cui
28.05.10, 10:54
Trochę straszny mi ten tytuł wyszedł...
Zastanawiam się czy nasze dzieciaki (oczywiście w niewielkim pewnie stopniu) rozumieją pojęcie śmierci.
Mamy w domu bojownika, konkretnie już drugiego.
Pierwszy się zestarzał i umarł. Powiedzieliśmy wtedy Mikołajowi, że jest chory i musi jechać do pana doktora (zdechł w nocy), po pracy mąż kupił nowego i Mikołaj myślał, że to ten sam.
Nasz obecny bojownik choruje już drugi raz. Za pierwszym razem udało nam się go wyleczyć ale boję się, że teraz się to nie uda.
Pomijam fakt, że strasznie przeżywam choroby i śmierć tych rybek - to takie małe i kruche, ale normalnie się do nich przywiązuję.
Mąż stwierdził, że jak rybka zdechnie to trzeba będzie znowu powtórzyć tamtą bajeczkę o wyprawie do doktora i kupić nową a ja się zastanawiam czy jeśli to się zdarzy (choć ciągle mam nadzieję, że i tym razem uda nam się go wyleczyć) to czy nie powiedzieć po prostu Mikołajowi, że rybka była bardzo chora i po prostu umarła.
Czy to nie za wielka abstrakcja dla naszych dzieci?
Wiem, że rybka to małę stworzonko, z którym nie da się bawić. Gorzej sprawa wygląda w przypadku psa czy kota. Co mówić takiemu trzylatkowi, gdy umrze jego ukochany pupil?? Bo przecież rybkę łatwo podmienić, psa się nie da...