwaltu sodomistycznego-roznego rodzaju seksualnymi dildosami.Skazana twierdzila,iz do takiego sodomistycznego aktu zostala namowiona przez innego ex-narzeczonego,ale sad nie wzial tego pod uwage.Wysepki-po zapuszkowaniu Nikoli- byly bardzo poruszone tego rodzaju ekstremalnym zachowaniem bylej wspolwlascicielki "kokosowego raju",ale w tej sielankowosci krajobrazowo/pogodowej, uzywanie dildosow w celach damskiego gwaltu,jakos szybko poszlo w niepamiec.Poniewaz wszystko na tych wyspach jest uzaleznione od australijskich dostaw i malego, ale jakos w miare dochodowego ruchu turystycznego,wiec te wysepki odwiedzaja rowniez i Japonczycy. Do tej pory nie wiadomo dokladnie,kto zaprosil japonskich przedstawicieli erotycznych widowisk rozrywkowych,Fuzoku, ale zjechala sie tam niezbyt liczebna,ale wspaniale, erotycznie doswiadczona elita Fuzoku,lacznie z przedstawicielami Shibari, japonskiej sztuki sodomasochistycznego wiazania szunerem,sztuki polaczonej z podwieszaniem wiazanych w dziwno/pozowosci.Sam akt wiazania szurem/ami wywodzi sie z XV/XVIII wiecznej tradycji samurajskiego wiazania wiezniow,wiazania majacego za cel pokazanie sprawnosci samurajskiego oszurowywania pojmanych,jak rowniez i pieknosci wezelkowatosci sznurowej.Wiesc glosi ,ze bardziej krnabrnych wiezniow wiazano troszeczke mocniej w plecionkach podwojnosci sznurowej,a nawet wrzucano ich tak zwiazanych-na dluzej- do specjalnych ziemianek,ale wtedy to wszystko jakos ograniczalo sie do wiazania uwiezionych .Teraz jest to sztuka podnoszenia erotycznych-i cielesnych-wlasciwosci wiazanych, wiec shibari'owcy probuja rowniez swoich zdolnosci osznurowywania na roznego rodzaju zwierzetach,a podobno raz zwiazano nawet dosyc pieknie duzego weza,ale ten waz-w jakis sobie wiadomy sposob-zeszczuplal po takim zwiazaniu i, po wymknieciu sie z tej artystcznej wiazalnosci, pogryzl bolesnie ukradkiem tego sznurowo/supelkowego artyste.Obecnie zaniechano uprawiania tej sztuki wiazania na wezach,ze wzgledu na zmiane ksztaltowosci tych serpentowcow. Kiedy turystyczna ekipa japonskich fuzoku/ shibari'owcow wyladowala w tej kokosowej pieknosci,wiesc o tym dotarla rowniez i do malajskiej,islamskiej spolecznosci na Wyspie Domowej.Populacja calego archipelagu atolowego waha sie w granicach 620 mieszkancow,z czego liczba 500 odnosi sie do czesci muzulmanskiej,a reszta do czesci europejskiej.Poniewaz na tych wysepkach nic sie specjalnie nie dzieje,wiec muzulmanska czesc meska,ukradkiem, tez chciala zobaczyc,jak np dwie Japonki masuja meskie cialo piersiami w pieknie poslizgowej,przezroczystej zelatynie z jadalnego wodorostu morskiego,ale kiedy czesc zenska zbuntowala sie przeciwko takiej ukradkowosci, i zagrozila zerwaniem wlosowego omaterialowania,wyrazajac rowniez ochote na shibari'owskie oszurowanie,draka na wysepkach zrobila na podobienstwo ostatnich zamieszek, po wyswietleniu filmu znieslawiajacego proroka.Czesc z kobiet Malajskich zrezygnowala z religijnosci sunickiej,bedacej przeciwko pokazom sztuki seksualnej,a inna czesc zagrozila przeniesieniem sie do czesci europejskie,czesci o wiekszej tolerancyjnosci artystyczno/ pokazywalnej odbieralnosci.Podobno jacys przedstawiciele suniccy suna juz w strone tych wysepek z zamiarem unaocznienia kobietom bezsensownosci takich pokazow,ale w dziewiczosci rajskiej nie zawsze jest jakos latwo cos unaocznic.Prostytucja w Japonii- od jakichs 50 lat- jest zakazana prawem,wiec obchodzi sie to prawo w pr
        • mister1 Re: Korespondencja z Australii 03.10.12, 10:49
          Prostytucja w Japonii- od jakichs 50 lat- jest zakazana prawem,wiec obchodzi sie to prawo w przenajroznieszy sposob,otwierajac np tzw"krainy mydelkowania" lub" mydelkowe krainy" ,gdzie w mydlinkowej piankowosci ginie wszelki ruch seksualnych aktow,a masowac mydelkiem mozna przeciez wszystko.Dziwolagowatosc calej tej prawnej instytucji bez/seksowosci jest tak niesamowicie kolorowo/fantastycznie/wymyslna,ze bog jeden raczy wiedziec,czego tam wlasciwie-w tej Japonii-nie ma.Nic dziwnego,ze ktos z "kokosowcow" chcial zobaczyc cos,co mogloby poruszyc zasiedzialosc rajska,jak rowniez nie ma sie co dziwic Japonczykom,iz chcieli zobaczyc cos innego,cos co jest kompletnie rozne od tego urbanistycznego, japonsko/ludzkiego zageszczenia.Sam nie tak dawno kombinowalem czy moglbym przeniesc sie prawnie do tego Raju,gdyz jako obywatel australijski mam takie same prawa,jak tamci wyspiarze,ale przebakuje sie sporo o "przeniesieniu" wszystkich mieszkancow na staly lad australijski,cos na podobienstwo a'la Diego Garcia,ze wzgledu na mozliwosci zbudowania tam amerykanskiej bazy wojskowej.Zobaczymy,co z tego wszystkiego wyjdzie???
    • mister1 Re: Korespondencja z Australii 01.12.12, 14:26
      W ostatnim mieszkalnym bloku w mojej pracy- jest ich w sumie szesc-bloku przy ulicy Krolewskiej,mieszka sobie w jednopokojowce z kuchenka rezydent John.John, odkad pamieta, zawsze pil, i to-jak sam twierdzi- wprawia i wprawialo Go w dobry humor, i bylo Jego rozrywka w podrozach lotniczych. Mieszkanko Johna ma maly prostakatny balkonik,a poniewaz Jego mieszkanko jest na koncu budynku, wiec John jest ostatnim mieszkancem w szeregu czterech parterowo ulokowanych mieszkanek.Za balkonikiem Johna znajduje sie mala,a'la publiczna toaleta,ktora jest polaczona z pomieszczeniem z elektrycznymi mierniczkami mierzacymi rezydencka elektrycznosc.Wzdluz sciany toaletkowej jest maly ogrodek,ktory John skrzetnie podlewa,nawet wtedy,kiedy mamy duze opady deszczu. Lubi mocny strumien wody z weza.Na balkonie John'a znajduje sie ciezka-cementowo odlana-sporych rozmiarow echidna z mordka i kolcami pomalowanymi przez Niego na brazowo,i duza,betonowa donica, ktora John przyciagnal skads w stanie silnosci poalkoholowej. W tej donicy John posadzil sobie dosyc dorodnego sakulenta,i w te donice John czasami pluje,kiedy oczywiscie nikt tego nie widzi,ale nie zawsze udaje Mu sie to osiagnac,poniewaz jakies 15 metrow od ostatniego bloku jest blok przedostani,w ktorym czworka oknowo sasiadujacych rezydentow, podglada Johna w sasiedzkiej ukradkowosci. Ojciec John'a zmarl w poczatkowych latach 90-tych ostatniego stulecia,zmarl w wieku 99 lat czytajac ksiazke,i to w momencie, kiedy John byl w Nowym Jorku. Ta wiadomosc o ojcowskim odejsciu wprawila Go w niesamowite zmartwienie polaczone z kilkudniowym baro/knajpowaniem.Ocknal sie podobno w miejscowej izbie wytrzezwien,skad pewnego ranka przewieziono Go do miejscowego sadu ,ktory staral sie osadzic Go za publiczne ekscesy w zalobnej rozpaczy.John twierdzi,iz sama rozprawa trwala ponad 10 godzin ze wzgledu na niesamowita ilosc miejsc,ktorych On nie pamietal,a w ktorych-podobno- wodeczkowal w rozpaczy,i Jego prawnik-John twierdzi,ze jeden z najlepszych w Nowym Jorku-wyglasza takie mowy w obronie John'a,ze nie tylko prawnik wygral wszystkie,John'owskie zarzuty,ale gdyby rozprawa potrwala ze 2 godziny dluzej,to John sam zostalby prawnikiem,ze wzgledu na niesamowite zawilosci prawnicze,jakie zostaly Mu udostepnione-i zapamietane przez Niego- w tej 10-cio godzinnej rozprawie.Od tamtego momentu John zdecydowal sie pojsc w slady ojca,i kiedy przyjdzie Jego czas odejscia z tego swiata, To On odejdzie z tej pieknej krainy z jakakolowiek ksiazeczka w reku,z wyjatkiem Bibli. Ostatnio mielismy troszeczke zamieszania w pracy ze wzgledu na budowe wind jednopietrowych-takie udogodnienie dla tych pierwszo/pietrowcow,gdyz innych pieter nie mamy- i ogrodek John'a zostal leciutenko naruszony nowokonstrukcyjnoscia chodnikowa i odpadkami murarskimi z pierwszo/pietrowej, rampy windowej.Pomoglem John'owi zorganizowac zeszpecony ogrodek,w ktorym John posadzil sobie mala winorosl jasminowa.Jasmin-posiadajac dosyc mocny zapach-jest objety prawem niezasadzalnosci w osrodkach dla rencistow,ale John ominal to prawo, i Jego jasmin-wsparty Jego, john'owska opieka- wspinal sie pieknie po okiennicy toaletkowej radujac John'a bialo/kwiecistowoscia jasminowego objawienia.Kiedy jakies 3 tygodnie temu winorosl zaczela kwitnac,John- na swoim balkoniku-zorganizowal sobie krzeselkowa czytelnie,i czytal godzinami jakies ksiazki,chlonac wspaniala, jasminowa won-w przychylno/przyjacielskim wiaterkowaniu-siadajac zwrocony plecami w strone tej zakazanej prawem roslinki. Od czasu do czasu przychodzila do John'a w odwiedziny sasiadka mieszkajaca 2 mieszkanaka dalej,i ta sasiadka doniosla na Niego,iz posiada nielegalna roslinke,na ktora Ona jest uczulona.Poproszono mnie,zebym porozmawial z John'em o usunieciu tej roslinki nie podajac powodu i nazwiska donosicielki.Porozmawialem,ale John twierdzi ,ze jasmin posiada przepiekna wonnoscia zapachowa i nie moze nikomu robic krzywdy,poniewaz w tym konciku Jego mieszkaniowosci, z tej miejscowej toaletki korzystam tylko ja i czasami jacys fachowcy, wiec komu ta piekna winorosl moze tak naprawde przeszkadzac???Dalem sobie spokoj z tymi rozmowami ,poniewaz lubie i jasmin i John'a- a ten Jego jasmin jest i piekny i pachnie pieknie jasminem polskich lat 50-tych-wiec kiedy po 2 dniach poproszono mnie o ponowna rozmowe z John'em, zapytalem sie komu ten jasmin tak strasznie przeszkadza,gdyz cala ta roslina rosnie zupelnie z boku, i sama w sobie jest niezbyt duza roslinka, wiec w sumie nie powinno byc jakiegos zdrowotnego zagrozenia.Powiedziano mi wtedy o sasiedzkiej przysludze.W miedzyczasie John stwierdzil ,iz jasmin bedzie mozna usunac tylko po Jego trupie, i nastepnego dnia-myslac pewnie, iz ktos bedzie ten jasminek z Jego ogrodka usuwal-przywiazal sie jakims sznurkiem szpagatowym do swojej winorosli.Opasal sie bardzo sprawnie szpagatowka w pasie,przelozyl ja przez winorosl ,a reszte szpuleczkowego szureczka schowal do kieszeni i trzymal to wszystko w jakiejs pajeczej napietosci.Mial tej szpagatowki tyle,ze mogl isc i do miejscowej toaletki ,a nawet i do swojej kuchenki.Wygladal na dwuniteczkowego pajaczka,czyhajacego na wykopywaczy.Nikt sie nie zjawil,gdyz po stwierdzeniu z Lyn prawie codziennych,dlugo/czasowych wizyt sasiedzkiej donosicielki -wizyt na john'owym balkoniku ulokowanym w poblizu tego ogrodkowego jasminowania-dalismy sobie spokoj z szefowa w straszeni John'a jakas jasminkowa wyrywalnoscia.Jak mozna w ogole skarzyc sie na zapachy roslinkowe, i z premedytacja przebywac w ich bliskosci??? Sasiadka John'a miala szczescie,ze donieslismy na Nia,gdyz John-majac 93 lata- dalej ma sile na podobienstwo tura.
    • mister1 Re: Korespondencja z Australii 04.06.13, 14:50
      Po wyladowaniu w Cairns- i domowej wymianie prezentow- stwierdzilem,ze dostajac nowy-lekko uzywany-telefonik komorkowy,przerzuce sobie wszystkie dane ze starego do nowego,i w ten sposob w kwinslandskiej podrozy bedziemy z Erykiem w jakims kontakcie z kobietami w Cairns.Przerzucilem wszystko bezsprawdzeniowo,ale dopiero w podrozy okazalo sie,ze podczas pierwszej proby telefonicznego kontaktu z Cairns, mam tylko jeden numerek kontaktowy przyjaciolki z Sydney,a cala reszta numerow zostal w starym telefonie,ktorego ze soba nie zabralem,bo i po co??? Vodafone- w niewysokich gorkach kwinslandskiego stanu-nie dziala,wiec do Sydney tez nie moglismy sie dodzwonic, i takim to sposobem zostalismy pozbawieni wiadomosci z Cairns.Oczywiscie Eryk podejrzewal Goske o winkowanie,gdyz jakis kontakt-tak twierdzily kobiety po naszym powrocie- powinien byc,a jak go nie bylo przez tak dlugi okres czasu,to jedyne,co mogly robic -w tej cybernetycznej dobie bezprzewodowej telekomunikacji-to oddawac sie smakoszowaniu czerwonosci winnej i spekulacji nad domniemana przyczyna komunikacyjnej ciszy.Nie moglismy cofnac sie do Cairns po stara komorke, wiec poruszalismy sie grzecznie w roznorodnosci australijskiego krajobrazu,czekajac na lepszy zasieg telefoniczny,ktory osiagnelismy dopiero w drodze powrotnej,jakies 80 km od Cairns.Opcja wyslania do nas sms'ika-w tym winnym stanie dziennego przezywania- nie byla w ogole brana pod uwage. Jedziemy wiec-w tym tropikalnym gaszczu- bez/zmartwieniowo,a dwoch Wegrow-Mark i Jo-jada z przodu i jezeli nie potrzeba nasze wspolnej interwencji ,to Jo-ten zdjeciowy bezkoszulkowiec-odrzuca wszystko z mlodzienczym zapalem. Jo-przez cala droge- jechal tylko w spodenkowym odzieniu,i byl tak strasznie pogryziony przez jakies komaro/muszki,iz wyjalem swoja sprejowa buteleczke specjalnej wody- "Dr Willard's Water"- i posprejowalem Go calutenkiego,gdyz mlodzieniec drapal sie na podobienstwo zapchlonego psa.Willard-bedac chemikiem- eksperymentowal w swoim zyciu z roznymi wodami,ale kiedy poparzyl sobie reke jakims spawalniczym drutem,to nie majac nic innego -w tamtym czasie- pod reka, wlozyl te oparzona reke w roztwor-nad ktorym wtedy pracowal- i po chwili caly bol zostal zlagodzony,a skora zagoila sie pieknie w jakims unikalnym czasie.Opatentowal te swoja wode natychmiast, i teraz Jo mogl doswiadczyc podobnego przezycia ze swoimi pogryzieniami. Po 10 min wszelkie skorne swedzenia i podraznienia ustaly,a Jo mogl spokojniej zajac sie podjadaniem swoich czipsow z szeleszczacej torby,a z auta-z wdziecznosci za skorna ulge- wyskakiwal zawsze pierwszy i odwalal wszelki zatory na podobienstwo malego spychacza..Pierwsze i drugie powazniejsze ciecie spalinowka, Eryk robil jeszcze w "krokodylkach",ale do ostatniego-duzego drzewa- zalozyl juz skorzane buty,gdyz warunki bezpieczenstwa- nawet,jak reszt ekipy jest w sandalo/japonkach - musialy byc,nawet w tropikach, zachowane.Niektore tarasujace drzewa staralismy sie we czterech przesunac na tyle,zeby tylko auto moglo przejechac prze te "szczeline",ale poniewaz w tych tropikalnych lasach nic nie jest wyschniete,wiec nawet te male drzewa byly tak nasaczone wieczna opadowoscia wodna,iz czesto cala grupa mielismy sporo problemu z ich przesunieciem.Im bardziej jechalismy w ten tropikalny las, tym wiecej bylo roznorodnych zatarasowaniach,a i nieuzywana droga stawala sie coraz wezsza.Huragan Yasi-podczas swojej demolujacej wedrowki w Srodkowej Kwinslandii-dotarl i w te okolice tropikalnego zalesienia, wywracajac to wszystko,co dalo sie w tym gaszczu wywrocic na droge,a poniewaz nie jestesmy pierwszymi goscmi,ktorzy staraja sie przebrnac przez te zatarasowania,wiec od czasu do czasu widzielismy czyjs wysilek w odciaganiu tych przenajdziwniejszych,drzewnych przeszkod.Czasami udawalo mi sie zrobic zdjecie glazow, wyciskajacych lzy ze swojej twardosci, a ukazanych w ladnym- dla oka -potoczkowymi placzu.Dystans 48 km pokonujemy w jakies 4.5 godziny,ale nie dlatego,zebysmy nie chcieli jechac szybciej,ale raczej dlatego,ze tych galazek,duzych patyczkow i porozrzucanych drzewk jest taka ilosc,iz nie jestesmy w stanie jechac szybciej.Mamy jakies 10 km do wyjazdu z tego lasu,kiedy napotykamy to gigantyczne-zwalone w poprzek drogi- drzewo,do ktorego Eryk zdecydowal sie podejsc,jak zawodowy,spalinowo/pilowy drwal.Pilowal to zwalenisko -o ponad pol metrowej grubosci -przez jakies 15 minut,a kiedy przedarl sie z pila przez cala grubosc,krzyk radosci podniosl sie taki,jakbysmy wyciagneli kogos spod tego drzewa .We czterech-zerdziami-odwalilismy ten odciety drzewo/stan, i ruszylismy -tak nam sie wszystkim zdawalo-w ostatni etap naszej podrozy do Kennedy. Czego jednak nie wzielismy pod uwage,to tego,ze Yasi w tamtych okolicach-oprocz niesamowitego spustoszenia w drzewostanie-zdeszczowal te okolice tak iloscia wody,iz ten ostatni,betonowy most- przed dojazdem do Kennedy-zostal zdemolowany,polamany i zepchniety do rzecznego wawozu, z lawinowa sila rzecznego pedu, pedu turlajacego duze glazy,a spotegowanego ta gorska spadzistoscia.Motorem i rowerem mozna bylo jakos przejsc przez ten zerwany most,ale auta byly zdane na nieprzejezdnosc.Miejscowe wladze zablokowaly droge do Kennedy gigantycznym blokiem betonowym,i nasze marzenia o przedarciu sie do glownej drogi rozwialy sie przy tym betonowym gigancie.Widzielismy,ze jacys podrozni-podrozujacy od glownej drogi do Blenco Falls-probowali uzywac wyciagarek,zeby przesunac te betonowa tarasowalnosc,ale nawet te mocne -stalowe liny- nie byly w stanie sprostac wadze tego betonu.Wracamy do Blenco Falls,gdyz nie mamy innego wyjscia.Wegrzy nocuja w blenco'wskim kempingu,a my-po wymianie adresow-poruszamy sie dalej,przekraczajac- lagodna juz-Herbert River.

      Buzia Zbyszek
    • mister1 Re: Korespondencja z Australii 11.06.13, 15:13
      Po latwym przekroczeniu Herber River, i jakichs 50 km jazdy,robimy sobie krociutenka przerwe na kawke i wysylamy sms'ka do mojej przyjaciolki w Sydney,proszac Ja o telefoniczny kontak z Goska -lub tekstowa wiadomosc-ze zdecydowalismy sie dotrzec do domu w okolicach godzinnej polnocnosci.Wracamy przez Mt Garnet,czyli o jakies 200 km wiecej,niz gdybysmy przejechali w skrocie przez Kennedy,ale nie mamy innego wyjscia. Miejscowosc,ktora chcielismy odwiedzic- robiac ten zablokowany skrot-musimy odlozyc na inna okazje.Nasza wiadomosc dociera do Sydney dopiero nastepnego dnia rano,wiec dziewczyny w Cairns- nie wiedza nic o naszych powrotnych planach -oddaja sie czerwono/winnej rozpuscie,klnac i ublizajac nowoczesnej telekomunikacji, i nam tez.Gdyby ta komunikacja -w tych falujacych gorkach- byla jednak jakos osiagalna,to i tak te flaszeczki winkowe osiagnelby poziom dennej widocznosci.Dobre czy zle wiadomosci- w Cairns- nie maja specjalnego znaczenia na kobieca wstrzemiezliwosc jakiejkolwiek,winnej procentowosci.Dziewczyny kieliszkuja truneczki bez wzgledu na ilosc i jakosc drogowej informacji. Jakies 80 km od Cairns probujemy jeszcze raz skontaktowac sie z Goska, i zupelnie niespodziewanie dostajemy polaczenie.Obie strony sa lekko zaskoczone taka sprawna,telekomunikacyjna operacyjnoscia,wiec informujemy Ja szybciutenko o naszych planach nocnego powrotu, i mkniemy do Cairns w potokach deszczu,ktorego prawie nie doswiadczylismy w tych lekko/wyzynnych terenach Srodkowej Kwinslandii. Przed domowa brama jestesmy troszeczke po 23-ciej ,a z domu-poprawiajac sobie opadajace sari- wybiega Goska, i- chcac powiedziec cos o poznosci naszego powrotu-podnosi reke do gory,jakby slac w niebo piesc mandelowska,a poprawiane sari-w tej szybkosci piersiowego wiazania-opada z Niej przepieknie na ziemie,i ukazuje Ja w nagosci nadwagowego zaokraglenia.Eryk,widzac te boskosc kobiecej nagosci w swietle latarniowego objawienia,rozklada rece i biegnie do Niej krzyczac...." Gosiu!- usciskaj mnie!!!" I witaja sie objeciowo przez moment w tym zmeczeniowo/podrozniczo/ rauszowym przywitaniu.Po wyjasnieniach i paru wyzwiskach pod adresem ogolnoswiatowej telekomunikacyjnosci,dostajemy po kieliszku Irish Ceam i cieplym daniu z herbatka.Nastepnego dnia rano, Goska dostaje telefon od Debi,powiadamiajacej Ja o mozliwosci naszego pozno/nocnego przyjazdu,wiec-pomimo kilku/dziennej, i nocno/porannej niewiary w nasze intencje telefonicznych prob-sytuacja jakos sie wyklarowywuje,i do porannego sniadanka zasiadamy w dobrym nastroju duchowego pojednania.Po poludniu mamy miec wspolna kolacje,a panie-na kilka godzin przed wieczorna kolacja-oddaja sie odpowiedniej,stolowej aranzacji butelkowych etykietek,gdyz mozliwosc przejscia z kolacji do wieczornego przyjecia, jest bardzo powaznie brana pod uwage.Przy kolacyjnym stole,Duska- po kilku probach jedno/smakowosci winnej- stwierdza,ze moze i zostalaby dalej z Eniusiem, pomimo tego,ze mial zawal serca i nie pozwolil wezwac do siebie zadnego pogotowia, a do szpitala-nastepnego dnia- dotarl sam w porannym autobusie,i moze nawet wybaczylaby Mu to idiotyczne, nocne facebook'owanie sie,i te dziesiatki nowo/zafriend'owanych friend'ow, ktorych nie mogl nie pokazywac innym,podnoszac tym samym swoja kiepska popularnosc poza/internetowa,ale to,ze wstawal kolo 12 w poludnie, i ziewal tak glosno,jak jakis porabany bawol,czy hipopotam, tego- w zaden sposob- zakceptowc nie mogla i nie moze.Niech ,jak mowi Dusia,ryczy sobie u siebie te dlugo/ziewane... aaaaaaaaaaaaaaaaaaa!-tam przynajmniej bedzie mogl sie facebook'owac i ryczec do woli.Duska spedzila troche czasu w Nepalu,odpoczywajac tam-czasami przez kilka miesiecy- po granicznych przeprawach z rozno/metalicznym obciazeniem.Zwiedzala troche okolicznych okolic i Kathmandu i mowi,ze nie znosi tego kraju wiecznego mordu zwierzat,lejacej sie krwi i krzyku zarzynanej zwierzyny.W Nepalu,podczas hinduskich swiat religijnych,wykancza sie-zarzynajac- tysiace bawolow,kaczek, kur, koz i bog jeden raczy wiedziec,co jeszcze.Koza ma tam specjalny status,poniewaz bog-jakies kilka tysiecy lat temu-przestal sluchac w tym rejonie czlowieczych prosb,ale zostawil jednak -temu czlowieczemu pylkowi- jedna, malutenka opcje komunikacyjna ze swoja boskoscia w postaci kozy,do ktorej to uszka szepce sie-podczas obrzedow religijno/ festiwalowych-rozne prosby bedace oczywiscie w zasiegu boskiego spelnienia.Pozniej tej kozie-ale tylko rodzaju meskiego-podcina sie gardlo-no bo jakzez mogloby byc inaczej w tym swiecie bozej laski-a krew poderznietych zwierzat pije sie kwartami, wylewajac ja na siebie, i na wszystko inne w domu i w pobliskiej okolicy,do ktorej ichniejszy bog moze sobie wpasc- w przerwie sluchania prosb przez koziego posrednika- i sprawdzic ilosc sakralnej czerwieni, rozlanej w tym holdzie boskiego zapotrzebowania.Po rytualnym,zwierzecym ucieciu glowy,miesko podlega ogolno/udzialowej konsumpcji.W rytualnych rzeziach biora aktywny udzial tysiace ludzi-lacznie z dziecmi-a boskosc najwiekszego bostwa hinduskiego-Siwy- jest zmieniana-z wegetarianskiego- na miesozernego, i mord milinow zwierzat jest tam zgodny z boska,prawna akceptowalnoscia.Duska twierdzi,ze pokazywanie Nepalu-jako kraju lagodnosci i osiagniec alpinistycznych zdobyczy-jest kompletnie chore,poniewaz tam krzyki transportowanych zwierzat zaczynaja sie juz od 2-giej rano,gdyz te transportowane zwierzeta doskonale wiedza,co je czeka w niedalekiej przyszlosci.Ta przereklamowana wybiorczosc nepalskich,pieknosci pocztowkowych, odnosi sie raczej do zdobywcow roznorodnosci gorskiej szczytowosci, i uroku budowlanych swiatyn, niz ukazywania lokalnych festiwali plynacych w zwierzecej krwi.Oprocz niesamowitej okrutnosci w sosunku do zwierzat,pali sie tam rowniez tysiace cial rocznie ,gdyz hinduizm jest w Nepalu glowna religia,a ta nie ma litosci dla miejscowego drzewostanu.Ufff.... , ciezko jest cos powiedziec . Musielismy uczciwie zgodzic sie z Duska- na temat tych nepalskich, religijnych mordow milionow zwierzat-gdyz od wielu lat szereg miedzynarodowych organizacji protestuje przeciwko tym religijnym rzeziom,ktore-jak twierdza niektore zrodla-osiagaja okolo miliona zabitych zwierzat w dwutygodniowym festiwalu "rozmowy" czlowieczo/ posrednikowo/boskiej.Ten wegetarianski hinduizm,ktory widzi sie w Indiach,a ktory pokazuje milosc do krow,szczurow,malp,wezy -czy jakichkolwiek innych zwierzat-jest pieknie wypaczonym przekazem hinduskiej rzeczywistosci,rzeczywistosci,ktora i w Indiach - podczas religijnych roznorodnosci festiwalowych- oddaje sie skladaniu zwierzecych ofiar.Co jest w tym wszystkim najbardziej smutne-jak twierdzi Duska-to to,iz tysiace turystow z calego swiata przyjezdza do Nepalu ,zeby ogladac- i fotografowac- te rytualy zabijania zwierzat,w ktorych 5/6 letnie dzieci biora aktywny udzial.Zdeprymowani ta nepalowska rzeczywistoscia,i krwawoscia tych ogolnoswiatowych, religijnych rytualow,pijemy z umiarem do pozna w nocy,poniewaz mamy dosyc religijnego mordu zwierzat,obledu turystycznego,zaklamania i belkotu medialnego o nepalskiej turystyce.Spedzam jeszcze kilka dni w Cairns,a do Sydney lecimy z Duska tym samym samolotem,siedzac osobno tylko przez krociutenki czas samolotowego wyjscia z wznoszeniowosci.Na prostej -i w bezpasowej zapietosci-Duska przekonuje mlodego wspolpasazera,zeby zmienil siedzenie i pozwolil mnie usiasc kolo Niej,nie dlatego,iz tak strasznie ceni moja kopaniowosc,ale raczej dlatego,iz ma malutenka flaszeczke z wodeczka,ktora zamierza wlac sobie ukradkiem do zamowionej kawy,a ja mam robic za ludzka zaslone,poniewaz kara za takie wlasne-aloholowe picie-wynosi 500 dolarow.Rozumie Jej nerwowosc wyniesiona z ryzykownego,legalnego i nie legalnego przekraczania granic-w Jej wiekszo/cielesnej wagowosci- i puchne tam w tym samolocie, jak jakis kulturysta w Las Vegas'owskim pokazie,co daje Dusi pewien czasowy spokoj,pomimo mocnego zapachu czystej gorzalki wlanej ukradkiem do tej kiepsciutenkiej kawy.

      Buzia Zbyszek
      P.S. Po przyjezdzi
    • mister1 Re: Korespondencja z Australii 02.08.13, 09:40
      Ostatnio odwiedzilem Dusie, przywozac Jej pieknie wyrzezbionego,czarnego slonia,poniewaz Ona bardzo kocha zwierzeta,a slonia- w normalnym wymiarze- w domu miec nie moze.Wpadlem kolo 9 rano "wyciagajac" Dusie z lozka,chociaz o tej godzinie bylismy umowieni.W Australii jest teraz sezon zimowy i temperatury w godzinach rannych wahaja sie od 5 do 9 stopni,ale w dusinowym mieszkaniu kilka okien-calutenka dobe- jest zawsze otwartych dosyc szeroko,ze wzgledu na cztery koty,ktorych zapach nie bylby mozliwy do zniesienia w zamykalnosci okiennicowej.Duska ma czasami dosyc ciekawy sposob wypowiedzi,kiedy np zostawia mi wiadomosc na sekretarce, a wyglada to mniej wiecej tak: " Chcialam ci powiedziec,ze moze bedziesz mial sile odebrac te wiadomosc-ja jej (sily) nie mam.Wiem,ze robie z siebie idiotke,idiotka nie jestem.My mamy kilka twarzy,ale moje teraz jest inna.Co moge wiecej powiedziec?- jak widze siebie w lustrze,to nie czuje sie na lata,ktore mam.Jest mi ciezko,ale to juz znika"...... " Znam wartosciowego czlowieka,ale ja tez,zastanawiajac sie nad tym dluzej,doszlam do wniosku,ze ze mna nie jest jeszcze tak zle.Ostatnio dostrzeglam w sobie jakas wartosc, i ta wartosc sie we mnie poprawia i ulega urozmaiceniu ".Ciekawostka w tym wszystkim jest to,ze Dusia bedac dosyc przyzwoicie nasycona absyntowana kawa,czesto nic nie pamieta z tej swojej nagrywalnosci. Nie komentuje tych dusinych wypowiedzi,gdyz one zmieniaja sie w zaleznosci od pory dnia i ilosci wypitych kaw. Dwa duze koty- odchodzace powoli z tego swiata - leza sobie w pokoju goscinnym na pieknie wyprawionej,czarnej skorze zwierzecej,ktora lezy sobie na czarnej kanapie zrobionej rowniez ze skory zwierzecej.Dwa inne,zdrowe syjamczyska, zyja sobie w kuchni, i ta kuchnia jest obstawiona plastykowymi skrzyneczkami na mleko,zeby te zdrowe kocieta nie zalatwialy sie czasami na blacie kuchennym,do czego-pomimo wieloletnich,codziennych krzykow-dalej sa zdolne.Ucieczka ktoregokolwiek z nich- do innego pokoju - jest natychmiast korygowana,i chwila wolnosci- w innosci mieszkaniowej- konczy sie zawsze kuchennym powrotem. Duska wstaje o 5 rano i-karmiac koty- raczy sie kawa z absyntem ( 70% ),tym samy,ktory tak pieknie smakowal impresjonistom francuskim, wprawiajac ich-od czasu do czasu-w nastroj samounicestwienia.Busio,trzydziestoszescioletni syn dusinowego,jedynego poczecia,mieszka w pokoju wypelnionym zbieranina ksiazkowego studiowania.Po skonczeniu architektury i filozofii, oraz po kilku latach depresyjnych odczuc,Busio zdecydowal sie teraz studiowac sztuke,gdyz Jego zbiory monet i starych znaczkow odnosza sie bardziej do sztuki, niz do Jego innych,skonczonych fakultetow. Rzad Australijski wyplaca dosyc przyzwoity zasilek studjujacym studentom,zasilek o wiele wiekszy niz jakiekolwiek bezrobocie,wiec Busio-jakis rok temu- zdecydowal sie oddawac sztuce roznosci dluzszego studiowania.W swoim pokoiku Busio lubi napic sie herbatki, i 1.5 litrowy kubo/dzbanek-nie myty od lat-codziennie zostaje napelniony jakas herbatka,ktora osiada pieknie na sciankach businowego kubeczka, czyniac z niego naczynie roznej barwo/brazowosci,jak rowniez rozno/smakowosci.Duska skarzy sie na poznosc businowej,sniadaniowej konsumpcji,ale sniadanie businowe jest przygotowywane przez nia sama,wiec Busio-sila rzeczy-jest uzlezniony od dusinowego,porannego kawo/absyntowania. Kwestia businowej pozno/sniadaniowosci nie zostala jeszcze rozwiazana .Czasami w Busiu budzi sie duch wolnosci,ktory kieruje Go w strone pub'u,w ktorym dosyc czesto usypia odurzony atmosfera wolnosci,jak i plynem plynnej, pub'owej rozmaitosci.Wracaja w takim stanie wolnosci do domu,krzyczy dosyc glosno na matke,uzywajac roznych,nieprzyzwoitych zwrotow jezykowych,ktorych sie pozniej wstydzi.Oczywiscie,podczas moich odwiedzin,Dusia skarzy sie do mnie na Busia,skarzy sie w konfidencjalnosci businowego nieslyszenia,ale On i tak wszystko slyszy.Tak graja sobie oboje-od lat- w rodzinna gre starszeniowego uszanowania.Musze uczciwie przyznac,ze Busio jest bardzo grzecznym osobnikiem, i poproszony przez mame-kiedy tam jestem- o przyniesienie z pobliskiej kawiarni kilku kaw i paru ciasteczek,zawsze z checia biegnie do tej kawiarenki.Bardzo lubi czekoladowy Irish Cream,ale ostatnio jakos sie z tym kryje.Kiedys pali 2 paczki papierosow dziennie i wypijal 5/6 kaw przy studiowaniu roznych papierow studenckich,ale serce-jak twierdzi Busio-zdecydowalo sie na protest,wiec musial zrezygnowac z papierosow i duzej ilosci kawy.Do Dusi wpada czasami odwiedzinowo Jej dlugoletnia przyjaciolka,Usia,ktora tez jest milosniczka kotow,zwierzat i bog jeden raczy wiedziec czego jeszcze.Jednego z tych kotow,ktory odchodzi sobie powoli z tego swiata -lezc cichutenko na podwojnej,czarnej skorze w spokoju kanapowego przesypiania -o malo co nie wpakowala sobie do ust,tak go strasznie kocha.Kot nie ma zbyt wiele sily,wiec tylko troche protestowal glosnym mialczeniem,ale to i tak nie zmienilo nic w usinej,zwierzeco/milosnej sciskalnosci.Dusia,kiedy bywala jeszcze w Nepalu z roznymi metalowymi obciazeniami,czasami juz od rana czatowala na miejscowych rowerzystow, wozacych-w ceach rytualnego morderstwa- spetane w palak kozy.Niektorych z tych rytualnych mordercow-jadacych troche wolniej na tych rowerkach z kozim obciazeniem-Dusia lapala zwykle z poly garderoby w okolicy gardla, i potrzasajac nimi w furii zwierzecego obroncy, krzyczala do tych zabijaczy nepalskich po polsku,zeby je natychmiast rozwiazali i puscili wolno,gdyz Ona jest w stanie unicestwic ich na zawsze.Oczywiscie ci Nepalczycy bronili sie przed takim unicestwieniem,odpychajac Ja w rozne,okoliczne rowy,i teraz-wspominajac te nepalskie zdarzenia- Duska dziwi sie ,ze jeszcze zyje. Obie Panie,pomimo duzej milosci do zwierzat,jedza mieso,ale obie staraja sie utrzymac mnie w przekonaniu,ze tego miesa jedza tylko malutenki kawaleczek.Z Ich opowiastek mozna by wywnioskowac,ze kiedy obie posilaja sie tylko raz w tygodniu takim nieduzym kawaleczkiem miesa, to tym zwierzetom- ten zjedzony kawaleczek miesa- szybciutenko odrasta, i zadne z tych nadkrojonych zwierzatek nie podlega jakiejkolwiek zabijalnosci.Milosnicy zwierzat bardzo niechetnie widza siebie przy stekowosci talerzowego dania,nawet wtedy,kiedy sami sie do tego przyznaja.Dusia nie lubi takich miesnych rozmow,wiec dosyc szybko zmienia temat i opowiada nam o tym,ze przez kilka ostatnich miesiecy na swoim podworku znajdowala prawie co tydzien jednego, europejskiego golebia z obcieta glowa.Poniewaz bardzo Ja to intrygowalo,kto,i w jaki sposob,obcina tym golebiom glowy,wiec czatowala w oknie podworkowej widzialnosci, w przenajrozniejszych godzinach dziennej obserwowalnosci.Po paru tygodniach tego okiennego szpiegowania, udalo Jej sie zobaczyc,co sie z tymi golebiami dzieje.Otoz ktoregos ranka zauwazyla,jak jeden golab przytrzymywal nogami drugiego golebia,i rabiac go dziobem w okolicy szyi,systematycznie obcinal mu tym dziobowym rabaniem glowe.Od tamtego momentu Duska stracila jakakolwiek sympatie do golebi,ale nie dlatego,ze jeden z nich obcinal drugiemu glowe,ale dlatego,ze ten-ktoremu obcinano te glowe-nawet przez moment nie wdal sie w obronna walke o swoje zycie.Kazde zwierze,twierdzi Dusia-krzyczac-broni sie przed taka smiercia,ponoszona z rak(dzioba) tej/samej/gatunkowosci,a ten balwan nawet nie drgnal.

      Buzia Zbyszek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka