edzioszka
07.02.04, 11:29
Adolf Dymsza był nie tylko komikiem na planie filmowym, ale również
niepoprawnym kawalarzem w życiu prywatnym. Kiedyś w doborowym towarzystwie
udał się do eleganckiej krakowskiej restauracji Wierzynek w Rynku Głównym. Do
wyśmienitego, bogatego i wytwornego zestawu obiadowego dołączył prośbę o pół
litra wódki wyborowej. Życzenie jego przyjęto. Kelner pojawił się oszronioną
butelką i podał ją aktorowi. Adolf Dymsza z wrodzonym wdziękiem zaczął
studiować wszystkie napisy figurujące na nalepce trunku. Po tej wnikliwej
lekturze oddał butelkę kelnerowi z zawiedzioną miną, twierdząc, że ten
rocznik zupełnie mu nie odpowiada.
- Jak to? - nieomal krzyknął kelner, całkowicie zbity z tropu.
- Nie pamięta pan - odrzekł Dymsza z miną poważną i zarazem karcącą. - Tego
roku było mało słońca w kartofliskach!!!
Wspomnienie Edwarda Dziewońskiego o Adolfie Dymszy - fragment z książki
pt. "W życiu jak w teatrze". (...) "Na scenę z Królem Menelaosem, otoczonym
przez grupę innych artystów z Władysławem Grabowskim, jednym z największych
kawalarzy, wchodziła z lewej kulisy Maria Modzelewska jako Piękna Helena. I
oto ukazuje się, jak w transie, ulubienica Warszawy, trzymając w ręce
szczotkę do zamiatania włosiem do góry. Nagle spostrzega, co ma w ręku, mówi
głośno - O, Boże - i schodzi ze sceny. Konsternacja. I wtedy Grabowski
wskazując ręka w stronę, gdzie zeszła, mówi do publiczności: - Dodek!
Murowane. -Za chwilę Modzelewska wraca bez szczotki, szalone brawa i akcja
toczy się dalej. W dziesięć lat później Dymsza, wspominając rożne to i owo,
opowiedział co następuje. Gramy Helenę, wiecie, Mania Modzel zawsze przed
każdym wejściem na scenę się żegna sawsiem nieprzytomna, ja stoję obok, ona
do mnie: Dodeczku, błagam, nic nie mów, teraz ważna scena. ja: Mania, skąd,
dusz z tobą, już wchodzisz Tak. No to masz, trzymaj, i podaję jej szczotkę.
Ona mówi: Dziękuję ci, kochanie, i zasuwa na scenę. wszyscy zgłupieli, a
Grabowski krzyknął do publiczności: - Na pewno Dodek. No i miał rację. Mańka
się cafła, wziąłem od niej szczotkę i pojechała bezbłędnie dalej." (...)
Z książki Stanislawa Wielanka pt. "Szlagiery starej Warszawy Śpiewnik
andrusowski".
(...) Ślub Anity (Dymszówny, córki aktora) z Maćkiem Damięckim, Pałac
Ślubów. Po ceremonii oficjalnej - lampka wina, koleżanki, koledzy... Sto lat!
Bużka, bużka, wszystkiego najlepszego, zdrowie młodej pary! Wśród gości znany
aktor, oryginał Zdzisław Leśniak, to on właśnie stał się przedmiotem żartu
Dodka. Pan Dodek znajac ognisty temperament Zdzisia podszedł do oficjalisty
Palacu Ślubow (w mundurze), wręczył mu dyskretnie stowkę i konfidencjonalnym
szeptem powiedział: "Panie ten facet, czarny (wskazał Leśniaka) jest nie z
tego ślubu, on się tu przyszedł napić na krzywy ryj! Stówa
zadziałała, "generał" zaczął wypraszać Zdzisia z przyjęcia. tylko ci, co
znają Zdzislawa Leśniaka, mogą sobie wyobrazić co się działo... (...)
Jerzy Jurandot w "Dziejach śmiechu" wspomina Dymszę: W Galerii
Luxemburga, gdzie grało stare "Qui Pro Quo", mieściło się także
kino "Splendid". W kinie tym wyświetlano pierwszy film dźwiękowy "Śpiewający
błazen" z Al Jolsonem. Aktorzy "Qui Pro Quo" ogromnie żałowali, że mimo
bliskiego sąsiedztwa nie mogą wybrać się na film, na który biegała cała
Warszawa, aby podziwiać genialny wynalazek dwudziestego wieku; niestety,
teatr grał w tych samych godzinach, w których wyświetlano obraz. "Głupstwo -
powiedział Dymsza - nie martwcie się. Jak wiecie znam się trochę na
mechanice, zorganizuję wam transmisję. Obrazu wprawdzie nie zobaczycie, ale
przynajmniej usłyszycie głos z ekranu". I rzeczywiście zgromadzeni w przerwie
między przedstawieniami w jednej z garderób aktorzy usłyszeli ze wzruszeniem
piękny głos bas-baryton Al Jolsona i jego sławną kołysankę "Sonny boy". Na
ulicy zaś przechodnie gromadzili się ze zdumieniem wokół Dymszy, który leżąc
na chodniku śpiewał pełen przejęcia z twarzą przytkniętą do kraty
kanalizacyjnej. Dopiero kiedy Al Jolson zakończył swoją pieśń soczystą
propozycją po polsku, audytorium w garderobie zorientowało się, że z tą
transmisją to coś jednak nie tak...
Prezydent Bierut zaprosił kiedyś Adolfa Dymszę na pokoje Belwederu.
Oprowadzając go po swoim przybytku, roztoczył przed komikiem bajeczne wizje
przyszłości:
- Kiedy już zbudujemy socjalizm, każdy będzie miał stumetrowe mieszkanie,
samochód i domek letniskowy. Każdy człowiek (pracy - rzecz jasna!) będzie
mógł kupiś w PSS-ie owoce południowe, kawę i francuskie wina. W sklepach nie
będzie kolejek, za to wiele gatunków wędlin.
I tu Dymsza nie wytrzymał, przerywając prezydentowi:
- Przepraszam, ale kto ma opowiadać dowcipy, pan, towarzyszu prezydencie, czy
może raczej ja?
Opowiadał kiedyś Dymsza swojemu przyjacielowi:
- Idę przez miasto, patrzę, a tu babcia stoi i płacze. Pytam: co się stało? A
ona: za 15 minut z dworca centralnego odchodzi mi pociąg - nie zdążę.
- I co?
- Poszczułem - zdążyła!
Kiedyś Dymsza dostał od przyjaciela wędkę. Po pewnym okresie niewidzenia
spotykają się ponownie i darczyńca pyta:
- Ryby biorą?
- Nie!
- ?
- Boją się!
Niniejsza anegdota obrazuje fakt, iż Dymsza miał miliony wiernych
widzów nie tylko w kraju ale i za granicą. Otóż autentyczne zdarzenie miało
miejsce podczas tragicznych dni 1939 roku. Dymsza wraz z grupą aktorów i
filmowców ewakuował się na wschód. W Rownem żołnierze radzieccy,
zarekwirowali mu auto. Aktor postanowił interweniować, udał się więc do
wojskowej komendy miasta i stanął w progu z groźną miną "policmajstra".
Dyżurny oficer spojrzał na niego uważnie i nagle wykrzyknął: "Antosza!".
Bowiem "Antek policmajster" był pierwszym polskim filmem dźwiękowym
wprowadzonym na ekrany radzieckie i cieszył się tam podobno olbrzymim
powodzeniem.
Opowiadał kiedyś Dymsza: "Raz w restauracji moja żona zauważyła włos w moim
talerzu. Oczywiście zrobiło się piekło. Przybiegł zarządzający.
- Niech pan popatrzy! - woła z oburzeniem Zosia - w talerzu mojego męża
znalazłam ten oto włos kobiecy!
Zarządzający uśmiechnął się i odparł tonem łagodnego wyrzutu:
- Szanowna pani, jak można być aż tak zazdrosną!".
(humoria)