olahabe
19.12.05, 00:24
Nie znam się na operze, na muzyce klasycznej -marnie, na musicale chadzam i
oglądam, ale dzisiaj, po całym wieczorze spędzonym na "Tańcu wampirów"
dotarło do mnie, że nie. Nie lubię, nie trafia do mnie snucie fabuł przy
pomocy muzyki. Muzyka służy mi do odtwarzania własnych historii,intymnych
scenariuszy, wyzwala potok myśli, sprzyja fantazjowaniu. Ale gdy ktoś,
posługując się nią, przekazuje mi swoje opowieści, czuję się totalnie
zażenowana. Począwszy od Jontka na tekturowej górce, który swoim spadaniem w
przepaść z pompatycznym "Oj Halino, oj jedyna..." na ustach doprowadza mnie
do ataku spazmów, mam traumę na punkcie tego gatunku sztuki. Ulizani
chłoptasie z "West Side Story" udający gangsterów, zarośnięte Hollywood w
pozornie wyzwolonym "Hair", młoda chuda jak patyk Górniak w promieniach
laserów, to wszystko nie przemówi do mnie. Never! Po dzisiejszym wieczorze
utwierdziłam się w przekonaniu, że sztuczność tego typu przedstawień wyklucza
głębsze doznania. I nie wiem już sama, co mnie bardziej wnerwia- ta zbyt
daleko posunięta umowność, czy pompatyczność wpisana zawsze w ten gatunek.
Inaczej patrzę na balet- ludzie tańczą do muzyki, taniec jest w 100% środkiem
do osiągnięcia określonego celu. To trafia do mnie bez problemu. W operze,
musicalu ludzie rozmawiają ze sobą śpiewając i to jest dla mnie efekt
nieodmiennie komiczny, nie do przeskoczenia. Jestem profanem, laikiem być
może- zbyt płytka, żeby się w to wczuć, ale pamiętna swoich męczarni
na "Nabucco", ziewania na "Tosce" i wytęsknionego oczekiwania na "Carmen"
(kiedy wreszcie przestaną przewozić g... i zaśpiewają "hity"), przestałam po
prostu bywać w TW. Czy jest ktoś, kto mnie przekona do tego gatunku? Znacie
się na wszystkim, może ktoś przemówi mi do rozumu w temacie? Chciałabym to
zrozumieć, naprawdę, biedny mały miś, umęczony śpewającymi wampirami.