Dodaj do ulubionych

prawa=obowiązki

08.10.07, 15:54
no muszę napisać, bo szlag mnie powoli trafia. nie wiem zupełnie jak sobie z
tym poradzić a i tak węszę, że nic nie jestem w stanie zrobić.
w skrócie:
1. przy rozwodzie ustaliliśmy, że ex bierze syna co drugi dzień i co drugi
weekend, święta na pół (to wyszło później, ale działa). ojciec już po
orzeczeniu wyroku wycofał się z co drugi dzień i został tylko co drugi
weekend. trzeba mu oddać: raczej nie zawodzi.
2. alimenty od 4 lat te same, ale płacone na czas, więc nie marudzę.
3. a oprócz tego absolutnie nic. tzn sporadyczne telefony do syna na komórkę.
i same wymagania: powinieneś chodzić na to i na tamto i na siamto. powinieneś,
czytaj: matka powinna cię zapisać i wozić. (nie to, że syn nie chodzi, bo
chodzi, ale o wszystko zadbałam ja i mój mąż). wycieczki: matka, nawet jak
jest weekend taty. odrabianie lekcji u taty wygląda tak, że młody robi co
uważa, że trzeba zrobić (jest wyjątkowo roztrzepany i trzeba mu niestety
przeglądać zeszyty, żeby sprawdzić czy wszystko zrobił), a tata opiekuje się
swoją córką. Nie sprawdza czy młody wszystko zrobił i czy dobrze zrobił to co
zrobił. ani razu nie był na wywiadówce, bo, cytat: nie jest jeszcze na etapie
wywiadówek. informowałam go o nich, po każdej, na którą idę ja lub mój mąż
dzwonię i go informuję. on sam nigdy się nie zainteresował jak syn sobie radzi
w szkole.
więc ja mam pytanie: czy ja za dużo od ojca wymagam? czy to, że zabiera
dzieciaka regularnie co drugi weekend i płaci alimenty na czas to już jest
właśnie ten równy (jak to określa nasz wyrok sądowy) podział obowiązków? co
zrobić? jak go zmobilizować, żeby trochę bardziej się fatygował w sprawie syna???
Obserwuj wątek
    • babe007 Re: prawa=obowiązki 08.10.07, 16:04
      Niestety, tak to wygląda, że jedynym obowiązkiem ojca, który jesteś
      w razie "obsówy" (jako tako) wyegzekwować są alimenty.
      Pozostałe "obowiązki" to czysta fikcja. Bo jak zmusisz ojca, który
      jest "bardzo zajęty" do spotkań z dzieckiem - nijak. Albo do
      interesowania się zdrowiem czy postępami w nauce - też nijak. Jak
      mnie poinformował (podczas jakiejś ostrzejszej wymiany poglądów)mój
      ex, widywanie się z dziećmi to jego PRAWO, a nie obowiązek (czyli,
      jeżeli nie ma ochoty z tego prawa akurat skorzystać - to mogę mu
      naskoczyć). I niestety w rzeczywistości tak to wygląda. Smutne to, i
      niesprawiedliwe, ale prawdziwe...
    • kicia031 Re: prawa=obowiązki 08.10.07, 16:58
      Moj Ex podobnie.
      Ale przynajmniej mi nie podnosi ciesnienia gadajac o swoich prawach
      bo wbilam mu do glowy, ze praw sie nabywa wypelniajac obowiazki. A
      ze on obowiazki wypelnia w ograniczonym zakresie, to i prawa ma
      proporcjonalne do wypelniania obowiazkow.

      Moge tylko powttarzac synowi, by nie byl dla swoich dzieci takim
      ojcem jakim jest jego ojciec, ale smutne to bardzo...
      • kubowa Re: prawa=obowiązki 08.10.07, 17:34
        no to powiedz kicia jak ograniczyłaś exowi prawa? bo wiesz, ja nie specjalnie
        mogę, bo młody to tylko odlicza dni, kiedy znów się z ojcem zobaczy, to jak mu
        zabronię iść do ojca 'za karę' np to oczywiście odegram się pięknie na exie i
        będę mogła rączki pozacierać, ale że dziecko mnie znienawidzi, to pewne. więc
        taki system odpada... więc co??? jest jakaś kara na takich ojców? jakiś obuch w
        łeb, żeby zrozumieli, że są do d?
        • pelagaa Re: prawa=obowiązki 08.10.07, 18:21
          Ale wlasciwie po co chcesz go karac? Po co Ci swiadomosc, ze on
          zrozumie, ze jest ojcem do dupy??? Ty to wiesz i wystarczy.
          Nie sadze, aby on to kiedys zrozumial. A karanie dziecka za winy
          ojca, np. brakiem kontaktow, jest bez sensu.
          Ograniczone prawa to np. nieinformowanie go o wywiadowkach,
          wycieczkach, chorobach, skoro sam sie nie interesuje nie musi
          wiedziec. Jego wybor. Nie wymuszanie na nim widzen, nie angazowanie
          go na sile w obowiazki zwiazane z dzieckiem. Bo facetowi pewnie sie
          wydaje, ze ma prawo wiedziec, czy nawet narzucac rodzaj zajec
          dodatkowych. W razie pretensji zawsze mozesz mu powiedziec, ze nie
          masz nic przeciwko, jesli zaplaci i zorganizuje dziecku opieke,
          dojazd do zajec, ktore jego zdaniem sa konieczne, bo Ty zapewniasz
          to, to i tamto.
          Niestety jest tak, jak pisze Babe, rozwiedzeni ojcowie maja
          obowiazek placenia alimentow, ktory tez nie zawsze wypelniaja, oraz
          cala game praw, np. do widywania sie z dzieckiem. Nie zmusisz goscia
          do wychowywania dziecka, nie zmusisz do dbania o jego przyszlosc.
          Odpusc sobie te zlosc, bedzie Ci sie latwiej zylo. Sa czasem
          rzefczy,ktorych nie da sie zmienic, wtedy lepiej jest dla nas, jesli
          je zaakeptujemy, pogodziny sie z nimi, zamiast gorzkniec.
          • kubowa Re: prawa=obowiązki 08.10.07, 19:15
            ja to wszystko rozumiem, pelagaa, i naprawdę na co dzień on mi zwisa. ale jak
            zobaczyłam te nieodrobione zadania domowe pomimo tego, że się podjął to szlag
            mnie trafił. wysyła dziecko na wycieczkę w swój weekend, ale to ja mam zapłacić.
            no jak z takim czortem rozmawiać?
            dlaczego chcę, żeby wiedział, że jest ojcem do d? bo on całe życie myśli, że
            jest we wszystkim przecudowny, w tym również jako tato. sam się utwierdza w tym
            przekonaniu i taki swój wizerunek rozpowszechnia wkoło. im więcej to powtarza,
            tym bardziej w to wierzy i tym mniej de facto robi dla syna. po prostu nie
            cierpię tego, że moim kosztem buduje sobie wizerunek super taty. a nie potrafię
            tak jak wy twardo określić co mu wolno, a czego nie. bo wydaje mi się, że skoro
            jest tatą to wszystko mu wolno, tak jak mnie... no i czy to sprawiedliwe jest?sad
            • pelagaa Re: prawa=obowiązki 08.10.07, 19:34
              To nie jest sprawiedliwe i nie bedzie. Wiesz jeszcze kilka lat temu
              przezywalam strasznie, ze ojciec mojego dziecka je olal i to w stylu
              jednym z gorszych, bo rzec mozna, ze wykorzystal dziecko do sprawy w
              sadzie. Moje dziecko po calej akcji przez 2 lata bylo pod opieka
              psychologa i psychiatry. Czulam wielka dziejowa niesprawiedliwosc.
              A teraz czuje obojetnosc wobec tego marnego czlowieczka. Jest mi
              latwiej, bo zerwal on kontakty z dzieckiem, nie miesza w naszym
              zyciu. Mysle, ze i Twoj stan z czasem sie ustabilizuje i
              przestaniesz sobie zawracac glowe rzeczami, na ktore nie masz
              wplywu. I uwierz mi, ze NAPRAWDE nie ma znaczenia zadnego, jaki jest
              jego wizerunek przed rodzina, czy znajomymi. Dzieci rosna, maja swoj
              rozum, oceniaja. Jak poukladasz sobie to wszystko na spokojnie w
              swojej glowie, to Cie zacznie tracac, co sadzi ex, czy co sadza inni
              ludzie na temat jego ojcostwa. Ty swoje wiesz, dziecko kiedys
              zrozumie. I wystarczy.
              A za wycieczke na Twoim miejscu bym nie zaplacila, sam wyslal
              dziecko, niech sam placi. Co innego, jesli sie cos UZGADNIA, ale
              koszty samowolek tatus powienien ponosic sam. Zadania domowe bym mu
              wyrzucila, zeby mu sie wlasnie nie wydawalo, ze wszystko jest cacy i
              ok.
              • kubowa Re: prawa=obowiązki 08.10.07, 19:45
                tak też uczyniłam. napisałam mu maila (tak się ostatnio komunikujemy głównie) i
                wyrzuciłam mu tę pracę domową jak i wycieczkę. nie, że mu zrobiłam awanturę,
                tylko napisałam jak ja to widzę, na spokojnie. widzicie, ja nawet go opieprzyć
                porządnie nie potrafięsad
                • chalsia Re: prawa=obowiązki 08.10.07, 23:12
                  > tylko napisałam jak ja to widzę, na spokojnie. widzicie, ja nawet
                  go opieprzyć
                  > porządnie nie potrafięsad

                  to może i dobrze? byś się jeszcze bez sensu bardziej zdenerwowała? A
                  przeciez chyba on nie zasługuje az na taką Twoją uwagę?
            • blondgirl Re: prawa=obowiązki 06.01.09, 12:53
              Z tymi lekcjami to bywa różnie i nie zawsze jest to wina ojca.

              U nas była kilka razy sytuacja, że Młody przyjechał na weekend (przyjeżdża na
              każdy) i mimo, że wielokrotnie go pytaliśmy czy ma coś zadane do odrobienia lub
              nauczenia odpowiedział, że nie. A potem Ex dzwoniła z pretensjami, że dostał
              jedynkę. Teraz ma przykazane, że ma brać na weekend książki i zeszyty na pon.,
              bo każemy mu się uczyć czy ma coś zadane czy nie - NM sprawdza. Ale to i tak
              czasami zawodzi, bo na ogół zapomina o książkach. Młody ma 13 lat.
        • kicia031 Re: prawa=obowiązki 09.10.07, 15:05
          Moj Ex nie ma ograniczonych praw sadownie, po prosttu na kazdym
          kroku mu powtarzalam, ze bedzie mogl sie domagac tego czy tamtego
          jak bedzie robil to do ojca nalezy, a ze Ex wolal spedzic swieta
          samotnie, niz isc na wywiadowke, wiec za bardzo nie protestowal.
          Tylko u nas jest o tyle uionaczej, ze moj syn traktuje spotkania z
          ojcem jak ciezka panszczyzne i nigdy sie do nich nie palil.

          Gdyby Babelek chcial sie spotykac z ojcem, to na pewno nie
          utrudnialabym tego w zaden sposob, ale poki co, to musze grozic mu
          uszkodzeniami ciala, zeby raczyl sie umowic z ojcem wink)
          • kubowa Re: prawa=obowiązki 09.10.07, 18:11
            no no!smile a ja dostałam nawet odpowiedź na swojego maila. za wycieczkę jednak
            zapłaci, miałam rację, przeprasza. nie sprawdził pracy domowej młodemu celowo,
            chciał go zmusić do samodzielności. hmmm. bez komentarza. co tam jeszcze.. acha.
            oczywiście, że chce brać udział w życiu i dziecka i faktycznie będzie się
            bardziej interesował jego sprawami i dowiadywał u źródła, czyli, że mnie, co u
            niego słychać. ewentualnie bezpośrednio w szkole. ale na częstsze spotkania jego
            z synem nie mam co liczyc, bo gdyż on nie będzie jechał 30 km codziennie.
            chociaż jeśli faktycznie znajdzie jakies fajne zajęcia, którymi młody się
            zainteresuje, to oczywiście go zapisze i oczywiście będzie z nim chodził. no po
            prostu ideał ten mój ex.uncertain
            • pelagaa Re: prawa=obowiązki 09.10.07, 19:52
              A ja uwazam, ze nie jest taki zly. Sprobuj spojrzec na to
              obiektywnie. Naprawde nie jest taki zly. Wyluzuj troszke smile
              • kubowa Re: prawa=obowiązki 09.10.07, 20:38
                obiektywnie też uważam, że nie jest taki zły. wiele razy czytając różne fora
                oddychałam z ulgą, że ja nie mam takich kłopotów. naprawdę zdaję sobie sprawę,
                że moje dziecię i tak ma szczęście, że ojciec się nie odwrócił do niego tyłkiem.
                ale gdybym nie wymagała to nic by się nie zmieniło, a tak widać, że jednak warto
                rozmawiać. na spokojniewink
                • kicia031 Re: prawa=obowiązki 10.10.07, 10:39
                  Twoj Ex jest nawet lepszy od mojego, ktorego uwazam za poprawnego.
                  ja bym go docenila.
                  • kubowa Re: prawa=obowiązki 21.11.07, 20:28
                    no i długo nie musiałam czekać, żeby upewnić się co do szczerości intencji exa.
                    poprosiłam go, żeby porozmawiał z młodym, bo młody miał jakiś problem w szkole,
                    o którym nie chciał ze mną 'szeroko' rozmawiać. napisałam więc konspiracyjnie,
                    za plecami młodego, mail do exa, żeby zwrócił na to uwagę i podpytał go o to,
                    może jemu coś powie. ex napisał, że oczywiście porozmawia z młodym. po czym
                    wraca młody wraca od ojca i z tego co się zorientowałam ojciec z nim w ogóle nie
                    rozmawiał. ani słowa o szkole ani słowa o jego problemach. więc napisałam do
                    exa, dlaczego w końcu z dzieckiem nie porozmawiał? bo to się nie dzieje u niego,
                    więc on nie będzie tego ruszał. była kolejna wywiadówka, zawiadomiłam, nie
                    poszedł, ale obiecał, że zadzwoni zapytać co mówili nauczyciele. zapytał po
                    tygodniu. tak bardzo się interesuje.
                    ja rozumiem, że ona ma nową rodzinę, ale i ja mam. nie rozumiem jednego. skoro
                    najpierw deklaruje się, że coś zrobi, to czemu nie robi? czemu się deklaruje? ja
                    go nawet nie naciskam, ja go proszę. węszę w tych zmianach zdania udział osoby
                    trzeciej...
                    no nic, więcej go o pomoc przy synu nie poproszę. dla mnie to jest uwłaczająceuncertain
    • malwina331 Re: prawa=obowiązki 10.10.07, 08:49
      No za wiele nie zdziałasz z tymi exami. Nasza exia która generalnie
      jest ok, bierze syna co 2 weekend i raz w tygodniu, też potrafi
      wyjechać z pretensjami (no właśnie do kogo? ) że dziecko było
      niegrzeczne, albo źle się zachowało. Potrafi się obrazić na
      Małego. No ale to ona jest matką - ja tylko macochą więc przepraszam
      ale to chyba ja mogłabym narzekać. Z tym że nie mam powodów - Młody
      jest naprawdę ok, a odpały jak każdemu dziecku zdarzaja mu się
      rzadko. Powiedziałabym że w porównaniu z innymi rówieśnikami jest
      dobrym i spokojnym dzieckiem. Oczywiście też się zdarza że lekcje są
      zrobione nie do końca ale są to incydenty które pomijamy. Sytuacja
      ojców jest taka w naszym kraju, że i tak cieszymy się że mały jest z
      nami, bo ex się zgodziła. Nie trzeba było walczyć, zreszta ex jest
      normalną kobietą, nie pije,nie ćpa, mały jest z nią związany - gdyby
      się nie zgodziła żaden sąd nie przyznałby dziecka ojcu.
    • braktalentu refleksyjnie, mało na temat-:) 22.11.07, 12:09
      Czy rozwiodłybyście się z facetami, którzy pomimo bycia kiepskimi
      mężami, są fantastycznymi ojcami. Nie takimi co kupią klocki i pójdą
      oglądać mecz, ale naprawdę fajnymi tatusiami, zaangażowanymi w
      proces wychowawczy, chodzącymi na wywiadówki, wstającymi w nocy do
      dziecka, żeby przykryć, zostającymi z dziećmi kiedy Wy wychodzicie,
      karmiącymi, kładącymi spać, pamiętającymi o szczotkowaniu zębów,
      itp.
      Myślę, że gdybyśmy wiązały się z takimi super tatami, to bez względu
      na ich stosunek do nas (bez mordobicie może) dłuuuugo byśmy w takim
      małżeństwie wytrzymały. No, która pozbawiłaby dziecko takiego taty
      na co dzień? -smile.

      Po rozowdzie NIC się nie zmienia. Ojcowie z reguły mają tak samo
      mało czasu dla swoich dzieci, co i przed rozstaniem. Tyle, że teraz
      siedzą z gazetką u siebie, więc tego nie widzicie i wydaje się Wam,
      że w życiu dzieci taty mniej, bo tata je olał - PO rozwodzie ma się
      rozumieć.

      Ojciec mojej koleżanki całe życie był "weekendowym". Kiedy się
      urodziła studiował w innym mieście. Potem przez lata pracował poza
      domem, żeby zarobić na rodzinę. W końcu zaczął namawiać żonę, żeby
      do Niego dołączyła (finansowy ciężar utrzymania 3 osób spoczywał de
      facto na Nim, więc po co mieszkać osobno), ale niestety, za późno...
      Rozwiedli się i NAGLE On okazał się fatalnym ojcem, który olewa
      swoje dziecko, bo nie bywał na wywiadówkach, nie miał czasu na
      rozmowy, itp. Ona zaś, równie NAGLE okazała się fatalną matką, bo
      dziecko nie chodzi na basen i angielski, na które Jego nowe dzieci,
      posyła druga żona.

      A w tym wszystkim koleżanka, która z ręką na sercu twierdzi, że
      przecież PO rozwodzie NIC się nie zmieniło-smile.

      Kubowa, nie zmobilizujesz swojego byłego męża do fatygi w sprawie
      syna. Jako żona nie byłaś w stanie, a teraz jako "wredna Exiara"-smile
      tym bardziej skazana jesteś na porażkę. A jeżeli masz żal, że ojciec
      nie sprawdził dziecku lekcji, bo zajmował się córką (NOWĄ córką), to
      wierzysz w cudasmile))) Jak ktoś jest gównianym ojcem, to jest taki dla
      WSZYSTKICH swoich dzieci. I to ostatnie, to była bardzo zła
      wiadomość dla Twojej Nexi, bo wszystko co najgorsze dopiero przed
      Nią.
      • 13monique_n Re: refleksyjnie, mało na temat-:) 22.11.07, 14:35
        I tak, i nie. To znaczy - fakt, że Eks był dobry ojcem długo mnie
        przy nim trzymał. Jeszcze jako mój mąż zaczął zmieniać się tak
        bardzo na niekorzyść, że wraz z innymi czynnikami to zadecydowało o
        rozwodzie.
        On teraz stara się byc dobrym ijcem, ale na SWÓJ sposób i na swoich
        warunkach. Czyli wdraża w życie przekonanie jeszcze z naszego
        małżeństwa. Jego nowa pani nie ma nic do rzeczy, bo to miła i dobra
        osoba. On jest za apodyktyczny i za despotyczny, aby ktokolwiek
        zmienił jego decyzję. Wiem coś o tym.
      • kammik Re: refleksyjnie, mało na temat-:) 22.11.07, 18:00
        braktalentu napisała:


        > Po rozowdzie NIC się nie zmienia. Ojcowie z reguły mają tak samo
        > mało czasu dla swoich dzieci, co i przed rozstaniem.

        Czy ja wiem? Co prawda z moich doswiadczen i obserwacji wynika, ze
        jesli sie zmienia, to na gorsze, ale jednak zmiana jest. Biorac pod
        uwage to, ze ojciec mojego dziecka widzial je ostatnio jakies dwa
        lata temu wynikaloby, ze albo gazeta nadzwyczajnej obszernosci albo
        szwankuje umiejetnosc sprawnego czytania wink
      • nenia1 Re: refleksyjnie, mało na temat-:) 23.11.07, 11:40
        Braktalentu, nie zawsze jest tak, ze kobiety się rozwodzą, bo chcą.
        Są sytuacje, że facet jest dobrym ojcem, ale nie układa mu się z żoną, poznaje nową miłość swojego życia, wyprowadza się i co właściwie taka kobieta ma wtedy zrobić, zgadza się na rozwód, bo utrzymywanie małżeństwa to już tylko czysta fikcja.

        Zdarzają się zdrady, obojętność, złe traktowanie, przy równoczesnym byciu dobrym ojcem. Gdyby w pracy cię źle traktowano i podjełabyś decyzję o zwolnieniu, to z jednej strony tak, chciałaś się zwolnić, ale prawda jest taka, że okoliczności cię zmusiły.

        Nieprawdą jest, że po rozwodzie nic się nie zmienia.
        Często się zmnienia, rozluźniają się więzi, ojciec nie przebywa
        z dziećmi na codzień, często chce dziecku wynagrodzić rozwód
        i zmniejszyć swoje poczucie winy i staje się tatą - kumplem,
        a z trudem wychowawczym, w tym z dyscyplinowaniem, pozostaje matka,
        do tego gdy on zakłada nową rodzinę, ma nowe dzieci i pojawiają się mu dodatkowe obowiązki.

        Miałam kiedyś udziałowca w spółce, bardzo majętny człowiek, koło pięćdziesiątki, który miał wtedy trzyletniego syna. Był naprawdę ześwirowanym na punkcie małego ojcem, czytał mu ciągle książki, znał imiona postaci z kreskówek, wszędzie chodził z synem, aż niektórych to wkurzało, bo przychodził z nim nawet na imprezy firmowe,
        i wszyscy musieli się jego dzieckiem zachwycać.

        Potem okazało się, że ma jeszcze 4 dzieci z innymi kobietami.
        Z żadnym z dzieci nie utrzymywał kontaktu.
        Wiem, że wśród tych dzieci była np. 16-latka, której nie widział wcale, od 11 lat. Kiedyś o niej opowiadał i zastanawiał się nad kolorem jej włosów, czy nie jest czasem ruda jak jej mama. Dodał jeszcze, ze kiedyś ta dziewczyna była ukochaną córeczką tatusia
        i ciągle nosił ją na rękach.
      • e_r_i_n Re: refleksyjnie, mało na temat-:) 23.11.07, 12:11
        braktalentu napisała:

        > Jak ktoś jest gównianym ojcem, to jest taki dla WSZYSTKICH swoich
        > dzieci.

        Nieprawda.
        • chalsia Re: refleksyjnie, mało na temat-:) 23.11.07, 13:22
          e_r_i_n napisała:

          > braktalentu napisała:
          >
          > > Jak ktoś jest gównianym ojcem, to jest taki dla WSZYSTKICH
          swoich
          > > dzieci.
          >
          > Nieprawda.

          zgadzam się, to nieprawda (tzn. bywają wyjątki od reguły smile).
          Natomiast prawdą jest (tzn. bardzo często tak jest), że jak ktoś
          jest gównianym ojcem dla dziecka z pierwszego związku to będzie też
          gównianym ojcem dla dziecka z kolejnego związku, gdy ten związek
          także stanie się już "były".
          • e_r_i_n Re: refleksyjnie, mało na temat-:) 23.11.07, 13:29
            chalsia napisała:

            > Natomiast prawdą jest (tzn. bardzo często tak jest), że jak ktoś
            > jest gównianym ojcem dla dziecka z pierwszego związku to będzie
            > też gównianym ojcem dla dziecka z kolejnego związku, gdy ten
            > związek także stanie się już "były".

            "Jesli" stanie sie byly.
            Byc moze.
            Mysle jednak, ze co by nie mowic i jak sie nie zarzekac, kontakty
            ojca z dzieckiem nie zaleza tylko od tego, jakim sie bylo/jest
            ojcem. Dlatego tez niekoniecznie musi to byc regula.
            Zreszta, sa tacy ojcowie, ktorzy sami przyznaja, ze w porownywalnych
            sytuacjach (tzn. mieszkania z dziecmi i bycia w zwiazku z ich matka)
            byli roznymi ojcami - to wynika m.in. z dojrzalosci do rodzicielstwa
            i dojrzalosci w ogole. Kwestia wiec bardziej zlozona.
          • nenia1 Re: refleksyjnie, mało na temat-:) 23.11.07, 14:01
            Chalsia, tu już się bardziej zgodzę.

            Przynajmniej tak jest w przypadku pana,
            wspomnianiego przez mnie we wcześniejszym poście.

            4 dzieci z trzema różnymi kobietami, z czego dwie były żonami.
            Powody rozstań - pan jest kochliwy, na brak dam nie narzeka,
            tym bardziej że jest stale przy dużej kasie.

            Dzieci znikają z jego życia, razem z ex-partnerkami.
            W każdym przypadku jest dokładnie tak samo.

            Inną sprawą jest dla mnie umiejętność życia z facetem, który
            olewa własne dziecko.
            Sądze, że niektóre paniom jest to z pewnych względów na rękę
            i z pewnością jakoś to sobie tłumaczą, dorabiając wygodna ideologię.
            Jednak dla mnie to oznaka braku elementarnych wartości u faceta.
            To jak zakładanie wspólnej firmy z osobą, która cieszy się, że udało się jej oszukać kasjerkę w sklepie.

            • e_r_i_n Re: refleksyjnie, mało na temat-:) 23.11.07, 14:10
              nenia1 napisała:

              > Inną sprawą jest dla mnie umiejętność życia z facetem, który
              > olewa własne dziecko.

              Przy okazji ktorejs z takich dyskusji zadalam pytanie, ktore zadam i
              Tobie (wtedy nie dostalam odpowiedzi): co jesli pod KAZDYM innym
              wzgledem facet jest ok, do tego jest wspolne dziecko?
              • nenia1 Re: refleksyjnie, mało na temat-:) 23.11.07, 14:35
                No ja zakładam, ze przed zrobieniem wspólnego dziecka,
                coś nieco wiem o facecie, z którym planuję wspólne potomstwo.

                Wszystkiego oczywiście poznać się od razu nie da, tym bardziej
                że zazwyczaj w "okresie godowym" większość osób przedstawia się od
                tej najlepszej, bywa że nieco ubarwionej strony, ale tak elementarne sprawy jak chociażby ta, o której piszę jest mi przynajmniej znana, przed a nie po.

                Zakładając jednak, że nie wiedziałam i jest tak jak piszesz, ja (zastrzegam, że piszę wyłącznie za siebie) starałabym się wpłynąć
                na zmianę jego decyzji. Gryzłoby mnie za bardzo że jestem z kimś, kto tak się zachowuje, podobnie gdyby nie odwiedział np. własnej matki.
                Pomijam ekstremalne sytuacje - typu matka która malterowała fizycznie dziecko itp.

                Wiesz, takie nierozwiązane sytuacje nikomu szczęścia nie dają, kiedyś własne dziecko zapyta, nawet jeśli nie wprost, to w głowie
                takie pytania się zrodzą, dlaczego mój tata olewał moją siostrę lub brata, jakim jest człowiekiem, jakie wartości reprezentuje, co gdybym to ja był na miejscu tego drugiego dziecko, czy byłoby tak samo.

                A i w tym facecie, który olewa własne dziecko, sądzę że też gdzieś
                w środku to siedzi, chociaż na codzień o tym nie mówi, chociaż stara się nie myśleć, choc będzie za to obarczał swoją eks, to nie jest tak do końca obojętna sprawa. Z czasem jest coraz trudniej to rozplątać i sądze, że kładzie się taka sytuacja cieniem na wszystkich zainteresowanych.
                • e_r_i_n Re: refleksyjnie, mało na temat-:) 23.11.07, 14:55
                  Czasami jest tak, ze kontakty sa, a potem przestaja byc - skutek
                  tego, czego niektorzy nie dopuszczaja do siebie, czyli wplywu na
                  kontakty z dzieckiem czynnikow innych, poza miloscia do tegoz.
                  Generalnie zgadzam sie z Twoim postem, tyle tylko, ze jestem zdania,
                  ze sprawy takie, jak kontakty z dzieckiem powinny wynikac w 100% z
                  ojca. Kobieta z nim zwiazana moze zapewniac o swojej dla nich
                  przychylnosci, moze powiedziec, ze nie podoba jej sie sytuacja braku
                  kontaktow, ale na tym jej rola sie konczy. I fakt bycia z takim
                  facetem nie jest rownoznaczny z akceptacja jego braku kontaktow z
                  dzieckiem (chociaz egoistycznie powinna sie cieszyc, ze ma wiecej
                  faceta dla siebie i swojej rodziny).
                  Jak juz napisalam Chalsi - czesto te sprawy sa bardziej zlozone, niz
                  sie osobom patrzacym z zewnatrz wydaje. Czesto tez ocenianine sa
                  plasko - nie widuje sie z dzieckiem, wiec palant z deficytem.
                  • pelagaa Re: refleksyjnie, mało na temat-:) 23.11.07, 19:31
                    > Czasami jest tak, ze kontakty sa, a potem przestaja byc - skutek
                    > tego, czego niektorzy nie dopuszczaja do siebie, czyli wplywu na
                    > kontakty z dzieckiem czynnikow innych

                    A ja sadze, ze zaczac trzeba od zaprzestanie tlumaczenia faceta.
                    Facet to osobny czlowiek i macocha nie odpowiada za czyny swojego
                    faceta. To on odpowiada za swoj stosunek do SWOICH dzieci. Koniec
                    kropka.

                    > I fakt bycia z takim
                    > facetem nie jest rownoznaczny z akceptacja jego braku kontaktow z
                    > dzieckiem (chociaz egoistycznie powinna sie cieszyc, ze ma wiecej
                    > faceta dla siebie i swojej rodziny).

                    A dla mnie TERAZ prawdziwsze sa postawy cieszenia sie wink Bo dla
                    mnie prawda jest, ze to ma swoje plusy na "ten moment i te chwile"wink
                    Facet jest dla swojej obecnej rodziny i tyle. Jesli pod kazdym
                    wzgledem dla nowej rodziny jest OK, to dla macochy jest OK,
                    przynajmniej do momentu rozstania wink A kazdy ludzi sie, ze
                    rozstania przeciez nie bedzie wink
                    • e_r_i_n Re: refleksyjnie, mało na temat-:) 23.11.07, 22:47
                      pelagaa napisała:

                      > A ja sadze, ze zaczac trzeba od zaprzestanie tlumaczenia faceta.
                      > Facet to osobny czlowiek i macocha nie odpowiada za czyny swojego
                      > faceta. To on odpowiada za swoj stosunek do SWOICH dzieci. Koniec
                      > kropka.

                      Dyskusja toczy sie wokol tego, JAK mozna byc z facetem nie
                      kontaktujacym sie ze swoim dzieckiem. Odpowiedzialam wiec, z czego
                      to moze wynikac. Nie jest tlumaczenie faceta, tylko ocenianie
                      sytuacji troche szerzej niz 'kontaktuje sie - dobry, nie kontaktuje
                      sie - zły'.

                      > A dla mnie TERAZ prawdziwsze sa postawy cieszenia sie wink Bo dla
                      > mnie prawda jest, ze to ma swoje plusy na "ten moment i te
                      > chwile"wink

                      Ile ludzi, tyle zachowan i postaw. Poza tym 'zyczliwa obojetnosc'
                      objawia sie m.in. mysleniem o dzieciach meza czasami, nie non stop,
                      w zwiazku z czym nie wplywa to na codzienne zycie i jego jakosc.

                      > Facet jest dla swojej obecnej rodziny i tyle. Jesli pod kazdym
                      > wzgledem dla nowej rodziny jest OK, to dla macochy jest OK,
                      > przynajmniej do momentu rozstania wink A kazdy ludzi sie, ze
                      > rozstania przeciez nie bedzie wink

                      Jesli wiazac sie z kims zakladaloby sie rozstanie, to zwiazek nie
                      mialby sensu, moim zdaniem. Branie pod uwage mozliwosci rozstania,
                      ale zycie tak, jakby go mialo nie byc, nie jest ludzeniem sie, ze go
                      nie bedzie.
                      • pelagaa Re: refleksyjnie, mało na temat-:) 24.11.07, 13:01
                        > Dyskusja toczy sie wokol tego, JAK mozna byc z facetem nie
                        > kontaktujacym sie ze swoim dzieckiem. Odpowiedzialam wiec, z czego
                        > to moze wynikac. Nie jest tlumaczenie faceta, tylko ocenianie
                        > sytuacji troche szerzej niz 'kontaktuje sie - dobry, nie
                        > kontaktuje sie - zły'.

                        Dla mnie to jest wlasnie tlmaczenie. Nie widuje sie, ale nie jest
                        zly. No coz... Moje zdanie na temat tego niewidywania sie znasz. Ale
                        nie o tym jest ta dyskusja.
                        Chodzi o to, ze mozna byc z takim facetem. I to wcale nie tylko
                        wtedy, kiedy sie go wytlumaczy, ze to nie jego wina, ze sie nie
                        widuje. Mozna byc, bo np. nie ma sie ochoty na kontakty z
                        pasierbami, mozna byc, bo nie bierze sie odpowiedzialnosci za czyny
                        meza, mozna byc, bo sie go kocha z jego zaletami i WADAMI, mozna
                        byc, bo dla wspolnego dziecka jest dobrym ojcem, mozna byc i tyle i
                        nie trzeba sie z tego nikomu tlumaczyc.
                        Kazdy jest dorosly, kazdy ponosi odpowiedzialnosc za SWOJE czyny.
                        • pelagaa Dodam jeszcze 24.11.07, 13:08
                          Moim zdaniem wiele kobiet ma takie wewnetrzne przekonanie wlasnie,
                          ze nie powinno sie byc z facetem, ktory nie widuje sie z wlasnym
                          dzieckiem. Ja pamietam jeszcze Twoja walke o te kontakty.Pamietam
                          swoje niedawne przekonania. Tyle, ze jak facet nie chce, to nikt i
                          nic go nie zmusi. A jak chce, to NIC go nie zniecheci i bedzie o
                          kontakty walczyl i zabiegal. Wiem to w koncu z doswiadczenia.
                          Stad tez ma macochach czesto czytamy te wszystkie teksty o
                          ograniczaniu kontaktow i wrewdnych exiarach, bo moim zdaniem wiele
                          kobiet POTRZEBUJE wytlumaczyc partnerow, ze nie sa zli, mimo, ze nie
                          widuja dzieci. A to wszystko moim zdaniem wiaze sie z przerostem
                          gruczolu odpowiedzialnosci u kobiet. Trzeba dac facetowi saemu
                          odpowiadac za swoje czyny, a instynkty macierzynskie realizowac w
                          stosunku do dzieci.
                        • e_r_i_n Re: refleksyjnie, mało na temat-:) 24.11.07, 14:52
                          pelagaa napisała:

                          > Chodzi o to, ze mozna byc z takim facetem. I to wcale nie tylko
                          > wtedy, kiedy sie go wytlumaczy, ze to nie jego wina, ze sie nie
                          > widuje.

                          Zeby bylo jasne - ze sie nie widuje, to jego wina, bez watpienia.
                          Tyle tylko, ze jak juz napisalam Chalsi - niewiele rzeczy mamy
                          zapisanych w genach. Pewne zachowania sa skutkiem innych. Pisze to
                          nie po to, zeby kogokolwiek tlumaczyc (ja sobie nie wyobrazam
                          sytuacji, w ktorej zrezygnowalabym z CODZIENNYCH kontaktow ze swoim
                          dzieckiem), tylko zebys chociaz Ty przestala myslec schematycznie -
                          jednego dziecka nie widuje, NA PEWNO w razie rozstania nie bedzie
                          widywal drugiego. Byc moze nie bedzie, ja mam jednak dziwne
                          przekonanie, ze (odpukac) w razie czego kontakty by byly. Chociaz
                          oczywiscie palca nawet sobie za to uciac nie dam, bo sama swoich
                          zachowan w roznych sytuacjach, w ktorych nie bylam, pewna nie jestem.
              • pelagaa A ja odpowiem ;-) Hehe ;-) 23.11.07, 19:13
                > > Inną sprawą jest dla mnie umiejętność życia z facetem, który
                > > olewa własne dziecko.
                >
                > Przy okazji ktorejs z takich dyskusji zadalam pytanie, ktore zadam
                > i Tobie (wtedy nie dostalam odpowiedzi): co jesli pod KAZDYM innym
                > wzgledem facet jest ok, do tego jest wspolne dziecko?

                NIC. Zyc trzeba dalej. Dbac trzeba o WLASNE dzieci. Macocha nie jest
                od tego, aby dbac o kontakty wlasnego faceta z jego dzieci. Nikt z
                nas nie jest altruista myslacym WYLACZNIE o innych.
                Trzeba miec SWIADOMOSC tego, o czym napisala Chalsia, ze w razie
                rozstania, nasze wspolne dziecko nie bedzie mialo kontaktu z ojcem.
                I tyle.
                Da sie z tym zyc. I to calkiem niezle i zdrowiej, niz macochujac.
                • megaa Re: A ja odpowiem ;-) Hehe ;-) 23.11.07, 21:50
                  a dla mnie facet ktory swiadomie nie utrzymuje kontakto z lasnym
                  dzieckiem jest zyczajnym dupkiem i nie wiem co znacza ze pod kazdym
                  innym wzgledem jest ok. Napewno mocno bym sie zastanowila czy ziazac
                  sie z takim facetem i to cale nie z altruizmu i zamartwiania sie
                  calym swiatem ale z wlasnego egoizmu bo pewnie po rozstaniu i
                  zakonczeniu kolejnego zwiazku z naszym wspolnym dzieckiem postapilby
                  podobnie. Jasne ze nie mialabym 100% pewnosci ale istnieja duze
                  sznase na tak. Co zreszta swietnie widac po wspomnianym panu z 4
                  dzieci, z ktorymi kontaktu nie utrzymuje oprocz ostatniego, bedacego
                  ukochanym wypieszczonym bo pewnie jest z jego mamusia. Kazda z
                  poprzedniczek pewnie myslala ze ona bedzie ta ostatnia i pewnie w
                  jakis tam sposob tlumaczyla faceta, byc moze roniez sadzila ze jest
                  ok pod innymi wzgledami. Ja nie chcialabym faceta, ktory odwraca
                  sie plecami do wlasnego dziecka, wlasnej matki bo to by znaczylo ze
                  cos z nim jest nie tak, co wyjdzie na ja wczesniej czy pozniej
                  ps. mowiac o ojcach ktorzy unikaja kontaktow z wlasnym dzieckiem nie
                  mam na mysli tych ktorym eksia dziecko wywiozla gdzies daleko,
                  skutecznie uniemozliwia kontakty zarowno z ojcem jak i jego rodzina
                • e_r_i_n Re: A ja odpowiem ;-) Hehe ;-) 23.11.07, 22:49
                  pelagaa napisała:

                  > NIC. Zyc trzeba dalej. Dbac trzeba o WLASNE dzieci. Macocha nie
                  > jest od tego, aby dbac o kontakty wlasnego faceta z jego dzieci.

                  Dlatego wlasnie zadałam to pytanie. Az dziw, ze w tym tonie akurat
                  Ty mi odpowiedzialas smile.

                  > Trzeba miec SWIADOMOSC tego, o czym napisala Chalsia, ze w razie
                  > rozstania, nasze wspolne dziecko nie bedzie mialo kontaktu z ojcem.
                  > I tyle.

                  Mhm, to taki sam pewnik, jak to, ze jak sie ktos raz rozwiodl, to
                  sie drugi raz rozwiedzie. Pewnych spraw nie ma sie w genach, sa
                  skutkami roznych sytuacji.
                  • chalsia Re: A ja odpowiem ;-) Hehe ;-) 23.11.07, 23:46
                    > Mhm, to taki sam pewnik, jak to, ze jak sie ktos raz rozwiodl, to
                    > sie drugi raz rozwiedzie. Pewnych spraw nie ma sie w genach, sa
                    > skutkami roznych sytuacji.
                    >

                    no nie bardzo - bo dzieci są właśnie "z genów" a nie z sytuacji.
                    Rozwód jest z obcą osobą, którą się świadomie wybrało i
                    potem "przestało być po drodze" - podobnie jak ze znajomymi - ma się
                    ich w życiu wielu - i są wsród nich tacy co znikają.
                    Dzieci to zupełnie inna sprawa.

                    Ja jesem w stanie usprawiedliwić tylko jedną sytuację braku kontaktu
                    z dzieckiem - facet oswiadczył kalrownie, że nie chce miec dzieci,
                    kobitka "zapomniała" pigułek i zaszła w ciąże, on ją wobec tego
                    zostawił we wczesnej ciąży i znikł (to czy płaci ali czy nie to nie
                    ważne w tym momencie).
                    • e_r_i_n Re: A ja odpowiem ;-) Hehe ;-) 24.11.07, 09:31
                      chalsia napisała:

                      > no nie bardzo - bo dzieci są właśnie "z genów" a nie z sytuacji.

                      Dzieci są z genów, zachowanie wobec dzieci nie.
                      • pelagaa Re: A ja odpowiem ;-) Hehe ;-) 03.12.08, 13:45
                        > Dzieci są z genów, zachowanie wobec dzieci nie.

                        Zachowanie wobec dzieci tez z genow, przekonan, uczuc i
                        przywoitosci, tylko zachowujacego sie, w tym przypadku ojca, ktory
                        podobno ma taki poglad, ze obecnosc ojca w zyciu dziecka jest rownie
                        wazna, co matki.
                        O czym mozemy przeczytaj np. tutaj:
                        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=575&w=87843716&a=87904122
                        • e_r_i_n Re: A ja odpowiem ;-) Hehe ;-) 04.12.08, 09:30
                          <ziew> nudne i żałosne
                          • pelagaa Re: A ja odpowiem ;-) Hehe ;-) 04.12.08, 10:20
                            Jak widac z reakcji na wychowaniu wink
                    • elakuz Re: A ja odpowiem ;-) Hehe ;-) 06.12.08, 08:48
                      piszesz o przypadku mojego meza. Tak wlasnie mial "zapomniala sie
                      zabezpieczyc" mimo, ze twierdzila ze jest zabezpieczona. Mimo to
                      staral sie stworzyc zwiazek a jak sie nie udalo nawet na chwile nie
                      zapomnial, ze ma dziecko. Ostatnia "walka" kosztowala go prawie 2
                      lata nerwow ( o kasie nie wspomne), ale udalo sie. Reasumujac jak
                      ojciec chce to zrobi wszystko a jak nie chce to kazde wytlumaczenie
                      bedzie dobre. Neks nie ma to nic do rzeczy, bo jak jest normalna
                      kobieta to dogadaja sie w tych sprawach a jak jej przeszkadza
                      dziecko z zyciu faceta to musi zwiazac sie z takim bez dzieci. Pisze
                      to z pozycji tej neks do tego bezdzietnej i tez majacej
                      swoje "ale" wink)
              • kasia_kasia13 tez odpowiem 24.11.07, 12:22
                e_r_i_n napisała:

                > nenia1 napisała:
                >
                > > Inną sprawą jest dla mnie umiejętność życia z facetem, który
                > > olewa własne dziecko.
                >
                > Przy okazji ktorejs z takich dyskusji zadalam pytanie, ktore zadam i
                > Tobie (wtedy nie dostalam odpowiedzi): co jesli pod KAZDYM innym
                > wzgledem facet jest ok, do tego jest wspolne dziecko?
                >

                Dla mnie bylaby to dyskwalifikacja faceta i bym sie z nim rozstala. Tak samo jak
                nie potrafilabym zyc ze zlodziejem czy oszustem, mimo iz pod KAZDYM innym
                wzgledem bylby ok, dbal o mnie czy i wspolne dziecko (a kradl i oszukiwal u
                obcych). Nie wyobrazam sobie bycia z takim facetem.
                • pelagaa Re: tez odpowiem 24.11.07, 12:54
                  > Dla mnie bylaby to dyskwalifikacja faceta i bym sie z nim rozstala.

                  Bezpieczniej jest pisac WYDAJE MI SIE, ze...
                  Bo tak naprawde nie wiesz, jak byc postapila.
                  Mnie tez sie kiedys wydawalo, ze cos takiego pownno dyskwalifikowac
                  faceta-kandydata na mojego faceta, ze tylko dobrzy ojcowie wchodza w
                  gre itd.
                  Teraz ojca pieprzacego na okroglo o swoim ojcostwie, zlej exiarze,
                  badz dziaciach omijam szerokim lukiem. Po prostu.
                  Rzeczywistosc czesto rozmiaja sie z wyobrazeniem.
                  Przyjme ze zrozumieniem taka motywacje i stwierdzenia od macochy,
                  ktora czynnie uczestniczy w zyciu pasierbow, bo wtedy WIEM, ze to,
                  aby jej maz byl dobrym ojcem dla WSZYSTKICH swoich dzieci, jest dla
                  niej wazne, nie przyjmuje od ludzi, ktorzy nie mieli pasierbow. Bo
                  to dla nich wyobrazenia. A milo wyobrazac sobie siebie jako dobrego,
                  szlachetnego czlowieka wink
        • kasia_kasia13 Re: refleksyjnie, mało na temat-:) 24.11.07, 12:17
          e_r_i_n napisała:

          > braktalentu napisała:
          >
          > > Jak ktoś jest gównianym ojcem, to jest taki dla WSZYSTKICH swoich
          > > dzieci.
          >
          > Nieprawda.
          >

          Piszesz z doswiadczenia? Tzn. ze znasz przypadek ojca, ktory jest gownianym
          ojcem dla dziecka z pierwszego malzenstwa natomiast super ojcem dla dziecka z
          drugiego?
          • pelagaa Re: refleksyjnie, mało na temat-:) 24.11.07, 12:56
            Ja znam.
            Moj ex jest dobrym ojcem dla swojej corki z drugiego malzenstwa. Z
            relacji wspolnych znajomych. Dla ojego dziecka nigdy nie bylo dobrym
            ojcem. Przy drugiem dziecku nawet podobno nie rzygal przy zmianie
            pieluszki wink
          • e_r_i_n Re: refleksyjnie, mało na temat-:) 24.11.07, 14:54
            Tak, oczywiscie. I przestan udawac, ze nie wiesz, co mialam na mysli.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka