Dodaj do ulubionych

relacje z porodów domowych

    • hortensjaaaa Narodziny Łucji 7.09.11 04.10.11, 14:57
      1 września - czwartek
      Nareszcie! Bardzo chcieliśmy z K. aby nasze drugie dziecko urodziło się we wrześniu i nastąpił. Dzisiaj możemy rodzić dopiero w nocy, bo położna ma dyżur.

      2 września - piątek
      Byłoby bardzo fajnie jakby się dzisiaj nasz dzidziuś urodził, moja wymarzona data wink Umyłam okna, posprzątałam dom, a tu nic.

      3 września - sobota
      Urodziny kuzynów – roczek i trzylatka… wielka impreza w ogrodzie wink dobrze, że słońce świeci. Pograłam sobie w badmintona – siostry się ze mnie śmiały, że chce urodzić wieczorem. Poważnie się nad tym zastanawiałam, biorąc pod uwagę fakt że wieczorem bardzo bolały mnie plecy…

      4 września - niedziela
      Siostra tak bardzo rozpędziła się na wczorajszą imprezę z robieniem jedzenia, że dzisiaj robimy powtórkę wink My (ja+dzidziuś) też wink Badminton, ból pleców wieczorem i nic z tego wink

      6 września – wtorek
      Urodziny mojej mamy wink Moje siostry obstawiały, że specjalnie czekamy na tą datę ! Rok wcześniej moja siostra urodziła Wojtusia, który imię ma po swoim dziadku wink Zgodnie z teorią sióstr, my urodzimy dzisiaj dziewczynkę i damy jej na imię po mojej mamie. A ja nie wiem jaką płeć ma nasz dziudziuś… za to trochę zgodnie z tą teorią wybrałam się na zakupy i przytaszczyłam wielką dynię, na ciasta i inne przyjemności. Po południu wybraliśmy się do mamy z życzeniami i spytałam czy może K. przywieźć im Antka jakby poród się zaczął (jakby proroczo!). Wieczorem pojawił się znowu ból pleców, ale jakoś po weekendzie nie bardzo wierzę w tą wróżbę. Postanowiłam położyć Antosia, prawie zawsze zasypiam razem z nim, to przekonam się czy przejdzie czy nie przejdzie ten ból. Zadzwoniłam nawet do położnej, że może, ale jakoś nie bardzo w to wierzę, ale w razie czego będę dzwonić. No i zdecydowanie to nie był odpowiedni czas do rodzenia, przecież dzisiaj K. ogląda Polska-Niemcy ! smile Obudziłam się, trochę mnie łamało w krzyżu, ale nie jakoś specjalnie, poszłam do toalety a tu nagle wbiega mój ukochany i rzuca „prowadzimy 2:1 z Niemcami”, fajnie no nie? Wychodzę a tu się dowiaduję, że zremisowaliśmy 2:2, no cóż życie, trzeba grać do końca. Zaczynam się zastanawiać czy jednak nie rodzę, nawet polecam K. żeby zapisywał co ile mnie bolą te plecy, bo jakoś skurczów, które mają się wyrażać w napinaniu brzucha nie odczuwam. Ból mnie więcej przygniata mnie co 5 minut, koło północy dzwonię do położnej, ale nadal jeszcze jakoś nie przekonana, że to już… ustalamy, że wejdę pod prysznic jak mi przejdzie to znaczy, że to jeszcze nie to, a jeśli mi nie przejdzie to do niej zadzwonię i przyjedzie. Postraszyłam ją jeszcze, że chyba wody płodowe mi tak sobie powoli ciekną wink Pod prysznicem, pomimo że mamy głęboki brodzik, bardzo żałowałam że jednak nie mamy wanny wink teraz było by fajnie. K. już nie może, bo oczy już go bardzo bolą (nosi soczewki) i pyta, czy rodzimy, czy ma zawieźć Antosia do dziadków, czy co? Pod prysznicem bóle co 7-9 minut, zwalniają, więc nadal nie wiem co się dzieje. Podejmuję męską decyzję, żeby zdjął soczewki i poszedł spać, a jak będę coś wiedzieć to go obudzę, jest 0:20.

      O rety! Przypominam sobie, że ciągle jeszcze nie spakowałam torby do szpitala, ani nie spakowałam Antka do dziadków, może czas najwyższy? Rozglądam się po naszym mieszkaniu, i poraża mnie myśl „no przecież w takim bałaganie żadnego gościa nie będę przyjmować”. Zabrałam się za sprzątanie, tu pozbierać pranie, tu trzeba pozmywać, przeklinam tego kto wymyślił zlew tak daleko od krawędzi, bo muszę się jeszcze pochylać i plecy mam wygięte akurat w miejscu gdzie mnie łapią te „bólowe skurcze”. Wrrr ! Może zrobię ciasto? Szalona myśl, która bardzo mi się podobała, ale nic z tego – odkryłam, że najmniej mnie boli jak jestem w pozycji kolankowo-łokciowej, więc co 5 minut przyjmuję taką pozycję, bez różnicy gdzie jestem. Ciężko robić ciasto w takiej pozycji, za to książkę można czytać wink Jak dla mnie akcja jakoś posuwa się niemrawo, ni to porządne skurcze, ni to zaniechanie, postawiłam znowu wejść pod prysznic. O rety, teraz to dostałam przyspieszenia, nie mam zegarka ale czuję, że są częściej. Decyduję obudzić K., żeby zawiózł małego, no i dzwonię do położnej. Jest jakoś 2:45… K. pyta się jeszcze czy ma czekać na położną czy już jechać, mówię żeby już jechał, bo w końcu samochodem to 10 minut. Położna przyjeżdża o 3:00 a przez te 15 minut gdy jestem sama, powalają mnie mocne skurcze na podłogę, podczas których w kółko powtarzam, „nie chcę rodzić bez K.”.

      Już od progu witam ją informacją, że boję się, że jestem tym typem kobiety, którą bardzo boli a nic się nie dzieje. Fakt, że przy poprzednim porodzie mnie bolało, a ktg nie rejestrowało żadnego skurczu, utkwił mi mocno w pamięci. P. od razu zabiera się za badanie, a tu radosna wiadomość, pęcherz cały (uff, myślę sobie do żadnego szpitala się nie wybieramy!), rozwarcie pełne i pyta czy mnie nie popiera. Pod dłuższym zastanowieniu dochodzę do wniosku że trochę to mnie popiera wink Dzwoni do drugiej położnej, że może przyjechać, ale że może nie zdążyć, wtedy dziwię się że to już, może być tak szybko. Wraca mój ukochany mąż wink Na pytanie położnej gdzie rodzimy odpowiadam, że w sypialni, w końcu specjalnie po to K. wywiózł naszego synka i w końcu jemu się tam zamarzyło, moim marzeniem jest pozostać opartą o kanapę lub inną rzecz, bo najmniej mnie boli wtedy. Przeniosłam się do sypialni i już poszło chyba szybko, miałam wrażenie że cały ból skumulował się w tym pokoju. Dzidziuś powoli wchodził niżej na skurczu i się cofał, ale czułam że za każdym jest co raz niżej. P. bardzo chciała ochronić moje strasznie pokiereszowane po poprzednim porodzie krocze (nacięcie i pęknięcie), to nawet nie tyle bolało, co „czułam” jej palce i trochę mi to przeszkadzało w „odbiorze” akcji. Po paru takich razach, gdzie już rozważaliśmy czy przypadkiem nie urodzi się w czepku, pęka pęcherz. K. siedzi na łóżku trzymam go za ręce i aż dziwne że mu ich nie powyłamywałam. Maluch zszedł i czułam jak rozrywa moje krocze, bolało. Nagle kolejny skurcz i słyszę głos P. główka już jest wink Dzwoni domofon – pewnie druga położna, K. poszedł otworzyć i nie widział jak na kolejnym skurczu rodzi się nasze drugie dziecko – dziewczynka. Wraca i już jest nas czworo na świecie. Przychodzi druga P. nasza zdaje jej relacje i nagle pada oczywiście pytanie, a która to godzina była.. zgodnie ustalamy, że nie ma znaczenia i przyjmujemy, że przyszła na świat o 3:55.
      Mała pięknie przystawiła się do piersi (od razu było wiadomo, że to ssak wink), mój ukochany mąż pomógł położnym w papierologi i o 5 rano opuściły nasz dom. My zostaliśmy sami, K. zasnął, a we mnie adrenalina jeszcze „grała”.

      Jestem bardzo wdzięczna mojej starszej siostrze, która urodziła trójkę dzieci w domu, gdyby nie ona, pewnie nigdy nie pomyślałabym o tej możliwości.
      • marianna0077 Marianna, 30.09.2010 04.10.11, 23:54
        Nie wiem, czy pisanie relacji z porodu po roku ma jakikolwiek sens, ale.. Jako że to moja pierwsza córka, na którą tak długo czekałam, napiszę to, może kiedyś przeczyta. Ja bym chciała przeczytać relację z mojego porodu, w sensie kiedy moja mama mnie rodziła. Zastanawiałam się też, dlaczego nie zrobiłam tego od razu, dlaczego nie napisałam tego rok temu, Mania urodziła się 30 września ubiegłego roku. I ten czas po porodzie był trochę inny niż po urodzeniu chłopaków. Niedługo po tym, jak urodziłam któraś tu pisała o psychoanalitycznym rozumieniu depresji porodowej jako wspomnieniu własnego opuszczenia ciała swojej matki. Przynajmniej ja to tak zapamiętałam wink. Jako że to moja pierwsza córka, to łatwiej mi się było pewnie z nią identyfikować, i może coś z tych uczuć właśnie było na rzeczy. Nie była to depresja, ale nie miałam tej manii, która towarzyszyła mi po porodach chłopców. Była cisza. Szczęście, bo bardzo byłam szczęśliwa że ją urodziłam ale i cisza. Lekka melancholia. I jak pomyślałam wtedy, że powinnam napisać tę relację to nie chciało mi się, miałam jakieś poczucie ze ten poród był trudny i bolesny i że nie będę opisywać że było mi trudno i że bolało. Choć poród był piękny, bezproblemowy, gładki i trudny i bolesny w tym jednocześnie.
        Był zupełnie inny niż dwa poprzednie, a jednocześnie bardzo podobny.
        Końcówka ciąży przebiegała jak zwykle. Było mi coraz ciężej, chodziłam coraz wolniej, mając wrażenie że jak mocniej się zegnę to urodzę. Pierwszego urodziłam w 36 tygodniu (nie oszczędzałam się do końca, wtedy nie wiedziałam, że taka moja uroda, że na końcówce powinnam siedzieć na kanapie i nie szaleć), drugiego pod koniec 38, dosiedziałam na kanapie jak położna kazała, doczekałam zielonego światła. Teraz też dowlekłam się do końca 38 tygodnia, chyba nawet zaczęłam 39. Pod koniec ciąży, w 34 wyszły mi streptokoki w wymazie, na moment była panika że nie uda się w domu, ale po kuracji antybiotykiem w globulkach, czopkach propolisowych i masie czosnku doustnie zniknęły z wymazu chociaż już i tak byliśmy przygotowani na łykanie antybiotyku kiedy zacznie się poród (receptę na tę ewentualność dała mi moja gin z przychodni państwowej, którą indoktrynowałam całą ciążę i zgadzała się na wszystkie moje propozycje mówiąc przy tym „świetny pomysł” smile).
        Bóle przepowiadające miałam już od dłuższego czasu, jak zwykle. Bałam się nagłego porodu. Drugiego syna urodziłam bardzo szybko. Kiedy przyszła do nas położna, zbadała i były 3,4 cm, poszłam do łazienki i po kwadransie miałam pełne rozwarcie. Ten kwadrans zapadł mi w pamięć. Bałam się tego, ze może być jeszcze szybciej. W ogóle bałam się bólu. I chciałam bardzo otworzyć się, puścić, nie trzymać, kiedy nadchodzi skurcz. Bo ten kwadrans z Józiem wspominam właśnie jak porażenie prądem elektrycznym, kiedy jest się unieruchomionym z zaciśniętymi pięściami i szczękami. Chciałam tym razem te pięści szczęki otworzyć i dać przepłynąć tej fali przez ciało. Chyba trochę się udało. Oczywiście rozmawiałam o tym wcześniej z położną, z którą już się znałyśmy z poprzedniego porodu. Wiedziała jak rodzę.
        I jak zwykle oczywiście w dniu odpowiadającym wszystkim najbardziej przyszedł mój czas. Poszłam po południu na ktg, pierwsze w tej ciąży, do przychodni kilka ulic dalej. Jak leżałam pod tym ktg panie gadające nade mną, położna i jakaś lekarka patrzyły na zapis a potem na mnie i pytają kiedy mam termin bo ten zapis to taki porodowy trochę jest. Nie zdziwiłam się, bo już czekałam drugi dzień z myślą, że to tuż tuż. Wróciłam pomału do domu, po 22 położyłam się do łóżka, bo zmęczona strasznie byłam, dzieci spały mąż siedział przed komputerem. Położyłam się z myślą, żeby zacząć rodzić rano, bom tak zmęczona że nie dam rady. No i dzieci żeby sprzedać poza dom. Józio licho sypia w hałasie, na pewno by się obudził, ja lubię „wokalizować”. Położyłam się i odpłynęłam. Obudził mnie skurcz. No ale ostatnio wciąż miałam tylko skurcze. Ale tym razem po raz pierwszy spojrzałam na zegarek, nie wiedzieć czemu smile. 22.36. Ok, zasnęłam od razu z powrotem. Obudził mnie skurcz. Patrzę, 22.44. Ok, zasnęłam z powrotem. Obudził mnie skurcz. Patrzę, 22.52. Mówię do Jakuba: weź coś do pisania, jak Ci będę mówić, zapisuj czas. Spojrzał na mnie, wyciągnął kartkę i pisał. I tak wyszło kilka skurczy co 8, 7, 6, wstałam na chwilę, od razu 3 minuty, znów 3, 3. więc się położyłam natychmiast z powrotem, wróciły co 5. Mąż wstał od stołu, zaczął się krzątać, wyciągnął farelkę, dywan porodowy, karton z podkładami... Patrzę na niego i mówię ze nie, nie teraz, jestem zmęczona. Ale mój mąż poinformował mnie że rodzę i robił dalej swoje smile. Koło północy była Pani Ania. Do tego czasu leżałam na łóżku bojąc się ruszyć, czekałam. Zobaczyła mnie i od progu mówi: ale kamień. Wtedy dopiero wstałam, uklęknęłam przy kanapie, tak samo jak kiedy rodziłam Józia (w tej samej też pozycji tyle że na krześle było m najlepiej z Jerzym w szpitalu). Pani Ania zaczęła mi masować plecy, mówiła co mam robić, jak się rozluźniać, działało. Potem przychodził skurcz, na głos mówiłam, co robię, co mam robić, mówiłam sobie, a teraz puszczam plecy, rozluźniam się i działało, skurcz stawał się do wytrzymania, dało się go rozładować. Kiedy mnie zbadała, powiedziała że to jakieś trzy cm. Byłam zawiedziona, miałam nadzieję na prawie pełne rozwarcie. Pani Ania poszła do stołu, rozłożyła się z papierami i zaczęła sobie coś pisać. Miałam poczucie że poszła tam znajdując sobie jakieś zajęcie, bo zanosi się na siedzenie. Pęcherz miałam cały, zaczęło się inaczej niż zwykle, do tej pory najpierw pękał mi pęcherz, szły wody a szybko po nich coraz dynamiczniejsze skurcze. Teraz wiem, że rodzenie z wodami rzeczywiście jest bardziej znośne, skurcze nie są tak dynamiczne, że idzie poród inaczej. W tej sytuacji wstałam z łóżka i zaczęłam chodzić po przekątnej pokoju, oznajmiając, że do rana przecież tu siedzieć nie będziemy, więc czas się ruszyć. Tak sobie pochodziłam, na skurcze przyklękując. Raz się położyłam, bo bardzo byłam zmęczona i przysnęłam, tak prawie. Gdzieś z tyłu głowy tykał mi zegar i miałam świadomość, że czas na skurcz już minął, że ta przerwa jest dłuższa i ciche pytanie Jakuba, czy to dobrze, że śpię. Obudził mnie następny skurcz, potem wstałam. Wtedy Pani Ania wstała od stołu i mówi, ze jestem bardzo zmęczona i senna. Mówię, że tak. Ona na to, że to może być już 8 cm albo i więcej. Uśmiechnęłam się i mówię, że to niemożliwe, bo przy 8 cm to ja zawsze wymiotuję i mną tak miota, że to nie może być 8 centymetr. Za łagodnie to idzie. I kiedy to powiedziałam, zrobiło mi się niedobrze smile. Dyskretnie zwymiotowałam do wiaderka kąpielowego dla małej, okazało się że rozwarcie jest już prawie pełne. No i poczułam, że zmienia się rodzaj skurczy. A, jak zwykle miałam krzyżowe. To się nie zmieniło. I ta faza była dla mnie najtrudniejsza. Mania powoli schodziła. Wisiałam na Jakubie, wbita w jego ramiona, od dołu przytrzymywała mnie Pani Ania, czułam jej dłonie na kroczu. I w czasie skurczu tylko tak było dobrze. Jak nie zdążyła wrócić z dłońmi na czas skurczu, pociągnęłam ją za rękę, i położyłam na miejsce. Nie wyobrażałam sobie potem jak mogłabym urodzić bez nich. A jeszcze tego wieczoru miałyśmy obgadane wszystko na wypadek, gdy urodzę sama zanim dojedzie bo obie zakładałyśmy taką możliwość. Nawet sznureczki do pępowiny były gotowe smile. W pewnym momencie pękł pęcherz, niesamowite trzaśnięcie, jakbym sama pękła. I potem ten moment, kiedy główka jest już w tym swoim największym obwodzie i mam wrażenie że nie dam rady, że zaraz się skończę. Wtedy instynktownie podniosłam jedną nogę do góry, stanęłam na stopie z kolana i chyba wtedy wyszła, jeśli dobrze pamiętam.
        Wzięłam ją na ręce i klapnęłam na tyłek. Takiej ulgi jeszcze chyba nigdy w życiu nie czułam. Nieopisana wdzięczność. Wielka radość. Łzy. Wszyscy chyba płakaliśmy, nie pamiętam, ja na pewno. Długo tak siedziałyśmy. Miała zamknięte oczy i była zupełnie spokojna, po
        • marianna0077 Re: Marianna, 30.09.2010 05.10.11, 00:02
          Miała zamknięte oczy i była zupełnie spokojna, po jakimś czasie dopiero je otworzyła. Na końcówce byłam głośna, ale chłopcy spali jak zaklęci. Jak zwykle była akcja z łożyskiem, czekaliśmy długo, wiedziałam że Pani Ania się tym denerwuje, więc robiłam co mogłam by je urodzić (miałam dwa łyżeczkowania w przeszłości). Mała na początku nie miała ochoty na pierś. Ale potem zassała. Najpierw zapłakała (kilkanaście minut po urodzeniu) a potem zassała. Wtedy obudził się Józio. Naga, z Marianną przy piersi wstałam, Pani Ania okryła mnie kocem i poszłam do niego (nie chciał taty, czuł że coś się święci i domagał się mnie, dziwne dźwięki go obudziły, płacz siostry). Pod tym kocem nie widział jej. Klęczałam przy jego łóżku, z pępowiną i łożyskiem jeszcze w środku. Strasznie to było zabawne. Ale mały coś poczuł i nie chciał usnąć, przyglądał się nam (miał wtedy dwa i pół roku) w końcu usiadł na łóżku rozbudzony. Więc go wzięliśmy do siebie, pokazaliśmy siostrę, bardzo był zadowolony. Siedział z nami do 4.30 i świetnie się bawił (Mańka urodziła się o 2.20) aż do wyjścia Pani Ani. Czytał jej książkę, leżał przy niej, podobało mu się. Najstarszy spał jak kamień.
          Kiedy już było po łożysku, po szyciu (pękłam tak samo jak przy poprzednim porodzie, ale tym razem Pani Ania zasugerowała żeby tym razem założyć jakieś szwy dla urody. No jak dla urody, to się oczywiście zgodziłam wink, Mania absolutnie standardowa, 3500 gram, 54 cm) ubierałam ją. Pierwszy raz. I to było pierwsze moje takie doświadczenie. Kiedy zakładałam jej pieluszkę i spojrzałam na jej siusię to mnie przeszył ból, że ona też kiedyś urodzi, że ją wydałam na świat by przeżyła to samo. To trwało ułamek sekundy, ale było bardzo mocne. Nie było to jakoś zwerbalizowane, ale mniej więcej o to chodziło. Taki skurcz serca matczynego na ból dziecka.
          A potem już się zaczęło normalne życie. O 7.30 wstał Jurek i nowy dzień...


          Do dziś mam karteczkę z zapisanymi skurczami przez Jakuba. Przedziwne były, strasznie nieregularne. Nawet przy prawie pełnym rozwarciu zdarzały się 5 minutowe przerwy. I krótkie, na pewno nie trwały dłużej niż minutę, jakieś 40 sekund. Nie miałam w ogóle poczucia, że co jest nie tak, to ze mam tę kartkę to tylko dzięki temu, że Jakub znalazł sobie zajęcie na ten czas chyba, nigdy wcześniej nie zapisywaliśmy skurczy. Ale efektywne. Właściwie każdy w innym czasie, nic z tego, co w książkach piszą smile. Bardzo pracowałam głową przy tym porodzie. Chciałam się rozluźnić, nie zapomnieć o tym, że chcę się rozluźnić. I może to się wydać absurdalne, ale udało się. Nie zakłóciło to zupełnie akcji, która sobie po prostu szła, cała fizlologia biegła równolegle do pracy intelektem i nie przeszkadzały sobie na wzajem. Ale i tak myślę, że jeśli bedzie mi dane być w następnej ciąży, znów będę sie bała porodu.
          • marianna0077 Leon, 16.07.13 24.01.16, 12:53
            Po Mariannie kolejna latorośl: Lelo. W sumie poród czwarty, trzeci domowy, pierwszy opis gdzieś wyżej.
            Na dwa tygodnie przed terminem byłam już zmęczona tymi skurczami, chciałam już urodzić.

            W piątek 12 lipca byłam na pierwszym KTG w tej ciąży. Wszystko ok, potem badanie: na razie pani nie rodzi, proszę przyjść za tydzień. Wkurzyłam się, nie zobaczycie mnie za tydzień pomyślałam, lekarka była wyjątkowo nieprzyjemna.

            Sobota. Po południu skurcze nasilają się. Kładę się, trochę słabną. Wstaję, zaczynają iść jak szalone, co 3 minuty, mam poczucie że zaczynam rodzić. Akcja. Dzieci do szwagra, przez jakiś czas jestem sama w domu. Powoli wstaję i układam jakieś rzeczy, ledwo chodzę, zaczynam czuć dyskomfort, że nie ma męża. Jest 17.00. Czas dzwonić do położnej. Dzwonię. Pani Ania mówi, że do 19 musi być na dyżurze w szpitalu, najwcześniej może być u mnie o 20.00 i że w takiej sytuacji (przy takich skurczach, a jak już mam takie skurcze zazwyczaj finał był baardzo blisko) nie mogę zostać w domu, tylko mam do niej jechać. Rozłączyłam się, rozpłakałam. Poczułam jakbym dostała sztyletem w piersi smile.

            Od tej chwili nie miałam już skurczy. ANI JEDNEGO. Po kwadransie zadzwoniła Pani Ania mówiąc, że udało jej się znaleźć zastępstwo i że jest w drodze. No to mówię, ze wszystko się zatrzymało. No to dobra, ona jedzie o domu i będzie pod telefonem, jakby co, dzwonić. Wrócił mąż. Kąpiel. Wykorzystaliśmy fakt, że nie ma dzieci i spędziliśmy naprawdę miły intymny wieczór sam na sam. Nic. O północy wiedziałam, że nic z tego i zaordynowałam powrót dzieci.

            Niedziela. Jak zwykle, nic szczególnego.

            Poniedziałek. Po południu zaczynam zapisywać skurcze, choć nie miałam wcześniej w zwyczaju kontrolować czasu w trakcie porodów. Znów, wstaję, zaczynają iść gęsto, co 6, 5 albo i 4 minuty, kładę się i wydłuża się do 8, 9. Zaczynam głupieć. Dzwonię do Pani Ani. Przyjeżdża wieczorem ok. 21 i mnie bada. Stan taki sam od dwóch tygodni (cm rozwarcia, nie pamiętam dokładnie). Mówi, że na razie nie rodzę, nie wygląda jakbym miała rodzić… Na odchodne mówi do mnie: pani Małgosiu, umówmy się na piątek. To będzie dobry dzień dla mnie, niech pani w piątek rodzi. Wychodzi, mnie łzy pociekły i mówię mężowi: ja do piątku z takimi przepowiadającymi nie dożyję…

            No nic. Idę spać. Kładę się. Obok mnie mąż ogląda serial Hatfields & McCoys (czasy wojny secesyjnej, ameryka północna, dwie wielkie skłócone rodziny wyrzynają się nawzajem). Usypiam, co jakiś czas przebudza mnie skurcz. Notuję. Co 11 minut. Mąż mnie budzi, zabawna scena, pokazuje: mąż wraca do domu po wojnie. Klęczy przy łóżku, głowę kładzie na kolanach żony. W domu kupa dzieci, od dorosłych po krasnale. Kobieta w białej koszuli z długimi włosami zaczesanymi na jedną stronę gładzi męża po włosach i martwym głosem mówi: jestem gotowa by spełnić obowiązki małżeńskie, tylko mam do ciebie prośbę, byś nie kończył we mnie, nie przeżyję już ani jednej ciąży i ani jednego porodu więcej…

            Skurcz. Nie wiem, czy śmiać się czy płakać, choć raczej mnie to rozśmieszyło, poczułam też ogromną więź z tą jednak fikcyjną postacią smile.Śpimy. Co 11 minut budzi mnie skurcz. Ale już taki, że muszę wstać i uklęknąć przy łóżku, jak się kończy kładę się i usypiam z powrotem. Nad ranem przyszła pora na skorzystanie z toalety. Odwlekałam to mimo pełnego pęcherza, przeczuwając że spionizowanie nasili akcję. No nic, w końcu wstać musiałam. Nie pomyliłam się. Skurcze co 3, 4 minuty. Nie chciałam wszczynać alarmu po raz kolejny więc postanowiłam wejść do wanny. Woda bardzo pomagała, ale skurcze nie mijały. Napisałam do Pani Ani. Oddzwoniła natychmiast. Miałam dać znać za pół godziny jak sytuacja. Po pół godzinie skurcze co 3, 4 minuty. Pani Ania powiedziała, że za pół godziny będzie.

            Wyszłam z wanny, podchodzę do łóżka. Budzę delikatnie męża (kompletnie mokra). Mówię rzeczowo, że położna będzie za pół godziny, wracam do wanny, bo mi tam lepiej skurcze znosić i żeby wyniósł jednego z synów, który w międzyczasie przyszedł do naszego łóżka i otworzył położnej jak zadzwoni domofonem. Jasne. Wracam do wanny. Po jakimś czasie dzwoni telefon. Pani Ania. Stoi na dole i dzwoni od jakiegoś czasu domofonem, ale nikt nie otwiera… Wychodzę znów mokra. Mąż tak jak go zastałam ostatnio z synem w naszym łóżku śpią w najlepsze… Ponowna pobudka. Poszli do pokoju dziecięcego, ja do wanny, Pani Ania przyszła do mnie. Była 5.00. I jak zawsze, kiedy już była przy mnie wszystko toczyło się szybko. Jak zawsze, kiedy przyszła stwierdziła że są jakieś 3, 4 cm. Wyszłam z wanny. Jak zawsze, kiedy już była, wstawałam, żeby nie ciamkać się już z tymi skurczami tylko kończyć sprawę smile.

            Pani Ania poszła do stołu i wyciągnęła papiery. Ja stałam w kuchni i postanowiłam zrobić jej położniczą kawę. Wyrzucam starą kawę z koszyczka. Skurcz. Opieram się na blacie kuchennym, 90 cm wysokości okazuje się idealne. Pani Ania wstaje by zgniatać moje biodra, bardzo pomaga. Jak zawsze mam bóle krzyżowe. Wyciągam kawę z lodówki. Skurcz. Zacisk Pani Ani. Nabijam nową. Skurcz. Zacisk Pani Ani. Stawiam na gazie. Skurcz. Zacisk Pani Ani. Zastanawiam się, co z mężem. Jest w pokoju dziecięcym, nie wiem, czy uśpił syna, pora taka, że wszyscy pobudzić się mogą. Chyba stanie się tak, jak przez całą ciążę kusiło mnie, by spróbować: bez mężczyzn. Oczytałam się nowych spostrzeżeń Odenta na ten temat, zastanawiałam się, jak to jest, czy jest różnica, czy obecność mężczyzny, nawet tego ukochanego jakoś nie zamyka?. Skurcz. Zacisk Pani Ani. Jak się potem okazało, w tym czasie mąż za drzwiami zastanawiał się, co ma robić. Czy czuwać przy dzieciach czy przyjść do mnie. Czekał na jakiś znak od mnie. Kawa wyszła. Skurcz. Zacisk Pani Ani. Nalewam do filiżanki. Skurcz. Biorę kawę, idę do stołu. Stawiam przed Panią Anią, opieram się o stół. Skurcz. Czuję, że mały schodzi. Mówię to na głos. Pani Ania naciera mnie olejkiem arganowym, poprosiłam o to wcześniej. Przechodzę do klęku przy kanapie, jak zwykle. Czas wypierania znoszę łatwiej niż przy poprzednich porodach. Pani Ania zaproponowała bym jak najniżej się nachyliła, nie byłam wyprostowana jak wcześniej. Może dlatego główka dziecka wytoczyła się tak łagodnie. Może taż dzięki nacieraniu co chwilę olejkiem. W czasie skurczu wyciągałam ręce do przodu, gdzie zawsze wcześniej znajdywałam męża. W tych momentach trochę go brakowało. Kiedy potem rozmawiałyśmy, Pani Ania zauważyła, że szukałam oparcia w mężu, że widać to było że nie do końca wiedziałam, czego się chwycić. Ale generalnie czułam się maksymalnie swobodna, nic mnie nie ograniczało, nic nie krępowało. Mąż stał za drzwiami i czekał. Leon wyszedł na zewnątrz, Pani Ania podała mi go między nogami, wzięłam go na ręce i wpadłam w zachwyt. Powtarzałam jakie ma piękne usta, jaki on piękny (wcześniej jakoś uroda moich dzieci tak mnie nie poruszała wink. Wszedł mąż i dzieliliśmy ten zachwyt już razem. Po chwili Leon otworzył oczy i zaczęliśmy się sobie przyglądać.

            Po dłuższym czasie, też jak zwykle urodziło się łożysko. Leciutkie pęknięcie nie wymagające szycia, jak zwykle. Obsikanie taty, jak zwykle. Prysznic, pyszne śniadanie, witanie się dzieci, wstawały po kolei i przychodziły podziwiać brata. Pożegnanie z Panią Anią, rosół. dzieci z tatą na plac zabaw, po południu pierwsza gromada gości. Trzeciego dnia wakacje. Niedaleko, kilkadziesiąt kilometrów, na wsi, niskie góry. Ale klimat inny, dla dzieci raj.

            Niewiele się zmieniło…
      • soldie Re: Narodziny Łucji 7.09.11 17.04.16, 15:53
        Piękny poród smile Też urodziłam w wodzie tydzień temu- coś wspaniałego smile
    • jusder Espresem bez położnej - Jana 14.11.11, 21:41
      Od 2 tygodni miałam zgładzoną szyjkę ustawioną centralnie i rozwarcie na 2 cm.
      Termin na 17 listopada.

      11 listopad, piątek
      16:00
      Korzystając z okazji wyekspediowania starszej córki do dziadków, zabraliśmy się z mężem za sprzątanie a na deser za indukowanie porodu metodą we dwoje.
      18:00
      Zaczęłam odczuwać bardzo delikatne, nieregularne, krótkie „skurcze”, które nie przerodziły się w nic znaczącego. Ustępowały po położeniu się. Uznałam zatem, że oto nawiedziły mnie skurcze przepowiadające i ok. północy poszłam spać.
      Położna smsem została poinformowana, że coś jest na rzeczy.

      12 listopad, sobota
      02:00 – 05:00
      Odczuwałam lekkie pobolewanie w dole brzucha. Co 20, 10 min. Za chwilę kilka co 3 min, potem pół godziny nic. I tym razem uznałam, że to jeszcze nie poród. Trochę spałam, trochę się snułam po domu.
      08:00
      Nasza trzylatka przybiegła nas obudzić, po czym z tatusiem wybrali się na targ po świeże jajka, ser, śmietanę „od baby”.
      09:00
      Zlekceważone skurcze powróciły. Co 3 minuty. Tym razem bolało jak diabli.
      Ja sama w domu. Położna w drodze. Zostawiła w szpitalu rodzącą parę pod opieką koleżanki i łamiąc wszystkie przepisy ruchu drogowego gnała do nas.
      09:30
      Skurcze co minutę, Mocne. Trwające ok. minuty. Krążę po sypialni jak dziki kot w klatce. Wracają mąż i córka. Mąż sprawdzając rozwarcie mówi z nieudawanym przerażeniem w oczach: „czuję coś twardego, chyba głowa ...”, a ja na to: A palce? Na ile możesz rozewrzeć? - Na tyle, mówi i pokazuje jak nic co najmniej 8 cm.
      09:50
      Nadchodzą potężne skurcze parte. Pęka pęcherz. Położna ciągle w drodze. Prowadzimy telekonferencję. Tzn. mąż prowadzi bo ja jakby mnie tam w ogóle nie było.
      Zaczynam wyć. Z dołu co jakiś czas przychodzi córka z pytaniem: Już się urodziła dzidzia?
      Położna krzyczy przez telefon: Pod prysznic!!!!!!!!!! Kochana nie krzycz, oddychaj. Weszłam pod prysznic ale kucam w pozycji, w której mąż ma mało do powiedzenia i nie pozwalam się dotknąć. Dotykam za to krocza piekącego żywym ogniem. I czuję główkę.....
      Ja: Czuję główkę!!!!!
      Położna (przez telefon): Na worek sako!!!!!!!
      Mąż wcisnął worek pomiędzy sedes a szafkę i wyciągnął mnie siłą spod prysznica.
      Rzuciłam się na czworaka na ten worek.
      Mąż: Widzę główkę!!!!!!!!!!
      Położna: Na plecy!!!!!!!!!!!!!!!
      Ja: Nie mam siły.
      Mąż jednym ruchem przewrócił mnie na plecy.
      Z dołu, już od jakiegoś czasu słychać histerię z powodu bajek, które same się wyłączyły. Mąż pobiegł uruchomić projekcję ja czuję potężną falę skurczu partego, nie do opanowania, po którym rodzi się główka. W tym momencie przybiega mąż. Wystawia ręce i po następnym skurczu rodzi się dzidziuś. Szybko małą na mój brzuch. Położna była za 5 min i zajęła się pępowiną, łożyskiem, szyciem ( powierzchowne pęknięcie na 3 szwy) i całą resztą.

      A jeszcze tydzień temu przekomarzałam się z mężem czy dostąpi zaszczytu bacznej obserwacji krocza podczas porodu, bo z zeszłego czuje niedosyt.

      I takim to sposobem urodziła się o 10:20 (około, bo nikt nie spojrzał na zegarek) nasza druga domowa córcia - Jana.
      A mąż został okrzyknięty bohaterem - i to nie tylko we własnym domu. smile
    • as23779 Zosia na Mikołaja 12.12.11, 13:03
      6 grudnia wstałam wcześnie rano, żeby ogarnąć moje poranne zajęcia i nic nie zapowiadało tak gorącego finału. Przed 8 poczułam lekkie bóle brzucha, ale w sumie do terminu z kalendarza zostało jeszcze 7 dni, poza tym czym są „lekkie bóle” – na pewno nie porodem, więc nie zwracałam na nie uwagi. Na wszelki jednak wypadek zrobiłam zakupy spożywcze i zjadłam spore śniadanie. Bóle pojawiały się tu i tam ale bez większych atrakcji, więc postanowiłam się wyspać. W południe rozkręciłam kuchenną maszynę żywnościową – wstawiłam zupę, zaczęłam robić sałatkę, która czekała na mnie od kilku dni i przygotowałam ciasto na naleśniki (naleśniki by się przydały bez względu na to, czy poród miał zamiar się odbyć tego dnia, czy nie).

      Moim dawnym planem było na początku porodu zająć się robieniem mega skomplikowanego tortu czekoladowego na urodziny dziecka, ale tym razem tortu nie zaczynałam, bo nie wiedziałam, czy to poród, a szkoda byłoby mieć tort urodzinowy bez jubilatasmile. Ale 8 czekolad do dziś leży w lodówce.

      Około 15 bóle brzucha zrobiły się jakoś regularniejsze i postanowiłam spoglądać na zegarek. Obstawiłam się laptopem (żeby sprawdzać czas), a w kuchni smażyłam naleśniki na zmianę z warstwową sałatką. Obie potrawy pozwoliły mi dokumentni ubrudzić kuchnię, resztki marchwi walały się tu i tam, ale postanowiłam posprzątać to na końcu. Poza tym w domu nie było odkurzane chyba ze 4 dni, a do tej pory starałam się to robić często just in case…

      O 16 ciągle byłam w praniu z sałatką, naleśniki były w połowie drogi, a ja postanowiłam zadzwonić do położnej, żeby była przygotowana, że może to jednak dziś? Położna zapytała, czy jestem wymęczona przez całodzienne skurcze. Skądże! Przecież się wyspałam, a teraz musze jeszcze skończyć furę naleśników! (No tak, trzeba mieć w życiu jakieś priorytety – usłyszałamsmile).

      W międzyczasie napisałam do męża na gg, że jakoś coś mnie brzuch od rana pobolewa. Mąż planował dłuższą pracę tego dnia. Zapytał, czy to już poród – skąd mam wiedzieć? To mój pierwszy w końcu! Kazał mi się meldować co pół godziny, żeby mógł spokojnie pracowaćwink.
      Położna kazała się odezwać za godzinę, sprawdzić częstotliwość skurczy, i ich długość. Częstotliwość może i była ciekawa (3-5 minut), ale długość jakaś nędza (40 s. maks), wiec stwierdziłam, że to chyba nie to. Mężowi powiedziałam, żeby może się jednak zbierał z tej pracy, w końcu w domu też można popracować. Naleśniki zbliżały się ku końcowi. Niestety już na czas skurczy musiałam trochę się zająć skurczami właśnie, skutkiem czego niektóre przypaliłam. O 17.00 położna stwierdziła, że to chyba jednak nie falstart i wygnała mnie pod prysznic (telefonicznie oczywiście). Poszłam, trochę nie miałam się na czym umieścić, w końcu usiadłam na misce, przyniosłam sobie nawet książkę. Po kwadransie pod prysznicem skurcze się wyciszyły. No tak, to jednak falstart?

      Mąż zastał mnie na sedesie. Usiłowałam doprowadzić do oczyszczenia organizmu, bo jakoś mój organizm nie chciał zrobić tego samodzielnie. Miałam rodzić w basenie, więc wiadomo o co chodzi…

      Po kolejnym kwadransie skurcze się nasiliły i już błagałam o masaż kręgosłupa. Mąż w międzyczasie nadrabiał prace domowe – wynosił jakieś zaległe rzeczy do piwnicy, śmieci, zwijał dywan, wyciągnął nawet odkurzacz, ale powiedziałam, że odkurzać to on chyba nie będzie. Kolejny telefon do położnej zakończony pytaniem – jak często są skurcze? Nie mam pojęcia, ale często jak cholera! Za kwadrans miałam zadzwonić i podać częstotliwość. Dzwonił już mój mąż, a ja wydałam swój pierwszy porodowy dźwięk. Położna powiedziała, że słyszy właśnie, że musi już jechać.smile

      U nas tymczasem zaczęło się robić gorąco. Mąż przygotowywał basen (całe szczęście był nadmuchany, bo z lenia nie chciało nam się go spuszczać po teście sprzed kilku dni), a w czasie skurczu przylatywał masować moje dołki nadpośladkowe.

      Ja po pierwszym odkryciu, że krzyk NAPRAWDĘ pomaga, nie miałam oporów, żeby z niego korzystać. Skutkiem czego w drzwiach pojawiła się sąsiadka z pytaniem, czy wszystko w porządku. – Tak, żona rodzi, zaraz przyjedzie położna, wszystko ok – powiedział mój mąż. Chciałabym zobaczyć jej minę!

      W pewnym momencie przyszła już położna, kiedy było dość boleśnie. Myślę, że było około 18.30. Przy czym cały czas marzyłam o tym, żeby wreszcie zrobić kupę (basen, wiadomo). No i wokalizowałam swój poród dość intensywnie.

      Położna w drzwiach zadała pytanie – czy ciebie przypadkiem nie popiera? Kurde, od 3 godzin mnie popiera, chcę zrobić kupę w końcu! Położna zadzwoniła po koleżankę i kazała jej przyjeżdżać, słyszałam to w łazience z korytarzasmile. Nawet mnie to ucieszyło, bo ustaliłyśmy kiedyś, że jak już dzwoni po koleżankę, to finał blisko jest!

      Ja wiłam się dalej w łazience, a położna postanowiła mnie zbadać, co przyjęłam z prawdziwą ulgą, bo chciałam wiedzieć, że już jest te przynajmniej ze 4 cm, bo kolejnych 12 h w tej wersji chyba bym nie przetrwała. Szybka diagnoza – 9 cm rozwarcia. Wszystko jakby przyspieszyło. Spędziłam kilka skurczy w pozycji kolankowo-łokciowej, żeby nieco zwolnić tempo i dać dziecku szansę wpasować się w kanał rodny (chyba). Potem przeżyłam największy ból mego porodu – kiedy położna żeby mnie zbadać położyła mnie na chwilę na łóżku i nadszedł skurcz – MASAKRA.

      Potem już poszliśmy do basenu, który w międzyczasie się napełniał. W basenie było zajebiście, i takie zdanie wygłosiłam od razu jak tam weszłam. Nadał wykorzystywałam odkrytą przeze mnie metodę łagodzenia bólu przez krzyk. Po kolejnym skurczu zawisłam nad brzegiem basenu i wisiałam już tak do końca. Nie chciałam zmieniać pozycji mimo sugestii, bo jakoś za dużo mnie to kosztowało wysiłku. Mąż wytrwale masował dołki (mam do dziś na nich mega siniaki), a ja krzycząc przechodziłam fazę partą. Która wcale nie była lżejsza niż pierwsza, jak się czasem czyta. Wygłosiłam tez kilka zdań (miedzy skurczami) na temat posiadania większej ilości dzieci, chęci zrobienia kupy (położna: ale to nie kupa!), dlaczego 2 faza nie jest ulgą, gdzie leżą ręczniki papierowe, a gdzie worki na śmieci itd.

      Tu położna bardzo mi się przydała, bo jakoś nie bardzo wyobrażałam sobie, jak ta faza ma wyglądać. Mam przeć? Jak mocno? Kiedy? Itd. Ale w ucho słyszałam dobre prowadzenie i chyba się mu poddałam. Po godzinie fazy partej mniej więcej, najpierw urodziła się główka (wygłosiłam tu zdanie ze szkoły rodzenia, że właśnie jestem kobietą z dwoma głowami), a potem reszta Zosi wypłynęła do wody. Była 20.08. Nie bardzo wiedziałam, co teraz, ale kazały mi wyjąć dzieckosmile. To wyjęłam mokre ciałko z basenu, Zosia od razu zaczęła kwękać, a ja zdziwiłam się trochę tym dziwnym uczuciem trzymania „jakiegoś” dziecka w ramionach.

      Po 10 minutach wyszliśmy z basenu, bo łożysko stawiało opory, ale urodziło się w końcu po 30 minutach na łóżku. Okazało się, że miałam małe pęknięcie 1 stopnia, które dziewczyny elegancko (podobnowink zaszyły, a potem leżałam sobie z małą, a cała impreza przeniosła się do kuchni, gdzie mój mąż serwował porodowe naleśnikismile.

      Na koniec zaszokowaliśmy naszą rodzinę informacją, że urodziliśmy w domu. Rodzina hurtowo zadawała to samo pytanie – ale co, nie zdążyliście do szpitala?

      Dzień później mąż poszedł do sąsiadki przeprosić za hałasy (a było za co, pół osiedla musiało słyszeć…wink i za to, że nie uprzedziliśmy wcześniej o takiej opcji. Sąsiadka na to – spokojnie, panie, cały poród rodziłam razem z pana żoną! Podejrzewam, że tak samo miały wszystkie kobiety na klatce schodowejsmile
    • tintirinka 16.10.2011 HURRRA 04.01.12, 13:30
      Termin porodu miałam na 16 października czyli na niedzielę. To była moja druga ciąża. Córkę urodziłam 15 lat temu w szpitalu. Poród był bardzo łatwy i szybki: około 5 nad ranem obudziły mnie lekkie bóle, około 7 zaczęłam mierzyć skurcze i okazało się że są regularne co 2 minuty, także szybko do taksówki i o 8:00 byliśmy w szpitalu. Na izbie przyjęć okazało się, że mam 10 cm rozwarcia – także biegiem na salę porodową i o 9:00 urodziłam siłami natury w pozycji horyzontalnej, bez lewatywy, golenia i nacinania – miałam jedynie obtarcie naskórka i dwa szwy. Poród wspominam jako szybki mało bolesny i w ogóle cudowny. W związku z takim szybkim pierwszym porodem, teraz również miałam nadzieję, że poród będzie szybki i łatwy. Co prawda minęło 15 lat, ale tym się nie przejmowałam  Nawet myślałam, że położne mogą nie zdążyć bo mieszkam 50 km pod Warszawą. Byłam przekonana, że poród będzie szybki, bez krzyków i kryzys 7 cm to coś, co mnie nie dotyczy. Sprawdzałam w jakiej pozycji powinnam rodzić gdybym była sama – na czworakach najlepiej. Uzgodniłam z położną, że jakby coś to konferencja na telefonie i będzie dawać nam instrukcje na głośnomówiącym. Ogólnie nastawienie pozytywne i moje i męża i córki.
      15 października w sobotę mieliśmy już wszystko posprzątane i przygotowane, rano pojechaliśmy jeszcze na ostanie zakupy, koło 11 zaczęłam mieć lekkie, leciutkie skurcze. Około 13 byliśmy już w domu, lekkie skurcze miałam cały czas. Do położnej zadzwoniłam o 14 powiedzieć jak wygląda sytuacja, tak na wszelki wypadek jakby nagle przyśpieszyło. Umówiłyśmy, że jak skurcze będą mocniejsze i częstsze to dzwonię, a jak nie to dzwonię najpóźniej o 16. W tym czasie nie czułam, że to już także zadzwoniłam o 16, później o 17. Skurcze miałam nieregularne co 3 minuty, 4, 5, 6, trwały około 40-50sekund. O 17 położna mówi, że jedzie. Gdybym mieszkała bliżej to dałaby nam jeszcze czas, ale w tej sytuacji nie chce ryzykować. Umówiłyśmy się, że będzie koło 18 – oczywiście cały czas na telefon. 18:30 dzwoni, pyta się jak wygląda sytuacja, bo jej się auto zepsuło… Ja jej mówię, że damy radę. W sumie obie położne przyjechały koło 20. Ja myślałam, że zaraz urodzę, skurcze już mnie dosyć bolały. Takie regularne i dosyć mocne zaczęły się koło 18. Do czasu ich przyjazdu chodziłam, mąż z córką gotowali zupę dla mnie i dla siebie. Miałam nadzieję, że mam już koło 8 cm rozwarcia. Położna mnie zbadała i okazało się, że rozwarcie jest na 3 cm!!!! Masakra – nie spodziewałam się tego. Siadłam więc na piłce i sobie na niej skakałam, a mąż w trakcie skurczu mnie masował. Już było bardzo ciężko i byłam zmęczona. Między 21 a 23 nie pamiętam dokładnie co się działo, ale bolało masakrycznie. Weszłam na chwilę do wanny, ale źle tam się czułam. Byłam strasznie zmęczona i miałam dość. Było mi nie dobrze – na pewno rzygałam do miski, ale nie pamiętam kiedy. Położna mnie zbadała i nie pamiętam jakie było rozwarcie. Zaczęły odchodzić mi wody, dużo ich było. I poczułam się trochę lepiej, jak mi odeszły te wody. Acha, wszystko działo się w łazience przy zgaszonym świetle z małą lampką przykrytą ręcznikiem. Miałam worek sako do pomocy, piłkę, wannę i prysznic. Łazienka to moje ulubione miejsce w domu  Mamy ogrzewanie podłogowe także było cieplutko i przyjemnie, oprócz tego, że byłam wykończona. Położna zapytała się mnie czy chcę się na chwilę położyć, żeby odpocząć. Poszłam więc do łóżka, ale tam było koszmarnie. Starałam się zasnąć pomiędzy skurczami na tę minutkę chociaż, ale było ciężko. Bolało mnie strasznie w trakcie skurczu i pomiędzy skurczami. Ogólnie miałam dość. Myślałam, jak ja mogłam myśleć, że będzie łatwo i szybko jak ja tu zaraz umrę. Porażka jakaś. Wcześniej żartowałam z położnymi czy to już był kryzys 7 cm, a teraz naprawdę mnie bolało i myślałam, że to koniec. Położna pyta, to co chcę teraz robić. Ja powiedziałam, że chcę żeby już się skończyło. Acha, w międzyczasie przy badaniach cały czas było duże rozwarcie – pamiętam że było już 8 cm, ale główka nie była wstawiona do kanału rodnego. Dzidziuś był duży. Także wstałam i poszłam do łazienki. Siadłam na kibelku, zdecydowana na pracę i że pomogę małemu szybko wyjść. Myślę, że jak poszłam do łazienki to było koło 23:30. Przy wszystkich skurczach „śpiewałam” tzn. przy otwartych ustach wydychałam głośno powietrze z dźwiękiem. Było mnie słychać, ale mieszkamy w domu także luz. Położne mnie zapytały czego się boję, albo czego boi się maluszek, że nie może wyjść. I tak sobie pogadałyśmy, że ja się boję, że pęknę jak on jest taki duży, że się boję, że coś będzie z nim nie tak, czy go będę kochała. I zaczęłam mówić do siebie i do niego, że wszystko będzie dobrze i spokojnie i, że go kocham i, że sobie poradzimy. I tutaj tak jakby pogodziłam się z sytuacją, że tak strasznie boli i że musimy przez to przejść razem. Zapanowałam nad bólem, byłam bardziej świadoma i przy sobie. Poczułam, że chcę być sama z położnymi. Powiedziałam córce, że ją kocham i że dam radę, i że te „krzyki” mi pomagają i że wszystko będzie dobrze. Mąż wyszedł z łazienki. Jeden z kotów było przerażony – siedział przy łazience na schodach i miał wytrzeszczone oczy Także siedząc na kibelku i między skurczami przytulając się do jednej z położnych wizualizowałam jak mały schodzi w dół. W trakcie skurczu druga położna ściskała mi miejsce między kciukiem, a palcem wskazującym – bardzo pomagało. Później zeszłam na podłogę do pozycji kucznej. Za mną siedziała na pufie położna i opierała się o wannę. W tej pozycji było mi ciężko. Naprawdę pracowałam, byłam cała spocona. Nie parłam, ale pchałam go w dół. Pomiędzy skurczami odpoczywałam, piłam wodę. Druga położna sprawdzała jak wszystko idzie. Powiedziała, że jak mi powie, to żebym zmieniła pozycję na czworaka. I za chwilę przeszłam na czworaki – od razu wygodniej i lepiej – oparłam się o worek sako i zaczęły się skurcze parte. Przed porodem wyobrażałam sobie, że właściwie dziecko samo wyjdzie, jak na tym filmie pięknym co kobieta rodzi przy świecach A tu okazało się, że muszę mocno przeć i dłuuugo. Przy jednym skurczu parłam średnio 3razy. Cała ta faza trwała 30 minut, ale tu już czułam Power i miałam siły mnóstwo. Wiedziałam, że zaraz mały się urodzi i, że wszystko jest na dobrej drodze. Położna cały czas smarowała mi krocze oliwką ze słodkich migdałów. Na początku tych skurczy jak dotknęłam palcami główkę – jeszcze głęboko, to poczułam niesamowity przypływ sił. Potem już go głaskałam i czułam jak powolutku wychodzi. Główkę rodziłam chyba na 3 lub 4 skurczach. Ciałko również na trzech skurczach. Niesamowite było jak on już miał główkę na zewnątrz, a ja cały czas na skurczu parłam, żeby mu pomóc wyjść. Dotykałam go i mówiłam do niego – pomiędzy skurczami oczywiście, bo w trakcie skurczu parłam i wydawałam ciągły dźwięk z siebie Brzmiało chyba strasznie. O 1:10 w nocy Mały wyszedł na świat cały. Wzięłam go na brzuch – miał bardzo krótką pępowinę. Miał szeroko otwarte oczy i patrzył tymi oczami na świat – najcudowniejsza chwila. Przyszedł mąż i córka. Wszyscy szczęśliwi. Momentalnie zapomniałam o trudach i bólach. Usiadłam z nim bokiem na worku. Za chwilę poparłam troszkę i urodziłam łożysko. Położna pokazała je nam – takie rozłożone. Siedzi teraz w zamrażarce. Mały był piękny. Jak przestała tętnić pępowina mąż ją przeciął. Mały nie był specjalnie badany dopiero po dwóch godzinach. Za chwilę mąż wziął go na ręce, ja poszłam się szybko umyć i poszliśmy wszyscy do łóżka jeść. Mały ważył 4 kg, także był ogromny – wyglądał jak niemowlak, a nie jak noworodek. Dlatego trwało to tak długo, bo był taki duży i musiał powolutku znaleźć sobie jak najlepszą pozycję do wyjścia. Nie miałam ani jednego obtarcia czy pęknięcia. Udało się !!! Syn urodził się zgodnie z terminem. Było cudownie!!! Gdybym rodziła w szpitalu to na pewno miałabym jakieś interwencje – albo Oksy, albo naw
      • tintirinka 16.10.2011 HURRRA c.d. 04.01.12, 13:34
        Gdybym rodziła w szpitalu to na pewno miałabym jakieś interwencje – albo Oksy, albo nawet cesarkę. Nie wyobrażam obie tak intymnego zdarzenia przeżywać w szpitalu. Jestem szczęśliwa, że urodziłam w domu.
    • annairam Cecylia ur. 14.01 w Poznaniu 23.01.12, 18:12
      W piątek 13 stycznia spędziliśmy dzień bardzo aktywnie. Wybraliśmy się między innymi z dzieciakami na niedawno otwarty basen. Popołudniu zdecydowałam się wypić miksturę zaleconą przez naszą Położną, która miała pobudzić szyjkę i rozpocząć poród. Z uwagi na jej niepowtarzalny smak przez 2 godziny walczyłam by nie opuściła mojego żołądka górą wink. Udało się. Do wieczora jednak oczekiwanych przeze mnie efektów nie było. Nawet bardzo mnie to nie zmartwiło, bo byłam dość senna. Wzięłam szybką kąpiel i spokojnie poszłam spać koło 22. Po jakimś czasie zwyczajowo obudziłam się i podreptałam do toalety. Wracając, zerknęłam na zegar – punkt dwunasta. W momencie kiedy kładłam się z powrotem do łóżka, poczułam pierwszy lekki skurcz. Zignorowałam go. Otuliłam się kołdrą z zamiarem szybkiego zaśnięcia. Okazało się, że nic z tego. Zaraz po pierwszym przyszedł następny skurcz i następny, i kolejne. Powoli nasilały się, ale nie były zbyt uciążliwe.
      W pewnym momencie poczułam coś jakby przesunięcie w dole brzucha. Bolesność następnego skurczu była o wiele większa. Na jego zakończenie poczułam lekką wilgotność. Obudziłam męża. Było około 0.45, może 0.50 i poprosiłam by podał mi ręcznik. Okazało się, że „ta wilgoć” to spora ilość śluzu podbarwionego krwią. Po kolejnym skurczu zdecydowałam, że wstaję. Skurcze momentalnie się wzmocniły i po każdym pojawiał się nowy śluz. Organizm postanowił się też solidnie pooczyszczać. O 1.05 zdecydowałam, że dzwonię do Położnej. Między skurczami zdążyłam wybrać numer, usłyszeć jej głos i oddać telefon mężowi, który kontynuował rozmowę. Ja nie byłam już w stanie. Położna od razu zaczęła się do nas wybierać. Miała być za pół godziny. Kontrolowałam kontem oka kiedy minie ten czas, bo bardzo chciałam Ją zobaczyć w naszym domu. W między czasie mąż wezwał moją siostrę, która miała pomóc przy dzieciach gdyby się obudziły. Była u nas po około 20 minutach. Kiedy po kolejnych 5 czy 10 weszła Położna moje skurcze zaczęły uzyskiwać dość potężną siłę, ale cały czas były „do przejścia”. Następowały co około 2 minuty i trwały minutę. Widząc spokojną i uśmiechniętą twarz naszej Położnej, zupełnie przestałam kontrolować upływ czasu i całą sytuację. Odpłynęłam w skurcze wink i nie pamiętam dokładnie co, jak, kiedy się działo wokół mnie. Najlepiej było mi kiedy opierałam się i ściskałam w pasie męża lub Położną (gdy mąż coś organizował). W międzyczasie przyjechała druga Położna. Pewnie około 2.20 czy 2.30.
      Położna postanowiła mnie zbadać. Na leżąco się nie dało, bo „uciekłam” gdy zaczynał się skurcz wink. Na stojąco wyszło 5-6 cm. Bardzo się ucieszyłam. Położna zaproponowała kąpiel. Uznałam, że to zachęcający pomysł. Kiedy dotarłam do łazienki a mąż odkręcił wodę (nie zdążył zatkać odpływu wanny wink), poczułam wyraźne popieranie w czasie skurczu. Według relacji mężą w tym momencie nieźle krzyknęłam, co przywołało jedną z Położnych do łazienki. Ja w „jakiś” sposób znalazłam się na kolanach przed wanną z policzkiem opartym o jej brzeg. Położne stwierdziły, że to już i gdzie chcę rodzić. Odpowiedziałam, że jest mi obojętnie – może być tutaj. Chyba nie byłam przekonująca, bo skonsultowały się z moim mężem wink. Stwierdził, że na pewno nie w łazience. Całą ciążę twierdziłam, że nie chcę urodzić w naszej łazience, bo najmniej lubię to pomieszczenie w naszym domu wink. Marzyło mi się urodzić przy blasku choinki. Broniłam jej zresztą jak lew przez kilka wcześniejszych dni. Rodzinę bardzo denerwowała, bo bardzo się „sypała” i czekali na czekoladowe bombki.
      Na nieustającym skurczu zostałam więc przetransportowana do salonu w okolice choinki . Położna zaproponowała stołeczek porodowy, który okazał się bardzo wygodny. Mogłam rozluźnić nogi, a potem całe ciało. Niesamowite uczucie. Wcześniej cały czas stałam lub chodziłam. Parte w moim odczuciu nie były bardzo silne. Silnie za to odczuwałam przesuwającą się główkę Maleństwa. Popierałam w swoim tempie. Dopiero na koniec Położna poprosiła bym rozluźniła się jak umiem najbardziej i tylko oddychała. Udało się - poczułam całkowite rozluźnienie. Niepowtarzalne uczucie. Główka wychodziła a ja ją trzymałam. Po chwili główka się urodziła, a zaraz za nią całe ciałko. Córka! Cecylia!  Od razu Położna podała mi ją na ręce. Płakałam ze szczęścia z Maleńką na piersi przytulana przez kochanego męża.
      Mimo mojej paskudnej blizny po poprzednich porodach, jedynym obrażeniem było małe pęknięcie. Doszło do niego głównie dlatego, że Cecylia rodziła się z rączką przy buzi.
      Po chwili byłam już z Cecylią na kanapie gdzie mogliśmy cieszyć się sobą i podziwiać Dziecinę. Zapanowała atmosfera przyjęcia . Było mi naprawdę wspaniale i czułam się bardzo, bardzo zaopiekowana. Przed przecięciem pępowiny zdążyła dojechać młoda Położna – praktykantka. Czekanie na łożysko, opatrywanie krocza, badanie Malutkiej odbywało się w wielkim spokoju. Moja siostra parzyła herbatę, mąż trochę się krzątał. Wszyscy dzielili się wrażeniami.
      Rano okazało się, że Starsza Córka obudziła się gdy Siostra przyszła na świat, ale postanowiła , że zobaczy ją w dzień i zasnęła ponownie. Zupełnie się nie przestraszyła ani nie denerwowało. Ot – uznała – w końcu Dzidziuś się urodził wink. Razem z Bratem oglądali Cecylię już w dzień w naszym łóżku.
      Do końca życia będę wdzięczna tym Położnym, a w szczególności tej która opiekowała się nami jako „nasza” położna. To w jaki sposób przeżyliśmy ten poród i spokój jaki został nam dany potem – na pierwsze dni z Cecylią – są bezcenne i niepowtarzalne. Mimo, iż mój poprzedni poród, który odbył się w szpitalu był naturalny, bez niepotrzebnych interwencji i szybki jest nieporównywalny z tym domowym. Nie zdawałam sobie sprawy, że cud narodzin może mieć miejsce w atmosferze takiego spokoju, miłości i po prostu normalności. Urodziło się dziecko – z jednej strony coś wspaniałego, nie do opisania słowami, z drugiej strony normalne ludzkie doświadczenie pozbawione lęku i nerwów.
    • ph78 Mój drugi poród domowy 18.05.12, 20:22
      Był taki śmieszny!
      Najpierw w ogóle nie wydawało się prawdopodobne, że wytrwam do terminu. Ale zawzięłam się i postanowiłam urodzić po 37tc.
      Przez nałożenie terminów z długim weekendem, ostatnie badania robiłam w dniu porodu rano - cieszę się, że zdążyłam odebrać wyniki!
      Miałyśmy umowę z położną, że mogę rodzić od soboty rano - bo w nocy z piątku miała nieprzekładalny dyżur w szpitalu.
      Wody odeszły mi jednak w piątek o 21. Niewzruszona, postanowiłam iść spać i urodzić zgodnie z planem rano.
      Jak się położyłam, to odechciało mi się spać, a o 24 zaczęłam odczuwać coś w rodzaju smerania. Zadzwoniłam więc do położnej, chociaż czułam się niezręcznie po pytaniu o długość i częstotliwość skurczy. Zjawiła się po 30 minutach i okazało się, że mam 7cm rozwarcia.
      Mąż szybko zapakował więc starszą na śpiocha do auta i zawiózł do dziadków, a my w tym czasie żartowałyśmy z położną z całej tej sytuacji, potencjalnych zastępstw itd. Ja nareszcie zaczęłam trochę biegać po domu i zdążyłam wypić pół litra naparu liści malin.
      Po 3 kwadransach wrócił mąż i wtedy zaczęłam odczuwać intensywne skurcze rozwierające, podczas których stosowałam głębokie wdechy do brzucha z hypnobirthingu i kręcenie biodrami jak w "Birth as we know it", bardzo polecam!
      Po godzinie położna zapytała mnie, czy mnie nie popiera. Genialna kobieta, skąd ona to wie, kiedy już jest pełne rozwarcie?smile Bardziej mnie mdliło - nowe doznanie porodowe! Chciałam się przytulić do męża na sofie, ale pozycja leżąca była totalnie nietrafiona. Tym razem miałam do dyspozycji też stołeczek porodowy, którego brakowało mi już przy pierwszym porodzie. Okazał się strzałem w dziesiątkę! W tym stanie odrealnienia i time distortion zorganizowaliśmy miejsce na II fazę i w dwóch partych na świat przyszło nasze drugie dziecko!
      W porównaniu z moim pierwszym porodem to był szok smile Mąż się zdziwił, że dopiero przygotowywał się do rozkręcenia akcji, a tu już po krzyku. Najtrudniejszym zadaniem było opanowanie przymusu parcia, tutaj znów pomogło mi "dmuchanie świeczek".
      Fajnie się rodzi w domu, naturalnie, bez stresu, z czujną dyskretną położną smile
    • kikakajtek Moja domowa JE 19.10.12, 16:06
      dziękuję za to forum! Od kiedy na nie trafiłam marzyłam by urodzić w domu. Spełniło się moje marzenie i w tym tygodniu na świat przyszła córeczka Janina Eliza. Była przy tym wydarzeniu obecna Iwona, wspaniała położna z Poznania i mój mąż.
      Dzień wcześniej pomyślałam, że nie mogę być bardziej gotowa niż właśnie teraz dlatego korzystając z ładnej pogody pojechaliśmy na wycieczkę rowerową, a wieczorem odmówiłam z córką dziesiątkę różańca w intencji o dobry poród!
      W nocy 2.22 złapał mnie pierwszy skurcz, następny 2.28 i trzeci 2.37. Były to lekko bolesne skurcze, ale obudziłam męża, w międzyczasie pojawiły się kolejne i zdecydowaliśmy się dzwonić po położną. Ustaliłyśmy, że czeka na mój kolejny telefon. Zobaczyłam wtedy przerażenie na twarzy mojego męża. Nie byłam w stanie mu wyjaśnić dlaczego czekamy, ponieważ raczej jestem zablokowana kiedy rodzę by logicznie bardziej lub mniej myśleć. Jednak jakieś pół godziny później pękł pęcherz i wtedy Iwona wyruszyła do nas. Wpłynęło to relaksująco na mojego męża i również na mnie. Położyliśmy się razem by przeczekać skurcze, ale wkrótce pojawiło się popieranie i bałam się, że Iwona nie zdąży. Przyjęłam więc pozycję z pupą w górze, dotąd leżałam na boku i chodziłam do toalety (3 razy na pewno). Myślę, że to po jabłkach, które wieczorem zjadlam w ilości 3. Nie była to dla mnie wymarzona poza, ale jakoś ją zniosłam. Kiedy po pół godzinie pojawiła się Iwona w ciągu 20 min zaczęłam rodzić. Mała wyskoczyła dosłownie na jednym skurczu! Była śliczna, czyściutka i cichutko postękiwała.
      Był to piękny poród trwający od pierwszych skurczy 2h. Iwona przyjechała idealnie. kiedy weszła do naszej sypialni zapytałam ją czy mogę zacząć bo już mi to za długo trwa. Bardzo ją to rozbawiło, ale ja tak mówiłam na poważniesmile Najpiękniejsze było spotkanie z rodzeństwem rano. Każdy przychodził po kolei i nie mógł ukryć zdumienia na twarzy. Siostra jak prezent od samego rana.
      Dziękuję wszystlkim, ktorzy pokazali mi możliwość rodzenia w domu. Głównie to forum, ale też Irena Chołuj i Michel Odent w swoich książkach.
      • nini6 Feliks 18.12.12 2950/54 cm 23.12.12, 21:27
        Tempo porodu zaskoczyło nawet mnie, choć nastawiałam się na szybki
        Po aktywnie spędzonym dniu (bezsenność, pobudka o 4.00 rano, imperatyw sprzątania z myciem ścian w kuchni włącznie, jazda po synka do przedszkola, do sklepu zwniesienie niewielkich zakupów, ugotowanie obiadu) o 17.15 przekazałam synka tatusiowi z prikazem położenia go spać o 19.00 bo jest padnięty i runęłam na drzemkę do łóżka.
        O 19.10 obudził mnie dobiegający z pokoju głos synka i ból jak na okres w dole brzucha, który gdy wstałam przerodził się w dość konkretny skurcz. Poczekałam aż przejdzie, wstałam z łóżka i rozpoczęłam procedurę wylewania pretensji do męża, że mały jeszcze nie śpi a nawet jest jeszcze przed kolacją. M się bronił, że to przez to, że jajka się gotują tak długo, moje sarkastyczne wywody o wyjątkowo żylastych jajkach przerwał drugi skurcz i konieczność natychmiastowego udania się do toalety. Oczyszczanie się organizmu w czasie skurczy to wyjątkowo niemiłe doznanie. Ale jeszcze wtedy nie wierzyłam, że to skurcze porodowe, choć były co dwie minuty.
        Po wyjściu z toalety poszłam pod prysznic, gdzie polewanie brzucha ciepłą woda przynosiło mi dużą ulgę. Jak wyszłam znowu zwróciłam niemiło uwagę M o to, że tak się guzdrze z położeniem Rysia spać a na jego pytanie dlaczego aż tak mi na tym zależy odparłam, bo to do mnie dotarło - BO RODZĘ!!!
        Zadzwoniłam do położnej, nie chciałam wyjść na panikarę, która dzwoni jak tylko poczuje coś w brzuchu, położna powiedziała, że czeka na sygnał i jak będę chciała, żeby przyjechała to wsiada w auto i po max 25 min jest u mnie. Była wtedy 19.44
        Pomyślałam, że poczekam, aż się coś wyklaruje ale na szczęście położna trzeźwiej myślała: dodała sobie wieloródka+brak szyjki i rozwarcie od kilku tygodni+skurcze co 2 min = ruszać natychmiast - oddzwoniła po 10 min że wyjeżdża.
        Rysiek zasnął jak kamień tuż po przeczytanej mu bajce.
        Ja już miałam potęzny skurcz za skurczem, chodziłam po pokoju wprowadzając ostatnie poprawki - zapalając świece, odsuwając zabawki Rysia, żeby się o nie nie przewrócić, o 20.24 położna zadzwoniła do drzwi. Ok. 20.30 zbadała mnie - 5 cm i tętno Feliksa piękne i równe.
        Powiedziałam jej, że za chwilę czeka mnie kryzys siódmego centymetra...
        Po chwili do "normalnych" skurczy dołączyło się uczucie parcia, skurcze były już takie, że zastanawiałam się, czy ja aby na pewno LUBIĘ rodzić... Zapierały dech i budziły lekką panikę na myśl, że za krótką chwilę nadejdzie następny taki sam albo mocniejszy. M i położna siedzieli, ja chodziłam po pokoju, opierając się w czasie skurczu o kołyskę przygotowaną dla dzidzia.
        Po kolejnym skurczu, już wyrywającym z gardła charakterystyczny przydech połozna postawiła przede mną stołeczek porodowy, poinstruowała męża, jak ma za nim usiąść i mnie podtrzymywać - usiadłam - zbadała mnie i powiedziała - dobre 9 cm.
        Na tym ustrojstwie jednak rodzić się nie dało, M siedział za mną i miał mnie podtrzymywać, ale było mi niewygodnie i bardzo bolało. Wstałam. M mi dziś powiedział, że w tym momencie położna chciała posłuchać tętna przenośną UDT ale powiedziałam jej stanowczo NIE. Na stojąco oparłam się o siedzącego M, prawą nogę stawiając na stołeczku porodowym - do tego jest naprawdę OK wg mnie. Położna zaczęła mówić, że mam nogę za wysoko, że że w tej pozycji nie widzi główki, ale prawdę mówiąc byłam w stanie tylko lekko przesunąć nogę i kazać trzymać M zwisający w polu widzenia mój tiszert. Czułam potrzebę parcia, położna powiedziała, że mam przeć z wyczuciem, zaczęłam i w tym momencie wody chlusnęły o podłogę (M sie przyznał, że pomyślał wtedy "o szlag, mam nadzieję, że wilgoć paneli nie popodnosi..") Potem kazała oddychać, nie przeć, oddychałam, nie parłam, nawet dość łatwe to było, patrzyłam Marcinowi w oczy i coś do niego mówiłam w stylu "no uśmiechnij się, nasze dziecko się rodzi" bo wyglądał jak zmartwiony basset. Czułam pieczenie i jak główka wychodzi siłą samego skurczu, powoli, jak położna ją podtrzymuje. Dotknęłam jej, czułam mokre włoski, po chwili urodziła się a ja poczułam jak Feliks robi zwrot i rodzi się cały. Położna go trzymała pode mną a ja w olimpijskim tempie pozbywałam się koszulki i stanika, żeby go przytulić do gołej skóry i śmiałam się, jak się śmieją ludzie zanurzeni w poczuciu absolutnego szczęścia.
        Była 20.58
        Przytulałam go, całowałam po paluszkach, wąchałam
        Przeniosłam się na łóżko, przecięłam pępowinę jak przestała tętnić, łożysko urodziło się kilkanaście minut póżniej, całe. Położna założyła mi trzy kosmetyczne szwy na obtarcia, żeby się lepiej goiło. M posprzątał bałagan. Druga położna dotarła pół godziny po porodzie. Poszłam się wykąpać - M mnie nadzorował - a położne zważyły, zmierzyły i ubrały małego. Wypisały papiery, posiedziały do 23.00 i pojechały. My jeszcze chwilę posiedzieliśmy, poinformowaliśmy rodzinę i przyjaciół, poopowiadaliśmy sobie wrażenia z porodu i poszliśmy spać.
        • housewife1 relacje z porodów domowych - książka 24.02.13, 01:58
          Dziewczyny, zbieram opowieści porodowe i chciałabym opublikować je w książce. Proszę również o nadsyłanie zdjęć z porodów lub po porodzie.
          Jest to projekt niekomercyjny, mający przybliżyć ideę porodów domowych.
          Tutaj jest link wspieramkulture.pl/projekt/123-Rodzimy-w-domu-ksiazka

          Jeśli któraś miałaby ochotę również nadesłać opowieść do bloga rodzimywdomu.blogspot.com/ i książki, bardzo gorąco zapraszam smile
          Odwdzięczam się zamieszczeniem stopki pod opowieścią- można dyskretnie zareklamować swoją działalność... Wybrane opowieści zostaną umieszczone w książce, każda mama której opowieść będzie opublikowana w książce, dostanie egzemplarz. Prawa autorskie pozostają po stronie autorek.

          Mój mail hana.li@onet.pl
    • monicus narodziny czwartego - 4/5 domowego ;) 03.06.13, 23:02
      tak szybko, bo bez szalenstw tym razem. cos tam sie kroilo w nocy, ale pewnosci nie bylo. ogolnie to stwierdzilam, ze musze sie wyspac i spalam.
      kolo 11 tel do poloznej, ze moze sie cos zadziac, ale w zasadzie to nie wiem, bo teraz to robie zakupy i spaceruje z najmlodszym. potem polozylam mlodego - nakarmilam piersia smile kolo 14 zjawil sie mąż. potem polozna mowi - do wanny - jak ma cos ruszyc to ruszy, jak nie to sie udpokoi. no dobra. to do wanny - dawno nie mialam okazji polezec w wannie wink to leze. dzieci mi jesc i pic nosza (mamoo ja ide na dwor, ale jak bedzie ci juz glowa wychodzic to zawolaj mnie przez okno w kuchni to przybiegne zobaczyc i ci pomoc), z mezem mialam okazje pogadac, troche doprowadzilam sie do porzadku. kolo 15 telefon do poloznej - no tak nie bardzo sie cos dzieje. potem kolejny telefon, ze tak nie bardzo sie to rozwija - no ale osobista kontrola szyjki mowi, ze jednak sie dzieje. dochodzi 16 - mowie do meza, ze jesli mamy jechac do szpitala to juz (juz wiem, ze bede spiewac, oj bede!). a on mi, ze to moze jeszcze auto sobie uszykuje, pojdzie gdzies tam, ty se polez... no szok! od ostatniego porodu strasznie wyluzowal wink dwa skurcze dalej mowie: nie kochany, albo teraz albo zostajemy i jak cos to prosze mi tu wszystkie ubrania przyniesc. tu! no i zaczyna sie ostra jazda autem w godzinach sztytu. jak auto ruszylo to moje skurcze jeszcze szybciej. dodam, ze jechalam bez wanny, wiec juz samo to dalo mi popalic. stajemy sobie co kawalek w sznurach aut, ja mam solowki wokalne co ok 2minuty, przybieram kosmiczne pozycje, obok w autobusie zmeczeni ludzie patrza z zaciekawieniem co ja wyrabiam, no takie tam atrakcje.
      potem parkujemy gdzies tam, obchodze szpital na pelnym glosie, przystajac co kilka krokow i zwiekszajac ilosc decybeli, jednoczesnie usmiecham sie szeroko do zdziwionych przechodniow. w drzwiach spotykamy nasza polozna - uff inaczej musialabym spiewac dalej na ulicy.wchodzimy na IP, dopadam jakiejs wielkiej szyby jak glonojad i zapodaję swoją melodię - widok twarzy oczekujących w IP - bezcenny, ale ich uspokajam z usmiechem, ze to wcale nie boli, tylko tak sobie spiewam. Panie z recepcji daja znak, ze maja mnie zabrac jak najszybciej bo ludzie uciekna. winda, sala - zrzucam buty i spodnice, zapieram sie o szafke (potem zalapalam, ze mialam na sobie rozowe gacie, ktore kupila mi mama nie znajaca angielskiego, na tylku srebrny napis - be my lover wink)nastepny skurczyk - wiesz, ze zaraz urodzisz? ! nooo wiem, bo czuję, ze cos juz zaczyna wylazic. skok na fotel ale troszke inaczej niz wiekszosc polek wink tak jakby odwrotnie. odglosy juz nie przypominaja spiewu. moje parte to 3/4 rozsadzania w krzyzu i dopiero na koncowce czuje to przyjemne parcie, ktore mozna jakos kontrolowac oddechem. to co w krzyzu - tylko krzykiem.
      w myslach: k---wa! zadnych dzieci wiecej! japierdykam.
      pol glowy na wierzchu, jeszcze jeden krzyk . - daj ręce! łap je sama!
      pach! jest! 18:45. z mala pomoca poloznej zlapalam sama!!!! w czepku! kupa na mojej bluzce! brzydkie jak niewiemco wink cudo. zatrzeszczalo i usnelo od razu na chwilke. zmienia kolor powolutku.
      calosc - od wejscia do sali - 15 minut. a myslalam, ze z 2 godziny smile
      i kurde znowu facet!!! skandal!
      i tak to powinno byc. tylko u siebie. ale w naszym mieszkaniu sciany by tego nie zniosly, na bank ktos wezwalby policję albo cos w podobie.
      obrazenia prawie zadne - jakies kosmetyczne szwy. jak sie ma takie jak ja wspomnienia z poprzednich dzieci, to normalnie plaza, mozna isc kopac ziemniaki. jest to tak ogromna roznica jak mozna wstac, wziac dziecko, umyc sie, usiasc, kaszlnac i w ogole dzialac. ze w ogole mozna odczuwac polog jak dluzszy okres... eh.
      no i natura wie co robi - mlody podobno mial kolo glowy zwinieta pepowine. jakby ktos cos majstrowal - znowu by sie zle skonczylo, a tak w oslonie - gladko poszlo.
      czuje objawy uzaleznienia. juz rozmawialismy, ze to powinno byc ostatnie. ale teraz... hmmm hmmmm hmmmmmm wink
      • 7surja Cudownie intymny, lotosowy poród Milenki. 14.06.13, 09:31
        To była moja druga ciąża. Pierwszego syna także urodziłam w domu ale czułam ze coś mi umknęło. Dlatego jak dowiedziałam się że będę znowu rodzić starałam się przygotować najlepiej jak tylko umiałam. Dużo czytałam i słuchałam relaksacji porodowych. Wiedziałam ze chce być całkowicie świadoma całego procesu. Spotkaliśmy się z położną która pomaga w porodach lotosowych i czekałam. Ok 8 miesiąca zaczęłam delikatnie czuć pragnienie że może poród przebiegnie na tyle szybko ze położna nie zdąży i przyjmiemy nasza iskierkę sami. Czytaliśmy jak odebrać poród i jakie pozycje mamy do wyboru. Marzyła Nam się taka intymność. Pisze Nam bo K też tego pragnął i wiem ze bardzo chciał przyjąć na swoje ręce naszą córkę.
        Jeszcze jedno pragnienie sprawdziło nam się idealnie- wymyśliłam że najlepiej będzie gdy poród zacznie się wieczorem gdy kładę synka spać a skończy po paru godzinach- jeszcze w nocy . Tak się stało.
        Ok godziny 19 30 pojawiły się pierwsze delikatne, ale już odczuwane jako porodowe skurcze. Łatwo mi było je odróżnić od tych przepowiadających gdyż miałam je przez całą ciąże.
        Wytarłam synka z kąpieli i poszłam go usypiać. Pomiędzy skurczami opowiadałam mu bajki.
        Uznałam ,że na razie nie dzwonimy po położną. Zaczęliśmy sprzątać i przygotowywać mieszkanie.
        Skurcze były regularne tak co 3-5 minut, ale jeszcze łatwe do opanowania. Zapaliliśmy świece, włączyliśmy lampki solne i muzykę. Akcja była coraz mocniejsza. Skupiałam się na każdym skurczu, z całych swych sił rozluźniałam krocze wtedy nacisk na nie był jeszcze mocniejszy. Czułam że dzięki temu szyjka szybciej się rozwiera. Gdy poszłam do wanny akcja trochę zwolniła- ale ucieszyłam się z tego. Chwila odpoczynku dobrze mi zrobiła. Po wyjściu wszystko wróciło z coraz większą mocą. Byłam już coraz głośniejsza, a skurcze pojawiały się przy każdej zmianie pozycji, czasem jeden zaraz po drugim. Starałam się otwierać usta i cieszyć się z każdej kolejnej fali- choć było to coraz trudniejsze. Krzysiek była cały czas przy mnie, podpierał, przynosił wszystko co potrzebowałam . Bardzo chciałam się zrelaksować ale siła porodu była tak intensywna że trudno było nad nią zapanować. Poszłam drugi raz do wanny. Było już po północy albo później. Zaczęłam czuć lekkie popieranie, nawet nie przyszło mi do głowy by wzywać położną. W wannie akcja bardzo przyśpieszyła i przybrała na sile. Każdy najmniejszy ruch uruchamiał kolejne coraz mocniejsze fale. Czułam że jeszcze nie mam pełnego rozwarcia ale jednocześnie mam potrzebę lekkiego parcia. Poprzednim razem było tak samo. Szyjka nie chciała się do końca otworzyć. Zaczęłam mocno pracować, całą uwagą na otwierającym się łonie, wydawałam dzwięki jak rasowy szaman i bardzo mi to pomagało. Patrzyłam w oczy Krzyśka lub płomień świecy. Zachowanie pełnej świadomości było dla mnie najważniejsze. Sprawdziłam ręka rozwarcie. Czułam dziecko jeszcze w worku owodniowym może 2 cm od wyjścia z pochwy. Nigdy wcześniej tego nie robiłam ale miałam wrażenie że do pełnego rozwarcia wciąż jeszcze brakowało. Postanowiłam wyjść z wanny, ale było to bardzo trudne. Przerw pomiędzy skurczami nie było chyba że pozostawałam w bezruchu. Uff udało się. Jesteśmy w sypialni, w pokoju obok śpi nasz starszy synek. Nie wiem która jest godzina ale jestem już zmęczona. Krzysiek przygotował wszystko do porodu, zabezpieczył dywan. Na chwile pomyślałam że może jednak przydała by się położna... Poprzednim razem musiały robić mi masaż szyjki która nie chciała się do końca otworzyć przez wiele godzin.
        Tym razem wzięłam sprawy w swoje ręce. Wizualizowałam i lekko już popierałam. Pękł worek. Po paru minutach poczułam że tak jest pełne rozwarcie i że za chwilę zacznę wypierać dziecko. Na minute totalnie się załamałam, poczułam że to jest niemożliwe by przez moje krocze wyszło dziecko, że nie dam rady. Czułam już charakterystyczne pieczenie i wiedziałam że to już. Krzysiek próbował mnie zmotywować a ja wiedziałam że i tak nikt za mnie tego nie zrobi, że przecież tak czekałam na tą chwile i że pragnę tego. Przyszły skurcze parte z wielką siłą. Początkowo chciałam rodzić w kucki i sama przyjąć dziecko ale to nie była dla mnie dobra pozycja. Oparłam się o piłkę i przyjęłam pozycje na czworaka. W pierwszym porodzie miałam problem z wypchnięciem dziecka więc tym razem parłam najmocniej jak tylko umiałam. Na 2 skurczu partym wyszła główka i wszystko ustało. To było niesamowite, wyjątkowe przeżycie. Potem jeszcze jeden skurcz i całe ciałko wyszło, a wody chlusnęły z wielką siłą. Krzysiek przyjął maleńką i wkrótce mi ją podał.
        Była taka piękna, czyściutka i śliska. Nadal czułam ból, to łożysko się rodziło. Bardzo szybko, parę minut po Milence. Włożyliśmy łożysko do miski i Krzysiek pomógł mi usiąść na łóżku. Przystawiłam córeczkę do piersi a ona ładnie się zassała. Byłam taka szczęśliwa i poczułam olbrzymią ulgę. Wszyscy jesteśmy cali i zdrowi w bezpiecznym i ciepłym otoczeniu. Po 2 godzinach podałam córeczkę Krzyśkowi a sama poszłam się umyć. Wszystko już było posprzątane i poszliśmy „spać”. Maleńka nie zasypiała, już świtało. Była troszkę niespokojna, ssała mój palec i w końcu usnęła. Rano gdy synek się obudził (spał z nami w łóżku) to zobaczył swoja siostrę która śpi obok niego i mruczy. Troszkę się zdziwił i uśmiechnął.
        Na drugą dobę przyjechała położna i nas zbadała. Wszystko było ok, maleńka ważyła 3200 i była mega długa- 58cm. Umyliśmy i zasoliliśmy łożysko i włożyliśmy do pieluszki. Było zupełnie bezzapachowe. Pępowinka uschneła już na 2 dobę. Przystawiałam Córkę do piersi na żądanie więc mleczko szybko przyszło. Niestety gdy zaczęłą je trawić pojawiły się problemy brzuszkowe. Z łożyskiem odbijanie i noszenie było prawie niemożliwe. Po 3 dobach całkiem uschniętą pępowinę ucieliśmy na rzecz przytulania i kangurowania.
        Decyzje o takim właśnie porodzie uważam za chyba najlepszą w moim życiu.
        Pozdrawiamy
        • soldie Narodziny mojej pierwszej córeczki 15.09.13 18.09.13, 12:46
          Chodziłam sobie w tej ciąży i czułam się jakbym już nigdy miała nie urodzić, chociaż termin między 13 a 15 września wg owulacji, i ten brałam jako najpewniejszy. W sobotę cały dzień miałam parcie na sprzątanie i przygotowanie jedzenia, nawet ciasto zrobiłam( torcik narodzinowy), chociaż nie nastawiałam się na poród(ale miałam na niego ochotę wink ). Od 2 czy 3 tygodni miałam wciąż jakieś skurcze przepowiadające, więc się jakoś specjalnie nie nakręcałam. Nie bardzo tylko chciałam obudzić się o 2 w nocy, bo wolałam pospać przynajmniej do 5. obudził mnie mocniejszy skurcz- która godzina? 1.57 ” świetnie” pomyślałam… Nie za bardzo chciałam rodzić w nocy, a z pewnością wolałam, by położna była u nas w dzień. Próbowałam pospać, ale jakoś nie dało się. Około 3 zaczęłam się zastanawiać czy dzwonić do położnej, bo miałam informować o tym co się dzieje( miała do mnie jakieś 50 km). Miałam plan zadzwonić o 5 jak już zacznie się rozjaśniać, jednak zadzwoniłam w końcu o 3.30. Miałam zadzwonić jeszcze koło 4, potwierdzić, że akcja się posuwa. Posuwała się, więc położna zdecydowała wyjeżdżać a ja łyknęłam antybola, bo przypałętał się do mnie GBS tym razem… Akcja była intensywna, o 5.20 zaliczyłam rzyganie, byłam padnięta , rozwarcie prawie 5 cm. I na tym intensywność mojego porodu się zakończyła. I tym faktem nikt z nas zaskoczony być nie powinien...( potem położna stwierdziła, że zaskoczyłabym rodząc szybko wink ) Skurcze się stępiły, wydłużył się czas relaksu, także o 12 w południe udało mi się dociągnąć do 8 cm… Dzień był deszczowy, było bardzo spokojnie, w zasadzie jak się tak zastanowiłam to nawet podobało mi się, szłam sobie do tego rozwarcia jak na spacerek, chłopcy w swoim pokoju mieli sesję filmową(jak już oswoili się, że rodzę i przestali co chwilę do mnie zaglądać patrząc co robię ) Zjedliśmy śniadanie z położną, w zasadzie ja piłam tylko cytrynę z miodem, bo nic innego mi nie wchodziło, potem był obiad, a ja tkwię w coraz większym spokoju od skurczy. Podsypiam na worku sako. W końcu poprosiłam o lewatywę i postanowiłam się wziąć do większego działania. Efekt rzeczywiście jakiś początkowo był, bo zaczęliśmy już szykować folię( która się bardzo przydała),ręczniki dla dzidziusia itd. Ale im bardziej brnęłam do pełnego rozwarcia tym mniej skurczy w sumie położna stwierdziła, że moje skurcze w ogóle są ledwo wyczuwalne. Mała nie była wstawiona, więc leżałam sobie na lewym boku, a jak leżałam to w ogóle spałam bo nic się nie działo… Myślałam wtedy, że nie urodzę, bałam się skurczy i bólu na tym etapie, no i zmęczenie zaczęło robić swoje. Naprawdę odczuwałam ból, ale moje skurcze nie były tym czym być powinny i naprawdę nie miałam siły na to, by znosić coś silniejszego… Było prawie pełne rozwarcie, jak zdecydowałam się, by przebić pęcherz( było to jakieś 40 minut przed wyjściem małej). Położna stwierdziła, że na tym etapie, możemy sobie na to pozwolić i po przebiciu faktycznie główka bardziej się cisnęła i skurcze były bardziej odczuwalne dla mnie, chociaż wg położnej nadal słabe. Rwało mnie w udach, próbowałam się poddać temu co się dzieje, otworzyć, mimo wszystko to nie odniosło pożądanego efektu. Połaziłam po schodach w celu pobudzenia skurczy, płakać mi się chciało, bo miałam już dość tego porodu, zastanawiałam się nawet czy mogłabym z tym prawie pełnym rozwarciem iść spać i wstać po kilku godzinach i dalej działać… położna znów mnie zbadała na stołeczku, poparłam chwilę ale nic, przeszłam kilka kroków, stałam wtedy w drzwiach do sypialni, zbadała mnie znowu i powiedziała, że mogę przeć. Poprosiłam męża, by trzymał mnie od tyłu i kucnęłam ( bo jakoś od drugiego porodu wciąż miałam ochotę na to by rodzić w tej pozycji). Przy kolejnym parciu poczułam główkę w kanale. Podobno nie miałam żadnego skurczu w tym czasie. Położna do mnie: możesz wybrać gdzie rodzić. Żartujesz? – powiedziałam- nigdzie nie idę ,rodzę tu ( nie wyobrażałam sobie przemieszczania się, gdy czuję główkę między nogami) Chłopaki u siebie , chyba wkręcili się w kolejna bajkę… Wiedziałam, że ten etap już nie będzie długi, urodziła się główka, jednak z przodu była rączka i rodził się najpierw nie ten bark, który lepiej jakby się rodził ( zdaje się że ten spod spojenia lepiej jak idzie pierwszy) Było trochę gimnastyki, bo małą trzeba było trochę obrócić, by wydostać tę rączkę, dmuchałam jak oszalała, by nie przeć, podniosłam się do pozycji stojącej ( a raczej mąż mnie podniósł) i mała w końcu wyskoczyła ( trwało to podobno koło 4-5 minut). Akurat w czasie, gdy się rodziła wyszło piękne słońce, nawet okna otworzyliśmy ( niedługo potem znowu się rozpadało) Nela znaczy jaśniejąca światłość i to słońce było pięknym potwierdzeniem trafności tego imienia dla niej  Nie miałam siły płakać, że to już koniec- naprawdę wykończył mnie ten poród. Nie wiem jak doszłam do worka sako, gdzie usiadłam w jakieś strasznie niewygodnej pozycji, Nelka leżała na moich nogach, najstarszy usłyszał jej głos ( w sumie nie płakała za głośno, tylko coś tam stękała) i zlecieli się wszyscy. Oglądali siostrzyczkę, pępowinę, na której jako dodatkowa atrakcja był węzeł prawdziwy. W końcu udało mi się usiąść w miarę wygodnie, mała była na moim brzuchu. Po jakimś czasie u rodziło się łożysko- jaka ulga! Calutkie i piękne, chłopaki byli zachwyceni  Oglądali, mąż je sfotografował, a ja byłam padnięta jak koń po westernie… Potem odcięli pępowinę, w końcu wzięli ode mnie dzieciaka, bo było mi na prawdę ciężko, ubrali, a ja nie miałam siły nawet gadać. Złapał mnie wielki głód, więc zjadłam z 5 kawałków ciasta jakie robiłam dzień wcześniej ( pyszne, z kaszy manny  ) następnie spóźniony obiad i do wieczora jeszcze dużo jadłamwink. Po jakieś 1,5 godzinie poszłam się umyć, krocze bez urazów. Spać poszłam chyba o 23, bo endorfiny mnie rozsadzały. Paradoksalnie to czuję się teraz chyba najlepiej ze wszystkich moich porodów. Fizycznie, psychicznie i duchowo. Położna twierdzi, że o mnie to trzeba by program nakręcić, że wieloródka, a rodzi tak długo i prawie bez skurczy  Nie wiem czemu tak mam, generalnie poród trwał też najkrócej ze wszystkich- zaledwie 12,5 godziny big_grin Może to przez ten węzeł na pępowinie? W szpitalu najprawdopodobniej skończyłoby się cięciem( bo wcześniej pewnie by mi dali oksytocyny na te moje słabe skurcze …brrr) Nie nadaję się do porodów w szpitalu. Obawiałam się też trochę mieć chłopców w domu ,ale mąż się uparł- okazało się, że było to dla nich niesamowite doświadczenie, które pozwoliło im w naturalny sposób przyjąć siostrę. Poza początkiem, gdy ciekawscy wciąż do mnie przychodzili, patrzeć jak mama rodzi , nie przeszkadzali zupełnie. Nawet na moje pokrzykiwania nie zwracali większej uwagi, a na samo rodzenie się małej byli zajęci wink W trakcie porodu zdecydowałam, że jednak chyba już nie chcę dzieci, ale w sumie jeszcze jedna córcia ..fajnie by było wink
          • monicus Re: Narodziny mojej pierwszej córeczki 15.09.13 19.09.13, 22:35
            wink faaaajnie
            • bonga_dax1 Re: Narodziny mojej pierwszej córeczki 15.09.13 24.10.13, 07:37
              O kurczę dziewczyny (soldie, monicus), ale się rozpędziłyście smile Wiedziałam, co robię nie wchodząc zbyt często na forum. Ale wam zazdroszczę (tak pozytywnie) i cieszę się. Nie mam odwagi i siły na czwarte, ale tak pochodzić sobie w ciąży i urodzić, to jeszcze bym chciała. Ech, wysyłam dzisiaj totka wink
    • fizula Andrzejek 24.10.13, 22:55
      Nasz skarb przyszedł na świat 5 października. To była sobota.
      Właściwie to od rana tego dnia miałam nieregularne przepowiadające skurcze, ale takie "bardziej pro-porodowe" niż wcześniej. Po jakimś czasie zauważyłam, że odchodzi mi czop śluzowy, więc spodziewaliśmy się, że może jednak urodzimy.
      Ponieważ pamiętałam żywo z poprzednich porodów jak ważne jest, by mieć dużo sił na koniec- stwierdziłam, ze ja będę odpoczywać, a mojego męża poprosiłam o posprzątanie domu. A ponieważ te skurcze były niemal przez cały dzień nieregularne, to nieborak cały dzień niemal sprzątał.
      No i przekonałam się, że nie ma jak najbardziej dowcipna forumowiczka z tego forum - przejęła mi dwójkę naszych średniaków i powiedziała, żebym sobie odpoczywała, rodziła, a ona ich może i przenocować. Natomiast najstarsza i najmłodszy skorzystali z gościny u mojej sąsiadki, z którą się też kumplujemy i która polecała mi się również na czas porodu.
      No więc z mężem cały dzień budujemy atmosferę, muzyka, świece, itd. Próbuję odpoczywać, spać, kąpiel, itd. Jeszcze wspólnie ugotowaliśmy i zjedliśmy zupkę. Ale dalej te nudne nieregularne skurcze, przy których można robić jeszcze co się podoba, spowodowały, że żal mi się zrobiło mojego Ignasia 2-latka- więc przywołałam go z sąsiedzkiej chałupy, żeby go jeszcze uśpić ok. 14.
      A ponieważ młodzieniec potrafi jeszcze zasypiać ssąc pięknie- to trochę pobudził moją rozleniwioną akcję skurczową pracując nad naturalną oksytocyną. Podobnie budząc się po godzinie czy dwóch- również zażądał swojego mleka wraz z opakowaniem ekologicznym czyt. czyli ze swoją mamą. Potem razem z tatusiem jeszcze zamiatali taras, chodnik, a ja oddawałam się radości, że to akurat świętej Faustyny- podobało nam się to imię, a jeszcze bardziej święta. Nie wiedzieliśmy jednak, kim jest młody człowiek: chłopcem czy dziewczynką.
      Przyjaciele podarowali nam taki piękny obraz Matki Bożej w kwiatach- miałam to szczęście rodzić przy nim i jestem pewna, że Matka Boża pomagała mi w tym porodzie szczególnie. Kochany małżonek włączył w tle Ave Maria Bacha i zaczęliśmy na dobre rodzić, tak że już dwulatek zaczął pytać: Mamusiu,czemu dmuchasz?- widząc, że inaczej oddycham. Starsza siostra znowu więc odprowadziła go ku swej radości do sąsiedzkiej chałupy. Może koło 17 to było? Kto by tam patrzył na zegarek!
      Koło 18 jeszcze męża wysłałam do sklepu po sok pomidorowy, na który miałam wielką ochotę i po lody, żeby uczcić narodziny, które mieliśmy nadzieję niedługo świętować.
      Położnej nie chcieliśmy jeszcze wołać, żeby nie narażać jej na męki niecierpliwości po naszym poprzednim bulwersującym porodzie.
      Jak mój kochany mąż wrócił ze sklepu, to nie miał wyjścia- musiał już ze mną rodzić. Skurcze wydawały mi się już baaardzo mocne, choć dalej były dość nieregularne. Masowanie, pojenie mnie itp. umilacze porodowe. Między skurczami kładłam się i odpoczywałam, a na skurcz podnosiłam się do klęku z wygodnym oparciem o łóżko.
      Kochany tatuś moich dzieci osłuchiwał przez brzuch, jak bije serducho najmłodszego członka rodziny, uspokajałam go, że rusza się dziecię wspaniale. Serducho biło jak dzwon.
      Około 20.00 z całą pewnością skurcze stały się regularne do tego stopnia, że pierwszy raz w życiu i w mojej karierze matki rodzącej zaczęłam zrzędzić, że nie dam rady, że mi za ciężko. Choć oddychałam bardzo dobrze, to jednak tymi "wypowiedziami" w przerwie między skurczami zaniepokoiłam swojego męża. No i w tamtym momencie rozumiałam oczywiście wszystkie matki rodzące: krzyczące, jęczące, proszące o znieczulenie, cesarki, zarzekające się, że nigdy więcej itp. Chociaż sama tylko intensywnie oddychałam, a między skurczami marudziłam, to doświadczałam, że to moje dno.
      Niedługo potem poczułam, że wzięłam duży wdech i wydech, dalej jak parowóz sapiąc. Domagałam się już masowania w niższej partii pleców. W następnym skurczu było już wyraźne obniżenie, przejście w dół dzieciątka- powiedziałam mężowi, że czuję już kawałek błon płodowych w głębi uwypuklających się, bo dotknęłam je. Ogromna ulga i początek radości. W trzecim natomiast skurczu doświadczyłam najpierw cudownej miękkości główki odzianej w błony i wody płodowe. Ukochany dzidziuś fantastycznie odepchnął się nóżkami pomagając mi w narodzinach. "Trzymam go! Cały jest w worku płodowym!"- głos mojego męża był najbardziej niezwykle miękki i poruszony. Na tym samym skurczu sapiąc poczułam, że reszta ciałka też się wyłania zapakowana w ten sam miękki balonik i że to jest najcudowniejsza chwila mojego życia. Musiałam w tym momencie będąc w klęku podeprzeć się rękami o łóżko, a nasz balonik pełen szczęścia wylądował ostatecznie na rękach swojego taty. Miałam poczucie, że mogę go wypuścić, skoro on go trzyma, skoro klęczę na grubaśnych miękkich poduchach, które wcześniej przygotowałam.
      "Chłopczyk"- zauważył pierwszy mój mąż, gdy nasz synek wypłynął na jego ręce ze swojego dotychczasowego mieszkanka, błony płodowe pękły jak od linijki równiutko, a on się z nich wysunął. Od razu potem zakwilił pełnym głosem raz i drugi. Tak jak każde z naszych dzieci od razu pobłogosławiliśmy znakiem krzyża. Czyż można nie błogosławić takiego cudu? Jedynego w swoim rodzaju.
      Zapytałam męża, czy ma dostatecznie długą pępowinę, czy mogę go przysunąć do piersi. Po upewnieniu się, przytuliłam młodzieńca do jego mleczka i tak mu już zostało do dziś dnia wink
      Czyli takie nasze przywitanie z człowiekiem pt. ssak totalny.
      Po 15 minutach dotarli do nas mój tato (nowo upieczony dziadek) i położna.
      Otwiera im drzwi mój mąż.
      -Jesteśmy wreszcie w dobrym czasie- powiedziała Zosia, nasza położna.
      -W najlepszym. Chłopak.- odparł mój małżonek uradowany.
      (Żeby zrozumieć dowcip mojego lubego w pełni trzeba sięgnąć pamięcią do naszego trzeciego porodu, gdzie Zosia też nie zdążyła- też było z tym kupę śmiechu).
      Po badaniu okazało się, że nie mam żadnych popękań, a gdy po 2 przessanych godzinach w końcu zważyliśmy i zmierzyliśmy nasze cudo, okazało się, że mierzy 56 cm przy 3380 g.
      Łożysko odkleiło się wcześniej, a po przyjeździe położnej w delikatnym skurczu urodziło się ostatecznie bez żadnych przygód.
      Takie tam ekscytujące narodziny Andrzeja Teofila i nudne narodziny łożyska smile Dzięki Bogu smile
      • ewa_anna2 Re: Andrzejek 05.11.13, 09:15
        Gratuluję narodzin.
        Wiedziałam już wcześniej, i aż nosiło mnie, żeby napisać "WIEM" big_grin
    • annairam domowa Felicja 19.05.2014 30.05.14, 10:04
      Narodziny Felicji
      Od kilku dni moje myśli coraz bardziej krążyły wokół porodu. Inne sprawy odeszły na dalszy plan. Byłam spokojna i czułam się naprawdę gotowa na przywitanie Maleństwa. Przestałam się również stresować faktem czy poród zacznie się w dobrej porze dnia w życiu naszej rodziny, czy moja Położna będzie dostępna, czy mąż będzie w pracy, itd. Stwierdziłam, że na pewno wszystko się ułoży. Najbardziej optymalnym czasem wydawała mi się noc z niedzieli na poniedziałek. Wszyscy, których chciałam zaprosić do tego porodu byli dostępni, ja byłam wypoczęta, najedzona i w bardzo dobrym humorze. W sobotę po rozmowie z Położną postanowiłam w niedzielę wieczorem wypić „magiczny” koktajl porodowy. Nie nastawiałam się jednak specjalnie, że w efekcie za kilka godzin będę tulić swoje Dziecko.
      W niedzielę od rana nie było żadnych oznak zbliżającego się porodu. Dzień spędziliśmy poza domem. Po powrocie wybrałam się na spacer do sklepu po herbatę z liści malin na czas połogu. Tylko tego mi brakowało w zasobach ziołowych. Brat męża wieczorem przywiózł złożoną kołyskę i zapas świeżo wypranych pieluch flanelowych, kocyków i ubrań dla Malucha. Kiedy mąż czytał dzieciom bajkę na dobranoc przygotowałam koktajl porodowy i wypiłam go. Brrr. Paskudztwo wink .
      Nic specjalnego się nie działo. Przygotowałam dzieciom ubrania na następny dzień, zrobiliśmy trochę porządku w salonie, pogadaliśmy. Poczułam się mocno zmęczona i stwierdziłam, że dobrze, że na razie nie rodzę, bo musze się przespać i tyle. Padłam i zasnęłam jak kamień. Obudziłam się około wpół do pierwszej w nocy i poczułam delikatny skurcz. Po chwili kolejny i jeszcze jeden. Zupełnie się tym nie przejęłam i nie ekscytowałam, ponieważ w ostatnim miesiącu zdarzało mi się coś podobnego wiele razy. Po trzecim skurczu nastąpiło coś niespodziewanego – delikatne poruszenie w dole brzucha i kroczu, a potem jakby „pyknięcie”. Podejrzenie – pękł pęcherz płodowy. Powędrowałam do łazienki. Mokro, ale wszystko przezroczyste i przestało wypływać. Jakiś niemrawy skurcz w międzyczasie. Wróciłam do łóżka. Kolejne 2-3 skurcze i znowu mokro. Wstałam. Sprawdziłam w łazience co i jak. Bez zmian. Mokro i przezroczysto. Wróciłam do sypialni i obudziłam męża. Z początku nieprzytomny, szybko wstał. Sama ponownie udałam się do łazienki, ponieważ mój organizm zaczął się oczyszczać po koktajlu porodowym. Zrobiło mi się zimno więc ubrałam się w dresy. Poczułam też straszliwy głód. Męża zastałam w salonie już nie w pidżamie, w pełnej gotowości do działania. Trochę mnie to rozśmieszyło, ale o wiele bardziej rozczuliło. Dostałam kanapkę z powidłami i herbatę. Skurcze były niemrawe i nie przekonywały mnie, że rodzę. Za to oczyszczanie jelit zmuszało mnie, by co 5-10 minut wrócić do łazienki.
      O 2.00 postanowiłam zadzwonić do Położnej – głównie z powodu pękniętego pęcherza płodowego. Porozmawiałyśmy na spokojnie i ustaliłyśmy, że jak odczuję potrzebę by przyjechała, to mam dzwonić. Mniej więcej po 20 minutach poczułam zdecydowaną zmianę. Już byłam pewna na 100%, że rodzę i długo to nie potrwa. 2.30 telefon do Położnej ze zdecydowaną prośbą by już do mnie przyjechała. Zaraz potem mąż na moje polecenie zaczął obdzwaniać resztę naszej ekipy porodowej. Skurcze się rozpędzały. Szukałam w salonie wygodnej pozycji. Jeden skurcz na piłce – pomyłka! Nagły ból w krzyżu o skali 9 na 10. O co chodziło z ta piłką? wink Na czworakach – nie za dobrze. Zostałam przy spacerach i podpieraniu się o blat kuchenny. W międzyczasie śpiewałam do Malucha. Czas na nowe doznania – mdłości. Średnio przyjemne ale na szczęście szybko przeszły. Przed 3.00 pomyślałam, że bardzo, bardzo chcę by ktoś już przyjechał. Po chwili była nasza Doula. Przywitałam ją niezbyt serdecznie, ale odczułam wielkie „Ufff” i się rozluźniłam. Miałam już męża tylko dla siebie, a wszystkie sprawy „wokoło” były zabezpieczone  . Po kolejnej chwili przybyła moja Kuzynka fotograf (czego nie zarejestrowałam), a tuż za nią nasza Położna. Bardzo się ucieszyłam, choć minę miałam chyba średnią, bo z uśmiechem zaproponowała i mi więcej radości do rodzenia wink . Potem było badanie tętna Malucha z komentarzem „Serce jak dzwon!” oraz postępu porodu – „Szyjka prawie zgładzona, 4 cm”. Spojrzałam na zegarek w kuchni. Była 3.15. Mówię „Do 4.00 kończę!” . Byłam do tego bardzo przekonana  . Reszta chyba trochę niedowierzała, ale nikt nic nie powiedział wink . Poszliśmy z mężem do łazienki. Byliśmy tylko we dwoje. I Kuzynka, którą zawołałam i była naprawdę „niewidzialna”. Paliły się tylko 4 świeczki. Było cicho, ciemno i ciepło – tak to pamiętam. Przebywanie w wodzie nie robiło na mnie większego wrażenia, ale polewanie podbrzusza gorącym prysznicem było cudowne. Czułam, że każdy skurcz to praca. Wielka praca. Cieszyłam się z niej. Byłam mocno skupiona i spokojna. Z każdym skurczem czułam się bliżej naszego Dziecka. W tym czasie przyjechały jeszcze dwie położne – asystująca i młoda położna, nasza przyjaciółka. Te same trzy położne były też przy narodzinach naszego trzeciego, a pierwszego urodzonego w domu dziecka – Cecylii.
      Położna wzywana dźwiękami wydawanymi przeze mnie zaglądała do nas co jakiś czas. Ostatni raz sama ją zawołałam. Czułam, że jestem już blisko finału i chciałam by była przy mnie. Nie chciałam rodzić do wody, więc mąż szybko wypuścił ją z wanny. Miejsce jednak mi się podobało. Chciałam zostać gdzie byłam. Przyszły skurcze parte. Ogromna siła – siła życia. Niesamowite uczucie. Czułam wysiłek całego ciała, ale nie poganiałam. Oddychałam i robiłam tyle ile kazało mi ciało. Moja pozycja porodowa była na pewno wertykalna, ale trudna do określenia – coś pomiędzy klękiem, siadem i kucaniem. Przez moment dotknęłam rodzącej się główki. Radość. Jeszcze jeden skurcz i już jest cała główka, a za chwilę urodziło się całe Dzieciątko. Położna podała mi je momentalnie. Pierwsza zobaczyłam, że to córka - nasza córeczka – Felicja! Wielka radość, szczęście, wzruszenie. Moment nie do opisania. Cud. Siedziałyśmy sobie w wannie, okryte ręcznikiem i pieluszkami, przytulane przez męża i tatę  . Pępowina dość długo tętniła. Po jej przecięciu poczułam potrzebę zmiany pozycji. Oddałam na chwilę Felę, którą druga Położna zważyła, zmierzyła i oddała tacie. W tym czasie urodziłam łożysko i przemyłam się.
      W naszej ciemnej łazience towarzyszyła nam cała ekipa czyli łącznie było nas tam 7 osób dorosłych i Felicja. Ktoś by powiedział, że to bez sensu, niepotrzebne. Zapytałby gdzie intymność porodu domowego z tyloma osobami. Dla mnie była i intymność, i spokój, i wielkie poczucie bezpieczeństwa, i płynąca od tych osób wiara w moje siły. Każda z tych osób była na swoim miejscu – dokładnie tak jak chciałam, jak sobie wymarzyłam. Czułam się cudownie zaopiekowana, akceptowana. Dosłownie jakby nasza rodzina była pępkiem Świata.
      Potem przenieśliśmy się wszyscy do salonu. Ja z golutką Felą pod kocami i mężem u boku. Było ciasto z urodzin teściowej, szampan bezalkoholowy, kanapki, dużo śmiechu, wzruszenia, wypełnianie dokumentów i książeczki zdrowia Felicji. Na koniec moje badanie i kolejny powód do radości – krocze całe  . Jeszcze chwila pogawędki z położnymi, które wkrótce pojechały do swoich domów. Doula i Kuzynka towarzyszyły nam, aż do czasu kiedy mąż odprowadził Syna do szkoły. Dzieci obudziły się dopiero po 7.00 – co jest niespotykane, bo zazwyczaj 6.00 to ostateczna godzina pobudki. Cała trójka przywitała nową Siostrę z uśmiechami na twarzy. Syn był trochę rozczarowany, że to nie brat, ale bardzo starał się patrzeć na sprawę pozytywnie. Odwiedziła nas też moja kochana siostra, by przywitać Felę. A potem zaczął się prawie zwykły dzień rodzinny  .
      Ogarnia mnie wielkie szczęście i wzruszenie gdy myślę o tym porodzie. To najpiękniejsze chwile życia kobiety – gdy wita swoje dziecko na świecie. Jeste
    • as23779 Basia w Majową Jutrzenkę 06.06.14, 17:59
      [Opis mojego poprzedniego porodu tutaj ]


      - Co 3 minuty? Od kiedy masz te skurcze co 3 minuty?
      - No nie wiem, pół godziny? Nie miałam czasu dobrze mierzyć, bo musiałam dziecko odprawić z domu.
      - Dobra, to ja już jadę.
      - Ale czekaj, bo te skurcze takiej raczej krótkie i lajtowe, to ja nie wiem, może to za wcześnie?
      - Spoko, to ja Cię zbadam i najwyżej napijemy się herbatki…

      Tak to wyglądało, kiedy już wreszcie uruchomiłam ten poród. Wcześniej było mnóstwo nerwów, wody płodowe w badaniu w dolnej normie, zero postępu przez kilka dni, choć szyjka miękka, krótka, i przygotowana, dziecko nisko („Dziwne, że jeszcze nie rodzisz…”wink. Potem odpływanie wód bez akcji skurczowej i moje wizje leżenia pod wiadrem oksytocyny i kaskady szpitalnych atrakcji aż do finału…

      Całe szczęście poród jakoś się rozkręcił. Przybycie położnej po pół godzinie od wspomnianych skurczy pokazało kryzys 7 centymetra. („Wiedziałam! Wieloródki zawsze mówią, że jeszcze nie rodzą!”wink W ramach kryzysu zrobiłam herbatki, pokazałam gdzie są kubki, i plątałam się po domu, chowając się tylko na czas skurczu. Skurcze nie były tak szalone jak przy pierwszym porodzie, więc nieco mnie w sumie myliły, bo nie wiedziałam, na ile jeszcze godzin się nastawić.
      - To może ja już wejdę do tego basenu?
      - A, w sumie, warto by było skoro już go maciewink

      No to prawie weszłam, ale akurat usłyszałam domofon położnej asystującej i pomyślałam, że może tym razem przywitam się z kobietą normalnie, będąc w majtkach, a nie siedząc w wodzie w pozycji rozdeptanej żaby.

      No i tak się ten poród toczył leniwie, ja pogadywałam z położnymi miedzy skurczami, mąż czuł się niepotrzebny, bo masaże tym razem mi nie służyły. Położne jedynie co jakiś czas utwierdzały wszystkich w przekonaniu, że wszystko idzie ok, a Basia ma się świetnie.
      - Czekaj, kobieto, ty już rodzisz! Masz na pewno skurcze parte, słyszę to!
      No skoro ona to słyszy, to nie będę się kłócić, ja się na porodach nie znam, tylko jeden w życiu przeżyłamwink
      - Kucnij i zaraz ją wypchniesz.
      Jasne. Ostatnio parłam przez godzinę, więc z tym „zaraz” bym nie przesadzała.
      - Coś ty, jesteś wieloródką (zacny tytuł po jednym w sumie porodzie), na pewno nie będzie to trwało godzinę, obiecuję ci.
      Rzeczywiście odrobina parcia posunęła sprawę do przodu, położna się rozemocjonowała
      - Super, bardzo dobrze, idzie!

      Ja niestety byłam mniej entuzjastyczna, bo bolało! Nie wiem, jak kobiety potrafią urodzić bez parcia – dla mnie parcie było sposobem na ulgę w bólu i nadzieją, że szybciej się to skończy.
      - Gdzie te endorfiny?! – pytałam położne.
      - Na pewno są – próbowały mnie profesjonalnie przekonać.
      Druga położna badała tętno dziecka i mówiła „Ekstra”. Najbardziej hardkorowy był skurcz, po którym położna powiedziała
      - Super, pół głowy się urodziło.

      Pomyślałam, że to koniec, mogę mieć pęknięcie do pępka, ale musze się tego pozbyć, bo nie wyrobię. A one do mnie – teraz nie przyj, wyśpiewaj ją do dołu!
      Co myślałam na temat wyśpiewania do dołu w tym momencie wolę nie mówić. Jako posłuszna pacjentka nie parłam, ale przysięgam, kosztowało mnie to dużo wysiłku. Po tym trwającym ze 20 minut skurczu smile usłyszałam boski komunikat, że głowa się urodziła. Dotknęłam jej nawet, ale jakoś nie spowodowało to mojego wybuchu euforii, bo wolałam euforię końcową, więc jeszcze jeden mały skurcz i wyciągnęłam Basię z wody. Była cała w mazi płodowej i ku mojemu zaskoczeniu zaczęła płakać. Moje poprzednie dziecko nie płakało i zawsze mi się to super podobało, a tu tymczasem małe płacze i się nie chce uspokoić.

      - Widzisz, matka mówiła, że dzieci urodzone w domu nie płaczą, ale to jakiś kit się okazał – przemawiałam do noworodka czule.
      W międzyczasie z basenu nieco zeszło powietrze i woda zaczęła grozić naszej podłodze, więc mąż mój włączył niesamowicie wyjącą pompkę do basenu – dziki dźwięk uspokoił noworodka!
      Położne zaczęły wiercić się w sprawie łożyska, ale ja pamiętna poprzedniego półgodzinnego oczekiwania studziłam ich entuzjazm. Co dziwne, po 10 minutach znów mnie zaczęło boleć, na co zareagowałam niemal paniką – ale okazało się, że to właśnie łożysko – wypłynęło jak meduza prosto do brunatnej już wody.

      A potem to już klasyk, wyszłyśmy z wody, wskoczyłyśmy do łóżka, dziecię jadło, położne zajęły się papierami, a mąż sprzątaniem basenu.

      Potem jeszcze Basię czekało spotkanie z Zosią, która nieco onieśmielona obcymi osobami w domu głaskała owłosioną małą główkę. A ja zaczęłam żałować, że się to tak szybko skończyłosmile
      • agata_1_fajna Re: Basia w Majową Jutrzenkę 09.08.14, 06:46
        A jak wyglądało to spotkanie ze starszą córeczką ?? Ty leżałaś w łóżku otulona kołderką (w ładnej piżamce lub sukni nocnej) a córeczka ??? Stala przy łóżku, siedziała gdzieś czy jak ??? I jak reagowała na to, że leżysz, że nie wstajesz???
        • as23779 Re: Basia w Majową Jutrzenkę 06.09.14, 22:24
          Przepraszam, że tak późno.

          Ja to z tych nieleżących jestem. Kiedy mój mąż przywiózł naszą starszą córkę, siedziałam z młodszą na rękach, wykąpana już i w koszuli nocnej, na kanapie i chyba ją karmiłam (lub nie, nie pamiętam). Z. przyszła, powiedzieliśmy, że to jej siostra, była nieco zestresowana obecnością położnej, obejrzała siostrę, pogłaskała po głowie i tyle tego. Potem jak już trochę polegiwałam, to mówiłam, że boli mnie brzuszek bo urodziłam B. i muszę trochę poleżeć...
          • juleg Re: Basia w Majową Jutrzenkę 18.08.15, 09:12
            "Co myślałam na temat wyśpiewania do dołu w tym momencie wolę nie mówić. Jako posłuszna pacjentka nie parłam, ale przysięgam, kosztowało mnie to dużo wysiłku. Po tym trwającym ze 20 minut skurczu smile "

            Dobre, pewnie miałabym identyczne myśli tongue_out
    • monicus Do 5 razy sztuka 13.04.15, 18:15
      Nie bede sie rozpisywac, bo liczba 5 mowi za siebie.
      Od kilku dni do stada facetow dolaczyla siostra. Wprosila sie w nasze zycie, wbrew planom smile i urodzila sie szybko i domowo, stala sie zaskoczeniem dla calej rodziny. Nie bede juz wnikac w caly kosmos wydarzeń, okolicznosci i przypadkow, ale mimo, ze moje dwa porodowe doswiadczenia ze szpitala sa naprawde dobre, Choc bylo troche roznych napiec to uszanowano ostatecznie moje decyzje i bylo dobrze, to urodzic w domu jest szczytem NORMALNOŚCI. To urasta do takiego wydarzenia przez kontrast ze szpitalem. Bo w domu jest to normalna czynnosc dajaca wielka radosc. Tak poprostu. Dzien dobry kochanie, poznaj swoich braci smile
      • soldie Re: Do 5 razy sztuka 13.04.15, 20:49
        monicus- mam niedosyt. Urodziłaś córkę!5 dziecko po 2 cc- w domu i ograniczasz się do tak zdawkowego opisu ??? Gratulacje ogromne poza tym, strasznie się cieszę i co więcej- Niech Bóg wam błogosławi
      • stanpo2cc Re: Do 5 razy sztuka 14.04.15, 07:19
        Monicus- Nie wierze! Jestes debeściarasmile))) po nitce do kłębka. Zazdroszczę tej pięknej drogi. Cudowna wiadomość. Zdrówka i siły. Tez czekam na szczegółysmile))
        • monicus Re: Do 5 razy sztuka 14.04.15, 10:11
          Ale ja sie nie czuje debesciara i chyba to jest naiekniejsze. Najwieksza na swiecie czulam sie po 1s.n. Bo to byla mega walka na roznych polach i wielkie zwyciestwo, dla mnie zyciowy przelom nie tylko polozniczy. Po drugim czulam sie tez niezwyciezona. Teraz - poprostu urodzilam dziecko, z mezem, bez rozwalania rodziny na ten czas i ustalania kto komu mowi, co robimy.
          Drogie Panie, nie marudzic tylko wylaczyc komputery, wyrzucic TV i do roboty smile)))
          • juleg Re: Do 5 razy sztuka 30.06.15, 10:56
            Monicus dopiero teraz przeczytałam, nooo szokers!!smile wspaniale! Gratuluję ogromnie, cieszę się bardzosmile rozumiem, że urodziliście sami kompletnie w gronie rodzinnym? Jednak kobieta w środowisku naturalnym, zachowuje się kompletnie pierwotnie i spokojnie.
            Mieszkacie tam gdzie kiedyśsmile?
            • monicus Re: Do 5 razy sztuka 23.07.15, 19:52
              Do juleg: na szczescie juz tam nie mieszkamysmile siedzimy sobie w zupelnie nowym dla nas miejscu na ziemi.
              Do hortensjaaaa: nie baudzo. Nie lubie puszczac fot w swiat.
              • kropkaa Re: Do 5 razy sztuka 23.07.15, 22:13
                Monicus, cichaczem takim o tym wydarzeniu wspomniałaś, że przeszło bez echa. Gratulacje serdeczne! Chyba czuję niedosyt, chcę przeczytać więcej!
      • hortensjaaaa Re: Do 5 razy sztuka 22.07.15, 21:53
        Fantastycznie!!!!!!!!!!!!!! Genialnie! Cudownie! Gratuluję!!!!
        A ja dopiero teraz to przeczytałam!
        Wszystkiego Naj Naj Naj najlepszego! Wielu Łask Bożych! Pochwalasz sie zdjęciem całej 5?
    • susannna7 Re: relacje z porodów domowych 17.04.16, 13:23
      http://i1084.photobucket.com/albums/j408/susannna518/DSC04421_zpsueegwzlo.jpg

      Moja coreczka rodzila sie "na raty". Regularne skurcze (po 15-10-5 minut) pojawialy sie i przechodzily przez tydzien. Tyle tez chodzilam z trzema centymetrami rozwarcia. 2 dni przed porodem ktg wykazywalo tak silne reguralne skurcze, ze ginekolog popatrzyla na mnie z dezaprobata, mowiac, ze w normalnym przypadku dzwonilaby po karetke na porodowke. Szczegolnie, ze rozwarcie bylo juz na 5 cm. Te skurcze rowniez minely. Mialam czas odespac, pojsc na spacer, pobawic sie z synkiem. Wlasciwa akcja porodowa zaczela sie 30 godzin pozniej. Trwala kolejnych 12, z czego naprawde bolesne bylo pol godziny. Zdazylam na spokojnie wyprawic synka do babci. Przez wiekszosc porodu siedzialam w wodzie. Mialam dwie cudowne, gadatliwe, wesole, doswiadczone polozne. Jedna z nich praktyki poloznicze odbywala w USA u indian Navajo i Hopi. Postep porodu rozpoznawaly po intensywnosci wokalizacji. Nie bylo zbednych ingerencji. Przez wiekszosc porodu udowadnialy, ze najlepszym dzialaniem jest brak dzialania. Siedzialy przy stole, zajadajac rogaliki, po ktore pobiegl do piekarni usluzny maz. Plotkujac ze mna o Chinach, w ktorych mieszkalam przez rok. Od czasu do czasu sprawdzaly po skurczu tetno dziecka - pod woda, przenosnym aparatem. W czasie skurczu naciskaly na dolny odcinek kregoslupa - pomagalo! A ja sobie TENS kupilam, ze strachu przed bolem! Zwrocilam nieuzywany. Meza wygnalam do innego pokoju, bo dzialal mi na nerwy - caly sie trzasl, wchodzil w slupy, potykal o krzesla i probowal ratowac sytuacje niewyszukanymi kawalami z zeszlego stulecia. Ogolnie - stresowal mnie bardziej niz porod. Polozne probowaly go przemycac z powrotem w trakcie skurczy, nie ustapilam. Banicje odwolalam dopiero przy partych. Preferuje kobiece towarzystwo przy porodzie.

      Bole byly znosne (dla porownania - okresowe mam gorsze). Mialam duze przerwy pomiedzy skurczami - do 10 minut. Parte byly raptem 3 i trwaly lacznie 15 minut, Nie pamietam, by bardzo bolaly. Pamietam, ze krzyczalam, ale raczej nie z bolu, tylko tak mi sie jakos lepiej parlo. Taki pierwotny zwierzecy krzyk. No i wreszcie uwolnilam sie od mitu partych, przy ktorych szesc osob stoi nad rodzaca krzyczac "przyj!", "teraz nie przyj!", "oddychaj!", jakby bez tego nie urodzila. Wskazowki moich poloznych ograniczyly sie do entuzjastycznego "tak!", a macica sama parla. Wlasciwie musialabym uzyc wielkiej sily woli, jesli chcialabym temu parciu sie przeciwstawic. Krocze nie peklo, mimo, ze glowka i cialko wyszly w jednym poteznym partym, w czasie ktorego polozne robily akupunkture krocza. Bylo nieznaczne pekniecie przy wargach sromowych. Zostalo zszyte "na zywca" jednym szwem. Tego szycia kompletnie nie czulam, jakby pod znieczuleniem miejscowym. Jedyny naprawde bolesny moment byl w fazie przejsciowej. Mialam zastoj na 9 cm. Myslalam, ze mnie rozrywa. Coreczka odwrocila sie do gory glowka, co polozne szybko zauwazyly, bo kopala w innym miejscu. I wtedy zrobily jedyne w czasie calego porodu badanie waginalne, zeby zobaczyc jak lezy glowka. Po czym mala zwyczajnie odwrocily w 5 minut. Gratuluje im wiedzy. Ciekawe w ktorym szpitalu jeszcze pamietaja jak sie taki manewr wykonuje.

      (Synek urodzil sie w szpitalu i tez odwrocil sie do tej pozycji, czego jednak nikt nie zauwazyl mimo czestych badan waginalnych i ordynatora na sali. Rezultat - 6 godzin partych. Krzyczeli po mnie, ze zle pre i grozili cesarka. Zreflektowali sie dopiero, jak juz sie glowka urodzila, patrzac w sufit. Wlasciwie - dobrze, ze nie zauwazyli. Gdyby zauwazyli, skonczyloby sie cesarka).

      Coreczka urodzila sie 15 minut po udanej ingerencji poloznych, w basenie, w calym worku owodniowym. Sama go przebilam, jakas minute po porodzie - czego do konca zycia nie zapomne. Nie zapomne tez mojej poloznej, z czolowka na czole po lokcie (a nawet pachy) w wodzie. Nie zapomne, ze glaskala mnie po glowie. I jej bezcennej reakcji, na moj strach przed zarazkami, kiedy podala mi zabawkowy czajniczek mojego synka do podmycia krocza: "To sa wasze bakterie". Racja. Nasze. Domowe. Zyjemy z nimi na codzien. Organizm uodporniony. I zawsze bede pamietac, z jakim entuzjazmem pochylaly sie nad lozyskiem, zachwycone, ze jest w ksztalcie serca - "from god with love" - dodala jedna dowciapnie. I bede pamietac, gdzie zakopalismy lozysko w ogrodzie, i ze rosnie na nim drzewo. I nie zapomne, jak sprawdzajac plec dziecka przez pomylke okrzyknelam je chlopcem, i lez szczescia kiedy okazalo sie, ze jednak jestem matka corce.

      Badanie noworodka odbylo sie na moim brzuchu. Nikt nie odebral mi coreczki nawet na 5 minut. Po 2 godzinach wstalam i z dzieckiem na reku poszlam dokonczyc przerwane pranie. Problemow z pecherzem i tym podobnym nie bylo. Porod w wodzie lagodnie obchodzi sie z dnem miesniowym miednicy. Mialysmy z corcia konflikt serologiczny, wiec maz podskoczyl po anty-D, ktore moja ginekolog (wielki przeciwnik porodow domowych), o dziwo, wydala mu bez wiekszych ceregieli. Coreczka meldowala sie co 3,5-4 godziny. Od poczatku robila 5 godzinna przerwe nocna, ssala dobrze, starczalo jej po 5 minut na piersi, pokarm byl gesty, piersi miekkie. Po 6 tygodniach przesypiala noce od osmej do osmej.

      I tak mysle - jakby potoczyl sie porod synka, gdybym nie pojechala na porodowke po nocy regularnych skurczy, gdyby nie zabronili mi wrocic do domu, choc akcja porodowa ustala, ale byly juz 3 cm. Gdyby nie podali mi oksytocyny, zeby wznowic akcje. Gdyby nie przyciskali mnie na sile za barki do lozka, zebym rodzila na lezaco. Gdyby przypadkowy asystent omylkowo nie zaaplikowal mi insuliny. Gdyby nie podali mi znieczulenia okolooponowego 24 h pozniej, "bo pacjentka nie wytrzyma", a skurcze po oksytocynie byly bolesne, czeste, ale nieefektywne. Gdyby nie podali mi wiecej oksytocyny, bo akcja po okolooponowym ustala. Gdybym nie musiala patrzec na monitor, zeby wiedziec, kiedy skurcz i mam przec, tylko czulabym parte. Gdyby ich tam ciekawskich kolo krocza nie stalo 6 osob. Gdyby nie zrobili mi, nie pytajac, naciecia az do odbytu, po ktorym nie umialam trzymac stolca przez kolejny rok. Gdyby podczas kolejnego badania waginalnego uczennica poloznej nie przebila worka owodniowego, gdyby nie wdala sie przez to infekcja szpitalna z koniecznoscia aplikacji antybiotyku. Gdyby...

      Moze synek urodzilby sie tydzien pozniej, akcja porodowa nie trwalaby 38 godzin. Moze nie zabraliby go profilaktycznie po "ciezkim" porodzie na noworodkowy , na ktorym nie moglam z nim zostac. Mimo poprawnego apgaru 7/9/10, poprawnych wynikow badan krwi oraz braku innych powiklan. Tam pomylili kartoteki (jak tlumaczyli w oficjalnym pismie " na skutek niewystarczajacej komunikacji miedzy oddzialami"). I podlaczyli go omylnie do kroplowki z glukoza. Wmuszali w niego profilaktycznie wielkie ilosci sztucznego pokarmu co 2 godziny, co tylez kazali mi odciagac pokarm z piersi - po 20 minut kazda. Rezultat = kolki, rytm 2-godzinny przez wiele miesiecy, nabrzmiale piersi z nadmiarem wodnistego pokarmu, karmienia po 50 minut, wiecej kolek i problemy z przykladaniem do obrzeklych piersi. Przezroczyste kapturki laktacyjne, ktore caly czas sie gubily. Tryskajace piersi przy kazdej probie otwarcia stanika. Wiele krzyku, wiele nieprzespanych nocy. Trauma poporodowa - jak widac do dzisiaj. Dwa porody, dwa swiaty.

      Planujemy niebawem trzecie i mamy nadzieje, ze urodzi sie w domu, pod okiem doskonalych poloznych, ktorych wiedza wykracza poza standardowe przypadki. W ich rekach czuje sie najbezpieczniej. Dziekuje za piekny porod Susanne i Janice.
      • soldie Re: relacje z porodów domowych 17.04.16, 15:54
        Piękny poród, tez urodziłam w wodzie tydzień temu gratulacje
        • susannna7 Re: relacje z porodów domowych 05.05.16, 11:13
          Gratulacje! Wspanialych chwil z nowym czlonkiem rodzinysmile
      • albertynaa Re: relacje z porodów domowych 09.07.16, 13:04
        susannna7

        Nie wprowadzaj proszę w błąd- od kiedy to zwykłe zestawienie Rh (+), (-) nazywamy "konfliktem serologicznym"? I od kiedy podaje się w tym przypadku anty-D? Nie leczyliście intensywnie noworodka?
        Bzdury wypisujesz aż strach...
        • kaakaa Re: relacje z porodów domowych 11.07.16, 13:39
          Obawiam się, że mylisz konflikt seroligiczny (sytuację, gdy matka Rh(-) rodzi dziecko Rh(+) i wskutek tego może u niej dojść do immunizacji i wytworzenia przeciwciał przeciwko czynnikowi Rh) z chorobą hemolityczną noworodków, czyli możliwą konsekwencją konfliktu serologicznego, która stanowi poważne zagrożenie dla zdrowia i życia płodu lub noworodka.
          • albertynaa Re: relacje z porodów domowych 16.07.16, 17:24
            Choroba hemolityczna noworodka JEST następstwem konfliktu serologicznego. W przypadku wytworzenia u matki przeciwciał nie ma mowy o podaniu jej immunoglobuliny o czym wesoło pisze koleżanka- skoro jej podano nie miała żadnego konfliktu!. Nie ma pojęcia o problemie, a ponadto wprowadza ludzi w błąd. Dramaturgii trzeba umieć dodać. W odpowiedni sposób.
            Pozdrawiam.
            • susannna7 Re: relacje z porodów domowych 26.07.16, 11:21
              O.k. Nie chcialam nikogo wprowadzac w blad. Albertynoo, sprawa jest dosc banalna: rodzilam w Niemczech, po prostu przetlumaczylam za pomoca internetu "Blutgruppenunvertäglichkeit" jako konflikt serologiczny. To zreszta jest chyba wlasciwe tlumaczenie. "Blutgruppenunverträglichkeit" to pojecie, ktorym operowala moja ginekolog - zapewne w uproszczeniu, moze jako skrot myslowy. Nie wnikalam w to za bardzo. Wniknelam teraz, jako, ze wynikly tu z tego powodu pewne kontrowersje. A wiec sprostowanie - powinno byc: "Maz podskoczyl po anty-D, ze wzgledu na niezgodnosc w zakresie czynnika RH matki i dziecka, mogaca rezultowac konfliktem serologicznym w kolejnej ciazy, tymczasem u matki wystepuje zyczenie kolejnej ciazy". (Chyba rozumiem, czemu moja ginekolog uzywa skrotow myslowych.)
              A na marginesie: Albertynoo dramaturgia nie byla zamierzona. Po prostu oba moje porody byly dla mnie przezyciami bardzo emocjonalnymi. Jeden w sposob pozytywny, drugi w negatywny. Opisuje je w sposob emocjonalny, gdyz nadal wiaza sie dla mnie z duzymi emocjami. Pohamuj no sie z tymi atakami.
              Pozdrawiam.
            • kaakaa Re: relacje z porodów domowych 08.08.16, 18:04
              A tu się w pełni zgadzam - w przypadku konfliktu nie podaje się immunoglobuliny. Dlatego bezpośrednio po porodzie matki Rh negatywnej pobiera się jej krew dla oznaczenie alloprzeciwciał, a dziecku krew pępowinową dla oznaczenia grupy krwi. Jak dziecko Rh (-), to konflikt wystąpić nie mógł i badanie matki można by sobie odpuścić, ale robi się je od razu, żeby nie tracić czasu, którego jest niewiele na podanie immunoglobuliny. Jak dziecko Rh+, a matka nie ma przeciwciał (czyli: jest niezgodność matczyno-płodowa w zakresie czynnika Rh, ale nie doszło do wytworzenia przeciwciał u matki), to podaje się immunoglobulinę, jako prewencję wytworzenia się tych przeciwciał i powstania zagrożenia dla ewentualnego kolejnego dziecka.
              Nie sądzę, by autorka tamtego wpisu chciała dodać dramatyzmu swojej wypowiedzi. Wiele osób myli konflikt serologiczny z niezgodnością grup krwi. Nie przypisywałabym zaraz kobiecie intencji, których pewnie nie miała.
              Ja sama mam Rh(-), a mąż Rh(+) i trafiali mi się lekarze, którzy mówili, że mamy z mężem konflikt w zakresie Rh. Skoro lekarze takie informacje podają, to co się dziwić laikom, że to powtarzają?
    • granatowoszara Tekla, 23.04.2016 24.04.16, 19:55
      Ponieważ to dzięki temu forum dowiedziałam się o porodach domowych - za co jestem niezmiernie wdzięczna, wklejam opis swojego porodu w domu.
      Jak chyba wiele kobiet, które przekroczyły termin porodu, czułam już lekkie zniecierpliwienie. Oczywiście na poziomie racjonalnym wiedziałam, że Kluska ma czas i widać nie jestem gotowa, ale bardzo chciałam przeżyć swój poród – byłam ciekawa swojego ciała i swojej reakcji na to, co będzie się działo i poznać tę dziewczynkę.
      W dniu, w którym zaczęło się coś dziać, ciągnięcia, kłucia i bóle okresowe, które towarzyszyły mi od około tygodnia zaczęły być bardziej konkretne. Wstąpiła we mnie lekka nadzieja, która jeszcze bardziej się wzmocniła, gdy w piątek wieczorem po raz pierwszy zaczęłam czuć coś, co mogłabym śmiało nazwać skurczem. Zaczęło być ich ciut więcej, ale w dużych odstępach czasowych. W piątek, około 22, usiadłam na piłce i zrobiłam masaż sutków. I widać organizm był gotów, bo skurcze zaczęły się pojawiać w odstępach 8-6 minut. Wiedziałam, że dobrze byłoby się przespać, ale halo, to mój pierwszy poród, pierwsze dziecko, nie było mowy o spaniu. Spał za to mój mąż i bardzo dobrze, bo bardzo mocno przeżył późniejszą finalną część porodu. Skurcze były zupełnie w porządku, zwykłe oddychanie wystarczyło, bo je przetrwać. Pisałam wiadomości, mierzyłam skurcze i w sumie sama nie wiem, kiedy zrobiła się 1:30. Postanowiłam obudzić męża i poszliśmy na spacer. Wybraliśmy trasę, którą pokonaliśmy te 9 miesięcy temu, gdy w niedziele, bladym świtem, nie wierząc, że jeden test pokazał się pozytywny, wyszliśmy do apteki po kolejne. Teraz szliśmy tą samą drogą, a za kilka godzin miało się urodzić to dziecko, które wtedy było tylko niewiadomą.
      Ponieważ spacer dość dobrze podziałał na częstotliwość skurczy – były co 4 minuty, po powrocie zadzwoniłam do położnej. Magda była jednak w trakcie innego porodu, co zupełnie mnie nie zmartwiło, był wielki spokój i skurcze, z którymi dawałam sobie radę, a które po powrocie do domu znowu straciły na częstotliwości. Wiedziałam, że mam czas. Umówiłyśmy się, że Magda da znać ile może potrwać poród, przy którym akurat była i w razie czego wyśle zastępstwo. Nie było jednak takiej potrzeby. Pojawiła się u nas koło 8 rano w sobotę. W między czasie dokończyłam czytać kryminał, a J pospał. Kiedy Magda mnie zbadała okazało się, że to dopiero 2 cm. Ponieważ wiedziałam, że jest po nocce rodzenia, a mieszka bardzo blisko nas, stwierdziłam, że spokojnie może wrócić do domu trochę odpocząć. W tym czasie oboje próbowaliśmy spać. Byłam już lekko zmęczona po całej nocy nie spania, więc udało mi się pospać 1,5h z przerwami na skurcze, które wciąż były łagodne, ale jednak wybudzały. Koło 10 zadzwoniła Magda, ale że nadal czułam spokój, umówiłyśmy się, że wróci o 13. Tuż przed jej przybyciem skurcze zaczęły robić się bardziej dokuczliwe, ale nadal do opanowania przy pomocy oddechu, masażu czy nagrzanej skarpetki z ryżem. Magda stwierdziła zaledwie 4cm, co delikatnie mnie zdołowało, ale trudno, widocznie tak działam. Sprawie nie pomagała moja szyjka, którą jak twierdzi Magda, miałam przy plecach. Czekaliśmy na rozwój sytuacji, a najlepiej pęknięcia wód. W międzyczasie J. , który prócz tego, że był wspaniały i ani sekundę nie marudził, gdy w jednym momencie coś mi odpowiadało, a w drugim nie, upiekł sernik z rabarbarem, ulepił gnochi, a na gazie pyrkotał sobie rosół – mówił potem, że to też była jego reakcja na to, co się dzieje, bo chciał coś robić, ale nie zawsze miał co – i super, że wyczuwał, kiedy być, a kiedy to, że siedział i się patrzył mnie wkurzało.
      Około 16 przy badaniu pękł wreszcie pęcherz i jak się domyślacie od tego momentu zaczęło się robić znacznie ciekawiej. Poszłam pod prysznic, który mocno pomagał, tam tez po raz pierwszy zwymiotowałam. Szybko doszło do 7 cm, ale pracowanie do pełnego rozwarcia wspominam jako najgorszą część porodu. Zwierzęcą i dziką w moim wypadku. No, co tu ukrywać, bolało bardzo mocno i o ile poprzednie skurcze były bardzo miłe pod względem odpoczynku między nimi, o tyle tutaj nawet w przerwach nie czułam, że do końca wypoczywam. Niestety rozwarcie szło dość wolno, czułam, że Magda nie do końca jest zadowolona, ale robiła, co mogłaby mi pomóc. Masowała mi sutki, zmieniałam pozycje – niektóre były bardzo męczące, ale efektywne – np. kucanie, którego szczerze nienawidziłam w pewnym momencie. Najwygodniej mi było leżąc na lewym boku, ale skurcz w takim leżeniu to było coś. Po jednym takim powtórnie zwymiotowałam. Długo siedziałam pod prysznicem i w międzyczasie pojawiła się druga położna, co gdzieś z tyłu głowy zakodowałam jako dobre, bo ona przecież pojawia się na finał. Ania przyniosła mi bukiet tulipanów, co było arcymiłe – a czego naturalnie nie doceniłam w momencie, gdy weszła do domu. Tak jak napisałam wcześniej – pewien moment porodu był dla mnie doświadczeniem prawie że zwierzęcym.
      • granatowoszara Re: Tekla, 23.04.2016 24.04.16, 19:55
        Zachęcana przez Magdę i później również Anię krzyczałam bez opamiętania, nie wiedziałam, że mam coś takiego w sobie. To był najgorszy etap, jeśli chodzi o ból i ? jak pewnie u wielu rodzących ? padło sakramentalne ?już nie chcę i nie dam rady?, a także pytanie po każdym skurczu czy to dobrze, czy jestem bliżej końca. Położne były świetne ? Magda już teraz mocno skupiona i konkretna, ale spokojna a Ania ciepła i wspierająca. W pewnym momencie pojawiła się sąsiadka, ale to też było miłe, bo wiedząc, że jestem w ciąży przyszła zapytać czy wszystko ok, bo może jestem sama w domu i potrzebuje pomocy. Czasami widziałam też, że J płacze ? opowiadał potem, że to z bezsilności, że nie mógł mi nijak ulżyć. Cieszę się, że rozmawialiśmy wcześniej o tym, jak może wyglądać poród, czego ja od niego oczekuję, czego oboje się boimy. J w czasie porodu wiedział, że to, co się dzieje jest potrzebne i dobre, ale ciężko było mu sobie poradzić z emocjami.
        Nadszedł wreszcie czas na skurcze parte. Chociaż dla mnie to było nadal bolesne, to przynajmniej fizycznie czułam ich sens, bo czułam jak Kluseczka się wyłania. Uczucie urodzenia się główki przedziwne. W sumie skurcze parte trwały 40 minut, co podobno jest dość krótkie jak na pierworódkę. Najpierw kucałam, a potem rodziłam na kolanach, wsparta o J. , który siedział na kanapie. Jak przez mgłę słyszałam entuzjastyczne krzyki położnych o tym jak wspaniale Kluska się wyłania. Magda większość czasu pozwoliła mi przeć spontanicznie, tylko na sam koniec stłumić te potrzebę i mocno oddychać. I nagle duże chlup i oto jest, o 19:10, po prawie 24h urodziła się Tekla. J płakał, ja nie wierzyłam. Ulga była natychmiastowa. Położne już wcześniej przyszykowały kanapę, na której usiadłam, przytulona przez J. Tekla zaraz po urodzinach chwilkę zapłakała, potem natychmiast się uciszyła (i w sumie do tej pory jest bardzo spokojna i cicha, śmiejemy się, że ma w nosie zmianę otoczenia). Przez cały poród miała idealne tętno, położne stwierdziły, ze najmniej z nas wszystkich stresuje się całym wydarzeniem. Dosłownie na chwilę musiałam zejść jeszcze do kucania, by urodzić łożysko, na szczęście praktycznie od razu. J. przeciął pępowinę i podczas gdy my się przytulaliśmy, Magda i Ania opatrywały mi krocze. Pękłam delikatnie na śluzówce, podobno to nic. Magda założyła pojedynczy szewek, który ma się zagoić lada moment i w międzyczasie cieszyła się, jaką mam miękką tkankę i że w ogóle jestem stworzona do rodzenia. Dopytałam o to potem, sugerując, że pewnie tak mówią każdej położnicy, ale stwierdziły, że nie, że świetnie u mnie pracowała głowa i ciało, a do tego ciało też nie przeszkadzało. Myślę, ze mój poród trwał tak długo i momentami był tak intensywny przez szyjkę wygiętą do pleców i jej powolne otwieranie ? pęcherz i główka inaczej wtedy napierały na nią. Podobno przy kolejnych ma być lepiej.
        A potem, to już wiecie. Karmienie, przytulanie, napawanie się, żarty. Wszystko pomału, bez bieganiny, w ciepłym świetle domowych lampek. Wypiliśmy wspólnie bezalkoholowego szampana, zjadłam porcję rosołu, którą dojadł J., który uświadomił sobie, że przez cały dzień nic nie jad
    • kaakaa Re: relacje z porodów domowych 06.05.16, 19:42
      A, tak się Wam pochwalę, że we wtorek urodziła się w me ręce śliczna dziewczynka. Do tej pory mi się tylko chłopcy trafiali, a jak się szykował jakiś poród dziewczynki, to się zawsze mamy w ostatniej chwili rozmyślały i rodziły beze mnie. A teraz, prawie 4300 g małej panieneczki urodziło się w me ciepłe, chętne rączki. Pięknie było, jak zawsze smile
      • hortensjaaaa Re: relacje z porodów domowych 28.07.16, 17:17
        Gratulacje! Szkoda ze mieszkasz tak daleko ode mnie..wink
        • kaakaa Re: relacje z porodów domowych 10.08.16, 15:16
          Daleko, czy blisko, to względna kwestia. wink
          Do mamy tamtej dziewczynki mam jakieś 5-6 godzin drogi samochodem.
          • hortensjaaaa Re: relacje z porodów domowych 19.08.16, 14:56
            Daleko smile moje porody domowe na razie nie przekroczyły 3h, u mnie wszystko idzie szybko wink
    • kaakaa Re: relacje z porodów domowych 10.08.16, 15:15
      Tak, tylko dla porządku, pozwolę sobie napomknąć, że w nocy z poniedziałku na wtorek jedna nasza zacna forumka urodziła domowo synka. Wiem z pierwszej ręki, bo widziałam na własne oczy wink
      Więcej, jak będzie chciała, to może sama napisze.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka