sloggi
29.09.05, 01:48
Należałem niegdyś do smakoszów herbaty, zwłaszcza odkąd mnie zaczęło nosić po
świecie. Bardzo wcześnie odkryłem, że dodatek cukru niszczy jej smak i
kulturę. Że właściwą moc poznaje się po smaku, ale właśnie bez cukru: zbyt
mocna ściska szczęki nieprzyjemną goryczą, zbyt słaba okazuje się pusta i
mdła. Że kto ją choć trochę słodzi, ten nie zasługuje, aby z nim w ogóle
rozmawiać o herbacie. Że zaparzanie "esencji" to jakiś niepojęty (chyba że
biedą tłumaczący się) nawyk prostaków, bo zaparzać należy w odpowiednich
proporcjach od razu i najzwyczajniej to, co się pije.
Że w ogóle kultura picia herbaty istnieje nie u jej głównych wytwórców, czyli
w Chinach lub Indiach, tylko u Anglików i Rosjan, jej głównych konsumentów,
mimo że tu i tam przylgnęły też do niej obyczaje picia najdziwaczniejsze pod
słońcem: u Anglików z mlekiem albo śmietanką, u Rosjan w technice słodzenia.
Statystyczny Anglik stara się zepsuć jej smak po pierwsze nadmierną mocą, a po
drugie dodatkiem mleka, którego smak tę moc kryje i redukuje. Nie jest to
bowiem niemiecka i stąd galicyjska bawarka (w której może w ogóle nie być
herbaty, albo niewiele, tylko posłodzony wrzątek i dużo mleka) rzekomo
wskazana dla karmiących matek, lecz siorbana też przez nie rodzących samców;
przeciwnie! U Anglików dodaje się tylko szczyptę cukru, często brązowego, oraz
mleka czy śmietanki kropelkę lub ułamek cala na samym dnie, zapytując
uprzednio, czy gość woli dolewać mleko do herbaty, czy na odwrót, ponieważ to
zasadnicza różnica; byle popsuć tę herbatę, ale w sposób dość wyrafinowany.
Rosjanie zaś używają cukru na wiele sposobów: bo nie tylko "w prisypku", czyli
dosypując i mieszając, co się rzadziej wyróżnia jako takie, ale od wieków i
tradycyjnie także "w prikusku", czyli gryząc kawałek z większej bryłki,
uzyskanej przez odrąbanie ze sporej głowy cukru i jeszcze nie tak dawno,
zwłaszcza w latach wojny, noszonej do tego celu w kieszeni. Taki kawałek, albo
kostkę cukru, trzymano w ustach i przepuszczano przez nie upijany łyk gorzkiej
herbaty, co miało niewątpliwie przewagę nad europejskim słodzeniem przez
rozmieszanie, bo przynajmniej zachowywało obok siebie dwa odrębne smaki,
gorzki i słodki, mieszając je wedle uznania dopiero w ustach. Ponieważ w
rezultacie herbata była ssana poprzez cukier, nazywano to czasami "w prososku"
albo z ukraińska i może nie bez wpływu polszczyzny "w prisysku". Z tego zaś
rozwinął się klasyczny, obiegowy i wręcz idiomatyczny dowcip o piciu herbaty
"w pripizku", "w prigliadku" i na koniec "w pridumku". Że niby kawałek cukru
buja się na nitce, przywiązany do lampy nad stołem, i każdy z siedzących wokół
liźnie go, ilekroć huśtnąwszy się doleci mu do twarzy, pchnięty w jego
kierunku. To znaczy: "w pripizku". Gdy i na to nie starcza, pijący tylko
patrzą na cukier umieszczony pośrodku stołu: "w prigliadku". I wreszcie gdy
wcale nie ma cukru i pozostaje o nim tylko myśleć: "w pridumku".
Chyba z Rosji też i Kresów Wschodnich wiedzie się praktyka picia herbaty w
spodku. Po prostu, jeśli kogoś parzyła w usta, przelewano ją tak, zwłaszcza
dzieciom, i wtedy szybko stygła.
Z kolei filiżanka z uszkiem to dla mnie również bękart saloników europejskich.
Niech już będzie szklanka, pokazująca odcienie koloru i właściwą miarę! Nade
wszystko jednak porcelanowa "pijała" z Azji Środkowej, na ogół trochę większej
pojemności, prawie jak półkula bez uszka. Z takim naczyniem kojarzą mi się
najświetniejsze z herbat. Ale w Rosji to częściej kubek, rozgrzany przy
samowarze, o który z kolei grzeje się ręce.
Że w japońskich czy chińskich ceremoniałach ma się do czynienia z rytuałem i
obyczajem, z filozofią i symboliką. Czemu nie? Ale ze smakiem i gastronomią ma
to niewiele wspólnego.
W moskiewskich delikatesach poznałem liczne rodzaje herbat, kwitnące nawet za
bolszewizmu. Wśród sypkich nie tylko czarną i zieloną, której wspaniałość
(nieporównywalną z wątłym smakiem chińskich) doceniłem, stale odtąd ją pijąc w
różnych krajach Azji Środkowej; lecz i żółtą, którą uraczył mnie w Moskwie
pewien Uzbek, przy wspólnym dla całego piętra i czynnym przez całą dobę
elektrycznym kotle z wrzątkiem, uświadamiając, że smakosze piją tylko "żołtyj
czaj", najlepszy ze wszystkich! Na dowód przyniósł opakowanie z takim napisem.
Gdyby nie to, podejrzewałbym się o halucynację, kiedy nazajutrz w tych
największych (i obfitujących we wszelkie rodzaje herbat) delikatesach
moskiewskich przysięgano mi, że taka herbata nie istnieje. Po tygodniu byłem
już w Taszkencie i ku mojej konsternacji, wszedłszy tam na pewniaka do sklepu,
usłyszałem to samo! Lecz mój Uzbek z Moskwy prowadził w Taszkencie wielką
restaurację hotelową, do której mnie był zaprosił, i wreszcie on mi tajemnicę
wyjaśnił: "żołtyj czaj" jest tylko dla wybranych i byle sklep czy ekspedientka
o tym nie wiedzą. Oto najmniej demokratyczna z herbat.
/GW/