madohora Re: Humoreski:) 12.01.25, 15:21 Droga Teściowo, Przyjmij życzenia, Ze swego zięcia - zadowolenia. Odpowiedz Link
madohora Re: Humoreski:) 11.01.14, 20:03 Szewc, który był i w piekle i w niebie Było to jeszcze za polskich czasów, pewnie za królów Sasów, gdy w jakiejś małej mieścinie, czy to w Kocku czy Mosinie, mieszkał sobie szewc szewczyna, a już taki pijaczyna, że na całą okolicę słynął. Czy to w mieście, czy to w domu, czy w karczmie, czy pokryjomu, zawsze zapijał gorzałę i zalewał sobie pałę. Ale zresztą to szewczysko, było dobre człowieczysko i znało swą robotę. Szkoda tylko była wielka, że tylko raz w roku był trzeźwym, a to kiedy szedł do wielkanocnej spowiedzi. Wtedy szlochał, wtedy płakał i na wszystko się zarzekał, że wódki pić nie będzie, lecz nazajutrz rychło rano, już szewczynę wraz widziano, jak z karzemki niósł buteleczkę. A do tego był pobożny. Bo w Różańcu był śpiewakiem, czasem stawał się i żakiem, kiedy trzeba było w kościele usłużyć. Na Msze dawał, kazań słuchał, płakał rzewnie, wzdychał, dmuchał, grzechów swych się odrzekiwał i poprawę obiecywał. Lecz poprawa ta w niedzielę trwała, póki był w kościele, ale w domu pokryj mu cap! za flaszkę i gul, gul, gul. Jego żona tern dręczona, często łzy wylewała i prosiła swą szewczynę, by już kiedy gorzałczynę rzucił w kąt. Ale to na próżno. Raz wracając z miasta dobrze podchmielony, śpieszył się, by co prędzej przyjść do żony, bo niósł dla niej dwie wstążeczki i chusteczki, koroneczki, to ją ucieszy. Ale chociaż biegnie, śpieszy, jakoś z miejsca się nie ruszy. Czyli droga dzisiaj dłuższa, czy się ziemia pod nim rusza? Co da naprzód jeden skok, to uskoczy w tył lub w bok. Nawet drzewa zawadzają i na drogę wyrastają. Tu łbem huknie o pień drzewa, tam go muska gałąź krzewa, tu go ziemia na dół ciągnie. Co to znaczy? Słońce świeci, jemu ciemno - słońce grzeje, jemu zimno, a choć silnie się opiera, sen mu powieki zawiera. Wtem czy ziemia się zatrzęsła, czyli; droga tuż zaklęsła, on jak długi, rym! bęc! leży w pośród drogi na poprzek. Dźwiga głowę, lecz za ciężka, dźwiga nogi, lecz te sztywne, wnet o świecie zapomina, noga z nogą się zacina i powieki zawierają, a usta się otwierają. I Antoni chrapie, dmucha, piszczy, sapie, chucha, aż daleko słychać naokoło. Aż tu jedzie powóz sześciokonny. Był to sam pan wojewoda, czy ze Żmudzi, czy z Rajgroda, dość, że to był wojewoda. A Antoni gdyby kłoda leży przed końmi. - Cóż za człowiek? - pan zapyta. - To Antoni, pijaczyna, zresztą dobry to człeczyna - rzekł woźnica, biczem kropi, lecz szewc jak chrapał tak chrapi. Wtedy pan każe go zwlec z drogi i położyć, gdzie pod brogi, albo obudzić. Woźnica go szasta, kropi, lecz szewc jak chrapał tak chrapi. Wtedy pan na wóz go kłaść każe, i hajdy! w świat z nim pojechał - a szewc jak chrapał tak chrapi. Późno w nocy szewc się budzi, słucha, czy gdzie niema ludzi, bo ćma taka by oko wykol. Woła głośno, maca wkoło, i poznał, choć nie wesoło, że leży na gołej ziemi. Wreszcie sobie przypomina, jak mu smakowała gorzałczyna, jak się ziemia pod nim trzęsła, i jak wkońcu się zaklęsła, i jak rymnął na ziemię. Powstał więc jak potłuczony i skierował się w te strony, gdzie sądził, że prowadzi droga. Lecz la-boga! rym czołem o coś. Maca tedy coby było, i wnet mu się wyjawiło, że to mur. - Co u dyaska? - myśli sobie - czylim ja to w jakim grobie, czy w piwnicy, czy w kostnicy? - Słyszy blizko jakieś szmery, jakieś kichy, jakieś chichy, aż nareszcie kozły beczą, woły ryczą, żaby skrzeczą, sowy huczą, wilki wyją, aż na szewcu cierpnie skóra. Wtedy Wtem nagle niby błyskawica, cała zajaśniała piwnica. I o zgrozo! co szewc widzi!. .. Na środku kocieł wielki, a w nim - Duch wszelki niech Boga chwali! . .. czarci łopatami mieszają w ogniu. Szewczyku - krzyczą czarci, łopatami wywijają by śmigami - wczoraj kiedyś szedł z Mosiny, padłeś pijany u osiny i tam umarłeś. Teraz w piekle za twe życie, będziesz spijał należycie. ot w tern kotle jest gorzała, ta twoja pociecha cała. l czart na łopatę bierze palącą się smołę i chce ją wlać w gardło szewcowi. - Panie dyable! - szewc zakrzyknie - moje gardło już nie łyknie ni gorzałki, ni opary, choćbym cierpieć miał bez miary. - Ha! po śmierci próżne tale - krzyczą czarci srogo wcale - gdy się kto w nasze pazury dostanie, zmartwychpowstanie. Więc na niego już wpadają, i bodą rogami, kopają kopytami, aż szewc płakał jak małe dziecko. Już się dyabli też zmęczyli, na ławeczki posiadali, co stały pod ścianą. Lecz krótko odpoczywają, na szewczynę znów padają, bodą, kłują, szczypią, biją, aż strach. Wtedy starszy dyabeł rzecze: - Posłuchaj no mój ty człecze. Za twoje pijaństwa, za twe grubiaństwa, za twe sprosne całe życie będzie ci zapła- ta obficie. Będziesz pijał wódkę, smołę, będziesz kąpan w twym żywiole, a gotowan będziesz w smole. Dziś na pierwsze przywitanie, takie jest poczęstowanie: najprzód napijesz się smoły, a potem w kotle będziemy cię gotowali. l zaraz go porywają, garnek smoły w gardło wlewają, a potem mimo krzyku, mimo pisku, mimo ry]w, niosą do kotła, aby go weń wrzucić. W tem szewczyna przypomina sobie Boga. - Jezus, Marya! - krzyczy - ratuj! Wtedy czarci go rzucili, kocieł z ogniem przewrócili, aż palący się spirytus rozlał się na podłodze. Czarci skoczy li spirytus rozlał się na podłodze. Czarci skoczy li na ławy i gdzieś się podziali, a szewc się schował w jakieś wyżłobienie. Długo leżał cicho, aż coraz większa ciemność nastąpiła. Więc umarłem, myśli sobie, me ciało spoczywa w grobie, a tu moja dusza! O Antoni, o Antoni, do jakiej popadłeś toni! Czyli to potrzeba było, że w życiu się wódkę piło, a teraz na wieki cierpieć męki w piekle? O gdybym mógł jeszcze ożyć, wszystkich sił chciałbym przyłożyć, aby nikt wódki nie pił. Lecz, o biedny ty Antoni, już nie wyrwie cię z tej toni... chyba Bóg! Jeszcze myślał, szlochał, płakał, na swój los długo narzekał, potem ukląkł, potem szczerze odmówił wszystkie pacierze, jakie umiał, lub jakie kiedyś słyszał. Wreszcie w głowie mu ciężyło, coś na wewnątrz mitrężyło, aż chcąc nie chcąc, był i zachrapał. Kiedy Antoni w tej toni się budzi, nie śmie oczu otwierać, aby nie spozierać na szatanów swych tyranów. Ale cisza, cisza wielka, jakby wymarła dusza wszelka, ani stanie, ani piśnie, ani puknie, ani ciśnie. Jakaś miła woń powiewa, gdzieś w oddali ktoś przygrywa, czyli śpiewa, jakieś tony go dochodzą. Wreszcie otwiera oczy nieśmiało i zdumiony patrzy wokoło! Co to jest, co to znaczy? Któż mu ach tak pięknych Aniołów, tak jaśnistych, promienistych, w szatach lśniących i złocistych, a ze skrzy- dłami u ramion, że Antoni okiem goni owe postacie. Lecz nieboże, blasku wytrzymać nie może i oczy zaciera. Anieli przystąpili do łoża. - Wstawaj, duszo! - nań wołają - jesteś w niebie, powiadają. Twoja skrucha, przyrzekanie, znalazły też wysłuchanie. Wstawaj i pójdź do nieba. Wtedy go z łoża zsadzają i pod ramiony prowadzą. On z płaczem patrzy na siebie, ach oto: już jestem w niebie! szata na nim jak śnieg biała, postać jego pachnie cała. . . ach, jaki szczęśliwy. Anieli wprowadzili go do wielkiego pokoju. Tam wszystko jeszcze piękniejsze, a na stole pieczenie to cielęce, to wole, ciasta, pączki i pierniki, kuropatwy i indyki, i kurczęta i ptaszęta, a wszystko pachnie i do jedzenia zaprasza. Anieli w milczeniu szewca zasadzają, co najlepszego z jadła wybierają i wszystko grzecznie mu podają. Antoni się wzdryga i jeść się boi, gdy tak skrzydlaty Anioł przed nim stoi, prosi się także, aby z nim jedli. Lecz oni milczą, ręce składają i na przyboczną komnatę wzglądają. Och! tam z pewnością sam Pan z całą jasnością się znajduje. Więc szewc ręce składa, na kolana pada i całe "Ojcze nasz" odmawia, a potem wstaje, do stołu siada, i jak mu każą, smacznie zajada i jakieś napoje pije. Gdy się uraczył, więc znów ręce składa, wzrok ku drzwiom zwraca, na kolana pada, zaczyna śpiewać litanie święte, a wreszcie Różaniec z pamięci odmawia. Wtem straszliwie zagrzmiało, zabłysło, a głos potężny dał się słyszeć: - Antoni! widziałeś piekło za twoje pijaństwo, a widziałeś niebo za twoje nabożeństwo l Wybieraj, co wolisz, czy piekła katusze, czyli cnotą zbawić swoją duszę. Odpowiedz Link
madohora Re: Humoreski:) 11.01.14, 20:11 -2- Wracam ci źycie, lecz ku poprawie. Dotrzymaj ściśle tego na jawie, coś przyrzekł. Wódki nie pijaj, karczmy omijaj, a gdy się poprawisz, duszę swoją zbawisz. Na zakład twej poprawy, bierz zloty puhar i złoty talerz z zastawy. l znowu zabłysło, zagrzmiało, gdzieś zahuczało i piorun trzasł z hukiem. Antoni padł z stukiem na oblicze, nie śmiejąc spojrzeć. W oczach mu się zaćmiło, w głowie zawróciło i stracił zmysły. Wreszcie się obudził... przetarł oczy... pa- trzy zadziwiony, aż on leży na drodze, tuż blizko osiny, całkiem zwalany, zbłocony. Słońce miało się ku zachodowi, więc zamyślony dąży ku domowi. Wszedł do domu: "niechaj będzie..." rzekł, aż żona cała we łzach, zasmucona, krzyczy: Gdzieś ty bywal? ty Antoni! skądże wracasz, ty zgubiony? Szukaliśmy cilj aż trzy dni. - Ha! - zakrzyknął szewc zdumiony - więc jam jednak był zgubiony! . .. Słuchaj żono, jam był w piekle, jam był w niebie... nie zgubiony.. . - Ha, mój Antek jest szalony l - krzyknie żo'na, ręce łamie. Lecz szewc na swym stołku siada, co się stało, opowiada, ale żona wierzyć nie chce. Wtem szewc sięga do kieszeni. - Panie święty - krzyknie mocno - więc to nie sen, mara nocna, patrz żono: a owóż kielich złoty i talerz złoty, co mi go Pan obiecal! I wydobywa z kieszeni naczynia, z których jadl w niebie. . \Vtedy ręce składa, na kolana upada, wszelkie modlitwy odmawia i przyrzeczenia odnawia. Nazajutrz rychło rano, już Antoniego widziano, lak biegł szybko do kościoła, tam się wyspowiadał, ksiądz mu pokutę zadał, a odtąd Antoni, pomny piekielnej toni, nigdy wódki nie pijał, i tak minął piekielne katusze, a trzeźwością zbawił swą duszę. Do samej śmierci twierdził, że był w piekle, w niebie, chociaż go tylko... miał wojewoda u siebie. Odpowiedz Link
madohora Re: Humoreski:) 23.02.14, 17:20 Pewien młynarz pędził wraz z kilkimastoletnim synem osła na targ. - Jakże głupi jest ten chłop! - rzekł jakiś przechodzień. - Sam idzie pieszo, każe iść swojemu chłopakowi, a osioł biegnie sobie swobodnie. Młynarz usłyszał to i uznał, że przechodzień ma rację. W sadził przeto syna na osła i szedł pogwizdując obok niego. - Jakżeto, chłopcze? - zawołał spotkany za chwilę człowiek. - Ty jedziesz, a twój stary ojciec idzie piechotą Inni ludzie gorliwie temu przyświadczyli. Młynarz zesadził syna z osła i sam go dosiadł. Ujechał ze sto kroków, a tu ktoś woła: - Popatrzcie tylko ludzie! Ten stary, leniwy błazen jedzie sobie na bydlęciu jakgdyby nigdy nic, a jego mały chłopczyna już okulał od chodzenia Młynarz zmieszał się, podniósł syna z ziemi i posadził go za sobą. - Powiedzcieno, szanowny przyjacielu, - zawołał ktoś z tej samej gromady, - czy ten osioł należy do was? - Tak, - odparł młynarz, przystając. - Niktby tego nie pomyślał, - odrzekł tamten - widząc, jak tego nieszczęsnego osła objuczasz. Serca nie masz, człowiecze! - No właśnie! - wrzasnęła jakaś babina. - Prędzej wy moglibyście nieść tego osła, niż on was. - Widzę, że się wam nic nie podoba! - odpowiedział młynarz, nie wiedząc już, co się z nim dzieje. Zesadził syna, zsiadł, związał osłu nogi postronkiem i ponieśli go na drągu. Było to już pod miastem i ludzie pędzili gromadami, by się uciesznemu widokowi przypatrzyć. Słysząc ryki śmiechu i przerażony zbiegowiskiem osioł zaczął się rzucać i wierzgać, w końcu rozerwał postronki, zsunął się z drąga i wyrwał w pole. J tyle go widzieli. Biedny młynarz, czerwony ze wstydu, czemprędzej zawrócił ku domowi, mrucząc: - Starałem się przypodobać każdemu i robiłem co chcieli, a nie dogodziłem nikomu i straciłem osła na dodatek. Odpowiedz Link
madohora Jak powstaje moda? 04.03.14, 21:58 Często słyszy się 'Pytanie: "Czem to wytłumaczyć, że niektóre nowe mody zdobywają uznanie wszystkich kobiet i stają się na ja,kiś czas nieodzownym szczegółem ich stroju W" Sprawa jest o wi€le prostsza, niżby się komuś mogło wydawać! Oto kilka przykładów: M o d n e od kilku lat m a ł e k a p e l u s i k i d a m s k i e, noszone na boku głowy, składające się z niewielkiego kawałka filcu, aksamitu lub plecionej słomy, zawdzięczają swe powstanie małemu synkowi paryskiej modystki nazwiskiem Agnes. Pani Agnes spostrzegła pewnego dnia, że jej synek, bawiąc się z pokojowym ,pieskiem, przywiązał mu nad uchem małą torebkę papierową, Psu było z tem tak "do twarzy", że pani Agnes postanowiła spróbować, czy nie dałoiby się wprowadzić mody małych kapelusików damskich, które nosiłoby się na jednym boku głowy. Pomysł był dobry, gdyż wkrótce potem śmieszne, małe kapelusiki nosił dosłownie "cały świat" 'kobiecy. Niemniej dziwaczny początek miała m oda wiązania kolorowych chustek Da, p r z e g u h i erę.k i. Oto pewien aktor, człowiek młody i pełen temperamentu, odgrywając na scenie kłótnię małżeńską, tak silnie pochwycił swoją partnerkę z.a przegub ręki, że bransoleta, którą aktorka miała na ręce, głęboko ją zraniła. Ze zranionej skóry trysnęła krew, ale aktorka nie straciła przytomności umysłu: szybko wyjęła z torebki chusteczkę, tego samego koloru co suknia, i przewiązała nią sobie zraniony przegub ręki. Panie na widowni wzięły to za dobrą. monetę, a mianowicie sądziły, że jest to taki sobie kokieteryjny pomysł artystki. W kil- kanaście dni później moda zdobienia sukni wieczorowej małą chusteczką, związaną na przegubie ręki, obowiązywała wszystkie eleganckie panie, jak świat długi i szeroki. Odpowiedz Link
madohora Re: Jak powstaje moda? 04.03.14, 22:01 Przypadkowi zawdzięcza rówmez swoje powstanie m o d a p i ż a m (piżama = strój z lekkiego materjału, składający się 'z długich spodni i bluzy, używany jako strój domowy i kąpielowy) bez pleców. Oto pewna młoda, piękna dama, przebywająca na wywczasach letniach w słynnej amerykańskiej miejscowości kąpielowej Palmbeach (w Kalifornji), wYBzedłszy pewnego dnia po porannej kąpieli z fal morskich, spostrzegła, że ktoś za'brał jej bluzę od piżamy, którą pozostawiła na brzegu, "Wstrętny głupiec I" - zawołała młoda dama, myśląc o dowcipnisiu, który sobie pozwolił na ten niemądry żart, i zaczęła się zastanawiać, co począć. Nagle zawitała jej w głowie wspaniała mysl: "A Dd czego chustka na głowie Szybko ubrała spodnie piżamy, potem zdjęła z głowy chustkę, która chroniła włosy od zmoczenia i przywiązała jeden jej róg sprzodu do paska spodni, drugi do naszyjnika, a dwa boczne rogi przesunęła pod pachami i związała je na plecach. Gdy tak "ubrana" weszła do nadbrzeżnej restauracji, przestały dźwięczeć łyżki, noże i wid.elce, szczęki zgłodniałych ludzi przestały się poruszać, a zaczęły pracować oczy. Zdania panów były podzielone: jedni uważali pomysł młodej damy za zachwycający, drudzy za bezwstydny, natomiast opinje pań były zgodne: "Cudowny pomysł! Trzeba sobie będzie zaraz kazać uszyć coś takiego I" Na drugi dzień wszystkie panie, mające piękne plecy, ukazały się w piżamach bez pleców, :zupełnie podobnych do tej, którą poprzedniego dnia, zmuszona koniecznością, sporzą-dziła sobie owa młoda dama. Oburze- nie przyzwoitych ludzi nie miało granic, nie przeszkodziło jednak temu, że moda piżam bez pleców ogarnęła cały świat. Widzieliśmy ją i widzimy - bo się potrafiła utrzymać mimo gromów potępienia - i u nas, nietylko na plażach morskich, ale i po miastach i letniskach. Odpowiedz Link
madohora Re: Humoreski:) 06.03.14, 23:37 Pewien gospodarz posłał dwóch parobków do sąsiada, z prośbą o pożyczenie brony. Gdy ich zaprowadzono do szopy, parobek, który miał więcej oleju w głowic niż jego towarzysz a do niesicnia ciężkiego sprzętu nie miał wiele ochoty, rzekł: - Cóż to sobie nasz gospodarz myśli ? Trzech chłopów tej brony z miejsca nie ruszy. - J ak to nie? - odezwał się drugi, zadowolony, że się możc znowu popisać swoją siłą, z której wielce był dumny - co ci się też uwidziało? Trzech chłopcow! Jeden potrafi ją unieść. Pomóż mi tylko, żebym ją sobie mógł zadać na plecy, a zobaczysz, że ją uniosę. Tamten zgodził się na to z największą chę- cią, a gdy głupi siłacz szparko ruszył z ciężarem, pobiegł za nim, wołając: - To mi siła. Nigdybym nie uwierzył, gdyby to kto opowiadał. W całym kraju niema równego tobie osiłka. Któżby się z tobą zmierzyć ośmielił. O nieba! Cóżto za siłacz! Dość już. Daj spokój. Gotóweś się oberwać. Rzućżc już tę bronę i odetchnij, a potem weźmiemy ją we dwójkę i jakoś zaniesiemy do chałupy. - Nie potrzeba - odpowiedział drugi, pęczniejąc z radości - sam ją zaniosę. Dałbym jej sam rady, choćby dwa razy dalej było. I zaniósł. Odpowiedz Link
madohora Re: Humoreski:) 07.03.14, 23:01 Znany był zwyczaj, zwany wołoczebne lub wykupne. Poddani chodząc po wołoczebnym zbierają zwykle w Wielkim Tygodniu po kilka jajek z chat i przynoszą je w koszałce do dworu z powinszowaniem świąt wielkanocnych dziedzicowi. Owóż gospodarze w pewnej wsi idąc z koszałką pełną jaj obrali sobie oratora, który nauczył ich, że gdy on będzie panu winszował, to oni niech jednogłośnie dodają do powinszowania jego: "I jejmości waszecinej i dziatkom waszecinym". Orator tedy, przyszedłszy do dworu i stanąwszy z koszałką jaj na czele gromady, zaczyna do pana mówić: Orator: My Boskie i waszecine sługi, przyszliśmy świąt wielkanocnych waszeci powinszowac... Gromada: I jejmości waszecinej i dziatkom waszecinym. Orator: Życzymy waszeci zdrowia i najdłuższych lat życia... Gromada: I jejmości waszecinej i dziatwaszecinym. Orator: Niech Bóg błogosławi waszeci w polu i w gumnach, w oborze i w komorze... Gromada: I jejmości waszecinej i dziatkom waszecinym. Tu orator posunął się ku panu, chcąc mu wręczyć koszałkę z jajkami, a gromada ruszyła za nim, nie widząc, że odwiązała się u jego nogi tak zwana obora, czyli długi rzemyk, którym nad łapciem goleń się okręca. Gdy ktoś z gromady nastąpił mu na ten rzemień orator jak długi padł na ziemię z koszałką, wysypując i tłukąc wszystkie jajka. Więc zaklnie podnosząc się z podłogi: - A bodajże cię wszyscy diabli wzięli! A gromada posłuszna jego nauce dodała chórem: I jejmość waszeciną i dziatki waszecine! Odpowiedz Link
madohora Re: Humoreski:) 08.03.14, 18:22 Pewien kmieć, prawując się z sąsiadem, oddał papiery swoje jakiemuś pokątnemu doradcy z prośbą, aby mu do sądu napisał podanie, tylko aby długie. Pisarz spełnił żądanie chłopa, ale za swoją pracę kazał sobie dużo zapłacić. - Ej, proszę jegomości - rzecze kmieć, przeglądając uważnie papiery - toć to co prawda długo ale strasznie rozwlekło pisane; nie mogłoby to być odrobinę ściślej? - Nie rozumiecie się na tym, mój bracie - odparł pisarz z powagą - tak pisane, jak potrza, bo takie jest właśnie urzędowe pisanie. Jeżeli nie macie pieniędzy, to możecie mi za nie zaorać parę morgów. Poskrobał się kmiotek w głowę i wreszcie rzekł z westchnieniem: - Ha, cóż robić? Kiedy trzeba, to trzeba. Nazajutrz wyruszył z końmi w pole i zaczął orać grunt pisarza, ale skiba od skiby na dwa łokcie. Około południa nadszedł i pan pisarz, a zobaczywszy taką rzadką orkę, skoczył jak oparzony. - I cóżeście też zrobili! - zawołał. - Na cóż zdała się taka robota? - Pan się na tym nie rozumie - odpowiedział kmieć spokojnie. - Zrobiłem jak potrzeba, to jest właśnie orka urzędowa. Odpowiedz Link
madohora Re: Humoreski:) 08.03.14, 19:14 Jadąc niedawno temu koleją ku Poznaniowi, spotkałem się w wagonie restauracyjnym z dawnym mym znajomym, panem Piotrem, inżynierem z zawodu, człowiekiem mimo swej wielkiej wiedzy bardzo roztargnionym. - Kopę lat! - zawołał radośnie, ujrzawszy mnie wchodzącego do wagonu. - Góra z górą - odrzekłem, siadając przy jego stoliku, a ponieważ mało kto był w pobliżu, więc przy czarnej kawie rozmawiało się swobodnie o tym i owym. Zauważyłem po pewnym czasie, że pan Piotr swą ślubną obrączkę nosi w portmonetce, niezawodnie więc został prawdziwym. albo też tylko słomianym wdowcem. W chwilę później spostrzegłem, że ma drugą na palcu, zmieniłem przeto wnet swe zapatrywania. Przypuszczałem teraz, że pierwszą nosi po zmarłej pierwszej żonie, czyli że się ożenił po raz drugi. Gdy się zastanawiałem, jakby go o to delikatnie zapytać, pan Piotr, jak gdyby wiedział o czym myślę, odezwał się niepytany: - Zapewne pan w tej chwili myśli o tym, dlaczego jedną obrączkę ślubną noszę w portmonetce, a drugą na palcu. Otóż muszę panu pokazać jeszcze trzecią, także moją. To mówiąc wyciągnął z kieszeni trzecią obrączkę. Więc pan się trzy razy żenił? - U chowaj Boże - wzdrygnął Się pan Piotr. - Tylko raz. Weź pan tę obrączkę i przyjrzyj się jej dobrze. - "Dwunastego marca 1937. Szczęść Boże" - przeczytałem głośno napis. Przypatrz się pan teraz tej, którą mam na palcu - rzekł, wręczając mi drugą. - "Czternastego marca 1937. Szczęść Boże" - odrzekłem, zaglądając wewnątrz. - A teraz masz pan trzecią - rzekł pan Piotr, podając tę z portmonetki. - "Trzynastego marca 1937. Część Boże" - zawołałem zdziwiony. - A to po jakiemu? - To po żydowsku - odrzekł. - Ma być: "Szczęść". - Nic teraz nie rozumiem. Wynikało by więc z tego, że pan w trzech następujących po sobie dniach w miesiącu marcu roku 1937 trzy razy się ożenił i to raz z żydówką? - Nie, ożeniłem się tylko raz i po chrześcijańsku - odrzekł. - Jeżeli pan zechce po- słuchać, opowiem panu historię tych obrączek. - Posłucham z całą przyjemnością. - Przed miesiącem, w sierpniu, zajęty byłem wraz ze swym asystentem robotami w polu koło Sokala, a ponieważ upał był wielki, więc z utęsknieniem czekaliśmy na koniec pracy, aby się następnie udać do kąpieli w pobliskim Bugu. Nadeszła wreszcie upragniona chwila, od- daliśmy więc instrumenty pomocnikowi i ruszyliśmy w drogę. Wkrótce przyłączył się do nas trzeci towarzysz: jakiś skromnie ubrany młody człowiek, który zagadnął nas słowami: - Panowie zapewne do kąpieli, ja też, jeśli panowie pozwolą, pójdziemy razem. - I owszem - odrzekłem - my tu obcy, wskaże nam pan miejsce najodpowiedniejsze do kąpieli. Dobrze, ale czy to panów nie "skompromituje?" - Co takiego? - spytałem zdziwiony. - Bo ja jestem lokajem od hrabiego D. z sąsiedztwa. - Cóż to szkodzi? - rzekłem. - My jesteśmy inżynierami, a inżynierowie i doktorzy nie kompromitują się byle czym... zresztą przekonasz się pan wkrótce, że wszyscy jesteśmy ludźmi do siebie podobnymi. - To dobrze! Zaraz będzie most. Czy panowie życzą sobie kąpać się po tej stronie, gdzie woda jest spokojniejsza, lub po tamtej stronie mostu, gdzie jest wir- My też pływamy ewentualnie... - odrzekł asystent. Przyszliśmy nareszcie nad brzeg rzeki. Lokaj pierwszy był w wodzie, mój asystent wskoczył drugi, wreszcie zanurzyłem, lecz zaraz wyszedłem brzeg, bo przypomniałem sobie o mej obrączce ślubnej, która by mogła zsunąć się z palca i przepaść w nurtach Bugu. Zdjąwszy ją, schowałem do kieszeni spodni i skoczyłem powtórnie do wody. Po kwadransie wyszedłem pierwszy na brzeg, za mną mój asystent, a wreszcie lokaj, parskając jak koń. Ubrałem się szybko i nie czekając na towarzyszów ruszyłem powolutku do mostu. Nagle przypomniałem sobie o obrączce. Szukam pilnie - wszystko bezskuteczne. Moi obaj towarzysze pomagają mi w szukaniu. W końcu lokaj zmieszany odzywa się - Może panowie posądzają mnie "w tym względzie?" Ja się stąd nie oddalę aż się nie znajdzie. - Ależ co znowu - odrzekłem. - Skąd takie przypuszczenie "ewentualnie"? W istocie jednak posądzałem go trochę, tym bardziej, że spostrzegłem na jego palcu obrączkę lecz z drugiej strony pomyślałem, że przecież mógł być sam żonaty, a przywłaszczywszy sobie moją, ukryłby ją chyba lepiej. - Może pan spokojnie odejść do dworu, tam czekają na pana, a my sami ją znajdziemy - dodałem. - Która godzina? Czy siódma dochodzi? - zapytał. - Dochodzi - odrzekłem spojrzawszy na zegarek, choć jeszcze daleko do niej było. - To muszę iść - odrzekł. I ukłoniwszy się odszedł w stronę dworu. Postępowanie jego wzbudziło we mnie pewne podejrzenie, lecz, że zguba mogła być tylko albo w jego kieszeni, albo gdzieś na ziemi, wziąłem się z asystentem do radykalnych poszukiwań: najpierw po kieszeniach własnych a następnie na ziemi, w czym nas wspomagało kilku chłopaków wiejskich, którym obiecałem sutą nagrodę. Obrączka bowiem ślubna to przecież wcale; nie drobnostka. zwłaszcza w oczach żony, która niezawodnie jej zgubie przypisywałaby wszelkie niepowodzenia późniejsze, które i tak w życiu są nieuniknione. Byłem właśnie "słomianym" wdowcem, a więc tym gorzej dla mnie; mogło by dojść do niewłaściwych posądzeń, że przez ten czas nosiłem obrączkę w kamizelce... Kąpiel zaś to niezręczna na pozór wymówka. Wzięliśmy się więc do starannych poszukiwań. Zguba nie mogła być w innym miejscu, jak tylko w pasie szerokości kilku metrów, a długości kilkudziesieciu od brzegu aż do krzaka. Ponieważ tak mały przedmiot leżący w trawie trudniej dojrzeć z wysoka, zarządziłem po- szukiwania w następujący sposób: Wszyscy, a było nas teraz sześć osób, stanęliśmy rzędem w oddaleniu metra Jeden obok drugiego przy samym brzegu, a następnie na czworakach zaczęliśmy się zwolna posuwać ku krzakowi, przeszukując każdą trawkę i grudkę ziemi. Po pół godziny, dotarłszy do krzaka zawróciliśmy i zaczęliśmy w ten sam sposób zdążać ku brzegowi. Musiał to być widok dość zajmujący dla niewtajemniczonych, zauważyłem bowiem licznych przechodniów, przyglądających się nam ciekawie z mostu. Gdyśmy na czworakach zbliżyli się do samego brzegu, zainteresowanie ogólne wzrosło niezmiernie. Wszyscy bowiem sądzili zapewne, że mamy zamiar w ten sposób rzucić się głową w nurty rzeki. Dotarłszy do brzegu bez rezultatu, kazałem wszystkim powstać, a objaśniwszy o zgubie otaczającą nas gromadka wieśniaków.. Obiecałem za znalezienie obrączki w nagrodę Jej podwojoną wartość, tj. siedemdziesiąt złotych. Wszyscy zaraz zabrali się do szukania, a jakiś żyd zbliżywszy się do mnie, zaczął szczegółowo wypytywać jak obrączka wyglądała. i zapewnił mnie, że się znajdzie i że ją sam do mnie przywiezie. - Dobrze - rzekłem. Jak się pan nazywa? - Goldring - odrzekł. No! - zawołałem - teraz jestem zupełnie spokojny. - Nu, a miała jaki znak ten obrączki? - Miała datę ślubu 13 czy 14 marca 1937 roku i słowa "Szczęść Boże" wewnątrz wyryte. - Nu, nie pamięta pan dokładnie daty? - Zapomniałem... ale prawie pewny jestem, że 13 marca. - Nu, dobrze, niech pan wraca spokojnie do domu, ona się z pewnością znajdzie. Słońce zachodziło, a pociąg odchodził, ruszyłem więc melancholijnie ku stacji i wkrótce pociąg unosił nas ku domowi. W drodze uradziliśmy z asystentem, aby natychmiast zamó- wić podobną obrączkę u jubilera za nim moja żona wróci z Krynicy, co miało nastąpić za trzy dni. Kłopot miałem tylko co do dnia mego ślubu. Zaczęło mi się zdawać, że to było dwu- nastego marca... Tak, teraz prawie pewny byłem tego. Na drugi dzień miałem już nową obrączkę na palcu i oczekiwałem spokojnie powrotu żony. Odpowiedz Link
madohora Re: Humoreski:) 08.03.14, 19:58 - To... także moja... Święty Janie! ratuj sługę twego - westchnąłem, spojrzawszy na obraz mego świętego patrona. - A ta trzecia - mówi żona z nadzwyczajnym spokojem, wyciągając z kieszeni obrączkę z datą właściwą czternastego marca. - Święty Janie!... - wołam już głośno. - Nic nie wiem! Ratuj... - Ty nie wiesz... dobrze. Otóż tę trzecią z prawdziwą datą czternastego, bo tego dnia odbył się nasz ślub, - pamiętaj o tym dobrze, a nie trzynastego, bo trzynastego nikt się nie żeni! - znalazła służąca w tylnej kieszeni twoich spodni. Więc tyś się trzy razy żenił? - Uchowaj Boże, tylko raz, a dobrze - zawołałem. - Tyle, że obrączkę zgubiłem! - Nosiłeś ją w kieszeni podczas mej nieobecności! - Tylko podczas kąpieli w Bugu. Posłuchaj mnie spokojnie, wszystko zaraz wyjaśnię. Opowiedziałem zatem wszystko najdokładniej, jak wyszedłszy z wody zdjąłem obrączkę i włożyłem ją przez nieuwagę do tylnej kieszeni, do której prócz portfelu nigdy nic nie wkładam, a więc i niczego w niej nigdy nie szukam. Żona zanosiła się od śmiechu. Mnie spadł kamień z piersi, a żyd spadł ze swoim "Część' Boże" ze schodów. Ale szelma czekał na mnie na ulicy i dotąd biegł za mną i prosił, aż kupiłem obrączkę jego fabrykacji za połowę ceny. - Mam teraz trzy - kończył opowiadanie pan Piotr - dwie do zbycia. Gdyby który z pańskich znajomych chciał się żenić w marcu, który jest miesiącem najodpowiedniejszym do tego, mógłby.m odsprzedać tanio; datę ewentualnie można by zmienić, gdyby się nie chciał do niej zastosować. Odpowiedz Link
madohora Re: Humoreski:) 08.03.14, 20:01 Pewien król zachorował śmiertelnie. Daremne były zabiegi lekarzy, aby go uratować. Na koniec przyszedł jakiś mędrzec i powiedział że król wtedy ozdrowieje, jeśli wdzieje na siebie koszulę człowieka szczęśliwego i dwadzieścia cztery godziny mieć ją będzie na sobie. - Myśli sobie król: toć nic łatwiejszego, jak znaleźć człowieka szczęśliwego. Woła tedy ministrów i pyta ich, czy są szczęśliwi? Gdzie tam! Ten ma za wiele pracy, ten niezdrów i tak jeden za drugim - każdemu czegoś trzeba. Wysłał tedy król posłów, aby po całym kraju szukali szczęśliwego człowieka. Poszli naprzód szukać tego szczęśliwca w pałacach, ale znaleźli tam tyle nieszczęść, chorób, nudów, narzekań na świat, przekleństw na złe dzieci, że czym prędzej opuszczali pałace. Nie lepiej im się darzyło u mieszczan i rolników. I tam miał każdy swego robaka, i tam, choć przy pracy większa część nieszczęść znika, nikt nie czuł się szczęśliwym. Już posłowie wracali, gdy wtem, idąc przez las, usłyszeli gwizdanie i śpiew wesoły. Skierowali kroki w stronę, skąd głos dochodził, i oto widzą węglarza, który w pocie czoła pracuje przy węglach, a choć w dymie. w kurzawie, śpiewa wesoło, aż miło. Mówią do siebie posłowie: - Miałżeby ten człowiek być szczęśliwym? Ależ to nie podobna! Pytają jednak, czy jest szczęśliwy? - A jakże - odpowiada węglarz - Jestem zdrów, wesół, a choć jem tylko czarny chleb i popijam wodę, to nie pragnę nic więcej. Dziękuję Bogu za to, co mi daje, i za nic w świecie nie mieniałbym mego ubóstwa i wesołości za największe bogactwa. Tak, tak, moi panowie! I zaśpiewał wesołą piosneczkę, aż się posłom żal zrobiło, że sami nie są tacy szczęśliwi. - O szczęśliwy człowieku - rzekną do niego po chwili. - Nie uczyniłbyś nam wielkiej przysługi i to dla samego króla? Oto jest bardzo chory nasz pan miłościwy i dopiero wtedy ozdrowieje, gdy dwadzieścia cztery godziny będzie miał na sobie koszulę kogoś szczęśliwego. Pożycz nam więc dla króla swej koszuli! - Chętnie bym to uczynił - odrzecze węglarz - ale cóż, kiedy 'tylko to mam, co na mnie widzicie, to jest te spodnie. Plecy gołe, bo koszuli nie mam! Zasmuceni, a więcej jeszcze zdziwieni posłowie odeszli, a węglarz śpiewał znowu, aż się po lesie rozlegało. Odpowiedz Link
madohora Re: Humoreski:) 08.03.14, 20:07 Razu pewnego sułtan, polując w wielkiej puszczy, oddalił się od dworzan. Wtem z gęstwiny wybiegł olbrzymi dzik i byłby rozdarł go kłem w mgnieniu oka, gdyby nie jakiś nieznany człowiek, który rzucił się na zwierzę i trupem je położył. Gdy ochłonęli obaj, sułtan rzekł do swego zbawcy: - Ocaliłeś mi życie i pragnąłbym ci się odwdzięczyć. Kto jesteś? - Nazywam się Ali - odpowiedział nieznajomy. - Niegdyś byłem rolnikiem i miałem własną ziemię, ale straciłem wszystko i służę za pisarza, ponieważ umiem pisać. Sułtan przez chwilę patrzył na niego uważnie, wreszcie rzekł: - Bądź zdrów. Usłyszysz o mnie niezadługo, pragnę ci się odwdzięczyć. Wrócił Ali do domu i opowiedział żonie, co się stało; oboje byli pewni sowitej nagrody i czekali wiadomości od sułtana. Rzeczywiście, nazajutrz dworzanin bogato ubrany zjawił się na pysznym koniu, podał Alemu małe pudełeczko i zwój papieru, po czym bez słowa odjechał. Żona Alego patrzyła ciekawie, gdy mąż otwierał paczkę, przekonana, że ujrzy jakiś drogi kamień, bardzo kosztowny i piękny. Ale w pudełku na jedwabnej wacie leżało tylko piękne ziarnko zboża. Ali rozwinął papier, ażeby przeczytać, co to znaczy, i przekonał się, że był to rozkaz sułtana do zarządców kraju. ażeby Alemu pozwalano wszędzie siać i zbierać zboże na gruntach sułtana, ale tylko to zboże, które sam wyhoduje, nie kupne. Żona Alego zaczęła rozpaczać, lecz mąż w milczeniu schował papier, a ziarnko zboźa zasadził w doniczce, którą starannie napełnił najlepszą ziemią z ogródka. Ali pielęgnował zasiane ziarnko troskliwie, polewał i wystawiał je na słońce; gdy roślinka wyrosła, a kłos dojrzał, wykruszył go w ręku i otrzymał pięćdziesiąt ziarnek. Te zasiał już w ogródku na starannie skopanej grządce, a w następnym półroczu miał już woreczek zboża. Wtedy z papierem sułtana udał się do rządcy najbliższej prowincji i otrzymał potrzebny kawał ziemi. W następnym roku, mając już duży worek zboża, zażądał większego pola, część zbioru sprzedał, a resztę zasiał znowu na otrzymanym gruncie. Wtedy porzucił zajęcie pisarza i stał się znów rolnikiem, - jego żona już nie narzekała. Obsiewał sułtańskie pola nie tylko w okolicy, ale w wielu innych prowincjach, obsiewał coraz większe przestrzenie, stawał się coraz bogatszym człowiekiem. Miał już teraz własny dom z pięknym ogrodem, dzieci posyłał do szkoły, hojnie pomagał biedniejszym. Razu jednego wziął papier sułtana, poszedł do jego pałacu i prosił o posłuchanie. Sułtan go nie poznał, ale kiedy przeczytał papier, roześmiał się i powiedział: - Skarżą się na ciebie, że wkrótce obsiejesz wszystkie moje grunta. Lecz ja cieszę się z tego. Widzę, żeś pracowity i wytrwały. Chciałbym, ażeby cały mój naród był taki. Ale czego dziś żądasz? - Odnoszę ci ten papier - odpowiedział Ali - bo dłużej nie potrzebuję już z niego korzystać. Mam dzisiaj własną ziemię i pragnę podziękować ci, panie, że mnie zrobiłeś szczęśliwym człowiekiem. - Tak? - rzekł zdziwiony sułtan. - Więc nie jesteś chciwy, masz rozum i szlachetne serce.-A ponieważ takich ludzi potrzebuję, będziesz odtąd doradcą moim i przyjacielem. Papier mój ci niepotrzebny, własną pracą doszedłeś do majątku, ale przyjaźń wzajemna zawsze potrzebna każdemu, zarówno sułtanowi, jak bogaczom i biednym. Oto masz inny znak, który o każdej porze pozwoli ci stanąć przede mną. Odpowiedz Link
madohora Re: Humoreski:) 08.03.14, 21:11 Kobiety się nie starzeją Sędzia przesłuchał najpierw kobietę zamężną i zapytał o wiek. Mimo iż miała metrykę wypisaną na twarzy, nie wahała się odpowiedzieć śmiało, że ma czterdzieści lat. Skoro ją przesłuchał, zwrócił się do panny: - A panienka - rzekł - ile sobie liczy? Przejdźmy do dalszych kwestyj, panie sędzio, nie powinno się pytać o takie rzeczy. - Ani mowy - odparł. - Czy pani nie wiadomo, że prawo... - Nie ma na to żadnego prawa - odparła z miejsca panna. - Co może prawo obchodzić, ile ja mam lat; to nie jego rzecz. ego rzecz. - Ale - rzekł sędzia - ja nie mogę przyjąć zeznania, o ile wiek nie będzie ustalony. Jest to okoliczność wymagana bezwarunkowo. - Jeżeli to jest tak konieczne - odparła - niech mi się pan przyjrzy i wpisze mój wiek wedle swego sumienia. Sędzia przyjrzał się jej i był na tyle uprzejmy, że wpisał tylko dwadzieścia osiem lat. Zapytał następnie, kiedy poznała wdowę. - Zanim była jeszcze-zamężną - odparła. - Źle zatem oszacowałem wiek pani - rzekł - ponieważ dałem pani tylko dwadzieścia osiem lat, wdowa zaś jest zamężna od dwudziestu dziewięciu. - Więc dobrze! - wykrzyknęła panna. - Wpisz pan zatem, że mam trzydzieści. Mogłam znać wdowę mając rok. - To by nie było prawdopodobne - dodajmyż z jaki tuzin. - Nie panie sędzio, bezwarunkowo nie. Wszystko co mogę uczynić to dodać z jakiś rok. Skoro obie świadczące damy wyszły od sędziego, zamężna rzekła do panny: - Paradny jest w istocie ten sędzia! Myśli, że jesteśmy na tyle głupie, aby podać prawdziwy wiek. Dosyć już w istocie, że zapisany jest w rejestrach parafii, jeszcze on chce go wciągnąć w swoje papiery, iżby wiadomy był całemu światu. Bardzo byłoby miłe dla nas, usłyszeć jak czytają na pełnej rozprawie: P a n i R i c h a r d, l a t sześćdziesiąt i tyle, oraz panna Perinelle, lat czterdzieści osiem, zeznaj ą to a to. Ujęłam sobie ze dwadzieścia dobrych lat; pani też doskonale uczyniłaś, żeś zrobiła to samo. - Co pani nazywa tak samo? - odparła panna oschle. - Uniżona sługa pani. Mam co najwyżej trzydzieści pięć lat. - Ej, moja mała - rzekła tamta uszczypliwie - komu to ty powiadasz? Patrzałam na twoje urodzenie, pamiętam dawne czasy. Przypominam sobie. że znałam twego ojca. Kiedy umarł, nie był młody, a to już jest przeszło czterdzieści lat temu. - Och, ojciec, ojciec - przerwała panna, podrażniona tą szczerością - kiedy ojciec się żenił, był już tak stary, że nie mógł wcale mieć dzieci! Odpowiedz Link
madohora Re: Humoreski:) 28.05.14, 19:44 Siedziałem w mym pokoju pogrążony w głębokiej zadumie. Opracowywałem właśnie straszną kryminalnohistoryczną tragedyą pod tytułem : Tajemnicze zamordowanie Hajdawerusa, czyli Fajtanos-truciciel !« Byłem już przy końcu przedostatniej, tj. dwunastej odsłony; jedenaście trupów walało się na scenie, czterech niewolników i jednego zdrajcę kazałem wrzucić na dno morza, a siedemnasty kandydat śmierci — wedle opowiadania zbiega — dawał właśnie gardło na szubienicy. Sądziłem, że jak na tragedyą, to już dosyć krw i się wylało. A le liczba siedemnaście niepokoiła mnie mocno, uważałem ją za feralną, bo trzeba wam, Szanowni Czytelnicy, wiedzieć, że ja sam siedem nastego kwietnia w Poznaniu na św. Marcinie światło dzienne ujrzałem, a ten fatalny wypadek w kronice dziejowej natchnął mnie nienawiścią i niedowierzaniem względem wszystkich siedemnastek. Postanowiłem zatem bądź co bądź jeszcze kogo ze scenicznej widowni uprzątnąć. O ofiarę nie było trudno, bo blisko 100 osób brało udział w tej krwawej rzezi teatralnej. Mogłem w nich przebierać jak w śmieciach. W krótce też upatrzyłem na ten cel młodą, piękną kapłankę, córkę Fajtanosa, srogiego wodza zbirów afrykańskich. Teraz rozchodziło mi się tylko o to, w jaki sposób ją na tam ten świat wytransportować ? W tych dwunastu odsłonach, jakie dotąd napisałem, wszelkie ostre instrumenta, jak np. noże, miecze, strzały, a nawet i skorupy z potłuczonej popielnicy były już w robocie. Zużyłem nadto dwa kilo trucizny (tak zwanej kwas pruski), którą kazałem mym bohaterom jeść jak kapustę. Na trzymetrowym stryczku, jaki miałem do rozporządzenia, dyndało już dwóch wisielców, i obawiałem się kapłankę do nich doczepić, aby stryczek nie pękł i niebożczyki nie ożyli. Wrzucić ją do błękitnych fal morskich, zdawało mi się zbyt ryzykownem, bo już przedtem czeluście morskie ofiarami mojemi szczelnie zapchałem i byłem w obawie, aby morze z brzegów nie wystąpiło i przed skończeniem trzynastej odsłony reszty żyjących osób nie popchnęło. Istna Scylla i Charybda! Kuli, kwasu siarczanego, ani maszyny elektrycznej Edisona zastósowywać tu nie mogłem, bo rzecz się działa na dwieście lat przed narodzeniem Chrystusa. Chińczycy podobno już w tedy proch znali, ale go tylko używali do fajerwerków . Z początku chciałem moją ofiarę razem z jakim fajerwerkiem pod niebiosa puścić, i niechby się potem roztrzaska o skałę jak przejrzała śliwka, i już nawet akcyą dramatyczną w tym sensie nakręcałem, aby z okazyi jakiej uroczystości fajerwerk wypuścić — gdy na szczęście przypomniałem sobie, że widownią mej tragedyi jest Afryka, która się podówczas z Chińczykami z braku kolei żelaznej nie komunikowała, a zatem i o prochu (choćby tylko fajerwerkowym ) nic w A fryce wiedzieć nie mogli. Zły i markotny przekreśliłem dwa arkusze tragedyi, na których już zapowiedziałem, że się festyn z balonem i z fajerwerkami odbędzie, a stara wieszczka Kalejdope w jasnowidzeniu swojem nieszczęście na tym festynie prorokowała. Zapuściłem ręce w swoje długie włosy (wszyscy autorzy dramatyczni noszą długie włosy) i siedziałem bez ruchu, pogrążając się w myślach coraz głębiej... i głębiej...W tem drgnąłem na całem ciele, gdyż zaświtała mi właśnie w głowie idea sensacyjnego, niebywałego dotąd mordu. Wstrzymałem oddech, aby tego zbawczego promienia nie stracić, gdy nagle otworzyły się drzwi do mojego pokoju wiodące i ujrzałem przed sobą chudego człowieka, w białem ubraniu i w białej kucharskiej szlafmycy na głowie. Twarz i ręce upudrowane miał mąką. - Któż to? spytałem , unosząc się w fotelu. Biały człowiek zbliżył się do mnie i ukłonił mi się nieśmiało, ale z widocznem uszanowaniem. Proszę pana,« zaczął po chwili, trąc omączone ręce, >ja jestem Józef Bułczyński, piekarz z Lipowej ulicy. Będąc już z natury grzecznym dla wszystkich ludzi, którzy niezbędny do napisania tragedyji Chleb powszedni wypiekają, poprosiłem pana Bułczyńskiego, aby usiadł i zapytałem, co go do mnie sprowadza. Bułczyński spuścił oczy ku ziemi i począł się bawić końcem swojego fartucha swojego fartucha. »Ja bym ta panu powiedział, po co ja tu przyszedł, ino się boję, aby się pan nie śmiał ze mnie. Zapewniłem mojego gościa, że autor piszący tragedyją o osiemnastu zabitych, nie licząc już rannych i połamanych, bynajmniej nie jest do śmiechu usposobionym. Ten mój argument musiał i Bulczyńskiemu trafić do przekonania, bo strzepnął fartuchem i zaczął mi opowiadać w dobrodusznym tonie : Bo to widzi pan, ja jestem sobie zwyczajny piekarz i nauki to mam tyle tylko, że się podpisać umiem i na książce do nabożeństwa jako tako czytam. Aż tu nieszczęście chciało, że mi w padła w oko jedna dziewczyna na tej samej ulicy mieszkająca, córka majstra kominiarskiego. Majster sam bardzo mnie lubi i całuje się naw et ze mną, ile razy mnie spotka w korni... to jest chciałem powiedzieć na ulicy, ale z córką to już prawdziwe skaranie boskie. Nie jest mi ona niby krzywa, ino że ciągle książki czyta, romanse, a wierszydła jakieś, i to jej całkiem w głowie przewróciło. Ojciec jej, majster, mówił mi, że z tą dziewczynę trudna rada, bo ona jest taka... taka rozmansowana... i... jak to mówią... taka cmentarna... »Rozromansowana i sentymentalna, poprawiłem Bułczyńskiego. — >A t a k ! t a k !« pochwycił żywo Bułczyński, »ale ja się na tern nie znam i poradzić sobie z nią nie umiem. Ciepłe bułki, prosto z pieca, codzień jej posyłam, na każdą niedzielę placek z powidłami, albo ze serem upiekę, bo ona to bardzo lubi, — ale na takiej miłości, jak to w książce piszą, nie znam się wcale, bom tego nie nauczony. I to jest właśnie moje nieszczęście. Majster mówił mi, że jego córka pójdzie tylko za takiego, co też jest taki jak ona, taki taki.... jak to pan przedtem powiedział Rozromansowany i sentymentalny, dopomogłem Bułczyńskiemu pójdzie, a ojciec też jej za kogo innego niewolić nie chce, bo mówi, że to kara boska za to. Chciałby on tak bardzo, abyśmy się pobrali, bo nie mówiąc już o tem, że on mnie bardzo lubi, to i interes tak jakoś by przytem był, bo jabym mu bułki za darmo posyłał, a on by mi za to w kominie wymiatał. Bardzo trafna kompozycya, odezwałem się z namaszczeniem, dziś li tylko łącznością i wzajemnem opieraniem się jednych na drugich można drobny przemysł uchronić przed zgubną walką z kapitałem i z fabrykami. Lecz idźmy dalej : czy udało się panu mimo tak poważnych przeszkód pozyskać serce i rękę tej egzaltowanej panny? Na to pytanie Bułczyński skrzywił się żałośnie. E, gdybym ją miał, tobym tu do Pana, z przeproszeniem, nie chodził, bo i po co ?« Poznałem teraz, że Bułczyński ukrywa pod mąką nie tylko samego siebie, ale i jakąś niewytłomaczoną mi jeszcze zagadkę. — >A zatem po cóż Pan do mnie przyszedł ? spytałem nieco zdziwiony. Odpowiedz Link
madohora Re: Humoreski:) 28.05.14, 20:02 -2- — »Ano po to : majster powiedział mi, że jeżeli chcę jego córkę, to muszę ją w sobie roz rozmarynować...Rozamorować, poprawiłem znowu Bułczyńskiego. A p ra w d a ! p ra w d a ! tak samo powiedział. Otóż jeżeli chcę jego córkę w sobie rozsmarować — Rozamorować. Ta daj mi Pan pokój, ja tu nie przyszedł na sztuderowanie, ino wedle mojej spraw y. Na czemże ja to stanąłem ? A h a ! otóż powiedział mi stary, że jeżeli chcę jego córkę... ten tego, to muszę do niej jakie miłosne wiersze napisać. — To napisz Pan ! podchwyciłem żywo. Bułczyński spojrzał na mnie z politowaniem. — Panie, jeżeli ja jako piekarz wierszyska zacznę kleić, to któż będzie dla Was pismaków ciasto zarabiał i chleb wypiekał ? Ta prosta a tak rozumna uwaga tego poczciwca natchnęła mnie dla niego rzetelnym szacunkiem. Panie Bułczyński, odezwałem się, wszelki szacunek! jesteś Pan człowiekiem na miejscu daj mi Pan rękę! Uścisnęliśmy się, że się aż mąka posypała z potężnej łapy piekarza. Otóż, mówił dalej Bułczyński, ja przy chlebie i przy piecu zostanę i czem innem trudnić się nie będę. Potrzeba mi nowych spodni, to idę do krawca, — potrzeba mi butów , idę do szewca, — a że mi dziś potrzeba wierszy, więc przyszedłem do Pana. Słuchałem z coraz bardziej wzrastającem zdumieniem tego wywodu, jaki mi właśnie Bułczyński w swym popularnym wykładzie rozwinął. A zatem krawiec, szewc i wierszokleta! Chyba tylko przez szacunek dla swego przyszłego teścia nie dodał jeszcze i kominiarza do naszej kompanii.— Więc Pan po wiersze do mnie przyszedłeś ? - spytałem go po chwili. — To i cóż będę obwijał w bawełnę ? przyszedłem po wiersze, ale nie chcę ich za darmo. Wiem, że Pan także musi żyć i zarabiać. Prawda i t o ! trzeba żyć i zarabiać! A le jeżeli Bułczyński na litrze mleka i funcie mąki, z której bułki, chleb, placki, rożki itd. wypieka, 30 centów zarabiał, to i ja z pewnością nie zarabiałem więcej na litrze atramentu i funcie papieru, z których wysmażyłem tragedyją, romans, elegią, dramat lub coś podobnego. Chyba mi Fajtanos truciciel więcej od funta przyniesie, nota bene, jeżeli mi się z kapłanką sprawa uda. — A zatem, zwróciłem się do mojego kundmana, mam Panu wiersze napisać ? — Ano tak, chciałbym mieć wiersze, ale... ale...— Ale co ? - Ale takie, coby mnie po nich dziewczyna kochać zaczęła. - Hm, hm. — I... i...— żeby też nie byty bardzo drogie. — »Ha, to już zależy od g a tu n k u ; czy to ma być wiersz ulotny, oda, elegia, hymn, epigram , sonet...— Na tern ja się nie znam i muszę się zdać na uczciwość Pana, że mnie Pan nie orżnie. — Bądź Pan spokojny, panie Bułczyński, nie należę bynajmniej do tych ludzi, którzy szukają nieuczciwego zysku i oszukują swoich kundmanów. To co ja piszę, jest zawsze napisane tak genialnie że że jest bardzo genialnie napisane! Jeżeli Pan chcesz, to Panu na próbę przeczytam moją najnowszą tragedyę »Fajtanos truciciel. — Chyba inną razą, może w niedzielę po południu, bo dziś mam jeszcze robotę w domu i tylko na tyle tu przyszedłem, aby dla siebie te wiersze mieć. Niech mi pan da jakie ! — Ba, gotowych nie mam, ale napiszę Panu, napiszę, dajmy na to, sonet. — Co mi Pan napisze, to dla mnie będzie, jak to mówią, tabaka, bo tego nie rozumiem, i lada żydek mógłby mnie na tern łatwo okpić. A długo to potrwa nim będzie gotowe ? —Najdalej za godzinę czuję natchnienie Bułczyński spojrzał na mnie i zaczął nozdrzami wciągać powietrze. — Ja nic nie czuję, rzekł po chwili, ale jeżeli pan naprawdę co wącha, to otwórz Pan okno, albo zażyj Pan mojej tabaki, proszę! To mówiąc nadstawił mi tabakierki. Nabrałem na palec, wciągnąłem do nosa, skrzywiłem się i kichnąłem. — Na zdrowie! zawołał uradowany Bułczyński. — »Gratias!« odpowiedziałem, wycierając chustką łzy z oczu i resztki tabaki z pod nosa. Bułczyński miał ze swojem na zdrowie zupełną słuszność. Jeżeli — wedle Bufona — poetyckie natchnienie czyli, mańja wierszowania, jest stanem chorobliwym, to tabaka i wynikające stąd kichnięcie, są znakomitem antydotum tej choroby. Uczułem sam teraz, że natchnienie ze mnie uciekło. Musiałem je wykichnąć, albo coś podobnego. Probatum est! Teraz z kolei kichnął i Bułczyński. — Prosit! zawołałem. — Bóg zapiać! odpowiedział, a oddaliwszy z brody części erupcyjne, z kichnięcia pochodzące, zapytał: — I cóż, napisze Pan ? — A jakże! — Za godzinę? — Może nawet prędzej. — To ja bym tu za godzinę przyszedł. Pójdę tylko do domu, aby upiec placek ze serem. — Placek ze serem ? czy to dziś święto ? — E, choć nie święto, ino dzień powszedni, to jednak odżałuję, bo do wierszy zawsze się lepiej placek nadaje niż kilka bułek, a chciałbym jej jedno i drugie jeszcze dziś zanieść. — Zatem przyjdź Pan za godzinę, ale pierwej daj mi Pan niektóre szczegóły potrzebne mi do napisania sonetu. Bułczyński wytrzeszczył oczy, a na jego omączonej twarzy odmalowało się coś, jakby nieufność i niedowierzanie niedowierzanie. — Ja mam Panu powiedzieć to, co Panu do zrobienia wierszy potrzebne ? A cóżbyś Pan tak powiedział na to, gdybyś Pan chciał u mnie bochenek chleba kupić, a ja Panu prawię, daj mi Pan jaj i mąki, to Panu upiekę ! To porównanie wywarło na mnie w pływ ogłupiający. Zatem atrament i natchnienie z jednej, a mąka i jaja z drugiej strony ? O sancta simplicitas! Nie mogłem jednak Bułczyńskiemu wykładać o różnicy między materyą a duchowością, aby placka ze serem nie zapóźnił. Postanowiłem jednak zebrać materiały potrzebne mi do obstalowanego sonetu. — Panie Bułczyński, jakże na imię tej pannie? — Kordula. — Doskonale! a zatem sonet ów zatytułujemy : Do Korduli! Bułczyński potrząsnął głową i zrobił zakłopotaną minę. — Kiedy się ona tylko w metryce tak nazywa, a w domu każe inaczej na siebie mówić, bo powiada, że imię Kordula jest dla niej za.... za kozaciczne. — Za prozaiczne, chciałeś Pan powiedzieć. — Ano t a k : otóż ona nie pozwala na siebie wołać Kordula, a nawet udaje, że nie słyszy, jak jej kto »Kordusia« mówi, i jakieś inne sobie wymyśliła. Odpowiedz Link
madohora Re: Humoreski:) 28.05.14, 20:43 -3- — A zatem jakie ? Bułczyński począł się drapać w głowę. — Albo ja wiem? cedząc zwolna, smarząc sobie widocznie mózgownicę. To takie cudaczne przezwisko, jakoś tak wychodzi na rodzynek...— Eufrozyna ! zawołałem, jakby w natchnieniu. — »Otóż to krzyknął uradowany Bułczyński, tak samusieńko każe się nazywać; już nawet raz na policyi strafę płaciła za to, że się w meldunku tak jak to Pan powiedział, na rodzynek podpisała. — A zatem tytuł sonetu będzie: Do Eufrozyny ! — Dobrze, bardzo dobrze tak będzie! Ale jak to Pan zgadł od razu, bodajś Pan skisł jak stara mąka To mi sprytniś Mógłbyś Pan zagadki z Gościa Niedzielnego rozwięzywać, jak Boga kocham! no, zażyj Pan ta b a k i! Nie dałem się długo prosić i zażyłem. — A... aa... apsik !... — Na zdrowie! — Mersi ! — Za mało!... ap... apsik ! — Prosit ! — Bóg zapłać ! Procedura kichania, połączona ze wzajemnemi gratulacyami, była już zatem ukończoną. — Więc za godzinę przyjdziesz Pan, Panie Bułczyński! — Przyjdę za — Przyjdę za godzinę, placek zabiorę z sobą i prosto od Pana do Korduli pójdę. — Przyjdź Pan, a ja tymczasem sonet napiszę. Do widzenia! Ale Bułczyński nie ruszał się z miejscą. — Proszę Pana, a cóż ten są... siąg... — Sonet? — Tak — cóż on będzie kosztował ? Wziąłem ołówek do ręki, szybko pomnożyłem 14 przez 12, bo wiersz po 12 centów sobie liczyłem. — Czternaście razy dwanaście, to by było reński czterdzieści, reński sześćdziesiąt osiem, no powiedzmy okrągło: reński i siedmdziesiąt centów. — >Panie, to drogo, odezwał się nieśmiało Bułczyński. — Nie mów Pan, że drogo, boś Pan jeszcze sonetu nie widział. On będzie tak napisany, że Kordula albo ta... Eufrozyna będzie waryowała za Panem. Oczy Bułczyńskiego zajaśniały jak u wilka. Ale prędko oprzytomniał i zatopił się cały w ćwiartce papieru, gdzie dwunastka pomnożona przez czternastkę cudownym sposobem liczbę 170 spłodziła. — Może by Pan za półtora guldena mógł zrobić ? Począłem znowu na papierze mnożyć i liczyć i przekonałem się, że na podanej przez Bułczyńskiego cenie tracę na każdym wierszu prawie półtora centa. — Ale to tylko dla Pana robię! odezwałem się po chwili głębokiej rezygnacyi. — Bóg ta Panu wynagrodzi k rzekł ucieszony Bułczyński, ale... ale...— A le co ? — Może się Pan zgodzi na to, że Panu bułkami zapłacę? Ta propozycya, ażeby honoraryum autorskie dać nie w brzęczącej gotówce, tylko w ordynaryi, nie bardzo mi przypadała do smaku, bo najdalej za dwie godziny miał mi szewc buty przynieść, które mu rano dałem do podzelowania i z tej przyczyny nawet cały dzień z domu nie wychodziłem, bo byłem zanadto skromny, aby na mieście rolę bosego apostoła odgrywać. — Bułkami... bułkami chciałbyś Pan wypłacić ? mruczałem z nieukontentowaniem. — Świeżutkie, tak jak pączki, zachwalał mi piekarz. — Ale sto pięćdziesiąt bułek! poschną mi, przecież naraz tyle ich nie zjem. Nawiasem mówiąc, trzydzieści do czterdziestu byłbym zjadł, bo trzeba być autorem dramatycznym , aby wiedzieć, jak taka mordobójna tragedya człowieka trawi. Bułczyński natomiast, uznając słuszność mej uwagi, sam się zakłopotał. A le nie długo wpadł na dobry pomysł. — To ja Panu codzień po dziesięć albo po piętnaście będę przysyłał; aż na sto pięćdziesiąt nie wyjdzie Nie byłem jeszcze na ten Ratengeschft całkiem zdecydowany, bo ciągle mi szewc stał przed oczyma i butami groził. Gdybym miał choć pewność, czy mi szewc tę parę zelówek skredytuje? A le on mógłby w danym razie buty nazad zabrać i nie wydać ich jak tylko za gotówkę. A gdybym i ja tak szewcowi zaproponował, że mu ordynary ją zapłacę i sążnistą odę wytnę? Pomysł wcale niezły i praktyczny. W czasach, kiedy jeszcze pieniędzy nie znano i tylko handel zamienny prowadzono, musieli poeci i tragedyopisarze robić znakomite interesa. Westchnąłem i zamyśliłem się nad onym złotym wiekiem ludzkości. Dopiero profan Bułczyński wyrwał mnie z tej rozkosznej zadumy. — I cóż? zgadza się Pan na bułki? codzień piętnaście świeżutkich, pulchniutkich jak pączki...Biłem się z myślami. Jeżeli się nie zgodzę na bułki, to Bułczyński w najgorszym razie sam sobie sonet napisze i cały k o n trak t djabli wezmą. W reszcie postanowiłem przyjąć tę propozycyą do połowy tylko. — Niech Pan guldena da gotówką, a resztę bułkami. Piekarz pokiwał głową, a potem machnął ręką. — Niech i tak będzie! zatem przyjdę za godzinę. — Przyjdź Pan, ale na pewne. A jeżelibyś Pan chciał, aby sonet był bardzo ładnie napisany, to... to...— To co? — To zostaw mi Pan zadatek na niego. Żądanie moje uznał Bułczyński za całkiem słuszne i wyliczył mi 50 centów, bądź to szóstkami, bądź też miedzią. — Jeszcze pięć szóstek i pięćdziesiąt bułek będę Panu winien, rzekł po chwili rachowania w pamięci. — Dobrze, czekam Pana za godzinę. — Padam do nóg Panu! — Sługa pański! Gdy Bułczyński wyszedł, zatarłem z ukontentowaniem ręce i zacząłem przychodzić do przekonania, że i bez obowięzującego handlu zamiennego położenie poety w dzisiejszych czasach nie jest tak smutne, jak to niektórzy pesymiści utrzymują. Dziś rano np. byłem bez grosza, po południu mam już pól guldena w kieszeni, a drugie pół guldena i 50$ bułek przyniesie mi za godzinę mój rozmarynowany mecenas. Zeby on tak na te bułki chciał dać co »rozsmarowanego.Zacząłem teraz myśleć o sonecie. Aby znowu zebrać rozkichnięte po pokoju natchnienie, postanowiłem zapalić papierosa. Wziąłem pudełko od tytoniu do ręki, ale przekonałem się (dzisiaj już poraź dziesiąty), że jest próżne. — Maciejowa! zawołałem, uchylając drzwi na ganek. Stara baba, od której pokój wynajmowałem, nadeszła wkrótce, szłapiąc pantoflami. — A cego pon znowu chce Przynieś mi Madejowa trzy papierosy, tu jest dziesięć centów. — E... e... mówił pón rano, że pon nimo piniendzy, a na papierosy, żeby w gębie kopcić, to są piniondze, co? — Są! są! bo zrobiłem interes, dostałem obstalunek, na ten obstalunek zadatek, więc są pieniądze — i są, bo są ! Idźcie teraz Maciejowa po papierosy, bo nie mam czasu czekać. Ale Maciejowa nie ruszała się z miejsca. — K iedy pon tero mo piniondze, to mi pon mieskanie zapłać, bo jo tys potsebuje. — Mieszkanie zapłacić ? a z czego ? z tych pięciu szóstek, jakie a conto dostałem? rozumie się zaraz! Zwołajże jeszcze Maciejowa praczkę, kelnerów, krawców, szewców i innych dyabłów, co wszystkich teraz zaraz zapłacę, aby było od jednego razu. A resztę to mi Maciejowa do kasy oszczędności zaniesie, bobym jeszcze wszystko naraz puścił i nic by mi się na potem nie zostało! — E, co mi ta takie gadanie! pon ino zawse popinć sóstek zarobi i nigdy nic nimo. Jo stara baba, a jak onegdaj byłam prać u adwokatowy, tom na cały dzień guldena dostała, więcy jak pon, co tyle sie nastudyrowoł po ksionzkach i po skołach różnych. — To niech teraz Maciejowa za tego guldena pakułów kupi i gębę sobie zatka, a mnie da pokój — i książkami nie przymawia. Maciejowa musiała sobie na tego guldena cały dzień łapy w mydlinach moczyć, a ja tylko pióro w atram encie raz umoczę, sonet napiszę i też dostanę guldena i jeszcze pięćdziesiąt bułek do tego. A teraz idź Maciejowa po papierosy, albo ja po nie pójdę. — A jakże pon chce iść, kiedy pon butów ni mo? — To pójdę bez butów! Dawniej ani pantofli nie znali i dobrze było, bo nie gadali tyle co Maciejowa, tylko robili to co im kazano. — Co mi ta takie rozkazywanie bez piniendzy to i jobym potrafiła. — Idzie Maciejowa po papierosy, albo nie idzie?....krzyknąłem zirytowany do najwyższego stopnia tą jej niedyskretną gadaniną. — A dy pódę juz, pódę! To mówiąc wysunęła się na ganek, ale jeszcze i ze schodów dochodziło mnie jej mruczenie. — Izby nie płaci i zakopci mi w syćkie memble, a potseba mi to takiego gawra ? Powiem mu, niech se pódzie! Odpowiedz Link
madohora Re: Humoreski:) 28.05.14, 20:56 -4- — Otóż to ! pomyślałem sobie, tak dzisiaj po stępują z poetami i z dramaturgami! Boże mój, Boże! czemuś mi nie kazał przyjść na świat szewcem albo piekarzem. Po chwili wróciła Maciej owa z papierosami. Odebrałem takowe, a z ruchów moich dałem jej do poznania, że ją uważam za kobietę pochodzącą z gminu, o którym już niegdyś poeta i poprzednik mój miał się wyrazić: misera contribuens plebs! Musiała mnie całkiem dobrze pojąć i zrozumieć, bo wyszła w milczeniu i ze spuszczoną, głową, a ja zasiadłem do pisania sonetu. Mając wielką wprawę we fabrykatach tego rodzaju, skomponowałem sonet okolicznościowy w przeciągu dziesięciu minut. Za tło i punkt wyjścia obrałem placek ze serem, który miał być do tego sonetu dodanym. Przeczytałem raz jeszcze, poprawiłem to i owo i zabrałem się do dalszego wykończenia mojej tra g e d y i: Fajtanos truciciel. Ale zaledwie wziąłem pióro do ręki, chcąc dalej pisać, gdy z przerażenia stanęły mi włosy na głowie Nie mógłem sobie przypomnieć, w jaki sposób chciałem kapłankę zgładzić z tego świata? A miałem tak pyszną ideę!... coś sensacyjnego...non plus ultra... gdy ten osioł Bułczyński musiał przyjść i swoim sonetem tak ą konfuzyą w mej głowie wywołać! Siedziałem, myślałem, medytowałem, — wszystko na d y ab ła! Pomysł tak świetny, — idea, na jaką nikt się jeszcze nie zdobył, wyślizgnęła mi się z głowy i przepadła. Rzuciłem się na łóżko (kanapy nie miałem) i pogrążyła mnie czarna melancholja. Od czasu do czasu wyrywało się z ust moich jakieś przekleństwo... Przeklinałem Bułczyńskiego!...A ten bałwan miał tu lada chwila nadejść ! Przyskoczę do niego, uchwycę za gardło i zawołam słowami Miltona: — Nędzniku! oddaj mi moję ideę ! Tyś był przyczyną jej zguby! Chociaż to i nonsens żądać idei od takiego Bułczyńskiego. Będę kontent, jak on mi pozostałe pięć szóstek zapłaci i bułek przyśle. A idea? Prepau! Idzie ktoś! Zapewne Bułczyński, albo szewc. To Bułczyński. Ubrany był świątecznie, a w ręku dźwiga! deskę p o k ry tą starem i gazetami. To pewnie placek ze serem pod tern leży. Mój Boże, szczęśliwa Kordula! — A toś się Pan uwinął, panie Bułczyński, rzekłem do wchodzącego. — Komu w drogę, temu czas. Placek upieczony, ja już ubrany, jestem u Pana, — a sonet co robi? Gotów! — Daj go Pan. — Siadaj Pan, przeczytam Panu. — Długo to potrwa? — Minutę. — No to zwijaj się Pan. Bułczyński usiadł na krześle, a ja na łóżku, bo tylko jedno krzesło było w moim pokoju. Podgarnąłem włosy i począłem czytać z patosem: D o E u f r o z y n y ! — To jest niby do Korduli? spytał Bułczyński. — Rozumie się. Słuchaj Pan dalej: pierwsza i druga strofa mają po cztery wiersze, trzecia i czwarta po trzy tylko. — To by było do kupy czternaście? Strasznie mało tego, skrzywił się Bułczyński. — Mój Panie, odezwałem się urażony, sonetów na funty ani na litry nikt nie mierzy. Jest przepis, że sonet musi mieć czternaście wierszy i b a s ta! Ale za guldena i za tyle bułek to mógł Pan dubeltowy zrobić o dwudziestu ośmiu wierszach, albo o trzydziestu. — Nie można takich robić, boby mnie do półgłówków dano. Zresztą jeżeli się Pan na tern lepiej zna, to czemuś Pan sam sobie sonetu nie napisał ? Ten argument ad oculus zdekoncertow ał nieco Bułczyńskiego. — No to czytaj Pan, rzekł po chwili. — Uważaj Pan dobrze: D o E u f r o z y n y ! — Z przeproszeniem Pana, przerwał mi Bułczyński nie można by całe nazwisko powiedzieć? Niechby dokumentnie wiedziała, że to do niej. — A jakżeż się ta familja nazywa? Ojciec nazywa się Szarog. — Niech będzie i tak, — zatem zaraz poprawimy i teraz będzie brzmiało: D o E u f r o z y n y S z a r o g ó w n e j ! Bułczyński zarumienił się jak wiśnia. — E, przekryśl Pan to lepiej, niech tak zostanie jak przedtem było. — Od Pana zależy! To mówiąc, przekreśliłem niefortunne nazwisko poetycznej Eufrozyny. — Uważaj Pan zatem: D o E u f r o z y n y ! ,Gdybyś wiedziała, o Eufrozyno, jak ja kocham Ciebie! Myśl moja wciąż goni za Tobą przy bulkach i przy chlebie. — Dodaj Pan jeszcze, że i przy plackach, przerwał mi Bułczyński. — Ba, to będzie znowu za wiele zgłosek, — ale czekaj Pan, powiemy tak: „Gdybyś wiedziała, o Eufrozyno, jak ja kocham Ciebie! Myśl moja wciąż goni za Tobą przy bułkach, plackach, chlebie... — A widzi P a n ! zawołał uradowany piekarz. Czytałem d a le j: Trawion żarem miłości spędzam godzinę za godziną, W zdycham, płaczę, jęczę za Tobą, nadobna Eufrozyno !.. Odpowiedz Link
madohora Re: Humoreski:) 28.05.14, 21:10 -5- — H u ! hu ! hu ! rozbeczał się Bułczyński, jakbyś Pan we mnie siedział, tak to jest napisane. Oj tak ! tak! płaczę, wzdycham... hu ! hu ! hu !.. Musiałem użyć mej całej wymowy i perswazyji, aby go utulić i uspokoić. Podanej szklanki wody nie przyjął, mówiąc że on tylko piwo pije. Wziąłem znowu sonet do ręki. — A zatem przychodzi druga strofa: Powiedz mi, o Eufrozyno, czy mnie kiedy kochać będziesz ? I czy przy mnie jak moja małżonka kiedyś też zasiędziesz ? Bo nie umiem Ci naw et powiedzieć, jak ja życzę sobie, A bym jako Twój małżonek mógł być z Tobą i przy Tobie. Spojrzałem na Bułczyńskiego ciekawy, jakie ten ustęp zrobił na nim wrażenie. On siedział cały w ekstazie i usta szeroko otworzył, a ustami strzygł, jakby łowiąc echo mych ostatnich słów z Tobą i przy Tobie!.. Po chwili uchwycił mnie za rękę i począł mnie konwulsyjnie ściskać. — Panie, sześćdziesiąt bulek przyślę, — jak Boga kocham! Podziękowałem mu czułem, niemem spojrzeniem i począłem recytować trzecią trzywierszową strofę: Jam poetyckie znalazł natchnienie w Twoich lic przezroczu, I gdziekolwiek Cię widzę, czy piechty, czy jadącą w koczu, To upajam się blaskiem i wonią Twych wspaniałych oczu! Spojrzałem znowu na Bułczyóskiego, lecz dostrzegłem na jego twarzy nadzwyczajnego pomięszania. — Cóż to? nie podoba się Panu ? spytałem go surowo. wonią jej oczu, bo ona ma jedno oko tylko, — drugie jej przed trzem a laty jeszcze wypłynęło. Zirytowany tym fatalnym biegiem wypadków rzuciłem sonet ze złością na stół, — A djabli mogli wiedzieć, że ona jest na pół śle p a! — Popraw to Pan, na miłość Boską, popraw Pan! zaklinał mnie błagalnym głosem Bułczyński; ona by jeszcze myślała, że sobie z niej kpinkuję i rżnie mi cały placek o głowę, jak to już raz było. — Ależ Panie, to ja bym musiał wszystko zmieniać, bo znowu rymować się nie będzie! Przecież to jest okropna praca tak ją detalicznie opisywać. Za to bzdurne honorarium ledwo jej odfotografować nie muszę! — Niech Pan popraw i, zmiłuj się P a n ! siedemdziesiąt bułek dam, obiecywał mi amant jednookiej Eufrozyny. To podwyższenie mego honorarium udobruchało mnie nieco i nadchyliwszy się nad stołem zacząłem kreślić i poprawiać owe trzy wiersze. Bułczyński z trwogą śledził każdy ruch mojego pióra. W reszcie byłem gotów. — Otóż poprawiłem , słuchaj Pan: W mojem sercu, o Eufrozyno, miłość się kryje głęboka. G dy widzę w słońcu kształt Twej kibici albo Twego koka, To upajam się blaskiem i wonią od Twojego oka. I cóż, czy tak dobrze ? zapytałem Bułczyńskiego. — Bardzo dobrze, doskonale! Teraz to i najgłupszy pozna, że tylko o jednem oku jest mowa. Mógłbyś Pan nawet dodać jeszcze, że tu o lewe oko chodzi, bo prawe było, co jej wypłynęło. Chciałem i temu żądaniu zadosyć uczynić, ale nie szło na żadne sposoby. Byłbym musiał o woni lub coś podobnego wypuścić, a żal mi było. Powiedziałem to Bułczyńskiemu. — W takim razie zostaw Pan, — przecież i tak każdy widzi, że ona na prawe oko jest ślepa. — Przychodzimy zatem do zakończenia: By pokazać, że ma miłość nie jest furdą, ani zerem, Przyniosłem ja tu coś dla Ciebie: i o to z uczuciem szczerem Składam u Twoich stóp, o Eufrozyno, placek z serem. Bułczyński chwycił się za głowę i jęknął rozpaczliwie. Panie, kiedy ja się po drodze namyślił i z powidłami go zrobił. Zerwałem się z łóżka, jak by mnie żmija ukąsiła. — Nieszczęsny! jak można było? — A czy ja wiedział, że Pan tak ładnie o tym placku napisze? lamentował piekarz. Popraw Pan, że to jest placek z powidłami. A le r y m ! rym ! znowu trzy rym y zmieniać muszę. — Osiemdziesiąt b u łe k ! jęknął piekarz, padając na krzesło. Żal mi się go zrobiło i rad nie rad zabrałem się do przemiany sera na powidła. R o b o ta szła mi bardzo opornie, ale po długiem ślęczeniu dokonałem szczęśliwie tej metamorfozy: „A by Ci pokazać, że ma miłość Ciebie nie tum ani, Przyniosłem ja też coś dla Ciebie i pod Twemi stopam i Składam z radością o Eufrozyno, placek z powidłami. Bułczyński zatarł ręce i patrzał się na mnie z uwielbieniem. — Tu jest drugie pięć szóstek, a ośmdziesiąt bułek P anu przyślę, po dziesięć, albo lepiej po dwadzieścia codziennie. To rzekłszy, schował sonet do kieszeni, wstał i począł się zabierać do wyjścia. Zwróciłem mu uwagę na to, że powinienby sonet przepisać na czysto, bo jest taki zamazany i poprzekreślany, że go odczytać trudno. Bułczyński zastanowił się na chwilę, a potem rzekł z chytrym uśmiechem: — Lepiej niech tak zostanie — niech ona też widzi, co ja się nad temi wierszami namęczyć musiał. Byłem cicho, oddając milczeniem hołd tak genialnej idei rozamorowanego piekarza. Już przy samych drzwiach zwróciłem się do niego z jeszcze je dnem zapytaniem — Panie Bułczyński, cobyś Pan zrobił, gdyby pomimo tak genialnie napisanego sonetu Kordula Pana odpaliła? Twarz Bułczyńskiego zmarszczyła się groźnie i odmalowało się na niej ponure zamyślenie. — Gdyby tak było, tobym Panu jutro bułek nie przysłał, rzekł po chwili wewnętrznej walki z samym sobą. Zwiesiłem głowę i zamyśliłem się nad niestałością losu poetów. Otóż to od kaprysu takiej Eufrozyny dwojga imion Korduli Szarogównej zależą moje bezpłatne śniadania i podwieczorki. Spojrzałem z wyrzutem na Bułczyńskiego i spytałem: — A czy te ośmdziesiąt bułek wynagrodziłyby Panu stratę kochanki? Piekarz podniósł oczy do góry, jak gdyby coś rachując. W jego oczach połyskiwał złowrogi ogień. — Jabym ta żadnej straty nie miał, odezwał się głosem, który ronię przejął do szpiku kości. Co najwyżej ona by na tern straciła, bo bym ją w takim razie na łopacie do pieca wsadził i dopiero zakalcem nazad wyjął. To rzekłszy, zacisnął pięści i opuścił moje mieszkanie. Stałem przy drzwiach nieporuszony, jak gdybym się w słup soli zamienił. Każdy nerw mojego ciała drgał jak struna dotknięta ręką lutnisty. W uszach brzmiały mi jeszcze groźne słowa Bułczyńskiego: »na łopacie do pieca bym ją wsadził i dopiero zakalcem nazad wyjął !.... Odpowiedz Link
madohora Re: Humoreski:) 28.05.14, 21:13 -6- Jakaś myśl niepojęta i nieskończona błyskawicą rozdzierała wnętrze mego ducha. — A gdybym i ja to z moją kapłanką zrobił coś takiego! — »Bułczyński!« zawołałem przejęty do głębi ducha tyś wziął, tyś mi dał id e ę ! niech się stanie według słowa twojego! Ochłonąwszy nieco z wrażenia, jakie na mnie to całe zajście wywarło, zasiadłem do mej tragedyi, i do późnej nocy żarliwie nad nią pracowałem. Dopiero gdy się kapłanka na węgiel spaliła, rzuciłem się na łóżko i głęboko zasnąłem. Śniłem o laurach i o tryumfach, jakie miał mi przynieść >Fajtanos truciciele. Była już może dziesiąta godzina rano, gdy Madejowa trzęsąc mnie za ramię, zawołała: — A wstawoj ze Pon, jedz ze P o n. Obudziłem się i powiodłem do koła rozmarzonymi oczyma. W tem wzrok mój zatrzymał się na jakimś przedmiocie stojącym tuż przy moim łóżku. Był to wielki koszyk napełniony bułkami.... Wiedeń we wrześniu 1889. Odpowiedz Link
madohora Re: Humoreski:) 30.05.14, 21:45 Podczas gdy Magda z butem sic biedzi, Coś tam majstrują przy drugim sąsiedzi Magdzie strach wszystkie członki wypręża Gdy raptem w bucie zoczyła węża. Bieży profesor: toć gratka miła Że Magda w bucie węża złowiła Nie wąż to jednak — kot z buta wyłazi, Pada profesor, chłopcy z figla radzi. Odpowiedz Link
madohora Re: Humoreski:) 30.05.14, 23:33 *** W przedziale drugiej klasy wagonu kolei żelaznej siedzi piękna, młoda panienka, a obok niej zgrabniutki Mruczek, jej piesek. Naprzeciw zajmuje miejsce elegancki, młody mężczyzna. Gdy pociąg rusza, wyjmuje tenże najspokojniej z kieszonki cudną fajeczkę z pianki morskiej, napełnia, zapala i puszcza kłęb dymu! Oburzona, zapytuje panienka ostro: „Mój panie! Sądzę, że nie poważy się pan palić w mej obecności!" Na to wyjmuje sąsiad na chwilę fajkę z ust, a, spokojnie w skazując na umieszczony w wagonie napis: „Przedział dla palących", chce włożyć znowu do ust wspaniałą swą fajkę. Ale błyskawicznym ruchem wyrywa mu w spaniałą w płonącem swem oburzeniu panienka fajkę z ręki i — pac — wyrzuciła ją przez otwarte okno wagonu. — Niemy ze zdumienia, siedzi jej sąsiad przez chwilę, w staje potem szybko z siedzenia i — pac! — wylatuje Mruczek za fajką przez to samo okno. Za chwilę gwiżdże lokomotywa i pociąg staje. Obaj podróżni wylatują jak opętani na peron ku naczelnikowi stacyi, krzycząc i wymachując rękoma. „Fajkę wyrzuciła!" ryczy on basem . „Mruczka, mego Mruczka mi zabił!" szlocha ona, zalewając się łzami. Publiczność zbiera się dokoła, rzucając już groźne spojrzenia na niego. Wtem nagle wszyscy oglądają się poza siebie, tłum mimowolnie tworzy uliczkę, a przez nią kroczy — w śród ogólnego śmiechu zebranych podróżnych i urzędników a wreszcie obu stron spornych — Mruczek, uroczyście się chwiejąc z fajeczką piankową w pysku! Z a k o ń c z e n i e : Ośm dni później opowiadał jeden z podróżnych naczelnikowi owej stacyi, że obaj tak dziwnie pogodzeni młodzi ludzie się zaręczyli a podczas uczty zaręczynowej, stanął Mruczek na łapkach z pięknym bukietem w pysku. Odpowiedz Link
madohora Re: Humoreski:) 14.07.14, 21:20 Ja na starych tutaj wiszę humoresek dzisiaj nikt już nie pisze?! Odpowiedz Link
madohora Re: Humoreski:) 24.08.14, 23:11 Dziwna przygoda pana Browna Przystojny londyńczyk Jacques Brown zakochał się jak to mówią od pierwszego wejrzenia w pięknej sprzedawaczce w jakimś z handlów tytoniowych i postanowił z miejsca ożenić się z nią! Lecz ubóstwiana jakkolwiek okazywała mu sympatię nie pozwalała za żadną cenę na odwiedziny w domu rodziców, uzasadniając zakaz konserwatyzmem rodziców. Młody Jack stosował się przez jakiś czas do próśb uwielbianej, wreszcie jednak nie wytrzymał i raz w niedzielę zadzwonił do drzwi niedostępnych dla niego tak długo. Otworzył mu jego najdroższa, lecz zamiast się ucieszyć, przeraziła się nie na żarty. - Niech pan natychmiast odchodzi zanim nadejdą moi rodzicie - krzyknęła z przestrachem Było jednak już za późno, oto nastąpiło coś dziwnego. Młody człowiek przecierał oczy po kilka razy, ale zjawa nie znikała. Do przedpokoju wszedł bowiem sobowtór jego ukochanej, który zmieszał się również. Cóż się okazało. Otóż biedny Jack padł ofiarą żartu. Jego narzeczona miała siostrę bliźniaczkę i na schadzkę z Jackiem szła raz jedna, raz druga. Odpowiedz Link
madohora Re: Humoreski:) 03.10.14, 20:17 Raz w y b ra ł się pewien książę ze sw ą uroczą żonką w podróż poślubną. P o n iew a ż nawzajem sz cz erze się kochali, "Więc św iat w y d aw a ł im się ra z jeszcze tak pięknym. Spoczęli pod d rz ewem, a żeby n apawa ć się cudnym widokiem krajobrazu i uroczą ciszą, panującą dokoła. Mąż przytula żonę ku sobie i szepce jej z miłością do ucha: — C zy jest może na świecie dwóch ludzi, k tó rzy b y się więcej miłowali od nas obojga? Nastąpiła wymiana gorących słów i stanęło na tem, że miłość to na jw y ż szy szc zyt szczęścia na świecie. To szczęście zaś dostaje się w udziale i największemu nędzarzowi, gdy umysł jego świeży, a serc e czyste. Gdy tak gawędzą w najlepsze, przechodzi drogą jakiś chłopek, pośpiewując sobie wesoło. — Najdroższy — szepce księżna małżonkowi do ucha — pozwól się zapytać owego rolnika, czy i on u żyw a w równej mierze tego szczęścia, co my ? — Dobrze, zapytajmy się go. Chłopek się zbliża. — Mnie się zdaje, ojcze — rozpoczął książę — że wy musicie się czuć prawdziwie szczęśliwym na świecie', skoro sobie tak przyśpiewujecie. Jesteście nim w istocie? — Dlaczegoby nie — odpowiada żartobliwie chłopek — mam jakie takie utrzymanie, zdrowie mam dobre, żona i dziecko także zdrowe, jedzenie i picie mi smakuje, trosk i kłopotów na głowie nie mam, cóżby mi zatem mogło dolegać? Boga mi chwalić należy i być z losu swego zadowolonym. — Tak, to prawda — odpowiada książę — poznaję z słów waszych, że się czujecie szczęśliwym. Ale każdy człowiek ma swego mola, co go gryzie i niema pewnie istoty na świecie Z pewnością i w y mieliście już kiedykolwiek coś podobnego w życiu? — Nie, rzeczywiście, nie przypominam sobie — odpowiada rolnik — jednak!... czasem, co prawda... Księżna poczęła mu się te raz uważniej przypatrywać . — Jak to, więc i ten człowiek, który czuje się tak szczęśliwym, miałby kłopoty w życiu? — A więc, wszak powiedziałem, że i w y nie możecie być wolni od kłopotów życia codziennego, opowiadajcie zatem bez ogródki, jakiego rodzaju są wasze dolegliwości. —- Czasem — odpowiada chłopek, drapiąc się za uchem — mam biedę z kobietą! W dzień powszedni co prawda nie zaglądam do oberży, bo niema na to czasu, a zresztą, po całodziennej utrudniającej pracy człowiek rad, że może spocząć w łóżku. Wypije się co najwyżej jeden lub dwa kubki i podąża do domu. Inaczej jednak w niedzielę. Pan wie z pewnością, jak to jest w niedzielę. Toć niedziela jest na to, żeby wypocząć i użyć nieco rozrywki. Siedzi człowiek w towarzystwie jakiego dobrego przyjaciela, no, wtedy zrobią się z dwóch kubków trzy; przyjdzie czasem i borowy, a to, powiadam panu, wesoły mężczyzna, człowiek rad przepędzi kilka miłych chwil w jego towarzystwie, wypije się za tem kubek czwarty i piąty, przyjdzie też i nauczyciel. Przecież nie w y p ad a usuwać się i od jego towarzystwa , tem więcej, że potrafi też coś powiedzieć, każę sobie podać kubek szósty i siódmy. W końcu przyłączy się do towarzystwa żandarm. I on ma pragnienie i on gniewałby się, g dyby mu odmówić. Wypije się więc kubek ósmy i dziewiąty, a czasem i dziesiąty i jedenasty, zdarza się także, że przyłączy się do tego i kubek dwunasty, o jeden już w tym razie nie chodzi. Stara to rzecz, że człowiek po tylu kubkach sam nie wie, dlaczego robi się weselszym, i w tym stanie przy chodzi do domu. Żona naturalnie gniewa się na to, że człowiek wesoły, a ponieważ wie dobrze, skąd się u mnie zwykle taka wesołość bierze, więc ani myśli podzielać się nią ze mną, ale sroży się w okropny sposób i wtedy najdobitniej pokazuje, co potrafi. — Co? — w trąca się na to oburzona księżniczka. — Wy chcecie oskarżać jeszcze waszą biedną żonę, że wpada w rozpacz, iż ma za męża pijaka obrzydłego ? Wy jesteście okropnym mężem. Dwanaście kubków! I to opowiadacie z takiem zadowoleniem? Czy nie przyszło wam na myśl, że z powodu waszego opilstwa niszczycie szczęście małżeńskie i jako ojciec dajecie swym dzieciom brzydki przykład ? Czy to się nie możecie zabawić w uczciwszy sposób Po tych słowach poczciwy rolnik trąca łokciem księcia i mrugając filuternie oćzami, powiada do niego: — Akurat tak a sekutnica, jak moja żona. Rzekł i opuścił oboje małżonków, spoglądając dziwnie uśmiechniętemi oczyma na oburzoną księżniczkę. Odpowiedz Link
madohora Re: Humoreski:) 23.01.23, 19:40 Mąż - Tyran. Humoreska. P an Bonifacy się obudził. Ostrożnie wysunął ^ głowę z pod kołdry i spojrzał dokoła. Bia ły czepeczek pani Balbiny zniknął za drzwia mi, prowadzącemi do kuchni. Ośmielony tern, wyskoczył równemi nogami na dywanik i za czął się pospiesznie ubierać. Drzwi się otwo rzyły, pani powróciła. A dzień dobry panu, całuję rączki — syknęła przez zęby (pani Balbina miała jeszcze cztery zęby na przodzie). — Tak się pan rano zrywa, dopiero ósma wybiła. — Ależ, Balbisiu, duszko, przecież zawsze urągasz, gdy chcę wstać raniej, że przeszka dzam przy sprzątaniu. — Co, urągam? Ja urągam? Proszę bar dzo wystrzegać się podobnych wyrażeń. Ja urągam! Czyżbym się ośmieliła do tego sto pnia? A tej „duszki“ mógłbyś już zaprzestać. Tyle razy prosiłam, powtarzam: prosiłam — /e niechcę tych pieszczot, które się nam bie- i dnym kobietom dostają z łaski panów mężów, 1 jak koniowi poklepanie, lub psu głaskanie. — Ależ Balbisiu, Balbinko ... — Ani Balbisia, ani Balbinka. Otrzymałam na chrzcie świętym imię Balbina. — Więc Balbina, na miłość Boską... — Proszę nie używać imienia Boskiego na daremno. — Balbino !... - Proszę mego imienia nie wymawiać! Pan Bonifacy zamilkł i siedział na łóżku, pocierając bose nogi o dywanik. — I cóż pan tak siedzi, jak mumia i nie odzywa się? Czyż nawet tego nie jestem war ta? Tyranie!... Doprawdy ... że ... nie wiem ... — Właśnie, że pan nic nie wie, nic nie umie, jest do niczego. Dlaczego się nie ubierasz? Dlaczego siedzisz, jak Kopernik na słupie? Bo że, Boże! Nawet posłać łóżek nie można, pół di.ia stracone, a on siedzi, nie ubiera się, nie myje. — Ale bo przez to twoje ... ten ... Tegom tylko czekała! Więc to ja jestem winna, żeś niedołęga? Boże, za co mnie tak karzesz? Ja go żywię, poję, ubieram z mego posagu, a on nic nie robi, tylko moją pracą tyje... Pan Bonifacy wziął się do mycia. Czyn ność tę stara się wykonać ostrożnie, aby nie pochlapać posadzki. — Pozwól, Balbisiu ! - - odzywa się, odwra cając twarz namydloną — przecież sama kaza łaś mi rzucić posadę, a teraz mi wymawiasz ... — Co? Ja wymawiam? Nie, to świat się do góry nogami obraca. Ja mu wymawiam!... (płacze rzewnie). Trzymam go, jak w wacie, cały dzień myślę tylko o tem, aby miał co jeść i pić, usługuję mu, jak niewolnica! Niewdzięcz niku! (Przystępuje doń groźnie). Tyranie!... Co, może nie jesteś tyranem, co? No mów! Gadajże, jesteś tyranem? — Jestem — szepce pan Bonifacy. — Widzisz, sumienie nie pozwala ci zaprze czyć. A skąd się ta kałuża wzięła? Boże, chla pie się, jak kaczka ... — Ja to wytrę, Balbisiu ... — Tegoby tylko brakowało! Próżniak, chwaliłby się, że Bóg wie co robi. Jutroby lu dzie mówili, że pan Bonifacy podłogi szoruje ... A proszę grzebień oczyścić, nie zostawiać wło sów, bo to obrzydliwe. Pan Bonifacy chciał powiedzieć, że skądby się jego włosy wzięły na grzebieni^, kiedy ich nie ma już prawie na głowie, ale dał pokój! Tymczasem służąca wniosła kawę i bu łeczki. — Proszę na śniadanie! Zapewne pan gło dny po ciężkiej pracy w łóżku ... Pan Bonifacy spiesznie siada i spożywa dary... żony. — A cóż pan sobie życzy mieć na' obiad? Pan Bonifacy włożył właśnie do ust pół rogalika, nie mógł więc odpowiedzieć. — Kto słyszał tak żarłocznie jeść! Zadła wi się pan... Pytam się po raz drugi, co pan chce mieć na obiad? Na wysokie czoło pana Bonifacego począł występować pot — Przecież wiesz, Balbisiu, że wszystko mi smakuje, co przyrządzisz ... — Jeszczeby smakować nie miało! Patrz cie państwo, on z przyjemnością je, co ja upie- traszę. Ale proszę pamiętać, że ja nie pietraszę Balbinko, przysięgam, że ja tego nie po wiedziałem .., — Jeszcze się przysięga! Co za bezczel ność! — Nie prawda, nie powiedziałem! — Co, pan głos podnosi? Może mnie bić zechce? Boże! Ludzie, ratujcie! Wpada służąca. — -A panna tu czego chce? Czy wołałam? Pewnie pod drzwiami podsłuchujesz? — Proszę pani, myślałam, że .. — Proszę nie myśleć! Co za zuchwała dziewczyna! Gdzieindziej toby cię miesiąca nie trzymali, choćby nawet pani była lepsza ode mnie! Służąca wychodzi. Pan Bonifacy, korzy stając z awantury ze służącą, połyka spiesznie śniadanie. -— Może pan nareszcie powie, co ma być na obiad. Czyż nie wstyd, że muszę się o takie rzeczy prosić? — Jeżeliś tak łaskawa, Balbisiu, to prosił bym dziś o pierożki z mięsem! ■— Ach, pan by prosił! Słyszał to kto, pro siłby! Tyran prosi pokornie, ha, ha, ha! I o co, o pierożki z mięsem! _r- Kiedy ty, Balbinko ... — Więc proszę mówić rozsądnie. A chciał by pan szarlotkę? — Z wielką przyjemnością ... — Wierzę bardzo! Nawet z wielką przy- icmnością! Jajka teraz po półtorej marki, jabłek ani się dokupić, a panu się szarlotki zachciewa! Czy to ja pieniądze na ulicy znajduję? A może pan sam zarobi na szarlotkę?! Co?... A ma jonez z łososia jadłby pan? Co?... Słyszysz przecież, że się pytam ... Patrzcie państwo, ki wa głową! Papusiałby majonez z łososia! A może comber sarni także? Co? — Zrób, Balbisiu, marchewkę ... — Zrób, Balbisiu, marchewkę! Pewnie po może pan skrobać ją, co? A może kalafiory? Mówże, kiedy się ciebie radzę. No, chcesz? — Proszę... — Byłam tego pewna. Znam ja pana do brze ... Kalafiory sobie każe robić (uderza pięścią w stół), słyszał to kto? — Przecież, Balbinka, sama ... —- Tak, Balbinka samaby jadła, pewnie jest taka łakoma, jak pan! Jeszcze pięścią o stół bije! Więc powiadam, że będą kluski kartofla ne i basta! Pan Bonifacy włożył pantofle i usiadł za „Kurierem“ przy oknie. Po chwili biały czepe- czek stanął przed nim groźnie. — Tak, w pokoju ciemno, a pan gazetą całe okno zasłania. Możeby prześcieradło po wiesić? A usiadł tam umyślnie, gdzie wieje, abym jutro musiała pana smarować ekspelerem! — Przecież nigdy jeszcze mnie nie smaro wałaś ... — Tegoby tylko brakowało. Cóż to. jestem poslugaczką w szpitalu? Najął mnie pan do te go? Takiej tyranji nie zniosę! Każe się sma rować, niedołęga, kiedy stare grzechy po ko ściach łamią! Pan Bonifacy wstaje od okna z gazetą. — Proszę tylko nie tłuc się po pokoju, jak wilk w menażerii. Albo to tupanie! Zaraz się lokatorzy pozlatują! — Mam pantofle, Balbisiu ... — Tak, ale w nich chodzić nie umiesz. Ro bisz wiatr, drzesz chodnik, co kosztował po dwie marki łokieć. Pan Bonifacy siada z Kurjerem pod piecem. — Teraz się pod piecem rozsiada! Wszyst ko ciepło sam chce w siebie wchłonąć, a mnie nogi drą, że sobie rady dać nie mogę! — Usiądź tu przy piecu, Balbinko! — Tak, będę się grzała przy piecu, jak byle piecuch, a kto za mnie wszystko zrobi? A pan tylko jeszcze w domu przeszkadza! — To sobie wyjdę trochę, Balbinko !... — Tak! Na to tylko czekasz, aby się na larmpartkę wydostać! Proszę nawet nie myśleć o tern. W przedpokoju rozległ się głos dzwon ka. Wpada służąca. — Proszę pani, starsza pani przyjechała! Pan Bonifacy miał także jeszcze teściowę! — Jezus, Marja! Mama przyjechała, a tu jeszcze nawet nie sprzątnięte! A pan siedzi v szlafroku i pantoflach! Prędzej, ubieraj się natychmiast, żebyś się mamie pokazał, jak czło wiek! Niedołęgo, szacunku dla mamy nie znasz?! Żebyś za pięć minut był zupełnie ubra ny! Ja tymczasem przywitam się z mamą... Pani Balbina wybiegła z pokoju, a pan Boni facy gorączkowo wziął się do ubierania. Wło żył prędko buty. surdut, nawet palto, schwycił laskę i kapelusz i wybiegł do kuchni. — Marysiu, powiedz pani, że idę na posie- ! dzenie. Jeszcze nie upłynęło pięć minut, oznaczo nych przez panią Balbinę, a pan Bonifacy już był.,, na mieście Odpowiedz Link
madohora Re: Humoreski:) 03.10.14, 20:29 W pewnym wielkim domu towarowym, którego subjekci mieli bardzo złe przyzwyczajenie spaźniania się, zaprowadził zarząd książkę, do której mieli wpisywać przyczynę swego spóźnienia. Powody spaźniania się były prawie zawsze jednakie. Jeżeli na początku napisał jeden z subjektów „spóźnienie się pociągu lub ,,wywróc enie się konia omnibusu, powtarzali to samo dalsi spaźniający się, robiąc w prędkości na odpowiedniem miejscu dwie kreseczki w rodzaju cudzysłowu. Przed niejakimś czasem ukazało się w książce całkiem nowe uniewinnienie. Pewien subjekt, młody małżonek, wpisał mianowicie z dumą: „Moja żona powiła bliźnięta. Następny spaźniający się subjekt spiesząc się bardzo, nie spostrzegł tego nadzwyczajnego zapisku i namalował swoje zwyczajne dwie kreski, co uczynili także następni, tak że zarząd, przeglądając później książkę, ze zdziwieniem dowiedział się, że ni mniej ni więcej tylko dwudziestu dwóch subjektów w jednym dniu obdarzonych zostało przez swe małżonki bliźniętami. Książki tej nie prowadzono od tego czasu więcej. Odpowiedz Link