madohora Re: Legendy 17.03.15, 13:39 Górecki Kościół Na ziemiach góreckich rozciągały się dawniej same lasy. Pewnego razu przyjechał do tych lasów jakiś rycerz na polowanie i zabłądził. W zwątpieniu zaczął prosić Boga o pomoc. Obiecał, że jak wyjdzie z tych lasów szczęśliwie, zbuduje w tym miejscu kaplicę. I wyszedł z tych lasów. Na pamiątkę odnalezienia drogi zbudował kaplicę. A gdy ludzie zaczęli się osiedlać w naszych stronach, rozbudowali kaplicę i powstał kościół górecki. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 17.03.15, 13:41 Na Grodzkim zamku Byli panowie Jesionek, Świętoski i Bierowski. Dość bogaci. Ale stale ich napadali nieznani rabusie i uciekali ku północy. Raz się zebrali i radzili, jak się przed nimi obronić. - Dół wykopać, jak na niedźwiedza, i nakryć gałęziami - mówi jeden. - Szkoda roboty - mówi drugi - bo go przed czasem spozorują. - Kto pod kim dołki kopie, sóm do nich wpadnie - prawił trzeci. I nie uradzili niczego. Ale żona Świętoskiego powiedziała: - Weźcie i ogródźcie swoi pola od pana Grodzieckiego. Usłuchali jej i zaczęli grodzić, każdy wzdłuż swych granic. Rabusie, jak się dowiedzieli, ruszyli na nich. Ci, co grodzili, uciekli i więcej się nie pokazali. Rabusie postawili jednego ze swoich na miejscu zagrodzonym i przykazali mu pilnować. - Jak nie pozwolisz dalej grodzić, to to pole będzie kiedyś twoje. Strażnik jednak się nie doczekał, bo go inny niedługo zabił. Sam zaś Grodziecki, co żył ręka w ręke z rabusiami, mścił się teraz na Jesionku, Świętoskim i Bierowskim. Wybudował sobie zamek na Goruszce (stoi tam do dziś), spokrewnił się z Góreckim w Górkach, zapraszał go i innych sąsiadów do siebie na hulatyki i gry w karty. Jak mu brakło pieniędzy, posyłał do poddanych, aby zaraz spłacili długi. Żony poddanych poszły raz do zamku i prosiły, że nie mają pieniędzy. - Starajcie się zaraz, bo dostaniecie mores. W końcu jednak naprawdę już chybiło pieniędzy. Wtedy Grodziecki wezwał swego teścia z Górek, swą żonę, sprawcę z Bielowicka i radzili, skąd wziąć pieniędzy. Teść mówi: - Musisz jeszcze barżyj ich nastraszyć. - Ale czym? - Bić, a bić, co wlezie. - Jo tego nie poradzę, bo tu trzeba ludzi mocnych - prawi Grodziecki. - To nie wiesz, jak to zrobić? - śmieje się żona - Ustruż porządną stolicę na pół metra szeroką a dwa metry długą, przybij silne pasy po bokach i wyznocz mocnego hajduka, co będzie żyłą ludzi wypłacoł. I tak zrobili. Od tego czasu zaczęli w Grojcu wypłocać mores tym, co sie w byle czym panu sprzeciwili, a nie mieli pieniędzy, aby za przewiny zapłacić. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 17.03.15, 13:43 W Grojcu strasznie katowali ludzi, niż jeszcze hrabia Zamojski przegałganił mąjątek i sprzedoł za łacne piniądze fabrykantowi Strzygowskiemu z Bielska. W tym zómku była stolica z pasami. Na nią przypinali każdego oskarżonego i bili żyłą z 50 mietełek. Jak dostoł 50 hibów, to mioł dość. Więcej ani nie wydzierżoł. Inszych zaś przypinali do koła w piwnicy i wyciągali mu ręce ze stawów. Nim jeszcze zaczęli bić na ławie, mówili: "Mów prowde, bo bydzie miała ława wiesieli!" Jeszcze po dzisio mówią o nieposłósznych: "Pójdziesz po mores do Grojca!" Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 17.03.15, 13:44 Strzygowski z Grojca, jako pón, jeździł do Bielska hulać i w karty grać. Larysz z Jaworzo np. cały zómek przegroł za jedne noc. A Strzygowski jak siod do kolasy, to dycki sie naszeł przy nim jakisi drugi panoczek, też we fraku i cylindrze jak sóm pón. Nic ale ze sobą przez cały czas nie mówili. Jak wrócili do Grojca, to ten panoczek sie dycki stracił. Ludzie prawili, że to diabeł. I że dzięki niemu Strzygowskiemu sie wiedzie w kartach. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 17.03.15, 13:46 Krzyż na Spalonej Sądzili się w Brennej dwo bracio o pole. Jeden z nich chcioł postawić na swoim i zaczął kopać dziure na kopiec graniczny. Przy kopaniu natrafIł na gornek ze złotem, a na nim była pokrywka z napisem. Ale cóż, kiedy nie umioł tego napisu przeczytać. Zawołoł brata, aby mu to przeczytoł. Brat nie dziwoł się na napis, jyny, chciwy złota, zaczął sie wadzić z bratem, że bez jego zezwolenia zaczął kopać. Ze zwady doszło do bijatyki i brat zabił brata. Od tego czasu stoi na Spólnej, jak sie skręco do Lipowca, krzyż. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 17.03.15, 13:49 Pies i wilk Było to bardzo downo, jak verwalterem na mąjątku w Górkach Wielkich był Bobek. W mąjątku było wtedy 68 krów i 35 świń. Był przy nich pasterz Jano, co miał psa Azora, o biołych aż do kolan nogach. Roz paśli na łąkach buczańskich krowy. Przychodzi do Azora wilk i pyto sie go: - Przyjacielu, skądeś wziął taki szumne buty? A Azor mu na to: - Ukrodech roz Szydzince świnie, odrzył ją, skóre wysuszył, zaniós ją do szewca w Lipowcu i ten mi uszył taki elegancki buty. - Jo bych też rod mieć taki buty, zrób to jako... - Jo bych ci już to po znąjomości zrobił, ale musisz ze zómeckiego świńszczoka przysmyczyć jedne tłóstą świnie. Wilk sie zgodził, pognoł ku zómeckim chlewkóm i przysmyczył kormika. Azor se z nią siednął w krzokach pod lasem, zeżroł ją całą i zasnął. Społ aż do rana. Rano przychodzi wilk i pyto sie: - Serwus kamrat, mosz ty moi buty? Rozespany Azor na to: - Wiesz co, kolego? Ta świnia miała za mało szpyrki. Skóra sie też skyrczyła i szewc prawił, że sie z ni nie do butów uszyć. Musi być świnia fest tłósto! - No to dobre, zóndym tam jeszcze roz. - A wiesz skądby ją wziąść? - doradzo Azor. - Z tego chlewka od masztale, tam jest panów tłóściutki kormik. Wilk pognoł ku pańskim chlewkom. Dogonił go Azor i prawi: - Teraz tam nie chodź, bo jeszcze je widno i mógłby cie kiery uwidzieć. Skocz tam pod sóm wieczór. Wilk usłuchoł. Pod wieczór przysmyczył nejtłuściejszego kormika. Azor mu pieknie podziękowoł i kozoł przyjść rano. Potem sie zabroł do jedzynio. Poddoł szónki, świyczke i prawi se: "Gdo je głupi - ten sie do kupić!" Przyszło rano, przyszeł wilk i pyto sie: - No co, kamrat, mosz ty moi buty? - Móm - mówi pies i kludzi go za pańską obore. Tam stoła beczka z wopnem. Azor mówi: - Wroź tam nogi, a bydziesz mioł taki buty jak jo. Wilk usłuchnął, wraził nogi do wopna w beczce i wyciągnął. Zadowolony mówi do Azora: - Pódź, pujdymy ty buty obloć do Nierodzimia do gospody. Pies się zgodził. Idą. Doszli ku Brennicy. Wilk mówi do psa: - Drogi przyjacielu, ty umiesz pływać, a jo ni. Jako jo przyndym? A pies mu na to: - Tu ni ma głęboko, to przędziesz! I wilk wchodzi do wody, a pies za nim. Wychodzą na drugi brzeg, wilk się patrzy, a tu biołych butów ni ma i prawi psu, że ich isto stracił we wodzie. Wrócił sie, aby ich łowić, ale nadaremno. W końcu prosi psa: - Wiesz, co, kamrat? Jo sie muszę z tobą pobić! Pies się zgodził. Poszli pod dąb ku harendzie. Wilk poszeł w jedne strone, do zbrojenio, pies w drugą. Wilk wziął se do pomocy niedźwiedzia i dziką świnie, zaś pies kocura i kokota. W takim orszaku poszli na Bucze. Pierwszy tam był wilk. Jak już był na górce, mówi do niedźwiedzia: - Wyleź na drzewo i podziwej sie, czy już pies idzie! Niedźwiedź sie wygramolił na dąb, rozglądo sie i woło: - Idą, jeden mo szable (myśloł na kokoci grzebień), a drugi kose (myśloł na kocurzy chłost). Dzik, jak to usłyszoł, zakopoł sie ze strachu do liścio, wilk uciekł, a niedźwiedź został na drzewie. Jak pies ze swoimi przyszeł pod dąb, niedźwiedź spod z drzewa i sie zabił, i zabił też swoim ciężarem dzika w liściu. Tak sie Azor i jego kompania mieli czym żywić. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 17.03.15, 13:54 O Klimczoku Klimczok mioł swoją kryjówke na górze koło Bielska, co sie dzisio nazywo Klimczok. Tam był 'hersztem zbójników. Całą szajką napadali na bogaczy i księcia w Bielsku. Roz chcieli obrabować młyn, jak samego młynorza nie było. Ale nie mogli sie do niego dostać, bo były potrójne dwiyrze. Ani oknami nie wlyźli, bo były mocno zakratowane. Zaczyli nocą kopać popod próg. Jak już dziure wykopali, wloz nią nejmłodszy do postrzodka, po nim drugi i trzeci. Hersztowi było jyny dziwne, że każdy, jak wlezie, trzepie nogami. A tam cera młynorza każdymu głowe ucinała, a zabitych wciągała do młyna. Herszt był ostrożny i nie loz tam. Po jakimsi czasie przebroł sie za babe i przyszeł wieczór do młyna pytać o nocleg. Cera, już wtedy wydano, była dóma. Na nieszczęści sama. Klimczok ji przypómnioł, co to kiejsi zrobiła z jego kamratami i kozoł ji iść ze sobą. Zakludził ją do lasu, gdzie w małym domku mieszkała jego matka. Pyto sieji, jakją ukorać. - Większej kory ni ma, jak drzozgi ciś ji za pazury, oblywać smołą i polić - mówi matka. - Tak mi ji pilnuj, a jo idę zrobić ogień. Marysia ze strachu strasznie zaczęła płakać. - Nie płacz, jo cie puszczę, boś mi syna nie zabiła! Uciekaj, ale niedaleko. Skryj się na drzewie, bo cie psy wynuchcą. I uciekła. Po chwili wraco syn i pyto: - Każ je Marysia? - Uciekła. - Czemuś nie pilnowała? - Trzymałach ją za warkocz, ale go wyrwała i uciekła. - Kaj je ten warkocz? - W piecu go spoliła. - W którą strone uciekała? - W prawo! Syn pognoł z psami za Marysią, ale nic nie naszli. Ze złości pozabijoł brytany, potem matke, ale Marysia szczęśliwie wróciła do domu. (O Klimczoku jest chyba tyle legend, ilu ludzi co je opowiadają) Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 19.03.15, 23:57 Szata Chrystusowa. Stukały wesoło krosna w skromnej chacie, gdzie św. Józef z Marją i z Dzieciątkiem pędzili swe znojne życie. Przenajświętrza Panienka tkała płótno, a Jezus maleńki bawił się przy niej jak ptaszyna wesołym szczebiotem napełniając izbę. Nagle przystanął przy krosnach. - Utkajcie mi matulko, nową szatkę! - jął prosić, widzicie, że ta, którą noszę już mi się zupełnie zdarła. Uśmiechnęła się Matka Boża na tę prośbę swego najmilszego syna i wnet zaczęła Mu tkać białą, lnianą suknię. Utkała ją tak kunsztownie, że gdy szatka z warsztatu zeszła, ani jednego szwu na niej nie było. Ustroiła w nią Jezusa i rzecze: - Noś-że mi ją zdrowo, A gdy podrośniesz, to Ci nową utkam płótnianitę! - Popatrzyło Dzieciątko na swą Matulkę dziwnym jakimś wzrokiem, jakby Jej coś rzec chciało. Ale co? Tego nikt się nie domyślił. I jął chodzić Jezus maleńki w tej nowej sukni lecz, o dziwo, nie wyrastał z niej wcale. Przeciwnie - gna z nim razem rosła i nie opuszczała go nigdy, przez całe życie. W niej wyszedł z Matczynej chaty w świat szeł.oki, do ludzi. W niej przebiegał krainę całą, cuda czyniąc i nauczając. W niej na Paschę wjechał do Jerozolimy, w niej też przy Ostatniej Wieczerzy chleb i wino na Ciało swe i na Krew swą Przenajświętrzą poświęcił. Ona przyjęła w siebie krwawy pot Zbawiciela, gdy w przedśmiertelnych modłach w ogrodzie Oliwnym noc przepędzał. W niej - w tej białej płótniance szedł na Golgotę, krzyż swój niosąc. Kiedy skonał na tym krzyżu - wtedy żołdacy rozpoczęli spór i rzucili losy o lnianą bez szwu szatę Chrystusową., Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 19.03.15, 23:58 Grzechotki wielkotygodniowe. W Wielki Czwartek w czasie mszy świętej, gdy ksiądz śpiewa "glorja" dzwonią w kościele ostatni raz dnia tego i dzwony milkną aż do mszy świętej odprawianej w Wielką Sobotę, kiedy to znowu w czasie śpiewania "glorja" przy mszy świętej odzywają się dzwony po przerwie. Mówią u nas, że "dzwony zawiązują" te dwa dni, bo zazwyczaj dzwonnik po oddzwonieniu na "glorja" zawiązuje wysoko linę, za którą pociągają, gdy dzwonią, aby nikt jej nie dosięgnął. Między ludem krąży podanie, że o północy w Wielki Czwartek wszystkie dzwony kościelne udają się do Rzymu po błogosławieństwo do Ojca świętego, a wracają z dniem na swoje miejsca o północy w Wielki Piątek. Gdy dzwony lecą słychać w powietrzu górą szum. a czasem dzwięknie dzwon jakiś. Gdyby wtedy ktoś zaklął, albo złe słowo powiedział: "Bodajżeś się zapadł!", to dzwon spadnie i zapadnie się pod ziemię. W różnych okolicach pokazują ludzie miejsca gdzie znajdują się dzwony zapadnięte. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 20.03.15, 11:10 Bocian Jest w całej Polsce piękny zwyczaj, że ludzie spotykając się, witają się ze sobą, chwaląc przy tem Pana Boga, albo życząc sobie, aby Pan Bóg poszczęścił ich pracy, dodał sił do jej wykonania i pobłogosławił, by ta praca wyszła człowiekowi na pożytek i przyczyniła się do jego szczęścia. Piękny to jest zwyczaj i bardzo dawny, a tak szanowany, że lud z oburzeniem patrzy na takiego, kto by przechodząc, nie pochwalił Pana Boga. Opowiadają też o nieszczęściu, jakie miało spotkać złych ludzi przed wiekami, o karze doraźnej za to, że nie odpowiedzieli na boskie słowo, ale wyszydzili je nawet. Było to w lecie. Sianokosy rozpoczęły się wszędzie, dookoła słychać było brzęczenie kos i wesołe śmiechy kosiarzy, bo czas tył ładny, a trawy bujne na łąkach. Drogą szedł staruszek, biedny dziadek, a przechodząc mimo kosiarzy, życzył im powodzenia i jak to zwykle bywa, zawołał: - Szczęść- Boże! Na takie chrześcijańskie pozdrowienie powinni byli robotnicy odpowiedzieć pięknie: - Daj Boże szczęście! Tymczasem biedny dziadek trafił na ludzi złych, bezbożnych, którzy poczęli się śmiać, poczęli wydrwiwać jego pobożne życzenia. Nieszczęśni, nie wiedzieli, nie przeczuwali nawet że tym biednym dziadkiem był sam Pan Jezus, który wszedł między ludzi aby się przekonać jak żyją ludzie, czy żyją w zgodzie i miłości. Zabolało serce Pana na to że ludzie są źli. Za karę zamienił ich w ptaki. Dał im długie nogi i długie nosy. Były to pierwsze bociany. Nie wydają też głosu żadnego, bo nie chcieli odpowiedzieć na chrześcijańskie pozdrowienie, - ale też płaczą tak, jak ludzie, a wtedy płyną im z oczu łzy duże, jak groch i kroplami spadają na ziemię. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 20.03.15, 11:12 Jaskółka. Największemi elegantkami między ptaszkami są jaskółki. Zawsze czysto czarno ubrane, z białemi lub czerwonemi kokardkami pod szyją, zgrabne, wysmukłe. ruchliwe, wesołe świergocą i szczebiocą bezustannie. Lubią towarzyskie zabawy i zbierają się często gromadkami, uganiając swawolnie w powietrzu z piskiem w kółko i w kółko bez zmęczenia niekiedy całemi godzinami. Taką wesołą, niefrasobliwą była już jaskółka od stworzenia świata. Aby się zabawić, aby się o nic nie troskać,- ot, wszystko. Pan Bóg stworzywszy ryby w wodzie, zwierzęta czworonożne na ziemi i ptaki w powietrzu, wyznaczał każdemu stworzeniu, co ma jeść. Jaskółce powiedział, aby nie jadła pszczół, boby wnet umarła. A wesoła ptaszyna zaśpiewała na to: - Gzy długo żyć, czy krótko żyć, aby tylko użyć! Od tego też czasu tak śpiewa i tak będzie zawsze śpiewała, aż do sądnego dnia Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 24.03.15, 17:34 SKOCZÓW Szła kilka godzin, prawie bez odpoczynku. Boso, byle jak odziana, ruszyła z Jaworzynki skoro świt, by dotrzeć do miasta przed nocą. Nogi odmawiały jednak staruszce posłuszeństwa. Zapadł zmierzch, a ona wciąż szła, dygocąc z zimna. Ucieszyła się na widok pierwszego miejskiego zabudowania. "Napiję się wreszcie czegoś ciepłego, spocznę i zagrzeję kości" - pomyślała. Przyspieszyła kroku. - Kto tam? - ozwał się w odpowiedzi na jej nieśmiałe pukanie głos z wewnątrz domu. - Kobieta, otwórzcie proszę! Zazgrzytał ciężki zamek, uchylono solidnych drzwi. Buchnęło ciepłą, aromatyczną parą. Pewnie szykowano wieczerzę...- Idę z Jaworzynki, mój panie, cały dzień idę. Nogi mi już nie służą...- To mnie mało interesuje. O co chodzi? - Jutro targ u was w mieście. Jaj kilka chcę sprzedać i kupić za to, co trzeba... - I to mnie nie interesuje! - Zdrożona jestem, przenocujcie, bardzo proszę! - Ciebie, ty łachmaniaro? Patrzcie ją, alboż to u mnie przytułek? Znowu stuk drzwi, szczęk zamka. Ciemno i chłodno. Znacznie już wolniej powlokła się staruszka dalej, do następnego domu. - Przenocujecie zmęczoną, biedną kobietę? - Wynoś się, stara czarownico! Tak było w trzecim domu, w czwartym i dziesiątym. W żadnym nie znalazło się dla głodnej i zziębniętej kobiety ani odrobiny ciepła, nigdzie nie było wolnego kąta ani życzliwego słowa. U kresu sił, zaplatając pokaleczonymi, zdrożonymi nogami, spróbowała jeszcze szukać gościny w karczmie, gdzie kurzyło się z głów i z talerzy, ale tam poszczuto ją psami. Znalazła się na rynku. Dom obok domu, a na środku wielka, ocembrowana kamieniami studnia. Nie miała już odwagi zastukać w którekolwiek drzwi. Wiedziała, że mieszkają za nimi ludzie o sercach twardszych od tych kamieni u rynkowej studni. Właśnie, studnia. Przynajmniej się napije. Napije się, skuli i jakoś przeczeka do rana. Przełożyła koszyk do drugiej ręki i skierowała się do ocembrowania, gdy wtem...Rynek był zlany obficie wodą. Mieszczanie czerpali ze studni wodę nieuważnie, potworzyły się więc kałuże, które wieczorny przymrozek ściął w lód. Poślizgnęła się na takim łodzie staruszka, upadła i upuściła koszyk. Wszystkie jaja się stłukły... - A bodaj ziemia pochłonęła to straszne miasto! - wyrwało się rozżalonej staruszce. Ledwie to wypowiedziała te słowa, gdy rozległ się ogromny huk, zakołysała się ziemia i całe miasto runęło w rozwartą nagle przepaść. Zniknął rynek z ocembrowaną studnią, zniknęła karczma z rozbawionymi gośćmi, zniknęli mieszczanie o kamiennych sercach... W jasne, księżycowe noce, gdy zegar wydzwania północ, można i dziś jeszcze usłyszeć w tym miejscu głos dzwonów, jakieś potępieńcze krzyki, jęki i przekleństwa. Tak twierdzą najstarsi mieszkańcy Skoczowa, nazywając miejsce, gdzie miała się otworzyć ziemia, Piekiełkiem. Później zbudowano miasto nad samą Wisłą, "o skok" tylko od dawnego. Stąd i nazwa... Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 24.03.15, 17:42 POCZĄTKI WISŁY Jan, podobnie jak wcześniej ojciec i dziad, wypasał książęce bydło na podcieszyńskich pastwiskach. W wieku lat trzydziestu ożenił się, kobieta urodziła mu zdrową córkę. Gdy miała lat pięć, dowiedział się, że żona romansuje z zamkowym sługą. Biedny pastuch omal nie oszalał z rozpaczy... Już nazajutrz wrócił niespodziewanie z pastwiska, a zastawszy kochanków na słodkim tete a tete, zabił obydwoje siekierą. Nie pomogły okoliczności łagodzące - zeznania świadków ani lata wiernej służby - książę wydał na mordercę wyrok śmierci. Ale ponieważ nie miał się kto zając na wpół osieroconą dzieciną ostatecznie zamieniono karę na dożywotnie zesłanie. Resztę życia miał Jan spędzić wśród lasów i dzikiego zwierza, w dolinie rzeki Wisły, karczując drzewa na pożytek dworu. Zamieszkał więc zdradzony mąż wraz z córką nad rzeką i jął się pracy. Od świtu do nocy było słychać uderzenia topora, trzask łamanych gałęzi i zwalanych pni, od świtu do nocy krzątała się po lesie mała Zośka, zbierając jagody i grzyby, pilnując ognia. Nauczyła się gotować strawę, łatać swoje sukienki i ojcowe ubrania. Przed zimą zbudował Jan chatę, koło której czernił się już kawał żyznego pola. Wiosną zazieleniło się owsem i żytem. Coraz lepiej powodziło się wygnańcowi i jego córce. Wykarczowawszy szmat ziemi, zabrał się Jan do ulubionego pasterstwa, tyle że zamiast krów - zaczął hodować owce. Było z nich więcej pożytku, bo oprócz mleka dawały również wełnę i skóry, smaczne mięso i cenny nawóz. A oprócz tego były znacznie mniej wymagające niż krowy, z łatwością poruszały się też w górach. Zośka wyrosła na piękną pannę. Pokochał ją parobczak z okolic Bielska i chciał zabrać ze sobą. Zgodziła się wyjść za niego, ale nie opuściła ojca. Przyzwyczaiła się do tego odludzia, do miejsc, w których wszystko, co ją otaczało, zawdzięczała pracowitym rękom ojca i własnym. Parobek sprowadził się więc nad Wisłę. Podobnie jak starego Jana, nazwano go Wiślakiem, ale już jego syna nazywano Wisełką. W ten sposób wzięła od rzeki nazwę nie tylko osada, lecz również ród jej założycieli. Z czasem zamieszkali tu inni ludzie, ale nazwa "do Wisełków" pozostała. Do dziś przetrwały też nazwiska, jakie nosili pierwsi osadnicy. Tych, którzy trudnili się ciesielstwem, przezwano Cieślarami, zaś tkaczy Wrzecionkami. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 24.03.15, 17:46 CIESZVNIANKA Wróci po niego, gdy zdobędą miasto. Tak umówili się z bratem. Ale czy zastanie go jeszcze wśród żywych? Rana pomiędzy żebrami wprawdzie niewielka, ale krwi nie da się zatamować. Sączy się między palcami ciemną strużką powoli, ale nieustannie. Ciekawe, która kropla będzie tą ostatnią? Bzdura, serce przestanie bić a ona będzie sobie płynąc nadal...Wioska, jakich w Świecie wiele, zwykła wieśniacza chata, drobna, niemłoda już kobieta. Widzi ją wyraźnie, wydaje się - wystarczy sięgnąć ręką, a dotknie kochanej twarzy. Matka płacze, ociera rąbkiem chustki zapłakaną twarz. Drżącą dłonią zawiesza na szyi brata, Martina, niewielki woreczek. - Masz tu garść ojczystej ziemi - mówi cicho. - Noś ty, boś starszy... I opiekuj się Fryderykiem... Martin całuje szorstką, spracowaną dłoń. - ... A gdyby przyszło któremuś z was złożyć głowę na obcej ziemi - kontynuują pobladłe wargi - ... gdyby komu w tej dalekiej Polsce śmierć była sądzona...niech brat wysypie na jego mogile tę garść szwedzkiej ziemi...... Zimno. Jakieś kroki. Śni na jawie czy rzeczywiście ktoś się zbliża? Krew sączy się coraz wolniej... - To ty, Martinie?... Pochyla się nad nim znajoma twarz brata. Ociera z czoła krople potu. - Zdobyliśmy miasto, Fryderyku! Zaraz cię powieziemy do szpitala! - Do szpitala? Nie trzeba do szpitala... Tu umrę...- Nie umrzesz, Fryderyku, razem wrócimy do Szwecji. Okręty już czekają... Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 24.03.15, 17:47 Młody wojak, którego w roku 1645 zapędziły pod Cieszyn losy wojny, nie powrócił do rodzinnego kraju. Troskliwy Martin zapewniał go jeszcze, że lekarz usunie z ciała kulę, uśmiechał się do bladej, bezkrwistej twarzy, ale Fryderyk już nic nie widział i nie słyszał. Nazajutrz usypano zwykłą żołnierską mogiłę i brat poległego wysypał na nią zawartość matczynego woreczka. Działo się to jesienią. A wiosną, ledwie strzeliły ku niebu pierwsze listki traw, pojawił się na grobie dziwny, bladozielony kwiatek. Nazwano go cieszynianką. Rośnie obficie w cieszyńskim Lasku Miejskim, a także w innych pobliskich miejscowościach. Znajduje się pod ochroną. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 24.03.15, 17:55 CZARNA KSIĘŻNA Katarzyna Sydonia, druga żona cieszyńskiego księcia Adama Wacława, przepadała za polowaniem. Całe godziny potrafiła spędzić bez śladu zmęczenia na siodle, miała bystre oko i pewną rękę, niezmiernie rzadko więc pudłowała. Trzymała całą sforę wyśmienitych psów, którym powodziło się lepiej niż niejednemu słudze, przedmiotem uzasadnionej dumy księżnej była również jej stajnia. Przyjście na świat źrebaka fetowano niemal jak narodziny dziecka, za chorobę, a nawet chwilową niedyspozycję ulubionego rumaka płaciła natomiast stajenna służba obitymi batem grzbietami. Myśliwski zameczek, skromniejszy niż cieszyńska rezydencja, ale urządzony z gustem i wygodny, mieścił się w Marklowicach. Pewnej jesieni Katarzyna sprosiła tam gości. Przyjechali z Bielska i Pszczyny, z Raciborza, a nawet z dalekiego Opola. Przez kilka dni z rzędu niebo zasłaniały jednak ołowiane chmury, bez przerwy niemal siąpił deszcz, a konie z trudem wyciągały kopyta z rozmiękłej ziemi. Urządzano polowania do późnej nocy. W dzień natomiast zasłaniano okna komnat, goście spali, a w kierunku Cieszyna podążały ciężkie wozy, by uzupełnić jadłem i napitkiem pustoszejące spiżarnie. Księżna Katarzyna była wściekła. Z uprzejmym uśmiechem zapraszała do stołu, nie kładła się, póki ostatni gość nie udał się na spoczynek lub nie zwalił na podłogę z kielichem w ręku, codziennie obmyślała nowe rozrywki, ale ci, którzy znali ją bliżej, wiedzieli, że powstrzymuje się resztką sił. Służba spełniała w mig najdrobniejsze nawet polecenia, zgadywała, zda się, nawet myśli pani, drżąc, aby się czymkolwiek nie narazić. Wszyscy, od prostego kuchcika poczynając, a na ochmistrzu kończąc, zdawali sobie sprawę z tego, że księżna musi na kimś wyładować gniew, że nie odzyska humoru póty, póki nie znajdzie dla swego afektu ujścia. W końcu jednak rozpogodziło się nieco i przed południem zatrąbiono na polowanie. Dosiedli koni znamienici goście, przodem pocwałowała księżna - je- dyna w tym gronie amazonka. Osadziła rumaka na skraju znanej sobie polanki, zgrabnie zeskoczyła z siodła. Usłyszała nawoływania naganiaczy. Jeszcze chwila i zobaczy dzika. Tak było umówione. Oparła strzelbę o rozwidlenie gałęzi, złożyła się do strzału. Od emocji zapłonęły jej policzki, nerwowo zadrżały nozdrza. Ale strzał nie padł. Naganiacz, którego zadaniem było skierowanie dzika na polanę, przestraszył się pędzącego wprost na niego odyńca, upuścił sieć i pomknął w bok. Księżna zatrzęsła się z oburzenia. - A to cham, łajdak, bandyta! Zdawało się, zastrzeli przestraszonego chłopa, wzięła go nawet na muszkę, ale w ostatniej chwili zmieniła zamiar. Kazała naganiacza związać, oćwiczyć, a następnie popędzić do zamku. Tam przywiązano nieszczęśnika do buhaja, najdzikszej bestii, jaka znajdowała się w stadzie, przypalono zwierzęciu ogon i puszczono. Pognało z furią w kierunku lasu, wlokąc za sobą nieszczęsnego chłopa. Jego potwornie zmasakrowane ciało znaleziono w kilka godzin później, a nazajutrz pochowano. Ale księżna, choć wyładowała wreszcie na kimś złość, nie zaznała spokoju. Śnił się jej co noc skrwawiony kadłub, zrywała się, dygocąc ze strachu, zapalała świecę i chodziła z kąta w kąt, z komnaty do komnaty. Zmieniła się nie do poznania. Nie urządzała już zabaw i biesiad, ani ulubionych polowań, ubierała się od stóp do głów, niczym mniszka, w czerń. A kiedy zmarła, lud nazwał ją Czarną Księżną. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 24.03.15, 21:51 UTOPCOWE MYTO Jechoł roz chłop funnankóm z Grojca do Miyndzyświecio. Było prawie połednie, jak rzejyżdżoł przez Pogórz, a tam od pogorskich stawów prziszeł ku nimu pieknie łobleczóny panoczek, zastawił kónie i spytoł, czy mógby sie przibrać do Skoczowa. Chłop ón go na wóz, ale dziwne mu było, że kónie sóm jakisi dziwoki, czy wystraszóne, bo strasznie sie szkubały. Jak już tak jechali, chłop zaczón sie wypytawać panoczka, skónd je i do kogo tam jedzie. Panoczek zaś mu prawi tak: - Jadym do Skoczowa pumóc mojimu bratu utopić jednego handlyrza, Chłop se myślo że to jakisi pomylóny, co ni mo wszyckich dóma, tak mu nic na to nie prawił. We Skoczowie przy rzyce panoczek śloz z furmanki, pieknie podziynkowoł i stracił sie chłopu z łoczy. I zaś mu było dziwne, że kónie już sie przestały tak szkubać i dziwoczyć, jyny spokojnie szły już naprzód. Dłógo też medytował co też to móg być za dziwok z tego panoczka, a nie zmiarkowoł, że to był utopiec. Na drugi dziyń we Skoczowie był targ na kónie. Po targu, jak to dycki bywało, handlyrze poszli se popić do gospody. Jak se już tak szykownie popili, aż sie im z czepóni kuniło, brali sie ku chałupie. Gdo jechał na Pogórz, musioł przejyżdżać przez wode, bo niedowna tymu była powódź i Olza zebrała most na rzyce, a nowego jeszcze nie postawili A był taki stary łobyczoj, że każdy, gdo przejyżdżoł przez rzyke, miał ciepnąć do wody jakisi grejcar. Ludzie prawili, że to było myto do Utopca, a gdo tego myta nie zapłaci, na pewno kiesi sie utopi Ale jedyn handlyrz, co se też dycki rod popijał, wyśmiywoł sie z tych guptoków, co pinióndze do wody ciepióm, i sóm nigdy ani halyrza nie ciepnół. Prawił, że oni to dać na kwit. Tóż jak wracał z tego targu, szykownie podchmielóny, i przejyżdżoł przez wode, na pośrzodku rzyki kónie czegosi sie wylynkały, zaczływie e i stawać na dwuch nogach, wóz sie przewrócił przicis gazde do wody i chłop sie utopił. A zrobił to, że, tyn utopiec, co pzedtyrn przijechoł z chłopym z Pogórzo. Tak to społym ze swoim bratym, co miyszkoł w wodzie utopili chłopa, co utopcowi nie chcioł płacić. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 24.03.15, 21:56 STRASZYDŁO SPOD KOŚCIOłA W jednej dziedzinie przy kościele straszyło. O północy z kierchowa wychodził na ceste taki szkaredny karzeł, a jak gdo szeł tyndy tak nieskoro w nocy, to ciepoł na niego kamiyniami. Raz sie też zeszło trzech łodważnych pijoków w gospodzie i jak se tak dobrze popili, jedyn sie założył ze swoimimi kompanami że przikludzi to straszydło do gospody. Poszeł ku kosciołu i jak sie jyny tyn karzeł pokozoł na ceście, tyn go znienazdanio drapnół, depnólse go na pieca i prziniós do szynku. Posadził straszydło na stole i dali pił z kamratami. Błozna se robili ze straszka, ciśli mu gorzołke, tłókli boroka kryglami po głowie, aletyn nic, Gorzołki nie chciał, rynkami sie łoganioł, ale nic nie rzóndził. Kie już było moc po północy, straszek piyrszy roz sie łodezwoł i prawi: - Zaniyś mie tam, skónżeś mie wzión. Ale chłopi sie s niego śmioli. A tyn, co go przyniós, prawi: - Siedź tu, kie ci dobrze lepi sie s nami napij. Ale straszydło pić nie chciało. Za jakóms chwile zaś sie łodzywo: - Zaniyź mie tam, skóndżeś mie wzión. A chłop zaś nic, jyny sie śmieje i pije dali. I tak Wo po trzeci roz. Ale karzeł był już rozgniwany tóż kamratów kapke strach łobleciał i pytali chłopa, aż go już łodniesie. Wzion go zaś na pleca i zaniós przed kościół, a dwaj poszli s nim. Ledwo karzeł stanół na nogach, strzelił chłopu facke i tyn został trupym na miejscu. A kamraci ze strachu uciykli. Od tego czasu straszek sie już więcej nie pokazoł. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.03.15, 19:52 Śmierć Było to wtedy, jak tata jeszcze był swobodny. Chodzowoł do jednego gospodorza, kaj były trzi dziołchy. Był już wieczór, jak szeł przez zogrode. Tu widzi, a trzi dziołchy tańczą po biołu. Myśloł, że to ty od gospodorza. - Cóż wóm tak wiesioło? - spytoł. - Ha ha ha... Bydóm ludzie mrzić. Jedni bydóm jeść gliniec - mówi piyrszo, drudzy biedrziniec - mówi drugo, a trzecim nie bydzie nic - mówi trzecio. A tata im na to; - Dyć tak nie krakejcie. Cóż im możecie zrobić. Ale odpowiedzi nie dostoł, bo znikły naroz. Wchodzi troche wystraszó-ny do izby gospodorza, a tu matka w płaczu, bo ta najmłodszo córka umiyrała. Ty trzi taniecznice to były śmierci. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.03.15, 19:55 Tata też roz wióz śmierć na wozie. Przysiadła sie bez pytanio. Kónie ją ale zaroz poczuły i zaczyły forskać. Tata wziyni za lice (opraty), śmigli biczym i kónie pognały. Z boku pozorowali jaki ta baba miała strasznie zepsute zęby i chude a dłógi palce. Dojechali do gospody, ka była muzyka. - Stój - zawołała baba - Stanyli. Baba biere tate i kludzi ku dwiyrzóm. - Dziwej sie przez kluczową dziurke, co sie bydzie działo z tym nejpiekniejszym młodziyńcym na sali. Tata sie dziwali, a óna wlazła do środka. Wszyscy tańczyli. Śmierć se stanęła z boku i jak tyn młodziyniec tańczył kole ni, óna go ciachła takim ciynkim prętkym po spaniu. On sie chycił za głowe, ale tańczył dali. Jak go uderziła po trzeci, przwrócił sie i skónoł. Śmierć wyszła i powiedziała; "teraz możesz jechać". I znikła. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.03.15, 19:59 Duszyczki Szeł pijok z gospody i zabłądził na kierchóf. Była tako ćma, że ani rusz ni móg trefić do furtki. Oblecioł go strach, kiej sie zmiarkowoł kaj je. Uwolnijcie mie, duszyczki, tu stela - zaczół sie żegnać - a jo was jutro zaproszym na obiod. I wyszeł. Na drugi dziyń rano rozmyślo, co sie mu to wczora przidarziło i mówi babie, aby prziniósła wszycki fazole z góry i nawarziła obiod. - Czyś ty zgupiał czy co? - prawi baba - Gdóż to bydzie jod? - Ja, babeczko - mówi chłop - jo wczora wieczór zaprosił wszycki duszyczki z kierchowa na obiod. Baba, wystraszóno, posłała chłopa do farorza, aby sie poradził, co robić. Chłop poszeł. Farorz wyposłóchoł i tak mu radzi: - Idź do dómu, a jo przed południym przidym do ciebie! Jak prziszeł do dómu, kozał rozewrzić stodolne dwiyrze na obie stróny i postawić na postrzodek beczke z wodóm. Wode te poświęcił. Potym z chłopym schowali sie do sómsieka. Jak minyło połednie, stoł sie szum i widzieli przez szpary stodolne, jak przez łąke od kierchowa szły duszyczki zmarłych. Kożdo jak prziszła ku beczce na gumnie, moczała we wodzie palce i oblizowała i zaś szła ku kierchowu. Jak wszycki dusze przeszły, chłop z księdzym wyszli ze sómsieka i podziwali sie do beczki. Ta była próżno i przewrócóno, zaś cało łąka przed stodołóm była wydeptano jak gumno. Żodyn nic nie widzioł jyny tyn ksiądz i tyn gazda, ale gazda, że to babie powiedzioł, umrził do trzech dni. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.03.15, 20:02 Fajennón Hermanice graniczą z jednej stróny z Ustróniym, a z drugij stróny z Bladnicami. Tą granicą bładnicką przed siedymdziesięci rokami chodził jeszcze fajermón. Chodził po granicach chłopskich pól od Równi przez Hennanice do Nierodzimia i Bładnic. Mioł to bye duch jednego wiszaftera (zarządcy), który, jak sprawowoł urząd na majątku hennanickim, rod przyorowoł miedze i pola chłopski, aby jyny powiększać pański majątek. Mój starzik rod se popijoł, czego teraz w rodzinie naszej ni ma. Nieskoro skąsi wracał raz do dómu i jak był na prosto sypanio dworskigo, wziął go strach, aby nie spotkoł sie z fajennónym. A ledwo se to pomyślał, fajennón już był przi nim. Starzikowi włosy stanęły dęba na głowie. Ale zaroz sie zmiarkowoł i puścił go na prawą stróne. I tak szli. Jak starzik sie pośpiechnyl, fajennón też, jak starzik zwolnił, fajermón też. Tak doszli do granicy nierodzimskij, kaj starzik miyszkał. Zostali stoć. Wtedy starzik mu sie przizdrził. Był to wysoki, dymny człowiek, a od ramiynia do góry szły z niego płómiynie i było słyszeć taki głuchy gwizd. Teraz na starzika piznął dziepro wielki strach i jak sie boł, to jak ścigany pies wpod do dómu i z daleka już wołoł; "Puszczej, Zuska!" Od tego czasu już sie warowoł i nocami nie chodził. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.03.15, 20:06 Dziecka z matką, jak to jeszcze i dzisio się spotyko po chałpach, szkubowały wieczorami piyrzi. Nieroz widzieli tego fajermóna, jak do potoczka niedaleko chałupy przichodził (tamtędy szła granica hennanickich pól) i wystowoł tam całymi godzinami. Jak zaś widzieli, że sie pómyko ku chałupie, to wszyscy buch do pierzin. Roz też chodzowała po Nierodzimiu i okolicy pytoczka, co se też rada popijała. A bardzo sie też tego fajermóna boła. Na Zawodzi za Wisłe szło sie przez las. I prawie na tych ławach capnął ją fajermón. Co tu robie? Obyńśe sie go nie do, a przepuśde ją po leku nie przepuści. Zaczyła go pytać na smiłowani, aby ją puścił, a zrobi mu, co bydzie chcioł. Tak ji zadał strasznie moc rozmaitych modlitw, pokut, pielgrzymek, że to nie szło ani spamiętać. Ale óna na wszystko sie zgodziła. I fajermón sie stracił. Tak przeszeł rok. Pytoczka nigdy wieczorami przez Hennanice czy Nierodzim nie chodziła. Aż zaś na nieszczęści przibawiła sie w gospodzie i jak wyszła, nacapił ją fajermón. Jak ją dopod, zaczął syczeć, a potym ją smyczył za sobą aż na wanielicki smyntorz do Wisły, tam ją zbił niemiłosiernie i półnieżywą zostawił. A to za to, że nie spełniła tego, co obiecała. Na drugi dziyń rano jeszcze opowiedziała, co ją spotkało, i zemrziła. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.03.15, 20:10 Mory Urodzi się dziecko ze zębami - to znak, że bedzie morą. Jeśli mu matka do pierś, to bedzie chodziło cyckać ludzi, jeśli klocek drzewa, to bedzie chodziło nocą na drzewa. Mora różni się od innej kobiety tym, że jest zawsze tłusta i czerwona na twarzy i ciele. Mory przychodzą najczęściej na tych ludzi, u których pierzyny bywają na żerdzi jeszcze po zachodzie słońca. Przychodzą na ludzi w czasie snu i wtedy się trudno śpiącemu obronie. Jak odegnać morę? Jedni wbijają nóż do tragarza w powale, drudzy trzymają siekierę pod pierzyną. Najlepszym sposobem jest iść do wychodka i jeść albo gównym zrobić krzyż na progu izby, gdzie się śpi. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.03.15, 20:11 * * * Na Milikowie słyżył jeden pachołek z Gutów. Gaździno dycki rano jodała krew smażoną z tego, co nocą nacyckała z ludzi, ale nigdy nie wraziła do ni noża. Pachołkowi to było dziwne i dzióbnół roz nożym do tej krwie smażonej. W tej chwili gaździno sie przewródła ze stołka na ziym i umrzyła. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.03.15, 20:49 o nocznicach Nocznice, zwane przez uczonych "błędnymi ognikami", były jeszcze niedowno bardzo rozpowszechnione. I niebezpieczne, bo myliły podróżnym ścieżki i drogi i kludziły na bagna i do wody. I przez to były pómocne utopcóm. Czym były nocznice? Podług wierzeń naszych przodków były to duchy nieochrzczonych dzieci. A skąd sie ty dzieci brały? Przed piyrszóm wojną światową i w całym zeszłym stuleciu brakowało w wielu państwach ludzi do pracy. Do tych państw wyjeżdżali robotnicy z tych krajów, gdzie była biyda i nie było roboty, jak na przykład z terenów naszej dzisiejszej Polski, głównie z Galicji. Nie było wtedy trzeba żodnych wiz ani paszportów, jyny dać sie zapisać agyntowi, a on sie już o wszystko, co trzeba, postarał. I wyjyżdżali nasi ludzie do Czech, Austryje, Węgier, Niymiec, Francyje, Belgie, Anglie i do dalekij Ameryki. Ale nie wszyscy wyjyżdżali za zarobkym, ale też zwóli czego innego. Na przykłod jeżeli gdo kogo zamordowoł, aby ujść ręki sprawiedliwości, nejlepi było uciyc do Ameryki. Tam były rozległe teryny i puste, i szukej wiatru w polu! Byli też tacy, co zawrócili głowe jakij dzivwczynie i z tego miało być dziecko, tóż robił dęba, żeby sie nie musiał żynić albo płacić alimyntów. I co tako dziołcha miała począć? Dóma sie na nióm szpetnie dziwali, przezywali, do zwierzęcia przyrownywali, na słóżbe z dzieckym przyjąć nie chcieli, a o żeniaczce to już ani myśleć! Dlatego tako dziywczyna, aby tego uniknóć, pokryjomu dziecko porodziła i udusiła, i pokryjómu kańsi zagrzebała do ziymie, żeby nikt nie widzioł. Ale gdzie miała sie podzioć dusza takigo nieochrzczonego dziecka? Do piekła ni, bo niewinne, do czyśćca też ni, bo nieochrzczóne. I musiała sie błąkąć po ziymi w postaci światełka. I tak samo jak utopców, tak i tych nocznic była cało annia. W Niymcach nazywali ich "wasermónami". Mój wujek Sikora, jak wracoł nocą kiedyś do dómu, to szeł zawsze pośrodkym drogi czy chodnika, a jak uwidzioł to błędne światełko, zaroz zmowioł Ojczenasz za dusze nieochrzczónych dzieci. Tak było kiejsi. Jak nastała sanacyjno Polska, to znów był świat deskami zabity. W każdym państwie z wyjątkym Rosyje było bezroboci. Wyjyżdżać za granice mogli tylko ci, co mieli piniędzy jak lodu. A nocznice dali ludzi smykały. A dziołchy były dali głupi jak przedtym. Taki bezrobotny Fróncek umiał każdej głowe zawrócić; choć już nigdzi nie uciekoł, to i tak ni mioł z czego płacić alimyntów na dziecko. I tak ani zarobić, ani sie iynić. I dziołcha zaś musiała sie jakosi dziecka pozbyć. W czasie ostatnij wojny byłech na robotach w Wilhelshafen. Tam Niymcy sprowadzili moc ukraińskich dziełuch. Były chyba nejpiekniejsze z całej Europy i wszystki zgoła jak jedna. Tylko jedna sie wyróżniała, co miała zadarty nosek. Ale mówili o ni nieszykowne rzeczy, że na Ukrainie pozbyła sie dziecka. Chodziła w ciąży, a potym dziecka nie było. I była podejrzano przez koleżanki. Naroz wybuchła wojna. Niymcy zajęli Ukraine i óna dostała sie na roboty i tak ją kora minęła. Dzisio w naszym kraju żodno i żodyn nic nie ukryje. Trzeba płacić alimynty albo sie żynić. Dlatego dziewczyny dzieci swych nie tracą i nocznice też nie lotają. Zostały jyny w głowach starzyków. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.03.15, 20:51 Podciepy Jedna baba miała w kolybce nieochrzczóne jeszcze dziecko. Poszła doić krowe. Jak wróciła, dziecko leżało w kącie pod ławą, a na gnojowisku zaszczekoł czorny pies i znik. Od tego czasu dziecko sie ganc przeinaczyło: całymi dniami i nocami wrzeszczało, chciało jyny jeść i pić a nic niy rosło Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.03.15, 20:53 We Wędryni plakował też taki podciep. Roz szeł jedyn gazda i pyto sie: - Cóż chcesz, że tak wrzeszczysz? - Chrzcielniczki! - prosi dziecko Gazda nad nim porzykoł i ochrzcił słowami: - Chrzczę de w imię Ojca, Syna i Ducha świętego"! Potem depnął sznuptychlą o ziym i dziecko przestało krzyczeć i przemieniło sie na dobre. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.03.15, 20:54 Dziywka z Toszonowic służyła we folwarku na Gudowach (część Krasnej) i też miała podciepa. Roz stodolny kichnął, a tyn poddep mu odpowiedzioł. - Pozdrów Pón Bóg! Stodolny, zły, gichnął dziecko po gębie. I od tego czasu ozdrowiało. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.03.15, 20:57 Utopcy Downij, choć bezpiecznij było na drogach, to niebezpiecznie było kole wody. Potoki, rzyki, stawy, jeziora zamiyszkiwali utopcy-wodnicy. Kim byli ci utopcy? To były duchy wodne. Ich zawodem było myśleć i czyhać, kogo tylko zwabić do wody i utopić. Ty duchy wodne dzieliły sie na podziymne (kopalniane) i lądowo-wodne. U nas w Polsce były ich całe armie, kilkadziesiąt tysięcy. Skąd sie tego tela namnożyło? Podle wierzyń naszych przodków kogo utopiec utopił, tego dusza zaroz stała sie utopcem i tak liczba ich stale rosła. Po czym sie ich poznawało? Utopiec w postaci małego chłopka miał zawsze nogawice mokrą, a kaj siad, zawsze zostawił po sobie kałuże wody. Dzieciom pokazowaly sie utopce jako dzieci i wołały ich do zabawy. Były w czerwóne szateczki ubrane albo miały przynajmniej czyrwóną czopeczke. Każdy taki utopiec miał swój wyznaczóny rejon nad potokym, rzykóm czy stawym. Niebezpiecznie było iść tam samymu, a najniebezpiecznij w samo połednie, kiedy utopce obiadwaly, albo nocóm. Utopcy pilnowali też piniędzy w nikierych plosach. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 01.07.19, 12:45 Zmarły miał odciętą głowę, jego czaszka leżała pomiędzy kośćmi nóg. W taki sposób grzebano niegdyś ludzi uznanych za wampiry. Wampir z Gliwic? Zanosiło się na sensację. Z dnia na dzień odkrywano kolejne szkielety z odciętymi głowami. Wówczas stało się jasne, że to nie izolowane groby, lecz całe cmentarzysko. Ostatecznie w 44 grobach stwierdzono 17 takich pochówków. Archeolodzy byli początkowo ostrożni w klasyfikowaniu ich jako „groby wampirów". Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 06.10.19, 23:50 O trzech braciach Był tez jeden świec (szewc), miał trzech synów; dwóch było mądrych a trzeci był głupi. I ón musiał każdy dzień po drwa do 22 K O I.BIflRG-U DZIELĄ 1160] boru chodzić. I jak tego drzewa przyniós, tak porzucił i na piec wiaz i na tym piecu siedział. I dostał se ty z wiadomość od króla, izeby ten sołtys oznamił w ty wsi. coby się poschodzili bogaci i ubodzy, i zeby do miasta se ześli w tym a w tym miesiącu, ize ten krói wywiesi tam chustę i miano jego pryncessy (królewnej), a chto tę chustkę poradzi złapić, to go ta pryncessa wziąśó musi. Tak ten świec się (r)ozchorował i umar(ł) i ci dwaj bracia tak buty syli, jak przedtem z ojcem syli, i ten głupi tak chodził na drwa, jak przy ojcu chodził. Niz ten ojciec umar, powiedział im przed śmiercią: Moi synowie będziecie mnie kazden jedną noc stróżować na grobie na śmętarzu. I jak go pochowali, tak ten naj- starsy syn musiał iść naprzód. I o dwunasty godzinie w nocy wzion się grób otwirać. I ón się bał i do dom uciek(ł) i w domu nic nie powiedział. I przysło na drugą noc, tak musiał juz drugi iść i tak 0 dwunasty godzinie znów się grób otwira i ón się ulęk(ł) i uciek(ł) 1 nie powiedział nic w domu, jaki strach był. I na tę trzecią noc musiał iść- ten głupi potem. I jak zased, siad se na grobie i sie dział. I o dwunastej godzinie wzion się grób otwirać zaś. I ón się umknąn na bok, i stał i dziwał się, co z tego będzie. I wyłaz koń cały carny z tego grobu i osiodłany był i zakiełznany w uzdę. I na tym siodle oblec (suknie) była dla tego głupiego. I ten koń mu powiadał: Suchaj! przewlec te swoje oblecenie a oblec te moje eoch, ci przywióz na siodle. I ón oblek i bardzo pićkny princ był. I ten koń: Siadaj terazki na mnie. On na niego wsiad i objechał trzy razy ten kościół do koła i stanąn przy tym grobie i kauzał mu śleźc. I jak ślaz tak powiada koń: Syjm (zdejm) huzdę (uzdę) z głowy, a schowaj ją se dobrze. On huzdę sjon (zdjął) i sewlek się i na niego (siodło) pokład i koń posed nazad do grobu. I 011 posed do boru i przyniós wiązkę drzewa i położył pod ścianą i wlaz do izby na piec i siedział na piecu a nic nie mówił. A ci jego bracia się pytali: Coś ty głupcu tam widział? — A ón im na to nic nie odpowiedział. I jak przysła noc on zaś posed na ten smętarz, ten głupi i o dwunastej godzinie wyłaz znowu koń, ale taki strzeniasty (po- siwawy). a jesce na nim było piękniejse oblecenie, jak na tym pirsym. I ten koń mu powiadał: Sewlec swoje oblecenie, a weź te, co ja ci przywióz, i w(ł)óz huzdę na głowę moję i siednij na mnie. I jak wsiad. objechał trzy razy kościół do koła i stanąn nad gro- bym i ón ślaz i kauzał mu się sewlec, a swoje oblecenie oblec. I tak zaś na siodło pokład i huzdę z głowy jego zdjon. I ten koń zaś do grobu wlaz. I on posed do boru i przyniós związkę drzewa i cisnąn pod ścianę, i przysed do izby i wlaz na piec. I trzeci raz zaś posed na ten cmentarz. Ino wyłaz bieluśki koń i zaś oblecenie, jak przedtem było. Jak się oblek był jesce piękniejszy i trzy razy kościół objechał i posed za pieTen król dał wiadomość do sołtysów po kraju, zeby się zjezdzali. I ci synowie dwa pośli na dziwy (dziwowisko) do tego miasta. A ten głupi wzion swoją huzdę, brząknąn nią nad grobym i koń corny wyłaz. I oblek się bardzo pieknie i pojechał do tego miasta, ale na samym pośladku (ostatku). Juz wsyscy panice byli odskakali, a ón dopiero jedzie. — Ale żaden nie miał takiego konia pieknego, ani był tak piękny, jak ón. I ten koń mu powiadał: Jak przyjedziemy. tak ja obejdę trzy razy do koła i skocę do góry, daj pozór, izebyś niespad, i ty tej chusty byś dopad, ale ij jesce nie łapaj. I on wjechał w miasto i jak jechał po ulicy, to az jasność od niego się zrobiła. I przyjechał. Król w oknie leżał i panice — i dziwowali—i ón się ino po kłonił i pojechał. Król: Jak przyjedzies jutro, to ty mnie nie ucie- ces. nie ujedzies. I ci dwa bracia mądrzy powiadali swoi matce w domu. Wyłaz na drugi dzień ten strzeniaty koń—i (jak poprzednio). Trzeci raz wyłaz bardzo bialuśki koń i złote siodło na nim i złote strzemiona - a oblecenie jesce piekniejse, I koń: Jak sie- dnies na mnie. to się trzymaj, co nie spadnies. bo wsystkie bramy pozamykają i stróze na cię bydą, bo chustkę złapies. I jak jechał, tak ino się iskrzyło. I tak objechał trzy razy i koń skocył, on jak chmajchnął (machnął) ręką, chustkę złapał i za kosulę ją se schował. I król i ona kłaniają się i prosą go na gościnę, ale ón się pokłonił i po jechał fort. Król: Nieprzejedziesz, bo bramy pozamykane i stróze za nią. A koń: Trzymaj się dobrze, bo my i przez bramę prze- skocemy. I rozegnał się i przeskocył. Przyjechał nazad na smętarz i koń: Przewlec się teraz i oblec się w swoje. I on chciał huzdę ś niego zdjąć, a koń mu niedał; ino mu dał miec a powiedział: Utnij mi teraz g(ł)owę. I ten głu piec niby powiada do konia, że mu go żal i że taki piękny. A koń: Jak mnie ty głowy nie utnies. to ja ci utnę. I ón wzion miec, ten gupiec i ucion temu koniowi głowę. Jak mu ją ucion, tak się ten koń stracił (znikł), ino się biała gołębica zrobiła, i ta gołębica po wiada: Wies co ja jest? — A ón: Toć by eh ja rad wiedział coś ty jest, kiedy ty gadać poradzis?— A gołębica: Ja jest ociec twój, a panie Boże ci zapłać za to, coś mię wybawił i ty terazki zosta- nies królem. I ta gołębica podziękowała, mu drugi raz za waystko: Bo ja terazki pójdę do Boga!—I wyleciała w górę ku niebu, a ón posed uazaud dó dóm. I ón zaś wzion swój postronek, swój sukma- nek oblókł i posed na drzewo, i nazbierał chrustu i kijów, przysed do dom, porzucił pod ścianę i na piec wlaz i siedzi. I przęsło para dni a ón się z tą chustką nie znajduje do tego króla. Przęsło i para tygodni. Ten król dał (r)ozpisać po swoij ziemi, zeby się ten znaj dował. który te chustkę odebrał od tej princessy, coby się znaj24 KOLBERG- UDZIELA [ 162 ] do wał ś nią razem przyjść. I ón się dowiedział, ze ten król rozka zał, ale ón nie posed ś nią. I ten król drugi raz pisał po swoji ziemi i po insych ziemiach, zeby się schodzili, i powiedział: Niech będzie z jakiego stanu, cy prostego, cy ślacheckiego. aby się sta wił. I ón znów nie posed ś nią, z tą chustką. Trzeci raz. I ten król potem nakazał księdzom, aby pościli, do Boga się modlili, i we wsystkieh bramach dal lampy porobić i stróżów postawić, ze jak ten c(ł)owiek pójdzie i wlezie pod tę bramę z tą chustką, to się wsystkie lampy mają (r)ozświecić (tak jak od Boga było), a ci stróżowie mają go do króla przywieść, tego cło wieka, który z tą chustką pójdzie. I ón oblek potargane portki, boso, sukmanek zły, i tę chustkę wraził za kosulę, zanadry, i posed do miasta. Jak wlaz pod bramę, tak się wsystkie bramy wraz (r)ozświeciły i ci stróżowie go razem złapali i do króla go zaprowadzili. Jak go przyprowadzili, taki roztargany, a tu król powiada do niego: A mas ty chustkę tej princessy?— A ón odpowiedział: A mam. — Król: A coś ty jest za jeden? — A on odpowiedział: A ja jest syn ubo giego siewca (szewca). Król posed i przyprowadził swoję córkę do niego: Na, moja córko, to jest ten twój princ, ty go teraz musis wziąć. A óna: Nie chcę go, abym (choćbym) miała zginąć ze światu. A ojciec: Musis. I tak, onego przewlec, do kąpieli wody nagrzać i kąpać go, głowę pięknie ostrzydz. I oblekli go potem w prynckie buciory i był ślicny princ ś niego. Tak potem: Iść do księdza, do kościoła i ślub wziąć. I po ślubie wesele stroili. Król potem mu oddał swoje królestwo i pozostał królem. — A ten ojciec, ten starv. był tak przy nich. I ci jego bracia dwa mądrzy, powiedzieli swoij matce: My bych tóż byli radzi iść do miasta, tego nowego króla zobacyć. I matka im dozwoliła iść. I oni jak pośli do tego miasta, i zaśli przed tę kamienicę królewską i biegają i gadają sobie: Kie- by my też mogli jako tego nowego króla zobacyć. A on lezy w oknie w swoim pałacu i przygląda im się i powiada: A coście wy są za jedni, cego potrzebujecie? A oni mu odpowiedzieli: My są ze wsi. ubogiego sewca synowie dwa. On się ich zapytał: A mieliście tez jesce więcej bratów? — A oni: A mieliśmy jesce jednego brata, ale g Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 07.10.19, 00:28 O mądrej dziewce Byli w jedny wsi dwa gospodarze. Jeden był bardzo bogaty a drugi bardzo ubogi. A byli oba ko(u)mowie. Tak ten bogatv sial tego ubogiego grunt juz kiełka lat. I tak go drudzy ludzie ze wsi namawiali tego ubogiego, coby temu bogatemu ten jego grunt swój odebrał nazad, co go wypuścił temu bogatemu, i coby innym lu dziom we wsi go najon (w}majął, wydzierżawił), co mu lepsćj zapłacą, jak ten bogaty. On mu go chciał odebrać, a on (bogaty) nie chciał mu go oddać i powiedział: Ja go juz sieję kiełka lat, tak juz grunt teraz jes(t) mój, kumie. I tak pośli do sądu. A ten sąd ich (r)ozsądzić nimóg, bo nie wiedział, cyj grunt, a ubogi po wiedział to mój grunt, a ja go najoł temu bogatemu. I ten sądca (sędzia) powiedział: Przyńdziecie tu nazajutrz do mnie i ja wam zadam jednę gadkę, cy zagadkę, przypowiastkę, a który mi zgadnie, to jego grunt będzie. I on im zadał taką gadkę: Co jes(t) naj- wartse (najprędse) na świecie i co najtuściejse (tłuścięjse) i naj- słodse? — Tak ten bogaty się (r)ozśmiał, a ten ubogi się (r)ozpłakał. I ten bogaty przyjechał do dom, powiada swoji żonie: Ja mam ta kiego wieprza, co juz najtuściejsy na świecie, i mam takiego wartkiego źdrzebca (źrebię), co juz niema warciejsego na świecie, i mam parę becek miodu, co juz nima słodsego na świecie, i ja to weznę i zawiezę temu sądcowi, i źdrzebca i wieprza. I tak sądca to odbierze, i grunt mój zostanie, abo będzie; a ten ubogi kum nic mu nie da, bo nic nie miał, tak mu grunt przepadnie. Ubogi kum się tern bardzo martwił, a miał dziewcynę (córkę) osiemnaście lat starą; óna pyta go się: Ojce, o co się tak martwicie? — A on: Córko, kiedy mi grunt mój przepadnie juz; a sądca nam zadał gadkę, a ja nie wiem. co mu odpowiedzieć, a zaś bogaty ma tustegO' wieprza, wartkiego źdrzebca i słodki miód, i on zawiezie sądcema a mnie grunt przepadnie. Córka mu powiada: Nie martwijcie się,, mój ojce, bo to nic nie znacy, choć on mu to zawiezie, bo ja wam powiem, co jes(t) najwarciejse, najtuściejse i najsłodse na świecie. A ojciec: Moja córko, cózbyś ty wiedziała; ty nic nie wies, bo ty do szkoły nie chodzis, ani z izby daleko nie wyńdzies. A ona mu. powiedziała: Ojce, jak się dostawicie do sądu, tak tćmu sądcowi powiedzcie tak, ize najwarciejse są na świecie myśli, bo jak sobie c(ł)owiek zamyśli, to juz kiela tysięcy mil te myśli zalecą; a CO' jes(t) najsłodse na świecie? To jest śpik (spanie), bo każde jedzenie i picie przy nim gorzkie, a c(ł)owiek nie będzie jad, ino będzie spał; a najtuściejse na świecie jes(t) ziemia, bo nas wsystkich ludzi na świecie żywi. Tak wy powiedzcie temu sądcowi tę gadkę, to' was grunt będzie. Ten bogaty wzion tego zdrzebca, zaprowadtemu sądcowi i wieprza i para becek miodu, a ten ubogi kum nic. bo ni miał nic. I powiada: Przyprowadziłech panu sądcowi zdrzebca najwartsego. — A sądca: A dobrze, zaprowadźcie go do moji stajnie. I przywiózech najtuściejsego wieprza. — A sądca: A dobrze, zapro wadźcie go do mego chlewa. A przywiózech parę becek miodu. — A sądca: A dobrze, wstawcie do moji piwnicy. I sądca powiedział bogatemu: Dobrze, twój grunt jes(t)! — I potem spytał się ten sądca tego ubogiego: Powiedz ty terazki swoją gadkę. I ubogi kum po wiedział sądcemu, ize najwarciejse na świecie są myśli, a naj- tuściejsa ziemia, bo wsystkich żywi, a najsłodse spanie. A sądca mu odpowiedział: Prawie! twój grunt jes(t)!— I ten sądca go się spytał tego ubogiego, ckto go tej gadki naueył?— A ón odpowie dział: A moja córka. A sądca: Wiela ta córka ma lat? A ubogi odpowiedział: Osiemnaście lat ma. Ten sądca mówi: A to mi ją tutaj przyprowadź do mnie, iz ona taka mądra jes(t). A ubogi: Ja koż ja mam przyprowadzić, kiedy ona bez odzienia jes(t), nagata. i óna na dwór nie wyńdzie ino za piecem siedzi. I ten sądca po wiedział: Niech sobie siednie na wóz do słómy, to ji żaden nie uzdrzy, a ty ją tu do mnie przywieź. On córkę wzion, włożył do słomy, i temu sądcemu ją zawióz i posed do jego kamienice po wiedzieć mu, ze jego córka juz na wozie przywieziona jes(t). I sądca odpowiedział: A dobrze jes(t), idź a przywiedź mi ją tu do kance- laryje. A jakoż ja mom przywieźdź, kiedy óna bez odzienia. A sądca mu dał swój płasc i powiedział: Idź, tym płascem ją odziej, a przy wiedź. I ón posed i odział i przywiód córkę. A sądca ji się pytał. Zkąd ty to wićs, taką gadkę? — A ona mu na to odpowiedziała: Panie sądca, sama ze siebie! — A on: Kiedy tyś taka mądra, to ty moją panią będzies. Posed do sklepu, nakupił oblecenia, i dziewcynę odział i tego ubogiego ojca prosił, coby mu ją dał za żonę. I ubogi się z tego ciesył, i tak wesele zrobili. Po tem weselu sądca iej po wiedział: Moja żono: tyś jes(t) mądrzejsa, jak ja, ale mi się musis zaprzysiądź, ze mi w sądach przeskadzać nie będzies. I ona mu przyobiecała, ze mu się do sądu nie będzie wtykać. Tak ten ubogi ojciec dostał ten swój grunt nazad. I był w jednym tygodniu targ w tym mieście. I zajechał ch(ł)op na targ z kobyłą, i z małym źdrzebackiem. a drugi eh(ł)op zajechał z koniem — i ten źdrzebacek zased do tego konia, i ten ch(ł)op, co miał tego konia powiedział, ze to jego źdrzybak jes(t), bo mie się mój koń oźdrzebił. A ten drugi, co miał kobyłę, po wiada: Nie można, coby koń zdrzybaka móg mieć. I tak zaśli do sądu. I ten, co mu odebrał tego źdrzybaka, to temu sądcemu parę talarów dał, i on źdrzybaka wzion i przysądził mu, ze to źdrzybak jego, ize się koń oźdrzebił; a ten wzion źdrzybaka i pojechał do domu. A ten drugi, co był z kobyłą, bardzo się o swego źdrzybaka martwił. Ujźdrzała go ta pani sądcego oknem i pyta g[197] GÓHNY SZ LASK 59 się on tak martwi? — A on ji odpowiedział: Jakoż nie martwić się, kiedy mi się kobyla oźdrzebiła, i źdrzebie zasło do drugiego, co miał konia, i ten mi tego źdrzybaka odebrał, i ja go skarżył w sądzie, a sąd mu go przydał, bo on zapłacił parę talarów w są dzie. A ona mu odpowiedziała: Mój kochany gospodarzu, jeżeli mnie nie wyzdradzis, to ja ci doradzę jak mas robić, co swego źdrzybaka nazad dostanies. A 011: Wielmożna pani, nie wyzdradzę, Ona : Przyńdź nazajutrz raniuśko wcas do mego sadu i przynieś ze sobą sieć i łapaj tą siecią po ulicach ryby; jak mój panie (w)stanie, i zobacy cię oknem to cię zawoła i spyta ci się : Co ty tam robis? A ty mu odpowiedz, ize ryby łapas. On nazajutrz przy- sed ze sicią i zaciąga po ulicy i łapie ryby — i sędzia (w)stał, zo- bacył go i pyta, go się: Co ch(ł)opie robis? On: Panie sądca ryby łapię. A sądca : Głupi ch(ł)opie, jakobyś ty na ulicy ryby móg ła pać ! Ryby ni mogą być na ulicy w piasku, ino we wodzie. A on mu odpowiedział: Tak dobrze ryby mogą być na ulicy, jak koń źdrzybca ulądz może, bo koń nimoze. ino kobyła. I sądca go za wołał do swojej kancelarye i pyta się : elito go tego naucył. A on: Naucyła. mnie pani sądcowa. I ón mu dał list do tego ch(ł)opa, co mu to źdrzebie odebrał, zeby zaraz to źdrzebie oddał. I on ch(ł)op musiał mu oddać. I sądca swojej żony zawołał do kancelaryje a po wiedział: Zono, widzis mówilech ci, ażebyś mi w sądach nie prze- skadzała, bo ja se móg zarobić parę talarów, a bez cię nimogę. boś ty jes(t) mądrzęjsa. jak ja i ty sprawiedliwiej gadas ; tak ty seblec (zewlecz) swoje oblecenie, coch ci sprawił, a idź do swego ojca do dom; potrzebować cię nie mogę, bo mi w sądach przeska- dzas. Ona mu odpowiedziała : Mój kochany mężu. kiedyć juz tak to juz pójdę; ale na tym ostatku, to się jesce dobrze napijmy wódki. Dała przynieść parę kwart wódki i pili oboje na tę roze- staną. A ino go prosiła, coby pił jak najwięcy. I on tak pił, az się bardzo opił, a z ostał leżeć. I óna kazała zaprządz kónie i ónego na wóz \v(ł)ozyć i do swojego ojca pojechała ś nim. Jak do ojca przy jechali, tak go do oborv między krowy s(ł)ozye kaza(u)ła. I on jak się przespał, tak ocucił i powiada se: (G)dzie-ch ja tez to jes,t), taki tu smród i ciemno! — S(ł)ysy bydło łańcuchami scerkać przy zdlobach (żłobach) i jego żona zejdzie krowy doić a on w gnoju lezy. I wstydził się na nią zawołać, ize taki pan w gnoju leży. Ale óna posła do niego i powiada: Mój panie, cóz ty tu r Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.10.19, 21:36 Gdy wszystkie wydał rozkazy do drogi,Gdy mógł wypocząć przed trudami boju: Starcowi stanął na myśli skarb drogi,Jedyne szczęście wśród cierpień i znoju.Ten śpiew, co nakształt anielskiego pienia W cichych akordach dolatywał z góry, Słodszy niż harfy eolskiój westchnienia,To głos jedynój Stanisława córy.I tak ja k oracz , gdy nagle usłyszy Srebrny głos dzwonu wiejskiego kościoła, Porzuca pracę i w wieczornej ciszy Cicho spoczywać powraca do sioła —Tak na głos świeży piosenki dziewczęcćj,W znużonćj głowie cały myśli wątek Schronił się w serca najczulszy zakątek,B y tam odpocząć lżćj, milej, goręcćj.Łza błysła w gniewnćj przed chwilą źrenicy, I biedny ojciec pospieszył w te strony K ędy płynące, harmonijne tony, Obecność młodćj zdradzały dziewicy Gdy się ukazał, zamilkło śpiewanie,Harfa się z białćj wysunęła ręki,Lecz milszy stokroć, niżli harfy wdzięki, Zabrzmiał wesoły okrzyk powitania;Dwie rączki ojca objęły ramiona,Oczy ku niemu wzniosły się figlarne,Lecz starzec gładząc śliczne włosy czarne, Z westchnieniem córkę przycisnął do łona. „Cóż ci to ojcze? — dziewczyna zapyta — Na twą Nawojkę coś smutno spoglądasz? Czy cię co martwi? może czego żądasz? W iesz, że najbardzićj pali rana skryta,A jeśli powiesz — to może też zdoła Moja pociecha usunąć, co b o li;Pamiętasz, nieraz czułością powoli Spędziłam smutek z pochmurnego czoła!" „Oj nie pociechy moje biedne dziecię!Mnie trzeba siły i odwagi z nieba,Bo nas jest dwoje samotnych na świecie I jeszcze ciebie opuścić mi trzeba!Opuścić samą i to w taką chwilę!Gdy wróg zacięty grasuje dokoła 92Gdy niebezpieczeństw otacza cię tyle,Ja muszę jechać — Ojczyzna mnie woła ! Nawojka słucha, pobladło jćj lice,Zda się, źe nagle jćj postać się wzniosła, Eoztwarte oko rzuca błyskawice,Z młodćj dzieweczki niewiasta w yrosła!„Ojcze — odrzekła — idź, gdzie Bóg iść każe! Bez jego woli z głowy włos nie zginie:Ja tu zostanę i męztwem okażę,Iż w moich żyłach krew Hetmanów płynie.Dla mnieżby jednćj miał cierpieć kraj cały? W ojska bez wodza i Król bez obrony?B y na mój głowie łzy matek ciężały? ...Ojcze — idż bronić kraju i korony! Umilkła. — Kycerz z głębokiem wzruszeniem, Jakby starego towarzysza broni,Zaszczycił córkę szczerćm uściśnieniem Swćj dzielnćj, kraju poświęconćj dłoni.Lecz modre oczy, tak mężne przed chwilą,Już się zalały wrzącym łez potokiem;A drżące usta napróżno się silą Na słaby uśmiech. — Przyspieszonym krokiem Dąży dó okna — tam wietrzyk zachodu Wonną i letnią owionął ją fal Ona nie była z tych, które się żalą Gwiazdom lub słońcu; ją ojciec za młodu Uczył odwagi szukać w niebie — wyżćj Nad wszystkie gwiazdy i nad wszystkie słońca, Gdzie wieczny spokój i siła bez końca.Tam więc westchnęła, i znów uśmiech świeży Zabłysł na ustach, jak tęcza na niebie,I łzy osuszył. — Mową i skinieniem Biednego ojca przy ciągła do siebie,Już się z nim zwykłćm podziela siedzeniem I białą rączką gładzi włos srebrzony,Smutnego plącze w długi tok rozmowy,Ciesząc i tuląc, aż zegar zamkowy Ogłosił północ głębokimi tony Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.10.19, 21:48 Żyje na świecie jakiś duch skrzydlaty,Co smutne wieści dokoła roznosi,Z zamku do zamku i z chaty do chaty,Jak dzwon umarłych płacz i żałość głosi. Nigdy tak dobra nowina nie spieszy:Może to wskutek Bożego zrządzenia Człek wcześnie płacze i późno się cieszy,I wprzód nim szczęścia — wygląda cierpienia.I tak wieść czarna do obozu bieży —Przez puste pola i dymiące sioła,Nim dojdzie celu, okrąża dokoła,Obiega liczne szeregi rycerzy I w ślad zostawia żal i przerażenie.Kędy wódz przejdzie, ustają rozmowy, Smutnieją twarze, i ukłon wojskowy Poprzedza długie litości spojrzenie I on. nareszcie dosłyszał.... Nie wierzy,On ni« chce wierzyć! przecież strach go ima,I jak m goryczce stają przed oczym a:Bunt jeńców, mordy, i włos mu się je ż y !.. „Dziecię me, dziecię!" — woła bezprzytomny I każe siodłać najlepszego konia,I z garstką ludzi pędzi wcwał przez błonia; Wcwał kawał drogi przebyli ogromny,A ż zajechali przed zamkowe wrota.Tam wiatr z dziedzińca rudawy kurz miota, Pusto... przed bramą nie widać już straży, Przez most spuszczony każdy przejść się waży, Lecz nikt nie przejdzie — chyba pies zbłąkany, Co głodny wyjąc obgryzuje kości.A kruki krążą ponad zamku ściany I patrzą w okna... o ! tych czarnych gości Okropna tutaj przyciąga biesiada!Pan Wojewoda milcząc, z konia zsiada I w zamek idzie, straszliwie spokojny;Z brwią pomarszczoną i ściętemi usty,W nadziemską siłę i powagę zbrojny Stąpa. Krok jego budzi odgłos pusty,A ściany odgłos powtarzają echem.Starzec krok zwalnia, wstrzymuje co chwila, 124Nad każdym trupem uważnie się schyla Z sercem bijąeem , stłumionym oddechem,I pilnie szuka pomiędzy zmarłymi,Czyli nie znajdzie może między nimiSwego dziecięcia__I tak przez komnatyI przez krużganki powoli przechodzi... Każdy krok w sercu większą boleść rodzi; Nie spojrzy nawet na ów sprzęt bogaty, Który przed laty dla małżonki młodej Sprowadził, huczne wyprawiając gody,A który teraz leży potrzaskany I w brudnym pyle wala się bez ładu.Na ścianach wiszą złociste łachmany...Lecz w tym nieładzie najmniejszego śladu Nawojki niem a!... Gdzież ona? gdzież ona?! Może w tćj chwili przez stepy kozacze Na dzikim koniu uwieziona płacze I z dzikich objęć rwie się zrozpaczona?... Na tę myśl starzec zżyma się, przeklina Jeńców i siebie, i włos targa siwy I dalćj smutną wędrówkę zaczyna__Nagle znów staje... spostrzega, o dziwy! Postać niewieścią biegnącą ku sobie... Trwożny jak gdyby w obliczn widziadła, Drży i wyciąga ku niej ręce o b ie,—Lecz wnet dłoń każda po boku opadła. Nadzieja ledwie zabłysła i znikła,A jakże długiem jest rozczarowanie ...Zda się, że dusza do cierpień przywykła; Lecz niech najmniejsza nadzieja powstanie, Już chciwa mdłego promyka się czepia I na niem szczęścia ogromy ulepia!...Tak biedny ojciec przez chwilę złudzony,W postaci, która do nóg mu się tuli,Poznaje bladą twarzyczkę Annuli.Lecz jakże wyraz tćj twarzy zmieniony!Na ustach zamiast dziecinnój radości,Dzisiaj zwątpienie i dziki strach go ści,I obłąkanie z jćj oczu się śm ieje...Biedna dziewczyna chce mówić — nie może. Sili się cała i jak listek chwieje,Wreszcie się łzami zalała. — O, Boże! Otwiera usta! Starzec drży i słucha Jakby przed sędzią, bez ruchu, bez skargi, Jakiż nań wyrok wydadzą te wargi,Czyli z nich rozpacz wyjdzie, czy otucha?...Dziewczę niepokój w niemej czyta twarzy,I sił dobywszy z zapewnieniem spieszy,Iż kiedy zamek złupiwszy Tatarzy,Ruszyli w drogę — wpośrodku ich rzeszy Pani nie było__Próżno Hassan starySzukając, przebiegł cały gmach szeroki, Tylko Selima znalazł zimne zwłoki,I wyszedł Chrześcian przeklinając czary. Ciało młodzieńca zawinął pobożnie,Przed się na konin ułożył ostrożnie,Dał znak i cała wyzwoleńców tłuszcza Milcząc się wali; sam Hassan na przedzie Z drogim ciężarem dziedzińce opuszcza,I na wschód ręką wskazując, rej wiedzie! Może wiatr chłodny, co od stepu wionie, Koznieci iskrę życia w martwćm łonie I zwróci w wieczność wzlatującą duszę! Któż wić? któż wielkie zbadał tajemnice, Któż straszne zgonu badając katusze, Rozpoznał życia i śmierci granice?...Zamek pozostał głuchy, spustoszony,Przez liczne okna i bramy strzaskane W iejący zimno, jak grób odwalony,W iejący smutek, jak serce złamane__W tedy dopiero Annula nieśmiała Waży się ciche opuścić schronienie,Gdzie ją zbawiło może zapomnienie,Może i litość__Sama pozostałaŻyjąca jedna wśród zmarłych tak wielu!I odtąd błądzi bez myśli, bez celu, Lecz nie śmie zamku opuścić, bo w ciszy,Gdy już umilkły konających jęk i,Ona co chwilę najwyraźniej słyszy Głos ukochany, głos swojej panienki!Lecz głos tak słaby, żałosny, stłumiony,Iż echo ledwie w czułćm sercu budzi.Annula słucha, czy jćj sen nie łu d zi...Słucha — i nie w ić, z której płynie strony Ów ton rozpaczy. Słucha, słucha jeszcze,Zda się, że głos ten leci z niebios szczytu; Lecz n ie... spokojnie, cieho wśród błękitu,I tylko ptaki krakają złowieszcze__Tutaj dziewczynie płacz przerywa mowę.Starzec się zatrząsł, na pierś spuszcza głowę I w zadumaniu stoi długą chwilę.Snać, że myśl nowa wszczyna się, rozszerza, Kształci się w łonie, walezy, rośnie w sile, Wreszcie zwycięża i światłem uderza:„Tam w górę za mną!“ — głosem woła dzikim I pierwszy biegnie z szybkością młodziana.Tam jest kryjówka jemu tjdko znana;On tajemnicy nie zdradził przed nikim ,A przecież, przecież — któż w ić, o mój Boże Do tej kryjówki drzwi niema widomych,I plam ka, którą ledwie dojrzeć może W zrok dobrze wprawny, porusza kryjomych, Cichych podwoi misterną sprężynę.Dość lekko dotknąć, już ściana roztwiera Na krótką chwilę swoje łono sine I milcząc, skarby rzucone pożera. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 04.12.19, 15:24 HUBERTUS Hubertus - to jeden ze starszych obiektów w mieście, choć, tak naprawdę, nie wiadomo kiedy dokładnie powstał. W Encyklopedii Dąbrowy Górniczej można jedynie przeczytać, że budynek powstał z inicjatywy Spółki Francusko-Włoskiej - właścicieli kopalni Paryż i pełnił funkcje mieszkaniowe dla pracowników zakładu. Podczas pobytu w Dąbrowie Górniczej przebywać miała w nim podobno Maria Konopnicka. Później Hubertus stanowił własność prywatną. W czasie przebudowy miasta w latach 70. miał zostać wyburzony, ostatecznie jednak urządzono w nim restaurację. Dziś obiekt jest zamknięty, chociaż z zewnątrz prezentuje się nie najgorzej. Obraz ten niszczą krzaki i kilkumetrowe już samosiejki drzew, które rozpanoszyły się wokół zajazdu. Mieszkańcy pobliskiego osiedla uważają, że Hubertus stoi w złym miejscu. - To dziwne, że taki obiekt stoi pusty. On chyba po prostu przeszkadza - uważają. Dlaczego w Hubertusie nic się nie dzieje? - To albo ekonomia, albo... duchy - uważają mieszkańcy. Jak dodają, swego czasu mówiło się, że w środku budynku... straszy. Mieszkańcy mówili o białej postaci, którą podobno można zaobserwować w jego oknach. Cechą charakterystyczną rzekomej zjawy jest to, że zawsze pojawia się późną wiosną i latem, tuż przed wschodem słońca. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 08.12.19, 18:27 Okoto połowy XVI w, zamieszkiwało dwóch młodzieńców w Ferrarze — kwitła ona podówczas pod panowaniem swych wspaniałych i szlachetnych książąt dwóch młodzieńców, noszących imiona: Fabjusza i Mucjusza.Rówieśnicy a blizcy krewni nie rozłączali się prawie na chwilę i łączył ich węzeł serdecznej przyjaźni. Obaj pochodzili ze starożytnych rodów, obaj byli zamożni, obaj te same posiadali upodobania artystyczne. Mucjusz z zapałem poświęcał się muzyce, z a śFabjusz malarstwu. A byli tak piękni, wykwintni i wykształceni, iż chlubiła^się niemi Ferrara, niby najprzedniejszą swoją ozdobą... jeno zewnętrznie nie zachodziło pomiędzy przyjaciółmi podobieństwo — gdy nieco wyższy wzrostem Fabjusz cerę miał bladą, włosy złociste, zaś w oczach jego przeglądał się lazur morza — Mucjusz odwrotnietwarz śniadą, krucze włosy i niby rozżarzony wę* giel oczy, których prawie nie rozświetlał nigdy błysk wesoły, ani jego oblicza nie krasił uśmiech pogodny, będący nieodłącznym towarzyszem twarzy Fabjusza. W rozmowie również był bardziej milczącym — obaj jednak przyjaciele podobali się paniom, gdyż słusznie uchodzić mogli za wzór rycerskości i szlachetnego postępowaniaW tym czasie mieszkała w Ferrarze dziewica imieniem Welerja. Była to piękność skończona, jedna z najpiękniejszych panien w mieście i wielu słało za nią rozmarzone spojrzenia, mimo, iż żyła w wielkiem odosobnieniu, nie odwiedzając zebrań liczniejszych, a cały czas, poza codzienną modlitwą w kościele, przepędzała z matką, niezamożną wdową, która prócz córki nie posiadała innej rodziny. Niektórzy, co prawda, twierdzili, że zbyt nieśmiałą i bojaźliwą jest panną, że trudno z niej wydostać słówko weselsze i niewiadomo nawet czy przyjemny ma głos, bo z nikim wdawać się nie chce w rozmowę. Inni natomiast opowiadali tajemniczo, że wczesnym rankiem, gdy jest jeszcze miasto uśpione, śpiewa u siebie w komnacie stare sentymentalne pieśni, sama sobie do nich wtorójąc na lutni. A starzy ludzie postrzegając Walerję szeptali:— „O, jak szczęśliwym będzie ten młodzian, który potrafi wzbudzić uczucie w tym kwiatuszku i pod czyim wpływem ten dziewiczy i nierozwi- winięty pąk rozwinie się w bujne kwiecie”Walerję w czasie wielkich uroczystości ludowych, jakie wyprawił książę Ferrary Ercolo — syn słynnej Lukrecji Borgia — na cześć dostojnych gości) którzy przybyli z Paryża na skutek zaprosin księżnej, jego małżonki, córki króla Ludwika XII. Wraz z matką siedziała Walerja pośrodku pięknej trybuny, wybudowanej wedle rysunku Paladjusza, którą przeznaczono dla szlachetniejszych dam miasta.Obaj — Fabjusz i Mucjusz — zakochali się w niej namiętnie od pierwszego wejrzenia, a ponieważ nie zwykli byli czynić przed sobą tajemnic, wkrótce każdy z nich wiedział, co się działo w sercu drueiego. Wtedy postanowili zbliżyć się do Walerji i starać o jej względy, a jeśli ona którego z nich zechce wybrać — to drugi bez szemrania, podda się swemu losowi.W parę tygodni później, dzięki dobremu imieniu, jakie w mieście posiedli, udało im się zdobyć wstęp do domu wdowy, nie przyjmującej niemal nikogo i uzyskać zezwolenie od niej bywania i nadal. Od tej chwili codziennie widzieli Walerję i codziennie mogli z nią rozmawiać — a ogień żarzący się w ich sercach, wzmagał się z coraz większą siłą. Walerja nie wyróżniała z obu żadnego szczególniej — choć znać było, że rada przebywa w ich towarzystwie. Z Mucjuszem doskonaliła się w muzyce, z Fabjuszem częściej zatowiodła rozmowy, z nim jakby się czując mniej onieśmieloną.W reszcie postanowili przyjaciele wyjaśnić swe sprawy i wysłali do Walerji list, pisząc, aby zechciała się wypowieć, któremu z nich zechce oddać swą rękę. Walerja wręczyła list matce i oświadczyła, że gotowa nadal trwać w panieństwie, wyjdzie atoli za mąż, jeśli matka tego zapragnie i tego wybierze, na kogo ona jej wskaże. Zacna wdowa rozpłakała się na myślo rozłące z córką, ukochanem dzieckiem — odmawiać jednak nie miała powodu, gdyż obaj mło-' dzieńcy jednako godni byli ręki jej córki. Jęła rozważać, a że osobiście bardziej jej do serca przypadł weselszy Fabjusz i podejrzewała, że ku niemu to również skłania swe uczucie Walerja — wskazała na niego. Nazajutrz Fabjusz dowiedział się o swem szczęściu. Mucjuszowi zaś nie pozostawało nic innego, jeno dotrzymać słowa i się pogodzić z tym wyrokiem.1 ak też postąpił świadkiem jednak szczęścia swego przyjaciela a rywala być nie mógł. Natychmiast sprzedał większą część swego ma* jątku i zebrawszy parę tysięcy dukatów, wybrał się w podroż daleką na W^schód. Żegnając się z F abjuszem, oświadczył, iż nie rychlej powróci, nim zagasną ostatnie iskierki tkwiącej w sercu namiętności. Bolała Fabjusza rozłąka z towarzyszem lat dziecinnych, radość jednak, iż stnął u ćelu swych marzeń — głuszyła chwilowo inne uczucia.Niezadługo później odbył się jego ślub z Wa- lerją i wtedy dopiero poznał on, jaki to skarb posiada. Ponieważ miał w okolicach Ferrary piękną willę,- otoczoną cienistym ogrodem, tam zamieszkał wraz z żoną i jej matką. Piękne nastały wtedy czasy. Małżeńskie pożycie wydobywało na jaw nowe zalety Walerji, a Fabjusz rozkochany w—tym pełnym harmonji bycie—udoskonalił się w malarstwie, stawał się ze zwykłego, jak dotąd miłośnika sztuki, prawdziwym mistrzem. Matka Walerji składała Bogu dzięki, spozierając na szczęśliwą parę. Tak niespostrzeżenie zbiegły cztery lata, niby rozkoszny sen. Jedno martwiło tylko młodych małżonków — nie mieli dzieci.. . ale jeszcze nie tracili nadzieji... Pod koniec czwartego roku, po raz pierwszy nawiedziło ich dom nieszczęście — matka Walerji umarła, po parodniowej chorobie...Łez dużo wylć ła Walerja, długo nie mogąc się uspokoić po stracie. Lecz przeszedł rok, czas ukoił cierpienia i życie znów popłynęło dawnem łożyskiem.., I oto, pewnego pięknego letniego wieczoru, nie upzredziwszy nikogo, do Ferrary znów powrócił Mucjusz Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 18.12.19, 22:15 PRZEPOWIEDNIA PUSTELNIKA LUDOMIRA Ludomir zamieszkał w Karpatach. Wcześniej służył w wojsku a później pomagał ludziom. Jedynym jego życzeniem przed śmiercią było to, że chciał zobaczyć wolną Polskę. Modlił się o to żarliwie. Jednak zbliżał się kres jego życia a Polska w dalszym ciągu była pod zaborami. Gdy już leżał prawie na łożu śmierci przyszedł do niego Anioł i stwierdził, że spełni jego życzenie. Ludomir ma wstać z łoża i pójść za nim. Jednak niech się przyszykuje, bo droga będzie ciężka i niebezpieczna. Poszedł zatem Ludomir z Aniołem a po drodze mijali przepaście, szli pod górę tak stromą że ledwo mogli utrzymać się na nogach. Jeszcze dalej zastała ich burza. Co rusz piętrzyły się przed nimi nowe przeszkody. Na koniec Anioł i Pustelnik stanęli na szczycie czarodziejskiej góry. I zobaczył tam śpiącego orła białego, który nagle obudził się i przeleciał nad Polską a ta była wolną. I powiedział Anioł do pustelnika, że teraz już może umrzeć bo zobaczył co chciał zobaczyć ale taka sytuacja potrwa jeszcze przez jakiś czas. Dopiero gdy brat z bratem się pogodzi nadjedzie czas wolności. 1911 rok Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 16.09.20, 00:45 W 1841 roku właścicielem pałacu został Jacek Kluszewski. Biała Dama pojawiła się przepowiadając chorobę i śmierć jego żonie. Pan Kluszewski ożenił się z córką krakowskiego kupca i razem zamieszkali w pałacu. Pierwsze miesiące małżeństwa ubiegały szybko i szczęśliwie. Jednak po jakimś czasie żona zaczęła odczuwać jakiś dziwny niepokój. Czuła że zbliża się coś niezrozumiałego co spowoduje koniec jej szczęśliwego życia. Mijały miesiące ale nie wydarzył się żaden wypadek, który miałby mieć wpływ na życie małżonków. Jednak któregoś dnia pani Kluszewska zaniemogła. Zaraziła się ospą, której przebieg był ciężki i poważny. Stan kobiety z dnia na dzień się pogarszał. Któregoś dnia leżąc samotnie pani Kluszewska usłyszała wyraźny głos: "Skończyło się". W pierwszej chwili myślała, że się przesłyszała abo że wypowiedział je któryś z domowników czy służby. Okazało się że w tym dniu żona była sama w domu. Chwilę później poczuła jakiś dziwny lęk a potem ujrzała białą postać, która zbliżała się do jej łoża. Zjawa pochyliła się nad nią i powiedziała: "Zwróć się do Boga. Nadchodzi koniec twojego życia. Nie lękaj się. Tam jest dobrze". Po tych słowach biała zjawa rozpłynęła się w powietrzu. A pani Kluszewska przerażona zawołała swojego męża i opowiedziała mu co się wydarzyło. Po czym straciła przytomność, której już nie odzyskała. Zmarła kilka dni później. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 27.09.25, 19:05 Topienie marzanny w zależności od regionu przybiera różne formy. Zwykle jednak marzanna jest kukłą/lalką, wykonaną często ze słomy, ubraną np. w strój lokalny, łachmany, albo nawet strój druhny. Marzanna może być upodobniona do młodej panny w wianku, ale też do „starej baby”. Owa kukła zwykle jest wyprowadzana poza miejscowość przez mieszkańców (Jerzy Pośpiech zauważa, że wcześniej byli to dorośli mieszkańcy i dopiero z czasem, gdy obrzęd przekształcił się w zabawę, do pochodu dołączyli młodzi), często przy śpiewie okolicznościowych piosenek. W zależności od lokalnej tradycji rytuał po przybyciu na miejsce docelowe może mieć różny przebieg – czasem najpierw rozszarpuje się lalkę, zdziera z niej ubrania, a następnie topi się ją w jeziorze, rzece, stawie, a nawet kałuży; istnieją również warianty, w których marzanna ulega spaleniu lub też najpierw się ją podpala, a później wrzuca do wody. Z obrzędem związane są różne przesądy, które różnią się lokalnie – np. tę osobę, która po utopieniu marzanny ostatnia przybiegnie do wioski, jeszcze w tym roku czeka śmierć. Warto zauważyć, że w niektórych miejscowościach istnieje tradycja męskiego odpowiednika marzanny, czyli marzanioka. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 27.09.25, 19:34 Kolęda w Skrzesówce W zachowanym w zbiorach książnicy cieszyńskiej, rękopisie “Rozmaitości śląskie” z marca 1844 roku, Józef Lompa zanotował podanie, jak to odbywały się kolędy w parafii lubszeckiej, prawdopodobnie w końcu XVIII wieku, kiedy to proboszczem w Lubszy był ks. Jan Keller, natomiast hrabią, członek rodziny Gaszynów, władającej wtedy Woźnikami, i wchodzącymi w skład ich majątku (tak zwane państwo woźnickie) dobrami Ligoty, do której, Skrzesówka, jako przysiółek przynależała. „W naszej [lubszeckiej] parafii wspominają że się i [woźnicki] hrabia dziedziczny nie wstydził zjechać z fararzem [lubszeckim] u zamożnego kmiotka na kolędę. Jednego razu uczynił hrabia dosyć ciężki zakład, kto przód na Skrzesówce (pustkowiu w państwie woźnickim) będzie. Ksiądz go śpieszył, ale dał czym prędzej skryć wóz do stodoły, sam zaś, kościelni, organista i żacy zataili się w komorze. Po małej chwili nadjeżdża hrabia, wstępuje do izby i mówi: - Ja wygrałem! - a wtem zaczyna ksiądz w komorze z ministrantami swojemi: - Puer natus in Bethleem etc. - i wychodzi w pluwiale Hrabia składa wadium, chłopek stawia na stół kapłuna, gęś pieczoną i miodek, który sam nawarzył. O, jak się to czasy zmieniły! Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.03.15, 20:59 * * * Jeden utopiec chodzował do masorza po mięso i zawsze palcym pokazowoł, co mu mo masorz uciąć. Masorz hóncfut uciął mu roz palec. Utopiec mu jyny pogroził i więcej po mięso nie przyszeł. Masorz od tego czasu unikał kąpieli w wodzie. Jednego razu szeł drogą do sąsiada. Jak przekraczał kóńskóm kałuże, naraz zasłob i obalił sie gębóm do tych jscochów na drodze i udusił sie nimi. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 07.10.19, 00:16 Aniele - Stróżu. Od Opola. Był tez to jeden pan. i nimóg żadnego śtangreta utrzymać u siebie, bo mu żaden śtańgrćt wygodzie nimóg. Co którego ugodził, to za parę dni wybił go i wygnał. I jednego easu przysed je den meldować się do niego, jeżeliby służby nie dostał. I pan po wiada: Dobrze, nimam stangreta, mozes pozostać u mnie. I ugodził go do służby. I ten pan powiadał: Ale s(ł)uchaj, u mnie jest taka ugoda: jak się rozśmiejes, to będzie twój rok; i oddał mu konie i wsyśko. Nazajutrz na rano powiedział pan swemu lakaj owi. Idź no do stajni, zobac co ten śtangret robi, jeżeli on juz wstał, abo koniom obrok dał. I lakaj do stajni zased, a śtangret jesce śpi i koniom obroku nie dał; i lakaj mu powiada: Co tv robis? A wstańze-z! A koniom daj obrok, bo jakby pan przyseł tobyś batem dostał. I ón, śtangret, dźwignon głowę do góry. i znów się nazad położył i lezy. I lokaj zased do pałacu i powiedział: Stan gret, lezy i koniom jesce obroku nie dał. Pan bardzo był zły i po wiedział lokajowi: Idź, a powiedz mu, niech namaze (smaruje) po wóz, bo pojedziemy do kościoła, i konie niech nastroi w te piekne chomonta. I lokaj do stajni zased i stangret lezy, i lokaj mu po wiada : A wstawaj-zes, nie lez, bo mos namazać powóz i kónie w piekne chomonta nastroić, co pojedzies z panem do kościoła. I ón wstał, i wzion maźnicę ze smołą i cały powóz nasmarował, d\ r sel, koła i wnątrz, gdzie państwo mieli siedzieć, cały powóz zma zał smołą. I pan lokaja posłał: Jeżeli juz ten powóz namazał. I lo kaj przyseł i zobacył, cały powóz zmazany, zbabrany, i tam gdzie państwo mają siedzić wnątrz. I lokaj mu powiada: A cóześ ty naj- lepsego porobił? Kiejś ty ino osi miał namazać, a ty^ś cały powóz zmazał. A ten śtangret mu odpowie: Ha, kiejś mi kazał cały zma zać, to-ch zmazał. I lokaj przysed do pałacu i powiada: Panie, on cały powóz zmazał. Ten pan powiada: Za pięć minut niech za- prząga, a przed pałac przyjedzie. I pięć minut przęsło, a lokaj wo łał na stangreta : Zaprzągaj, a przed pałac przyjezdzaj. I pan zło śliwy, juz sobie bat nasykował; jak by nie był za pięć minut przyjechał, to by go był tym batem obił. Ale śtangret zaraz konie zaprząg i przed pałac przyjechał. I powóz taki cysty, wypucowany, jak nigdy przedtem nie był; juz nie był smołą zbabrany. I pan z panią siedli i do kościoła jechali. I w tym powozie sobie pan z panią gadali, ize jesce takigo śtangreta nie mieli, coby tak pię knie powóz wypucował i tak dobrze jechał. I przyjechali przed jedną figurę (krzyz) i pan capkę zdion i przeżegnał się, a śtangret ani capki nie zdion, ani się nie przeżegnał, i pana to bardzo gor- syło. Przyjechali do wsi, ku ka(r)cmie, a tam przed tą kacmą stoi na podwórzu jeden zołnierz i jeden kawaler, i mają przy sobie wódkę, i oba są juz bardzo pijani. I ten pan powiada: A to sam dwa pijacy stoją ! — A ten śtangret, zjon (zdjął) przed niemi capkę i przeżegnał się, przed temi pijakami. I przyśli przed kościół, i tam dziadek siedzi przy drzwiach, i ten pan mu dał parę grosy jał mużny a ten - śtangret nogą go kopnął. I niedaleko przy tym dziadstał piękny kawaler, pieknie oblecony, i ten stangret mu dał jał mużnę pary grosy, temu kawalerowi. I ten pan był straśnie zło śliwy na śtangryta. I wleźli do kościoła i po kościele jechali dó dom. Jak przyjecbali dó dom, tak panowie śleźli i pośli do pałacu, a śtangret konie powyprzągał i do stajnie. I pan posłał lokaja po tego śtangróta, aby ino przysed do pałacu do niego. I śtangret przyseł i pan mu powiada : Słuchaj ino mój kochany, powiedz mi ty ino, jakemy do tego kościoła jechali, kiedy ja zdjon capkę i przezegnałech się przed figurą, a ty nie. A śtangret powiada : Pa nie, tyś się przeżegnał, ale nie przed figurą, ino przed diabłem, bo na tej figurze diabeł siedział. I pan mu powiada: A cemu ty capkę sjon i przeżegnał się przed karcmą, przed temi pijakami. A śtan gret powiedział: Panie, to byli dwa bracia, ten jeden był przy woj sku a ten drugi w domu ; tak oni pili wódkę, bo się bardzo cie- syli jeden drugiego, ize się już dawno nie widzieli, a pan Bóg we środku między niemi stał, tak-ech ja capkę zjon przed panem Bo giem nie przed niemi. A pan powiada : Cemuześ ty dziadka nogą kopnąn, com ja mu dał jałmużnę? — A śtangret: Panie, bo on tej jałmużny nie godzien, bo ón te parę grosów, coś mu pan dał, prze pije. Tak go się znów zapytał pan. A cemuś ty temu kawalerowi, co tak pieknie był oblecony, jałmużnę dał. — A śtangret mu od powiedział: Panie, ten kawaler jest ubogi, i ón sobie zapracował na te oblecenie, tak ón godzien jes(t) tej jałmużny. I pan powiada: Terazki mi pódzies do sewca, das mi obstałować dobre buty. A ón się w tóm rozśmiał, ten śtangret. Ten pan mu powiedział: A wi- dzis, juz teraz jes v t) twój rok, boś się miał nie rozśmiaó a tyś się rozśmiał. I ten śtangret mu powiada: Panie, a cemu by ja sie nie miał rozśmiaó, kiedy ty jutro będzies urairał, a jesce chces dobrych butów, cóz ci po nich będzie? — I przysło nazajutrz, i pan się (r)ozchorował i umar(ł). I ten śtangret, to nie był cowiek, ino był stróż - anioł tego pana. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.09.25, 19:47 Atak (krótki wierszyk) Strasznie uciska gdy atakuje, dotyka szyji, chłód panuje. Ty z przerażeniem patrzysz na niego, on się uśmiecha, tak na całego. Zaczynasz krzyczeć, on cię zciska. Tłumi się krzyk twój, mu jedzie z pyska. Zbliża nagle, te swoje zębiska. Zatapia w szyi twej, DUSZO NIECZYSTA! Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.09.25, 20:15 Strzygi Strzygi to ludzie urodzeni z podwójnym rzędem zębów, mający dwie dusze. Jeżeli umrze taki człowiek, wówczas dusza zostanie w jego ciele; ta wyjdzie o północy z grobu, usiądzie na wieży kościoła i tak daleko jak sięgnie jej wzrok ludzie będący w jej wieku umrą. By zapobiec temu umieraniu, powinno się zmarłemu przed pogrzebem włożyć kamyk między zęby i położyć go w trumnie plecami ku górze lub obciąć mu łopatą głowę i położyć ją między nogami. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.09.25, 20:59 Strzyga była istotą, której pochodzenie i sposób działania były podobne do tych dwóch stworów, dlatego uważa się, że w polskich wierzeniach ludowych mamy do czynienia z jedną postacią znaną w różnych regionach pod kilkoma różnymi nazwami. Do XVIII wieku mówiono bowiem w Polsce na upiora „strzyga” lub „wieszczyca”. Od XVIII wieku stosowano już nazwę „upiór”, kojarząc stwora z demonem fruwającym[5]. Z kolei cechy czarownictwa kojarzone są w polskich źródłach bardziej ze strzygoniem lub strzygą niż z upiorem. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.09.25, 21:06 Wątek „upiorzycy” – młodo zmarłej hrabianki, budzącej się nocą w swym sarkofagu i grasującej po kościele znany jest także z opowieści ludowych górali babiogórskich. Sposobem na pokonanie zmarłej miało być zakreślenie kręgu za pomocą święconej kredy dookoła sarkofagu, położenie się w grobie i pozostanie w nim do trzeciego piania koguta – dopóki nie nadszedł świt, zastając zmarłą poza jej trumną Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.09.25, 21:14 Strzygą zostawał człowiek, który urodził się z dwiema duszami, dwoma sercami lub wyrośniętymi zębami. Uważano ją za wampirzycę, która żywi się ludzką krwią lub siłą życiową. W niektórych podaniach strzygą stawał się noworodek, który po śmierci odradzał się w tej postaci Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.09.25, 21:33 codziennie rano nocne koszmary z mojej twarzy zmywam nie modle się o świcie, boje sie znaku krzyża siedze wśród 4 ścian lecz nie jestem tu jedyny musze tkać własne myśli jak w kącie pająk pajęczyny dostrzegam czyjeś oczy między drzwami a posadzką kłade sie na niej płasko, by dojrzeć troche życia lecz anioł trzasnął brame nieba pozbawiając mnie przeżycia wracam do punktu wyjścia, siadam na mej pryczy przecinam sobie skóre by usłyszeć odgłos ciszy rozum w głowie krzyczy, lecz serce jest kamieniem przeciwko panu sie buntuje aby zostać bohaterem moja piękna żona pogardliwie sie przygląda jest jedynym mym koszmarem którego codziennie pożądam straszna w swej urodzie i okrutna w swej miłości tak często ją przytulam wkładając dłoń jej między kości Nowak Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.09.25, 23:35 Rozróżnienia pomiędzy postacią wieszczego a zwykłym upiorem występowały przede wszystkim w wierzeniach Kaszubów, Kociewiaków, a także wśród ludu kujawskiego. Charakterystyczne przekonania wierzeniowe, przypisywane właśnie wieszczemu, pojawiały się jednak również w innych regionach kraju, gdzie postać tę uznawano bądź za autonomiczną istotę demoniczną, bądź za specyficzną w swoim zachowaniu odmianę upiora. Nie posiadamy danych dotyczących fizycznych wyobrażeń tej postaci, można jednak przypuszczać, że nie różniły się one od przedstawień upiorów. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.09.25, 23:43 Wobec ludzi był zasadniczo neutralny, a jego usposobienie zależało od tego, jaki przejawiali stosunek wobec lasu i jego mieszkańców. Bywało, że wypędzał intruzów ze swojego królestwa. Mógł zaprowadzić wędrowców w głąb lasu, bądź bezpiecznie z niego wyprowadzić, wysypać dzieciom zebrane runo leśne z koszyka, uchronić przed atakiem zbójców, wydać na pastwę dzikich zwierząt lub ochronić przed nimi Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.09.25, 23:50 W Małopolsce wyobrażany pod postacią małego, grubego chłopca, z wielkim brzuchem, który nosi czerwoną czapeczkę i posiada wiele pieniędzy. Dusi on ludzi pogrążonych we śnie, lecz przed tym wyjmuje ze swojego brzucha jelita, aby nie zgnieść na śmierć swoim ciężarem tego, co dusi Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 27.09.25, 00:20 Poroniec – w wierzeniach słowiańskich złośliwy i wrogi ludziom demon wywodzący się z duszy poronionego dziecka lub spędzonego płodu Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 27.09.25, 00:25 Wiara w kłobuki żywa była głównie w południowych (polskojęzycznych) rejonach dawnych Prus Wschodnich, przede wszystkim wśród Warmiaków (z południowej Warmii), w mniejszym zakresie wśród Mazurów. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 27.09.25, 09:31 Zmora, zwana też marą (stąd powiedzenie sen mara, Bóg wiara) – w wierzeniach słowiańskich i nordyckich istota półdemoniczna, dusza człowieka żyjącego lub zmarłego, która nocą męczyła śpiących, wysysając z nich krew Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 27.09.25, 09:40 Zmorę wyobrażano sobie jako wysoką kobietę o nienaturalnie długich nogach i przezroczystym ciele. Można ją było dostrzec przy świetle księżyca, gdy jego promienie przechodziły przez ciało zmory. Wyglądała więc jak widmo, nie jak „żywy trup”, jakim był strzygoń lub wampir, które w późniejszych przekazach często mieszano z pierwotnymi wierzeniami o wyglądzie zmór. Zmorę przedstawiano także w postaci kościotrupa ludzkiego Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 27.09.25, 09:45 Człowiek dręczony przez zmorę jęczy, poci się i rzuca się na łóżku, wreszcie jest omdlały, leży jak sparaliżowany. Charakterystyczny był stan człowieka tuż po obudzeniu się: przejmujące uczucie zmęczenia, „bycia gniecionym całą noc”. Gdy osoba zaatakowana przez zmorę budziła się, ta natychmiast uciekała. Niewyspany człowiek jest następnego dnia „blady jak zmora” Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 27.09.25, 09:53 Częstym sposobem było położenie snopka/wiązki słomy na łóżku, gdy tymczasem właściciel posłania szedł spać do innego pomieszczenia. Rozgniewana zmora mogła wbić nóż w snopek, po czym nigdy już nie wrócić. Inne zanotowane na terenach Polski sposoby na odpędzenie zmory to np.: Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 27.09.25, 11:13 ZMORY WIOSENNE Biegnie dziewczyna lasem. Zieleni się jej czas... Oto jej włos rozwiany, a oto - szum i las! Od mrowisk słońce dymi we złotych kurzach - mgłach. A piersi jej rozpiera majowy, cudny strach! Śnił się jej dzisiaj w nocy wilkołak w głębi kniej, I dwaj rycerze zbrojni i aniołowie trzej ! Śnił się jej śpiew i pląsy i wszelki ptak i zwierz! I miecz i krew i ogień! Sen zbiegła wzdłuż i wszerz!... A teraz biegnie w jawę, przez las na lasu skraj A za nią - Maj drapieżny! Spójrz tylko - tygrys-maj !... Dziewczyna płonie gniewem... zaciska białą pięść... A wkoło pachną kwiaty... Szczęść, Boże, kwiatom szczęść! A wkoło pachną kwiaty, słońcem się dławi zdrój ! Purpura - zieleń - złoto ! Rozkwitów szał i bój ! Grzmi wiosna! Tętnią żary! Krwawią się gardła róż! O, szczęście, szczęście, szczęście! Dziś albo nigdy już!... Dziewczyno, hej, dziewczyno! Zieleni się nam czas!... Kochałem nieraz - ongi - i dzisiaj jeszcze raz... Dziewczyno, byłem z tobą w snu jarach, w głębi kniej - Jam - dwaj rycerze zbrojni i aniołowie trzej !... Jam - śpiew i pląs zawrotny! Jam wszelki ptak i zwierz! Ja - miecz i krew i ogień! Sen zbiegłem wzdłuż i wszerz... Sen zbiegłem, goniąc ciebie, twój wierny tygrys-maj!... Ja jestem las ten cały - las cały aż po skraj ! Bolesław Leśmian Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 27.09.25, 11:43 We współczesnej kulturze do postaci boba nawiązuje zespół Formacja Nieżywych Schabuff w piosence pt. Baboki. Stanowią one także motyw dla grupy niewielkich rzeźb terenowych na terenie Katowic, zgrupowanych w ramach Szlaku Katowickich Beboków Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 27.09.25, 11:57 Południca (przypołudnica, żytnia, rżana baba, baba o żelaznych zębach) – według wierzeń słowiańskich złośliwy i morderczy demon polujący latem na tych, którzy niebacznie w samo południe przebywali w polu Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 27.09.25, 12:03 Południca to tytuł powieści niemieckiej pisarki Julii Franck, której bohaterka pochodzi z Budziszyna na Łużycach. Książka została wydana w 2007 roku i zdobyła prestiżową Niemiecką Nagrodę Literacką. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 27.09.25, 12:21 Według legend i folkloru, Meluzyna to rodzaj wodnej nimfy lub rusałki, która często przybiera postać węża, a następnie człowieka. W średniowiecznej legendzie literackiej z XIV wieku, napisanej przez Jehana d'Arras, Meluzyna jest czarodziejką. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 27.09.25, 18:42 Meluzyna wychodząc za mąż, kazała złożyć swojemu małżonkowi obietnicę, że nigdy nie będzie próbował zobaczyć jej w sobotę – w przeciwnym razie na jego ród miało spaść nieszczęście. Mąż nie dotrzymał obietnicy i kiedy Meluzyna w sobotę brała kąpiel, zajrzał do łazienki. Okazało się, że od pasa w dół jej ciało miało formę wężowego ogona. Przerażony mąż początkowo przemilczał to, co zobaczył. Wkrótce jednak odkrycie tajemnicy ściągnęło na jego rodzinę zapowiadane nieszczęścia w postaci wewnętrznych waśni. Nie mógł już wtedy powstrzymać się od czynienia wyrzutów żonie. Urażona Meluzyna rzuciła się z okna, a w powietrzu zamieniła się w skrzydlatego węża. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 27.09.25, 18:48 Piękna pani Meluzyna pokochała Pustoraka, Tak opowieść się zaczyna. Jaka? Taka Jaka? Taka To, co dzieje się na lądzie, To pod wodą też się zdarza. Oto refren tej piosenki, Który często się powtarza. Meluzyno, Meluzyno, Porzuć płonne swe nadzieje. Odpłyń własną limuzyną, Świat się śmieje, świat się śmieje. To co dzieje się na lądzie, To pod wodą też się zdarza. Oto morał tej piosenki, Który często się powtarza. Mój kochany Pustoraku, Uwierz w miłość, przyjmij dary. Coś dla duszy, coś dla smaku, Czary mary, czary mary! Ale pan Pustorak stary, Co po dnie skalistym kroczy. Nie dał nabrać się na czary, Nie te oczy, nie te oczy! Meluzyno, Meluzyno, Porzuć płonne swe nadzieje. Odpłyń własną limuzyną, Świat się śmieje, świat się śmieje. To co dzieje się na lądzie, To pod wodą też się zdarza. Oto morał tej piosenki, Który często się powtarza. Meluzyno, Meluzyno, Porzuć płonne swe nadzieje. Odpłyń własną limuzyną, Świat się śmieje, świat się śmieje. Ale miłość moi mili, Jest nieczuła na mądrości. I dla jednej wspólnej chwili, Zapomina o śmieszności Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 04.12.19, 15:36 ZAMEK W OGRODZIEŃCU Zamek Ogrodzieniec, to zdaniem niektórych badaczy zjawisk paranormalnych, miejsce nawiedzone. Gnieżdżą się tu ponoć siły mroczne i potężne. Niejednokrotnie zwierzęta, które znajdują się w okolicy ruin, zachowywały się nietypowo - zaczynają warczeć a nawet zlęknione uciekać. Jak informuje serwis zamkipolskie.net.pl - Ponoć na zamku nocami pojawia się ogromny czarny pies pobrzękujący długim na trzy metry łańcuchem. Starsi mieszkańcy opowiadają, że nocą żaden koń nie ośmielił się przejść przez zamkową bramę, choć na zamkowym dziedzińcu nigdy nie brakowało soczystej trawy. Korzenie tej legendy sięgają XVII wieku, kiedy to Mikołaj Firlej sprzedał zamek Stanisławowi Warszyckiemu. Miłośnicy historii zapewne dobrze znają barwne dzieje tego patrioty, który w czasie Potopu Szwedzkiego stał u boku Jana Kazimierza, bronił między innymi Częstochowy i gościł najznamienitszych dygnitarzy polskich. Wśród peanów na cześć Warszyckiego pojawiają tu i ówdzie opowieści o jego okrucieństwie. Uwielbiał ponoć tortury i folgował sobie w ich stosowaniu pod błahymi nawet pretekstami, szczególnie okrutny miał być wobec swych kolejnych żon, z których jedną chłostał na oczach poddanych, drugą miał zamurować żywcem i wysadzić tą część zamku. Według opowieści przekazywanych z pokolenia na pokolenie Warszycki jeszcze za życia został porwany przez diabła do piekła i stamtąd nocami powraca na zamek pilnować swoich skarbów ukrytych przed wszystkimi. Skarby te miały stanowić posag jego córki jednak, choć strasznie bogaty, Warszycki nie dał córce nawet talara. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.01.20, 23:50 Roku tysiąc sz e ść se t czterdziestego szóstego W Wigiliją Matki Boskiej — grudnia dnia siódm ego Trzy były grana w ielkie wykopane W górze M achnowskiej, ale tak nazwane: N ajśw iętsza Matka, Antoni, Barbara, Tu dla K arczów ki wspaniała ofiara, A to za biskupstwa Piotra G ębickiego Krakowskiej katedry k sięcia Siew ierskiego; Starosta C zechow ski kazał ich obrobić, By temi statuami kościoły ozdobić. W K ielcach katedrze Marja została, W Borkowicach Antoni,—to pismo zeznaje. Hilary Mała, ze wsi Niewachlowa, On to wynalazł—masz w ieść co do słowa. Ksiądz Andrzej Kuźniarski, gwardjan tutejszy, Z archiwum ułożył te szesn aście wierszy. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.03.15, 21:00 Moigo wujka dwa razy utopiec przeganiał. Było to hnet do piyrszej wojnie. Wujek pracowoł u moigo ojca. Po fajróńcie chodzawał do domu kole potoka. Aż tu roz na pochyłej wiyrzbie uwidział zająca. Zadziwiło go, skąd na wiyrzbie zając. Myślał go postraszyć, ale zając przed czasym plums do wody i już go nie było. A wujek Sikora w nogi. Spostrzyg sie, że to był utopiec. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.03.15, 21:02 Innym razym zaś szeł kole tego samego potoka na Dolny Bór w Skoczowie. Było już na śćmiywku. Naraz naszeł sie przy nim jakisi nieznany chłop i pyto sie, kaj najlepi przyńse potok na drugóm stróne ku stawóm. Wujek mu pokazał miejsce, kaj może przeskoczyć. Spytał sie go jeszcze, jak sie nazywo, bo go nie znoł. Chłop odpowiedział, że Smrodek. Takigo nazwiska jeszcze wujek nigdy nie słyszoł choć znał ludzi w okolicy. I tak przeszli to miejsce, kaj mu wujek poradził, i dochodzili do głębokigo plosa i wiru. Tamtędy chłop chciał przechodzić. - Ty trąbo jedna - woła wujek - nie widzisz, że tu je głęboczyzna?! Ale chłop jyny żbluch do wody i już go nie było. Wujek w strach i ani nie wiedział, jak sie naszeł zdyszany i spocóny w dómu. Baba sie go pyto, co sie stało. Wujek, jak wydychnół, opowiedział o wszystkim, a od tego czasu więcej nie chodził kole potoka. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.03.15, 21:04 * * * Mie też cosi podobnego spotkało. Było to w styczniu 1912 roku. Matka moja miała porodzić i była już przy ni położno. A że w takim razie nie powiniyn być żodyn w izbie, położno mie wygnała przed czasym do szkoły. Na polu był wtedy siarczysty mróz. Ale to nic, bo mie matka za wczasu zaopatrzyła, by syneczek nie przeziąb. Idę se tak kole młynki ku zaporze, kaj od- pływała woda do młyna, dziwóm sie na lód, a tu jak nie zacznie cosi trzaskae pod lodym. Ja w nogi. "To utopiec!" - cosi mi szeptało. A ni mógech szybko lecieć, boch był hrubo ubrany. Ani żech sie za siebie ze strachu nie oglądał. Od tego czasu obchodziłech te młynke ze strachu. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.03.15, 21:05 W Skoczowie nad Bładnicóm ros-nie stuletnio wiyrzba. Tak ludzie starzy mówią. W tym miejscu przed stu rokami miyszkoł utopiec. Wychodził se na wiyrzbe i skakał do wody. Tak szpart se uprawiał, jak to dzisio młodziacy. Ludzie sie go boli i obchodzili to miejsce ulicą Ustróńską. Dzisio to je wszystko zabudowane, ale dawni było to dosc przestróństwio i ani by przed utopcym nie dało sie uciyc. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.03.15, 21:11 PIJANE KÓNIE Za niebogi Austryje w pańskich dworach były palarnie, co w nich warzili gorzołke - z łobilo, ze ziymioków abo z ćwikle. Nazywali jóm palarskóm. Potym zawozili jóm w takich hróznych beczkach do fabryki, a tam z tej palarski wyrobiali raztomamte gatónki kwitu. Panowie mieli z tego forymny profit, a ludzie przileżytość żeby se popić. Było z tego pijaństwa kupa biydy, bo ludzie przepijali mocka piniyndzy, a w chałupie nikiedy nie było co dać do gorka. Roz też w pruchyńskim dworze robotnicy z palarni odloli se kapke tej palarski do żberka i wrazili jóm pod żłób do masztali, żeby im tego sprawca nie naloz. Kóni w masztali akurat nie było, bo pasły sie na rajczuli. Jak pachołcy przignali kónie, óny wyczuły tyn kwit i wszycko ze żbetka wypiły. Móglikie sie dziwać, co sie potym robiło. Kónie sie łożrałv i polygały na ziymie, jakby ich gdo zaczarowoł. Sprawca idzie do masztali, dziwo sie, a tu kónie leżóm jak placki, grzybióm nogami, przewracajóm łoczami i chocioż ich walił biczyskym co wlazło, bezkurcyje ani rusz nie stawały. Wylynkany polecioł do ferwaltera. Pón w ty pyndy przylecioł i dziepro widzi, co je. Pomyśloł se, że to jakosi choroba do nich wlazła, tóż wzión flinte i kónie wystrzyloł. Dziepro potym prziszli na to, że kónie były pijane. I tak se pón ferwalter dworski kónie zmarnowoł. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.03.15, 21:13 CYSARSKI JODŁO Cysorz Franciszek mioł też roztomaite zachciołki. Zachciywało mu sie czasym, jak kobyle lodu. Tóż se też rozporzóndziL że kożdy dziyń musi dosłać do jedzynio co inkszego, cosi takigo, czego jeszcze nie jod. Kuchorz mu warził roztomaińte wiecy, aji taki, co na dziedzinie jedzóm, baji fazole, krupice, Sciyrke, czoskule i inksze jodła. Ale kiesi już ni móg nic nowego wymyślić. Szpacyrowoł se po łące, medytowoł czy jakigo zielska nie nazbiyrać, aż uwidzioł taki wielki przyschniynty krowiniec. Uradował sie chłop, że cosi nowego cysorzowi zwielebi na łobiod. Wzión tyn krowiniec, przyprawił korzyniami, łoctym, solóm, pieprzym, przysmażył dobrze na łumaście z cebulóm, dodoł czosku, a potym pieknie przistroił zielyninóm i podoł na stół. Cysorz aż sie łoblizawoł, co tak mu szmakowało. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 27.03.15, 22:37 FIGURA MATKI BOSKIEJ Z FRYDKA Podanie mówi, że w XVII wieku robotnicy pracujący przy wydobywaniu gliny w cegielni hrabiego Prażmy natknęli się na rzeźbę przedstawiającą Panią Nieba i przenieśli ją na probostwo. W nocy figura jednak powróciła na pierwotne miejsce. Następnie została ustawiona w kaplicy zamkowej i ponownie wróciła na pierwotne miejsce w cegielni. Hrabia Franciszek Euzebiusz Prażma w 1665 roku obudował ją tamże drewnianą kapliczką Odpowiedz Link
madohora Legenda o zapadłej gospodzie w Ochabach 31.03.15, 19:59 W Ochabach pomiyndzy stawami, jak sie idzie na Podbór, był kiesi kole grobli przy ceście taki głymboki kowiór zarosniynty krzokami i torkami a naokoło rosły olsze. Woda w tym kowiorze była cało zielóno od roztomaitego trowska i zielska i wcale nie wysychała, bo kowiór bezmali był taki głymboki, że jeszcze żodyn do dna nie dobił. W nocy też tam bezmali straszyło. Gdosi widzioł o północy psa, co wyskoczył z kowiora a jak napotkoł człowieka, zawył okropnie, uciyk i skoczył spadki do wody. Nieboga Badurka prawiła, że szła kiesi o północy ze szkubaczek kole tego miejsca i słyszała, jak cosi strasznie w tej wodzie jynczało. Jeszcze gdosi opowiadoł, że o północy widzioł tam gónić swiatełka. A hebama Młotkula, jak szła w nocy od połogu, słyszała, jak sie tam cosi we wodzie doplało i chichrało, jakby sie gdo kómpoł. A to isto były potympióne duszyczki. Podobno kiesi, strasznie downo tymu, była tam gospoda. A gospodzki to był straszny wydrziduch, wysrany na pinióndze. Gospoda była na boku kole stawów niedaleko był las, tóż mało gdo tam zaglóndoł a takich lepszych gospod to było mało kiedy. Tóż aby jak nejwiencej zarobić, skludzoł muzykantów i sproszoł ludzi aji z inkszych dziedzin na muzyki. Roz też urzóndził taki haudamasz z muzykóm i tańcami we wielim posde. Nazbiyrało sie troche roztomaitej gowiedzi, co to Boga i grzychu sie nie bojóm i tańczyli i hólali, aż sie chałpa trzónsła a na Swiynty post wubec nie zważali. Gospodzki zaś był rod, że może tarżyć i piniążki do kapsy zbijać. O północy przyszła naroz ogrómno wichura, zaczło sie blyskać i grzmieć, ziymia sie zaczła trzóńs a s nióm cało gospoda. Dziepro sie ludzie spamiyntali, chcieli uciekać, ale już było nieskoro. Naroz straszny pierón z ogrómnym hókym uderzył do chałpy, zaczło sie wszystko walić i cało gospoda, społym z ludziami zapadła sie w ziymie a to miejsce zaraz woda zaloła, tak że ani śladu nie zostało. Tak to Pónbóczek ich pokoroł. Odpowiedz Link
madohora Legenda o zapadłej gospodzie w Ochabach. 31.03.15, 20:01 W Ochabach pomiyndzy stawami, jak sie idzie na Podbór, był kiesi kole grobli przy ceście taki głymboki kowiór zarosniynty krzokami i torkami a naokoło rosły olsze. Woda w tym kowiorze była cało zielóno od roztomaitego trowska i zielska i wcale nie wysychała, bo kowiór bezmali był taki głymboki, że jeszcze żodyn do dna nie dobił. W nocy też tam bezmali straszyło. Gdosi widzioł o północy psa, co wyskoczył z kowiora a jak napotkoł człowieka, zawył okropnie, uciyk i skoczył spadki do wody. Nieboga Badurka prawiła, że szła kiesi o północy ze szkubaczek kole tego miejsca i słyszała, jak cosi strasznie w tej wodzie jynczało. Jeszcze gdosi opowiadoł, że o północy widzioł tam gónić swiatełka. A hebama Młotkula, jak szła w nocy od połogu, słyszała, jak sie tam cosi we wodzie doplało i chichrało, jakby sie gdo kómpoł. A to isto były potympióne duszyczki. Podobno kiesi, strasznie downo tymu, była tam gospoda. A gospodzki to był straszny wydrziduch, wysrany na pinióndze. Gospoda była na boku kole stawów niedaleko był las, tóż mało gdo tam zaglóndoł a takich lepszych gospod to było mało kiedy. Tóż aby jak nejwiencej zarobić, skludzoł muzykantów i sproszoł ludzi aji z inkszych dziedzin na muzyki. Roz też urzóndził taki haudamasz z muzykóm i tańcami we wielim posde. Nazbiyrało sie troche roztomaitej gowiedzi, co to Boga i grzychu sie nie bojóm i tańczyli i hólali, aż sie chałpa trzónsła a na Swiynty post wubec nie zważali. Gospodzki zaś był rod, że może tarżyć i piniążki do kapsy zbijać. O północy przyszła naroz ogrómno wichura, zaczło sie blyskać i grzmieć, ziymia sie zaczła trzóńs a s nióm cało gospoda. Dziepro sie ludzie spamiyntali, chcieli uciekać, ale już było nieskoro. Naroz straszny pierón z ogrómnym hókym uderzył do chałpy, zaczło sie wszystko walić i cało gospoda, społym z ludziami zapadła sie w ziymie a to miejsce zaraz woda zaloła, tak że ani śladu nie zostało. Tak to Pónbóczek ich pokoroł. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 31.03.15, 20:09 B ardzo zamyślony chodził już od dłuższego czasu król Polski Leszek III. Często zamykał się w swojej komnacie i długo rozmyślał wpatrując się w niebo. Widać, że ważną decyzję podjąć musi. Wreszcie pewnego wieczoru wezwał do siebie trzech synów Bolka, Leszka i Cieszka i tak do nich przemówił: - Stary już jestem, a i wy podorastaliście. Pora mi zadecydować, co będzie dalej z królestwem. Tron polski postanowiłem zostawić swemu najmłodszemu synowi Cieszkowi. Wam zaś, pozostali synowie, dam drużyny duże. Jedźcie, jeden na południe, drugi na zachód, poszukajcie sobie ziemi, na której zechcecie osiąść i grody pobudować. Zgodzili się synowie z ojcowską decyzją, jeden tylko Cieszko zaprotestował: - Pozwól i mnie ojcze wyruszyć. Niech i ja świata kawal zobaczę, zanim na tronie osiądę. Popatrzę, jak ludzie żyją, pouczę się, może mnie coś ciekawego spotka. Ciężko było Leszkowi III ulubionego syna na wędrówkę puszczać, ale co miał robić, kiedy słowa młodzieńca bardzo mu się rozsądne wydały. Przystał więc na prośbę z ciężkim sercem. Wyruszyli bracia. Pojechał Bolko na południe. Jechał, przez puszcze się przedzierał, przez rzeki przepływał, ludzi spotykał, co tak samo jak on po polsku mówili. Aż wreszcie po wielu tygodniach góry wielkie drogę mu zagrodziły. Na te jeszcze wspiąć się potrafił, bo i przełęcz dogodną znalazł, ale za nimi zobaczył skaliste tumie, których nijak przejść się nie dało. Najpierw chciał zawrócić do domu, by ojcu powiedzieć, że znalazł ziemię, na której osiądzie, ale potem pomyślał, że może mało jeszcze widział i postanowił podróż kontynuować. Skręcił więc ze swoją drużyną na zachód i odtąd u podnóża gór jechali coraz dalej i dalej...Leszko ruszył na zachód. Jechał, przez puszcze się przedzierał, przez rzeki przepływał, ludzi spotykał, co tak samo jak on po polsku mówili. Aż wreszcie po wielu tygodniach rzeka wielka puszczami i bagnami okolona, którą tutejsi Odrą nazywali, drogę mu zagrodziła. Najpierw chciał zawrócić do domu, by ojcu powiedzieć, że znalazł ziemię, na której osiądzie, ale potem pomyślał, że może mało jeszcze widział i postanowił podróż kontynuować. Skręcił więc ze swoją drużyną na południe i odtąd w górę rzeki, w stronę ciągnących się gdzieś daleko gór jechali coraz dalej i dalej...Długo rozmyślał Cieszko, w którą stronę ma jechać. - Skoro bracia moi, jeden na zachód, a drugi na południe ruszyli, ja wybiorę drogę, która między nimi prowadzić będzie - postanowił wreszcie. Jechał, przez puszcze się przedzierał, przez rzeki przepływał, ludzi spotykał, co tak samo jak on po polsku mówili. Aż wreszcie po wielu tygodniach ziemię zobaczył, co go swą urodą zachwyciła. Nigdy czegoś piękniejszego nie widział. Na południu góry, niby srogie, ale kiedy im się bliżej przyjrzeć, to się widziało, że się z frasunkiem i dobrocią nad leżącą pod nimi ziemią nachylają. Ziemia zaś piękna była nad podziw. Pełno tu pagórków poprzecinanych dolinami, wśród których srebrzyły się nitki potoków. Nie były to jednak wolno płynące rzeki, jakie w ojcowskiej krainie oglądał. Te tutaj szemrały, płuskały, jakby chciały coś wędrowcowi opowiedzieć, podroczyć się z nim, albo mu chociaż swoją rzeczną piosenkę zaśpiewać. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 31.03.15, 20:12 Zatrzymał się wreszcie pewnego razu Cieszko w miejscu szczególnie urokliwym, tuż obok źródła, które na stoku pagórka biło. Naprzeciw stroma góra stała, jakby specjalnie do budowy zamku przygotowana. Kiedy podziwiał uroki miejsca, gdzie obóz rozbił, usłyszał jakiś hałas. Zerwali się wojowie, nie wiedząc, czy im walczyć nie przyjdzie, jako że ziemie Morawian nie tak daleko leżały, aż tu barwy znajome zobaczyli. Oto ze wschodu nadciągnął Bolko a z północy Leszko, którzy także urodą ziemi zachwyceni, postanowili w tym miejscu obóz założyć. Uściskom braci nie było końca. Zachwyceni i ucieszeni niespodziewanym spotkaniem postanowili gród w tym miejscu założyć i Cieszynem od ich uciechy nazwać. Razem wracali bracia do ojca. Cieszko całą drogę zamyślony jechał. Widać było, że trudną decyzję podjąć musi. Stanęli wreszcie przed ojcem. Bolko i Leszko relacje z podróży złożyli i wreszcie odezwał się Cieszko: - Wiem, ojcze, żeś dla mnie tron Polski przewidział. Ja jednak chciałbym, byś go najstarszemu Leszkowi oddał. Ja zaś wrócę tam, gdzie się cudownie spotkaliśmy. Kiedy ujrzałem tę krainę, od razu ją pokochałem. Ziemia tam piękna, ludzie dobrzy i pracowici. Postanowiliśmy z braćmi gród tam założyć. Ja go zbuduję, będę na nim kasztelanował, królowi polskiemu nie tak odległej granicy strzegł. I tak się stało. Dziś już nikt nie pamięta czy to od cieszenia się, czy od Cieszka (Cieszymira) gród, kasztelanię, a potem miasto tak nazwano. Ale pamięć o spotkaniu trzech braci u ludzi przetrwała. Więc na studni miejskiej - bracką nazwanej - tablicę umieszczono, na której taki napis widnieje: "ROKU 810 WIAROPODOBNE ZAŁOŻENIE MIASTA CIESZYNA PRZEZ TRZECH SYNÓW LESZKA III-GO KRÓLA POLSKIEGO. TRZEJ POLSCY KSIĄŻĘTA, BOLKO, LESZKO l CIESZKO ZESZLI SIĘ PO DŁUGIEJ WĘDRÓWCE PRZY TYM ŹRÓDLE I CIESZĄC SIĘ ZBUDOWALI NA PAMIĄTKĘ MIASTO, KTÓRE MIANO CIESZYN OTRZYMAŁO." Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 22.04.15, 16:07 W ratuszu mają trzy miecze katowskie Dziś nie potrzebny ten sprzęt Temidowy, Za święte prawa tak ludzkie jak boskie Cnota nie zbrodnia nadstawia dziś głowy. *** Tu mają także kilka urn glinianych, Które z Pieprzówek skrzętnie wydobyto.. Gdy do tajników tej góry nieznanych Zajrzało Wisły zmienione koryto. *** Sodalskie bractwo dawniejszymi laty Miało w ratuszu swój obraz przenośny, Nie artystyczny, lecz bardzo bogaty Dla tej przyczyny w okolicy głośny... *** W srebrzystej szacie Najświętsza Panienka Źrenice w oczach miała brylantowe, Lecz je wyrwała świętokradzka ręka Czegóż nie zrobi plemię judaszowe? *** Dzisiaj w katedrze ten obraz złożony, Przy uroczystej procesyi pochodził. Lekkiemi dziewic ramiony niesiony Płynie nad ludem jak łódka w pochodzie. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 22.04.15, 17:06 Rękawiczki królowej Jadwigi W starym kościele co dumny z przeszłości, Co niegdyś witał potężne książęty, W którego grobach leżą świętych kości Jest jeszcze inny skarb narodu święty. *** Drobny na pozór, a przecież tak drogi Żeby go gród nasz i za skarby świata Nie dał nikomu, chociaż dziś ubogi Wspomina dawne-swej wielkości lata... *** I cóż to za skarb, czy to brylant jaki, Czyli talizman to zaczarowany? Czy krwi męczeńskiej są to może znaki? Która zbryzgała tej świątyni ściany. *** Ani to brylant, ni talizman wschodu Ni krwawe ślady tatarskiej ofiary, Jest to szacowna relikwia narodu Z której się chełpi Dasz Sandomierz stary... *** To rękawiczki, które w swoim czasie Zdobiły rękę naj piękniejszą w świecie, Lecz milsze były przy zewnętrznej krasie Święte cnót wdzięki w Andegawskim kwiecie. *** Po tem kwiat wonny, pięknością uroczy, Żądne sięgały obcych książąt dłonie, Ku niemu wszystkie zwracały się oczy Bo ten kwiat siedział na Piastowskim tronie. *** Któż go otrzyma? kto się nim popieści Czy dumny Rakuz? czyli Mazur mężny? Czy leśny Litwin w tej dłoni niewieściej Złoży pogański swój naród potężny? *** Czekają wszyscy swojego wyroku.. Piękna Jadwiga niechaj ich rozsądzi, Lecz czemuż ta łza w jej błękitnem oku Serce się podda? czy serce pobłądzi? *** Uległo serce przed głosem sumienia Dla dobra kraju, dla tryumfu wiary, Dla tylu pogan wiecznego zbawienia Czyż się przelęknie najcięższej ofiary? *** Choć temu sercu dotkliwa to rana Choć rzewnie płacze biedny Wilhelm młody Ręka Jadwigi Jagielle oddana Złączy dwa wielkie, .sąsiednie narody. *** Taką to rękę, rękę bohaterki Te rękawiczki przed wieki zdobiły Pójdźcie tu Polki, Litwinki, Węgierki, Patrzcie jak piękne tu się ręce kryły! *** Stary kościele! coś dumny z przeszłości Coś niegdyś witał potężne książęty, W którego grobach lezą świętych kości, Przechowuj że nam ten zabytek święty, *** Strzeż go jak świętość, jak relikwię drogą Chroń od zatraty w późne pokolenia, By go Wandale nie zdeptali nogą Co się lękają i przyszłości cienia, *** Niech jego widok obudzą w młodzieży Wspomnienie dawnej narodu wielkości, Niech ją chryzmatem pamiątek odświeży l wznieci własnej poczucie godności. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 22.04.15, 17:47 Zamek. Poza katedrą, gdzie wyniosłe wzgórze, Zamek książęcy piętrzy się wspaniale, Od zatopienia broni go podmurze, U stóp którego szemrzą Wisły fale. *** Ten co na Dnieprze na Ossie i Sali Żelazne słupy bił na znak granicy, Wzniósł tutaj zamek gdzie później władali Możne książęta obszernej dzielnicy. *** Pójdź na dziedziniec murem okolony.. Wiodą do niego żelazne podwoje.. Próg przestąpiłeś, stajesz zadziwiony Snują się wkoło szarych ludzi roje... *** Cóż to za ludzie czy to są wojacy Czy oko w oko chcą spojrzeć wrogowi? Czy to są może książęcy dworacy Zawsze dla Pana na służbę gotowi? *** Co to za ludzie? Oto są więźniowie! To moja trzodka w Bogu ukochana... Patrz! tu gdzie niegdyś mieszkali królowie Dzisiaj więzienie!... jakże wielka zmiana! *** Patrz Da te twarze od murów wybladłe, Na ten mundurek szarawy i krótki, Spojrzyj im w oczy zamglone, zapadłe, To moje dzieci!... ludzkości wyrzutki... *** Lecz pójdźmy dalej: wielkie korytarze, Szerokie schody piętrzą się bez końca, I po zaułkach rozstawione straże I atmosfera ciężka i dusząca... *** Prześliśmy schody, drugie, trzecie, czwarte, Imię się Jezus czerwieni na murze, Pod nim drzwi czarne na rygle zawarte I któż tu mieszka w ostrej klauzurze? *** Oto kaplica-modlitwy przybytek Ewangieliczna moich trudów rola, Po burzach zbrodni tu padnie rozbitek I rzeknie w duchu: "Dziej się wola Twoja" *** I tu przed skromnym obrazem uklęknie, a którym płacze Matka Bolejąca.. Twarda pierś więźnia bólem żalu jęknie I łza po twarzy popłynie gorąca... *** I gdy niegodny stanę przed ołtarzem By nieść ofiarę Panu za ich grzechy, Modlą się zemną wszyscy więźnie razem W modłach jedynej szukają pociechy... *** Skromna kaplica szopkę przypomina Zakratowane i wąskie okienka.. Czasem tu zajrzy swobodna ptaszyna Czasem zadzwoni powietrzna piosenka... *** Skromna kaplica szopkę przypomina Zakratowane i wąskie okienka.. Czasem tu zajrzy swobodna ptaszyna Czasem zadzwoni powietrzna piosenka... *** Jakież ptaszyno niesiesz nam nowiny? Czy uwolnienie z więziennej niedoli, Czyli wybicie ostatniej godziny Co więźnia z sali szpitalnej wyzwoli? *** Skąpałaś w słońcu twoje piórka blade Więc biegnij dalej w wędrówkę twą ptaszą, Bo wnet tu kawki zbiorą się na radę I głośnym krzykiem ciebie stąd wystraszą. *** Tuż na przeciwko ubogiej kaplicy Miły pokoik do siebie zaprasza, Niegdyś mieszkanie pobożnej dziewicy Dzisiaj tu mieszka: groch, mąka i kasza... *** Gdzie się modliła siostrzyczka Leszkowa Z cnoty i wdzięków w całej Polsce znana, Dzisiaj się strawa aresztancka chowa.. Patrzaj przechodniu co za wielka zmiana! *** Chodź tu szafarzu, otwórz nam śpiżarnię, Wyrzuć te faski i ładowne paki, Świętą pamiątkę znieważasz bezkarnie My z niej pożytek zrobimy nie taki... *** Przenieś spiżarnię do naszej kaplicy A ze śpiżarni kaplicę zrobimy, Tutaj w mieszkaniu po świętej dziewicy Skromny ołtarzyk :Maryi postawimy. *** Tu, w tem ustroniu, o którego mury Tyle się westchnień pobożnych odbiło, Tyle chwalebnych cn6t książęcej córy Z dala przed światem w cichości się kryło *** Tu, mówię, będziem chwalić Zbawiciela Gdzie takie miłe dla serca wspomnienie Gdzie Go chwaliła święta Domicella, Gdzie wymodliła. wieczyste zbawienie. *** I tu nas prędzej może Bóg wysłucha, Prędzej się zbrodniarz nawróci do cnoty, I prędzej w sercu obudzi się skrucha, A za nią, błyśnie promień łaski złoty. *** O Domicello! której duch świetlany W tej się izdebce w powietrzu unosi, Potargaj więźniów grzechowe kajdany Niech Twa modlitwa łaskę nam wyprosi... *** Iluż to większych na świecie zbrodniarzy Kosztuje słodkiej każdemu swobody, l pewność siebie widna na ich twarzy A to są tylko pobielane groby... *** Może nie jeden z tych więźniów wzgardzony Do krzyża, hańby przez prawo przybity, Skończy jako łotr dobry, nawrócony I raj posiądzie i wieczne zaszczyty. *** Może me jeden dla sprawiedliwości Błogosławiony, że cierpiał bez winy, Złoży w więzieniu poniżone kości Aby zmartwychwstać w dzień on, dzień jedyny. *** W on dzień straszliwy gdy się niebo wzruszy I ziemia zadrży w odwiecznej posadzie Gdy Pan swe wrogi zdepce i pokruszy Jak wicher w lesie kiedy dęby kładzie... *** Jakie to często pod płaszczykiem cnoty Chytra obłuda skrzętnie się ukrywa, A pod mundurem aresztanckiej roty Cierpi nie jedna cnota nieszczęśliwa. *** Nie wszystko złoto co się pięknie świeci, Nie wszystko podłe co wzgardą okryte, I swoje grzechy mają także dzieci l nieraz marzą starce wieku syte.. *** O! bardzo często pozory nas zwodzą Nieraz cię raczą cukrowemi słowy, A w duchu skrycie na twą zgubę godzą Taki to dzisiaj ten świat postępowy. *** Dzisiaj interes najwyższe bożyszcze Mianem przyjaźni, miłości nazwany Jeśli ten bożek wie, że na tem zyszcze, Będziesz od niego wielbiony, kochany. *** Gdzie się ukryły cnotliwe Damony? Gdzie dziś Gaworek i gdzie Leszek Biały? Może tam kędy wykwintne salony? Tam białym krukiem jest przyjaciel stały! *** O, stary zamku! w którym przed wiekami Mieszkało książę w przyjaźni niezłomne, Wprzód się zapadniesz z swojemi basztami, Niźli ja moich przyjaciół zapomnę *** Lecz mamże ciebie pominąć milczeniem Rycerzu krzyża, waleczny Henryku! Co uzbrojony Chrystusa ramieniem Pierwszy stanął w bojowniczem szyku! *** I z zamku tego z zwycięską drużyną Wiodłeś daleko na krzyżowe boje, Ażeby świętą oczyścić krainę Przez muzułmański zalaną zawoje.. *** I grób Chrystusa wyrwać z wrażych szponów, Zatknąć znak krzyża na miejsce księżyca, Wrzask muezzinów zgłuszyć dźwiękiem dzwonów, Jerozolimie otrzeć łzawe lica. *** Pomimo cudów Twojej waleczności, Któremi obce zadziwiałeś kraje, Nie starta przemoc służaków ciemności Dotąd grób święty w ich ręku zostaje... *** Któż pojmie wyroki Wszechmocy? Nie zawsze słuszność zwycięstwo odnosi, Nie raz się prawda kryje w ciemnościach nocy, A złość i kłamstwo swoje prawa głosi. *** Nie zawsze cnota pogardę odbiera Lecz prędzej i wspólniej, co święte zawładnie Prawda i cnota nigdy nie umiera, A złość i kłamstwo na wieki przepadnie. *** Lecz czy i Ciebie pominę milczeniem Nasz wojewodo, sławny Piotrze z Krępy! Coś do oporne odważnem ramieniem Zagrzewał twoje nieliczne zastępy. *** Garstka załogi przed tatarską zgrają Z murów zamkowych broni się z rozpaczą, Już się Tatarzy na wały wdzierają Mordem i grozą swoje kroki znaczą... *** Bo w przeddzień szturmu nasz Piotr nieszczęśliwy, Zdradnie zwabiony do namiotu hana, Pod nożem zbójców upada nieżywy Ze śmiercią wodza załoga złamana.. *** Zamek zdobyty, krew strumieniem płynie Błękitna Wisła staje się czerwoną Tysiące ofiar kona w jej głębinie, Ognistą łuną domy miasta płoną., *** Dominikanie co z ojcem przeorem Bogarodzicę w pieśni uwielbiali, W zamkowym chórze pod wrogów toporem Męczeńską śmiercią "Amen" dośpiewali. *** Świątynie Pańskie odarte z ozdoby, Księża pobici wraz z ludem pospołu, Z ludnego miasta tylko same groby, Z wielkiego grodu tylko garść popiołu... *** Tyś patrzał na to, zamku zrujnowany, Jak patrzy ojciec na dziatki pobite, Gdyby czuć mogły twoje zimne ściany Łezby z nich rzeki pociekły obfite! Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 24.04.15, 23:08 Diabeł jest trochę głupawy o czym świadczy wybieg czarownic używany przez nie przy zawieraniu paktu z diabłem. Za to prawie zawsze jest złośliwy i mściwy, chociaż czasem zachowuje się jak rozkapryszone dziecko. Ulubionym miejscem jego działalności jest Dudków, wiatrak, gorzelnia, most przy Kamnionce. Zwano go Rokitą, Lalą, Kusym czasem Plaplą lecz ta nazwa jest w użyciu tylko wtedy gdy występuje przy Kamionce, gdzie przebywał bezimienny Topielec z którym Kusego pomieszano. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 24.04.15, 23:18 Pomiędzy Swojowskim Kałkiem i Żabieńcem grasował diabeł pobrzękując łańcuchem. Pojawia się on zwykle nocą, chociaż czasem można go spotkać też w południe wraz z Południcą schowanego w grochu. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 24.04.15, 23:21 Plapla to bies, który przebywa w wodzie i nieraz uchlapie człowieka. Utożsamiany czasem z Topielcem. Podania mówią, że gdy wyjdzie z wody ograć się na miesiącu to wydaje głos "Pla, pla, pla" Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 24.04.15, 23:22 Natomiast mianem "Kusy" określano małego, krępego diabełka Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 24.04.15, 23:30 Najprzykszejsze dla mieszkańców były nocne hałasy Rokity, urządzane w gorzelni, gdzie diabeł popisywał się biciem w kotły i spuszczaniem wódki. Jeden z gorzelnianych wpadł w zatarg z Rokitą, któremu wydarł przy moście na Kamionce jakiegoś pijaka. Diabeł postanowił zemścić się. Sposobność nadarzyła się, gdy gorzelniany wracał zimową porą przez wspomniany most. Kusy otumanił go i wodził od rzeki do rzeki. Na krzyk gorzelnianego nadjechał ksiądz i zabrał nagiego, siedzącego na lodzie gorzelnianego i odwiózł do gorzelni, gdzie Kusy znowu zaczął rzucać swoją ofiarą i beczeć jak cielę. Żadne środki nie pomogły. Dopiero jak ksiądz dotknął opętanego Hostią diabeł uciekł z przerażeniem i taki krzykiem, że aż szyby w gorzelni popękały. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 24.04.15, 23:34 Diabeł nie mógł darować księdzu, że go przepędził. Czekał cierpliwie aż ksiądz wjechał na most na Kamionce, wtedy "diobeł chycił za koło i mocowoł się z końćmi bo chciał oboczyć wto mocniyjszy. Co go ksiądz przegno z jedny strony to on hyc na drugo i łaps za koło. Dugo się tak wodzuły aż się ksiyndzu sprzykrzyło i wzion zaczon szeptać jakieś tam modlitwy. Dioboł niy szcimoł i uciyk." Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 24.04.15, 23:38 Diabeł upodobał sobie też wiatrak, gdzie zwłaszcza w nocy wyprawiał harce. Poza zwykłym tłuczeniem się i puszczaniem w ruch zamkniętego wiatraka urządzał też żarty chłopom pasącym konie. Czasami ściągał ze śpiącego burkę albo zdejmował koniom z nóg pętaczki i poganiał je na dalsze pola. Zwykle też nie dawał przejechać przez most na rzece płosząc konie. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 24.04.15, 23:40 Ofiarami diabła często padali też pijacy, których utytłał w błocie, konie wyprzęgał i puszczał na pole a nieraz i wóz zwalił z mostu. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 24.04.15, 23:45 Czasem Kusy pozwalał sobie na niesmaczne żarty. Po nocy paśliśmy konie na łące a stary Florek spał. Naraz słyszymy brzęczenie łańcuchów. Mówię mu - a idź ty gdzie chcesz. Patrzę a diabeł wspiął się na Florkowe plecy i wyszczypoł go po d...(pośladkach) aż Florek zaczął wrzeszczeć. Dopiero wtedy puścił a sam poszedł w stronę stawu i tyle go widzieli. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 24.04.15, 23:46 Czasem płatał figle gospodyniom, które pasły krowy. Gdy te nawoływały krowy aby już wracać do domu Rokita odpowiadał im jak echo wabiąc je a potem wodząc po polach Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 17.09.20, 16:26 Podobno w noc zaduszną mieszkańcy Chlewisk mogą spotkać dwa duchy, wychodzące z zamkowych podziemi. Wszystko przez pewien mezalians Usytuowany na niewielkim wzniesieniu pałac w Chlewiskach, otacza park krajobrazowy z kilkoma imponującymi pomnikami przyrody. Początki zabudowań w okolicy dzisiejszego, całkowicie przebudowanego, kompleksu można datować na początki XII wieku. Wtedy to Piotr Dunin, ówczesny właściciel okolicznych dóbr, wybudował drewniany gródek obronny. Później właścicielami zostali Odrowążowie, którzy z czasem przyjęli nazwisko Chlewiccy. Pewnego razu jeden z właścicieli warowni – Kostek Chlewicki – wracając z polowania zobaczył cud urody wieśniaczkę. Zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Niestety, ojciec Kostka, Jerzy, nie chciał słyszeć o mezaliansie. Kiedy syn upierał się coraz bardziej, ojciec postanowił załatwić sprawę po swojemu. Aby uchronić się przed skandalem, kazał sługom porwać dziewczynę, ukryć w lochach zamku i zamurować. Kiedy Kostek dowiedział się o tragicznym losie wybranki swego serca, pobiegł do lochów i dotąd badał ściany, aż znalazł tajemne wejście. Na szczęście ukochana jeszcze żyła. Kiedy chcieli wydostać się z pułapki, nie udało im się odnaleźć wyjścia… W noc zaduszną mieszkańcy Chlewisk i turyści mogą spotkać dwa duchy, wychodzące z zamkowych podziemi. Zjawy zawodząc i wyjąc przechadzają się po rezydencji. Podobno w okolicy widywany jest także duch Jerzego Chlewiskiego. Najczęściej pojawia się na rączym koniu ciemną nocą pod bramami zamczyska. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 18.09.20, 00:00 O tym miejscu krąży też wiele współczesnych legend. Z uwagi na to że Krzemionki są ulubionym miejscem samobójców miejscowi twierdzą, że nocą po tym miejscu przechadzają się dusze potępionych. Ludzie omijają to miejsce, zwłaszcza nocą gdyż czyni ono niesamowite wrażenie. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 10.01.21, 19:18 — Oj, didusiu, jedzie... jedzie... pan jakiś, czy co... rycerz... har- cuje na białym koniu, a zbroja mu się świeci od słońca... Kołpak zło cisty na głowie... pancerz miga... miecz przy boku... Śród pań i panów powstało zamieszanie. Wszyscy porwali się z krzesełek i z trwogą, jak gdyby wobec niebezpieczeństwa, stłoczyli się. Panie poczęły krzyczeć: — Ktoś jedzie! jedzie! Zasłaniały oczy wachlarzem i uciekały, gdyż zdawało się, że ów jeździec wprost na całe towarzystwo sadzi. Panowie uspokajali panie. Król lornetkę przy oczach trzymał w drżącej nieco ręce i z bladą twa rzą przypatrywał się temu dziwnemu zjawisku. „Skąd mógł wziąść się ten rycerz?" — rozmyślał. Wreszcie uśmiechnął się zwykłym swoim obojętnym uśmiechem i rzekł: — Osobliwe zjawisko... fata morgana... nic więcej. Lornetował jeszcze chwilę rycerza i dodał: — Bardzo piękne zjawisko... bardzo piękne... Szkoda, że niema Imci Pana Trembeckiego, aby je opisał wierszem... Słowa te uspokoiły trochą przelęknione panie. Imć Pan Komorowski rzekł: — Podobny do św. Michała Archanioła... Król skinął głową. — Masz waszmość zupełną słuszność... Rycerz ów zatrzymał się pośrodku polany. Całe towarzystwo lor netowało go ciekawie. Gdy Hanusia, wróciwszy, powiedziała dziadowi, że na polanie ukazał się jakiś rycerz, starzec podniósł się spokojnie z przyzby i, zwró ciwszy się na wschód, przeżegnał się po trzykroć, potem do dziew czyny powiedział: — Przynieś mi kostur z chaty. Poprawił bandurę, pod świtę ją schowawszy i dodał: — Trzeba iść... wołają mnie... Wyszedł trochę przed chatę, tak, że mu polanę i jeźdźca, stoją cego wśród niej, widać było. Popatrzał chwilę na niego: — Idę już... idę... Obecni przyglądali się tej scenie z podziwieniem, ciekawi końca, a starzec, nie spojrzawszy nawet na całe towarzystwo, do Hanusi powiedział: .. — Bądź zdrowa, detynko... bądź zdrowa... Słowa jego drgały, jak gdyby łzy hamował. Objął ją, pocałował i długo przy piersi swojej trzymał; potem nad głową znak krzyża zro bił i rzekł spokojnym głosem: — Wracaj do chaty... Hanusi łzy błysnęły w oczach Panowie i panie skupili się znowu w pewnym niepokoju, patrząc na polanę i na jeźdźca, stojącego pośrodku, w uzbrojeniu rycerza, i na starca zdążającego ku niemu. Słońce już zachodziło. Ostatnie błyski jego, pozłacając wierzchołki drzew, słały się na polanie, a daleko, pod lasem, sine mgły wieszały się coraz gęściej i wyżej. Nagle jeździec mieczem znak jakiś zrobił w powietrzu, niby krzyż, i konia ku wschodowi obrócił... Podążył naprzód powoli, a za nim na kosturze oparty, szedł Wernyhora — szedł i nie odwracał się. Tylko wiatr czasem w twarz go musnął, pukle siwych włosów, które połyski wały od słońca, rozwiewał i w struny bandury z jękiem trącał. Hanusia płakała, ale, zaklęta słowem didusia, nie ruszała się z miejsca. Wpatrzona w obraz wędrującego dziada, którego Michał Archanioł w nieznane jakieś kraje prowadził, nic pozatem nie widziała i nie słyszała. Najjaśniejszy Pan, lornetki od oczu nie odejmując, rzekł: — A... to osobliwe zjawisko... istne fata-morgana... — Wracajmy, Najjaśnisjszy Panie, chłodno już... wieczór...— wtrą ciła pani Grabowska. Król zdawał się nie słyszeć tych wyrazów i przywołał do siebie imć pana Komorowskiego. — Siądź waszmość na konia, dopędź tych ludzi i przekonaj się, co to jest... Imć pan Komorowski odwrócił się, dosiadł konia i galopem po pędził. Panie niespokojnie i niecierpliwie patrzały, król także. Co chwila słychać było wykrzykniki: — Dopędza!... dojeżdża! .. zrównał się!... Król nagle zawołał: — Minął!... W tej chwili cały obraz zniknął im z przed oczu. Król zbladł i zamilkł. Na polanie nic nie było widać — tylko śród mgły wieczornej wracał na spienionym koniu imć pan Komorowski... Franciszek Rawiła. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 03.06.21, 19:12 W Polsce wychodzi miesięcznik "Przegląd Geologiczny". W numerze listopadowym z 1992 roku znajduje się artykuł pracowników Instytutu Geologii Uniwersytetu Warszawskiego o Miedziance Świętokrzyskiej. Trzech geologów E. Balcerzak, K. Nejbert i W. Olszyński w opracowaniu swym zmieścili zdjęcie ziarn złota ze złoża kruszcowego tej góry. "Przegląd Geologiczny" tym różni się od innych polskich periodyków, że jest pismem naukowym i nie może być mowy o publikowaniu tam rzeczy wątpliwych. Przeciętna nasza gazeta zawiera trzy rodzaje informacji: prawdziwe, prawdopodobne i inne. Prawdziwymi są nekrologi, a prawdopodobnymi- prognozy pogody. Materiały przeznaczone do "Przeglądu Geologicznego" recenzują naukowcy wysokiej klasy. Czytając o złocie z Miedzianki trzeba zadać podstawowe pytanie: czy wymienieni we wstępie trzej autorzy są rzeczywiście odkrywcami świętokrzyskiego złota? W zbiorach krakowskiej Akademii Górniczo - Hutniczej znajduje się preparat mikroskopowy, gdzie na szkiełku przedmiotowym utrwalono balsamem kanadyjskim ziarnko złota pochodzące z kruszcu Miedzianki. Tuż przed pierwszą wojną światową profesor J. Morozewicz zdobył i przerobił laboratoryjnie pół tony zielonej rudy miedzi, zwanej malachitem. Rudę rozpuścił w stężonym kwasie siarkowym, a części nie rozpuszczalne rozdzielił w cieczy ciężkiej i odwirował. W publikacji swej wyjaśnił, że na Miedziance nośnikiem złota jest krystaliczny pierwotny kruszec miedzi z grupy sulfoarsenianów, czyli tetraedrytów, zwany miedziankitem. Metale szlachetne podczas wietrzenia kruszcu przechodzą do powstającego dwuwęglanu, czyli malachitu i tam koncentrują się, tworząc wzbogacenia. W latach 1915 - 1917, kiedy Kielecczyzna znalazła sie pod okupacją austriacką, zaborca wyeksploatował na Miedziance 1043 ton kruszcu i rudy miedzi. Urobek przerobiono w Salzburgu, otrzymując 66 ton miedzi i 91 kilogramów srebra. Cofnijmy się dalej. Kiedy za panowania Jagiełły morowa zaraza ogarnęła Polskę, król wysłał swą czwartą żonę Zofię z synem Władysławem do Chęcin na zamek. Liczono bowiem, że morowe powietrze tam nie dotrze. Teren był lesisty i oddalony od większych skupisk ludzkich. W zamku chęcińskim znajdowało się wtedy archiwum grodzkie, postarunek zbrojny i więzienie polityczne, zwane więzieniem stanu, gdzie przebywał w wieży między innymi brat królewski za próbę dokonania przewrotu na Litwie. W wolnych chwilach królowa rozpytywała miejscowych notablów i służbę o ciekawostki regionalne. Kiedy pokazano jej z okna górę Miedziankę, opowiadając o tamtejszych kopalniach, Zofia wybrała się by obejrzeć to osnute legendami górniczymi miejsce. Gdy w asyście dworek dotarła na stok góry, zobaczyła szyb i dwóch górników przy linie kołowrotu. Byli: półnadzy, spoceni i wydobywali z szybu jakiś ogromny ciężar. Kołowrót skrzypiał, a mięśnie górników napięte były do granic wytrzymałości. Królowa podeszła i ujęła linę, aby pomóc. Gwarkowie, nie bacząc kogo mają przed sobą, bluznęli w kierunku Zofii wulgarnym słowem i odepchnęli królową. Nastąpiła obraza majestatu, a tego nie wolno było puszczać płazem. Zofia wydobyła z zanadrza nóż i przecięła linę z wiszącymi przy niej górnikami. Obaj gwarkowie wraz z przywiązaną na drugim końcu sznura bryłą złota polecieli w głąb. Kruszec utknął "z dźbiękiem na niezmierzonych głębokościech". Podanie to zasłyszeli we wsi Miedzianka w roku 1902 bracia Łaszczyńscy, chemicy eksploatujący tamtejsze złoże miedzi i przekazali legendę wikaremu parafii Chęciny. Był nim wtedy historyk ksiądz Witalis Grzeliński, późniejszy proboszcz w Brzegach. Opowiadanie to opublikował na łamach "Gazety Kieleckiej" 1909 roku, drukując w odcinkach obszerny artykuł "Chęciny i okolica". Ponieważ w każdej bajce jest ziarno prawdy, widzimy na podstawie legendy, że już w średniowieczu alchemicy wiedzieli o śladowych ilościach złota w kruszcu miedzi. Jak do tego doszli, nikt nie potrafi wyjaśnić. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 03.06.21, 19:23 Wolica w latach drugiej wojny światowej miała znaczenie strategiczne z uwagi na przebiegającą tamtędy kolej i stację kolejową. Wieś była uprzemysłowiona. Liczyła 65 "dymów" i miała zakład wapienniczy oraz drzewny. Już w roku 1940 żandarmeria zebrawszy we wsi Cyganów eksportowała ich do stacji kolejowej. Powstała fałszywa pogłoska, że znajduje się tam również komendant placówki Armii Krajowej Jan Sieradzan. Partyzant Feliks Górski chcąc ratowć komendanta podjął próbę likwidacji eskorty niemieckiej używając pistoletu maszynowego. Celu nie osiągnął. Nie wynikły z tego żadne represje, bo ludzie dla złagodzenia sytuacji podali, iż był to jeden z cyganów. Nasłuch pelengacyjny upewnił hitlerowców, że w Wolicy pracuje radiostacja ruchu oporu. Istotnie znajdowała się ona w budynku zakładu wapienniczego zwanym "murowańcem". Dnia 16 kwietnia 1944 r. w niedziele funkcjonariusze kieleckiej placówki "Sipo" niespodziewanie otoczyli "murowaniec" dokonując tam bardzo szczegółowej rewizji. Kierownikiem zakładu wapienniczego był wtedy Józef Zegartowicz. Radiotelegrafista zdążył ukryć lub zniszczyć bez śladu aparat i nie znaleziono go. Niemniej Niemcy zatrzymali dwanaście osób. Był wśród nich kierownik zakładu i radiotelegrafista. Pozostali to pracownicy. Zatrzymanych wprowadzono do samochodów przy stacji kolejowej. Trzy osoby podjęły desperacką ucieczkę. Udała się Stefanowi Żelichowskiemu i radiotelegrafiście, którego przed kulami niemieckimi zasłonił przejeżdżający pociąg. Trzecią osobę Mariana Pańka zastrzelono. Zatrzymanych pomordowano w kieleckim gestapo. Wczesnym rankiem 26 maja 1944 r. do Wolicy, Siedlec i Wojkowca przyjechało kilkanaście samochodów ciężarowych i tyleż samo motocykli z żandarmerią. Kierujący akcją zakwaterowali u sołtysa i na podwórze spędzano mieszkańców. Niemcy mieli dokładne rozeznanie, które osoby są zaangażowane w ruchu oporu. Według posiadanej listy kierowano je do sołtysowej stodoły, gdzie musieli leżeć. Podczas przepędzania ludzi przez tory kilka osób uratowało się wskakując do przejeżdżającego pociągu. 35 letni Aleksander Pierzak, komendant ochotniczej straży pożarnej rzucił się pod koła tego pociągu ponosząc śmierć. Ciało jego Niemcy wydali rodzinie. W okolicy uznany został za bohatera narodowego. Podczas przesłuchań zatrzymani obciążali stawianymi przez Niemców zarzutami nie żyjącego Pierzaka. Osoby wyznaczone z listy wywieziono samochodami do kieleckiego gestapo. W sumie zebrano 38 mieszkańców. Po badaniach i katowaniu skierowano zatrzymanych do obozów koncentracyjnych Ravensbruck i Buchenwald. Kilku po wojnie wróciło. Na bazie zemsty i odwetu zaaresztowania i bestialski mord ofiar powstał w Wolicy bojowy oddział partyzancki formacji AK dowodzony przez komendanta placówki, starszego sierżanta Jana Sieradza. W skład oddziału wchodzili obywatele Chęcin i Wolicy. Oddział dokonał likwidacji kilku agentów i przeprowadził szereg akcji bojowych na terenie Kielecczyzny. Gehennę mieszkańców Wolicy upamiętnia wyremontowany w 2012 roku pomnik ofiar pacyfikacji Wolicy położony na ternie szkoły podstawowej. Przy pomniku każdego roku w rocznicę pacyfikacji wsi składane są wieńce i palone są znicze. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 03.06.21, 19:30 Ksiądz Staszic – uczony, filozof, przyrodnik, działacz i pisarz polityczny, jeden z najwybitniejszych przedstawicieli polskiego Oświecenia, jako minister stanu oraz dyrektor generalny wydziału Przemysłu i Kunsztów, inwestował w rejonie Chęcin w prace górnicze poszukiwawcze za rudami metali kolorowych. Pod kierownictwem J.F. Moritza przedłużał na Miedziance staropolskie sztolnie: Antoni i Teresa, głębił szyby poszukiwawcze Maria oraz Ludwik i pochyły szyb w sztolni "Zofia". Roboty trwały do roku 1821. wynik był negatywny. Zatrudniano 48 górników. Roczne dofinansowanie wynosiło 6 tys. zł roboty pochłonęły kwotę 30.947 zł. W 1817 r. odbudowano kosztem 50 tys. zł Hutę Ołowiu w Woli Murowanej. Na poszukiwanie ołowiu pod Chęcinami Staszic przeznaczył ćwierć miliona złotych. Zatrudniono 28 górników w sześciu grupach. Robotami objęto: Czerwoną Górę, Zelejową, Szewce i Bolechowice. Kruszcu nie znaleziono. Staszic jako klasyk geologii polskiej wydał w 1815 roku monumentalne dzieło: "O ziemiorodztwie Karpatów i innych gór i równin Polski". "Pierwsza rozprawa o równinach Polski, o paśmie Łysogór, o części Beskidów i Bielaw" zawiera obserwacje autora poczynione koło Chęcin: "Idąc cypliskami samych litych głazów Łysej Góry i Świętej Katarzyny aż do Kielc, nagle w okolicach tego miasta przy Chęcinach, Bolechowicach, Miedziance, Miedzianej Górze, spotyka się w działaniach natury kresa, na której kończą się skały głazów, a poczynają się opoki wapieni. Na której w jednej górze na połowę od północy składają głazy, druga połowę od południa robią wapienniki. Od której kresy poczynają się wszystkie nasze kopalnie miedzi, cynku, ołowiu, srebra. Uważałem, iż żaden z tych kruszców tej kresy nie przekracza na północ". "Wszystkie tych kruszców rudy leżą tu gniazdem żyłami w górnych warstwach, a obłazgiem w głębi. Głębokość, w której leży ruda od 60 do 80 łokci zabiera. Ławice rud leżą wałowato. Przeto karń rud jest różnej miąższości od cala do 4 stóp. Kierunek ławic rudy pospolicie od miedzy zachodu południa po miedzę wschodu i północy. Pochył ławic różny najczęściej poziomy. Zmienia się od 10 do 30 stopni". "Ogólnie wszystkie tutejsze rudy ołowiu ze srebrem, leżą w epoce wapiennej, czyli po górniczemu w krechu. Ruda miedziana, kiedy się nie miesza z rudą żelazną, to zawsze także leży tylko w wapieniu, albo w wapienio-margielu. Ale gdy się znajduje razem z okrorudą żelaza, natenczas znachodzić ją i głazołopieniach wapnistych. Ruda mieszana pospolicie wydaje do 50 od sta i przeszło. Nadto, jeden łot albo dwa łoty srebra. Ruda ołowiu wydaje z centara od 50 do 75 i nadto 3 lub 4 łoty srebra. A W kopalniach Olkusz do 10 łotów srebra. Skład gór w tutejszych wszystkich kopalniach jest powszechnie następujący: z wierzchu na łokieć lub dwa glina i piasek. Dalej skała wapienna twarda, zbita, marmur czerwonawy, w którym znajdują się, chociaż bardzo rzadko, dziarstwiny i konchy ten miewa do 10 sążni. Pod tym idzie wapienio-margiel, który czasem jest łupiącym się w cienkie pokładki, albo też jest kruchu miałkiego, grudkowaty, jak gdyby glinka żółtawa z kwarcem. Ten miewa do 12 sążni. Dopiero następuje ruda kruszcowa miedzi i ołowiu obłazgiem w wapienio-margielu łopiennym. Spąg robi wapień pierwotno-warstwowy. Dziarstwiny morskie i małżow skorupy znajdują się tylko w górnych wapiennych opokach. W głębi zaś tam gdzie już rudy leżą, nie żadnego śladu ani roślinnych, ani z żywotnych jestestw ni morskich, ni ziemskich". "W górach kopalnych przy Chęcinach rudy idą żyłami w marmurze czerwonawym, głębiej leżą obłazgiem. Łożem /gang/ Spah wapienny, następujące są gatunki: miedziana ruda szara /Fahlerz, cuivre gris: Hauy/. Miedziane piryty /cuivre piryteux. Hauy/ Ruda miedzi zwęglona, zielona, /cuivre carbonata verd pulverulent, Hauy/ Niedokwas miedzi czarny, /oxide norie de cuivre. Hauy/ Lazura miedzi erdiges kupferlazur. Mieszają się tamże rud ołowiu gatunki: ołów siarkowany /galena/. Ruda ołowiu biała. Plomb carbonate. Hauy. Ruda ołowiu czarna plombum mineralisatum nigrum. Emerling. Ziemia ołowiana krucha i takaż zbita. Zerrelich bleyerde und fest bleyerde. Bern. W górach przy Miedziance i przy Jaworzynie w podobnymże składzie jak i przy Miedzianej Górze, w epoce wapiennej znajdują się rudy miedzi. Miedź zwęglona /kupfer grün/ ciuvre carbonate vert pulverulent, miedź zwęglona niebieska cuivre carbonate bleu. Hauy Lazura miedzi krucha ziemista Cuprum ochraceum asuleum frabile. Emerling. Malachita. Ruda miedzi w pioropusz. Bund kupfererz. Ołów siarkowany, niedokwas żelaza. We wszystkich powyższych kopalniach pochył warstw od południa na północ. Kierunek od miedzy wschodu północy na miedzę zachodu południa". Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 03.06.21, 19:38 Królowa Bona, przez całe życie chętnie jeździła konno. Gdy jako wdowa otrzymała w uposażeniu starostwo Chęcińskie, zamieszkała tam w zamku i niestrudzenie kontrolowała swoją posiadłość by uzyskać należny zysk. Jeżdżąc obiecywała życie usłane różami ludziom, którzy będą dla niej pracować. W podeszłym wieku cierpiała na niewydolność krążenia i lewa noga puchła królowej. Pewnego dnia odwiedziła Miedziankę, gdzie zaprzestano kopać rudę, bo wyczerpano płytkie złoże i huta w Polichnie zbudowana przez żupnika Karasia, stała nieczynna od dwudziestu pięciu lat z powodu braku dostaw surowca. Nieutwardzony trakt polny wiódł do Miedzianki przez Gościniec omijając od północy wieś Polichno. Droga ta istnieje dotąd. W czasie powrotu uciskała królową boleśnie ciżma, czyli but, lewej spuchniętej nogi. Zatrzymano się przy źródle i Bona Sworza obnażywszy nogę trzymała ją długo w źródlanym bagienku. Doznała rychłej ulgii, a po chwili opuchlizna znikła. Później królowa wielokrotnie wspominała o zbawiennym działaniu tamtejszej wody. U schyłku XIX w. mieszkający w Polichnie znachor Józef Świercz chodził ukradkiem do źródła. Przemykał się chyłkiem, aby nikt nie dopatrzył jego praktyk. Wpływająca woda formowała dwa bagienne jeziorka. Znachor kucnąwszy przy źródle, wyjmował szpilkę spod kołnierza, którą nosił dla dłubania w dziurawych zębach, nakłuwał palec i spuszczał kilka kropli krwi do cieku wodnego. Wtedy pijawki drzemiące w bagienku, czując krew wypływały żwawo w kierunku źródła. Znachor chwytał je i sprzedawał w butelkach na targu. Pijawki kupowano dla ściągania "zepsutej krwi" chorym i przy nadciśnieniu. Pewnego jesiennego dnia 1910 roku dziedzic Łazarski właściciel folwarku Marianów w Skibach, pogonił z parobkami konno kłusownika, który chodził po jego terenie za sarnami. Uciekający, nie mając innego wyjścia, rzucił strzelbę kapiszonkę w znajome krzaki, a sam dopadł błotnistego bajara. Zasłoniły go szuwary i przeczekał aż pogoń odejdzie. Przeszukiwano zarośla przez co zbieg długo leżał w zimnej wodzie. Był uratowany, ale tak wychłodził organizm, że w domu nie pomogła ciepła pierzyna i nacieranie nóg naftą. Przyplątały się galopujące suchoty i Józek Kuraś po dwóch tygodniach gorączkowania zmarł. To była kara boska. W Polichnie obok szkoły biegnie przełęczą między górą Grabówką i Laskową "Złodziejska Droga". Jest to trakt do przegonu bydła na pastwiska w Krasnej Dolinie, zwanej dziś Zaciszem. Nazwa drogi wynikła stąd, że złodziejom grasującym nocą we wsi najłatwiej było tamtędy uciekać. Według mapy bonitacyjnej gminy Chęciny, źródło leży na nieużytku rolniczym, który został w kilku etapach zalesiony. Występują tam namuły torfiaste z glebą murszowatą, a wobrzeżeniu rędzina brunatna. Do czasu przekopania rowu melioracyjnego, przy źródle znajdowały się wymienione wyżej dwa zabagnione jeziorka. Źródło wypływa na północnym zboczu Góry Laskowej. Odprowadza wodę w Krasną Dolinę ku rzece Hutce, tam gdzie niegdyś stała huta miedzi, a dziś jest malowniczy przysiółek Zacisze. Woda źródlana ma odczyn ph bliski 8 i przemijającą twardość węglanową co świadczy, iż wypływa z wapieni marmurowych wieku dewońskiego, które budują na wschód od źródła skalistą grzędę z licznymi odsłonięciami kamienia. Temperatura wskazuje, że woda wypływa z głębokości 70 metrów. W chwili obecnej wydajność samowypływu wynosi jeden litr na minutę· Można ją zwiększyć oczyszczając źródło. Ponieważ leży ono w miłym uroczysku, warto je udostępnić dla ruchu turystycznego, kierując tamtędy nieznakowany szlak, który prowadzi do Nowin Sitkowieckich przez Jaskinię Raj i Piekło do Rykoszyna. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 27.09.25, 23:14 Przekonania dotyczące nocnic uległy silnemu zatarciu, dlatego nie można już dzisiaj określić dokładnie, jaki był ich rodowód. W niektórych częściach Śląska Cieszyńskiego „pod nazwę nocnic podciągano wierzenia w demony, które były duszami dziewczyn zmarłych w czasie ogłoszenia (po zapowiedziach, a przed ślubem)”. Nie wiadomo też, jak w mniemaniu ludu wyglądały, czasem opisywano je jako długonogie istoty zamieszkałe w lesie, tańczące w szale albo czeszące się szyszkami. Folklorysta Jan Broda opisywał je jako złośliwe demony płci żeńskiej ubrane w białe płachty i czarne suknie, pojawiające się nocami, głównie na bezdrożach (zwłaszcza w okresie adwentu) i wychodzące ze swych kryjówek na dźwięk kościelnych dzwonów, a także po przywołaniu gwizdem. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 27.09.25, 23:22 Nazwa mamuna jest często stosowana wymiennie z dziwożoną i boginką, a te pojęcia są w zależności od regionu i źródeł związane z wierzeniami – w trakcie ewolucji pojęcia – w rusałki. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 27.09.25, 23:28 Dość często mamuny przebywały stale przy domu położnicy, aby w odpowiedniej chwili dokonać zamiany. W tym celu starały się pod jakimś zmyślonym powodem wywołać z izby matkę nowo narodzonego dziecka. Niekiedy znów kusiły ją śpiewem i muzyką, czy też fałszywymi odgłosami zabawy i tańca dochodzącymi jakoby z karczmy, aby wstała z łóżka i wyszła choć przed sień popatrzeć na bawiących się. Niekiedy jednak mamuny nawet siłą próbowały zamienić niemowlę; mamuna bijąc i drapiąc próbowała porwać dziecko. Tak podmienione dziecko to tzw. odmieniec, zwany też odmienkiem, podrzucem lub płonkiem, bobakiem, bobem (te ostatnie nazwy miały jednak przeważnie inne znaczenie), nie ruszał się zupełnie z kołyski, mało mówił i prawie nic nie jadł. Śmierć niedorozwiniętego dziecka tłumaczono tym, że potomstwo mamuny nigdy nie chowa się dobrze wśród ludzi i szybko umiera. Dziecko boginki było uosobieniem chytrości i złośliwości Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 27.09.25, 23:56 Odmieniec (takżeː podrzut, odmienek, podrzuc, podciep) – dziecko podrzucone przez demony; demon z wierzeń słowiańskich. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 00:04 Podobnie w okolicach Wrocławia znana była opowieść o wieśniaczce, której przypołudnica podmieniła dziecko w polu – po obiciu odmieńca rózgą, demon zjawił się z ludzkim noworodkiem Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 00:25 Wierzono, że dziwożony porywały młode dziewczęta i młode mężatki. Poza tym porywały dzieci z kołysek, podmieniając je na własne: brzydkie odmieńce, z widocznymi ułomnościami lub niepełnosprawnością umysłową/rozwojową. Sposobem na odzyskanie dziecka miało być wyniesienie odmieńca na pole/granicę lub śmietnik, tam obicie dziecka rózgą, dodatkowo oblewając je lub pojąc wodą ze skorupki jajka i wypowiadając słowa: Odbierz swoje, oddaj moje. Wtedy dziwożona, poruszona płaczem własnego dziecka, wracała po nie, oddając porwanego noworodka Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 10:48 Te rozmaite opisy wyglądu i zachowań boginek mają dużo wskazań na zapisy folklorystyczne dotyczące zarówno dziwożon, jak i rusałek. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 11:07 ▪️podmienione dziecko należało obić rózgą na śmietniku, dodatkowo pojąc je wodą ze skorupki jajka, by przywołać boginkę Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 11:45 Rusałka — staroruskie – rusaliya. Łacińskie – rosalia (pierwotnie oznaczające „święto róż”, później „Trójca”). Greckie – „Trójca”. Słowo „rusałka” pochodzi od staroruskiego „rusalii”, nazwy pogańskiego święta wiosny... Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 11:52 Zdaniem Karola Potkańskiego w XVI wieku nastąpiła chrystianizacja święta, a jego pozostałością jest ludowy odpust zielonoświątkowy Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 11:56 Od roku 2016 polskie środowisko rodzimowiercze, skupione w ramach Konfederacji Rodzimowierczej, organizuje ogólnopolskie obchody święta, zrekonstruowanego do rodzimowierczej formy na podstawie kwerend archiwalnych, etnograficznych i folklorystycznych. W 2016 roku obrzęd na Stadzie poprowadziło 11 żerców, co czyniło je największym świętem w dotychczasowej historii rodzimowierstwa w Polsce Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 12:07 Aby uchronić się przed gniewem Chabernicy, należało w południe na Anioł Pański zrobić sobie przerwę od pracy i przesiedzieć ten czas w cieniu. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 12:39 Na Śląsku zależności od konkretnej miejscowości, demon polny nosi różne nazwy: południca, przyponza (Tarnowskie Góry), przypolnica, kleklimontka lub kleklimonka, przypołudnica (w powiecie opolskim), chabernica (w okolicach Prudnika), szatanka, połednia (w Strzelcach Opolskich), klynkanica ( na wschód od Raciborza), czasem czarna pani, biała pani, żytnia baba, zaś na południe od Raciborza: opolda. Przebywa ona na polach i jest figurą ze słomy o wielkich oczach, a niekiedy krzykliwym ptakiem. Południca pojawia się z reguły na polu, najczęściej w okresie żniw. Dusi ludzi, skręca im karki, łamie ręce i nogi, porywa dzieci depczące zboże, zabiera niemowlęta położone na trawie, powoduje ostry ból głowy u osób niemających nakrycia głowy. Czas jej pojawiania się to południe, stąd pochodzi nazwa tego demona – Południca.” Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 13:28 Tańczy Tamara raz ostatni. Niestety, jutro marzeń kres. Porzuci Ojców auł bratni, I zakosztuje gorzkich łez, Pieszczone dziecię. W obce strony Weźmie ją młodzian — w obcy kraj A gdy ją nazwie mianem żony — Dziewiczych marzeń pierzchnie raj! W rodzinie męża obcą będzie — Bóg wie, co jej szykuje los — Może tęskniąca w nocy siędzie — Sierocą pieśnią zadrży głos. Ale dziś, jeszcze pełna życia, Takim urokiem, czarem lśni, Jak promień słońca, gdy z ukrycia Z za gór wypłynie, złocąc mgły! Że, gdyby Demon, w onej porze Nad Kaukazem lecąc w dal, Widział Tamarę — to być może — Odczuł by piękno — uczuł żal! Ujrzał ją Demon i na chwilę Nieokreślonych uczuć szał, Podrażnił serce jego mile, Pod jej urokiem szatan drżał! Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 13:46 Znana wszystkim gniado - złota, Maść rumaka. Pod sam próg On dobieżał — przyniósł pana I zmęczony padł bez sił. Chociaż czaszka roztrzaskana, Jeździec słowu wierny był, W poplamionej krwią odzieży, Na weselny przybył dzień, I pod progiem martwy leży. Już go śmierci przykrył cień! Już nie siędzie na rumaka, Nie przebieży pól i gór! Żeby śpieszyć lotem ptaka, Do Królowej Gruzyi cór! XV. Pod zaciszny dach Gudali Dopust Boży spadł jak grom. Ł^a źrenice męzkie pali, Grobem dziś weselny dom. Płacze Tamar w nocnej ciszy, Z piersi biegnie żalu jęk. A wtem, nagle — śni — czy słyszy? Głos, co w sercu wzbudza lęk! f— «Nie płacz dziecino, nie płacz daremnie, Twe łzy nie wzbudzą już życia w nim, Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 13:55 Tam okrążony drzew pierścieniem W cieniu olbrzymich groźnych skał, W środku doliny, nad strumieniem, Ów średniowieczny klasztor stał. Tam smutny cyprys, cedr wiekowy Konary swemi kryją rząd Krzyży cmentarnych. Chłód grobowy I cisza śmierci wieje ztąd, Tam ptasząt chóry wśród gęstwiny, Tam strumień górski wartko mknie, Tam skał odłamy, jak olbrzymy, W toń kryształową patrzą się. Gdy noc pokryje gór urwiska, Księżyc roztoczy blaski swe: Jedyne okno światłem błyska Tamara korne modły śle. IV. Tam niebotycznych grzbietów szczyty, Słońce okrasza w blaski swe, Tam z minaretu, pod błękity Muezzin słowa swoje śle. Tam z monasteru starej wieży, Do stóp Chrystusa wzywa dzwon, Po rannej rosie wtedy bieży, Za serce chwyta jego ton! Demon. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 18:24 Choć tyś Aniołem, ja Szatanem, . Spytaj, którego woli z nas? Ona już moja! na jej duszę Jam już położył piętna ślad! Jam ją pokochał — więc-mieć muszę — Choćbym miał zburzyć cały świat! Spytaj jej—kogo pieśnią wzywa? Za kim z tęsknoty roni łzy? Spytaj — z kim będzie dziś szczęśliwa? Lecz Sędzią naszym, toś nie ty! Niema dla ciebie nic w jej duszy, Dziś niczem jej opieką twa. Serca modlitwa już nie wzruszy, Bo ja tu panem — bo kocham ja! I smutno spojrzał na Tamarę Milczący Anioł — tłumiąc żal — Goryczy pełną uniósł czarę — I wśród eteru skrył się fal! X. Tamara. Ktoś ty? Przestrasza mnie twa mowa, Piekło Cię zsyła czy też raj, Co chcesz odemnie? Demon. Tyś Królowa, Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 18:32 Co znaczą życia wszystkie troski? Nawet najgorszy grzech lub błąd ? Gdy ostateczny wyrok Boski, Do wrót wieczności wezwie ztąd! Mój smutek wielki, niezmierzony, Zemną, przez wieczność całą trwa, W mą istność straszną on wcielony, A nieśmiertelny jako ja! On zimne serce pali moje, On myśl przygniata jako głaz, — Straconych marzeń, pragnień roje, I niepowrotny szczęścia czas! T amara. Zamilcz — litości. — co ja zrobię? Nie skarż się proszę — porzuć mnie — Zgrzeszyłeś! Demon. Lecz nie przeciw tobie! Tamara. —- Ludzie nas słyszą — Demon. -— Nie bój się! Tamara. A Bóg? Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 18:41 Tak — najwyraźniej on to słyszy. Na głowie starca staje włos. Siła nieczysta tutaj działa. Wtem — krzyk rozpaczy, potem jęk... Ręka, krzyż Pański czyniąc drżała, Ogarnia serce dziwny lęk. Uciekło wszystko, tylko zdała Zefir kołysze róży krzew— W dole, Tereku szumi fala Grobowce milczą pośród drzew. Stróż spiesznym krokiem mija celę, Milcząc klasztorny mija mur Wieżowy zegar na kościele Dwunastą bije. Pieje kur. Bojaźnią dziwną ogarnięty Stróż, krzyżem znaczy czoło swe... I szepcząc zcicka: —Boże święty, Za duszę zmarłych modły śle. XIII. Jako Peri miła, śpiąca, Na dziewiczem łożu swem, Chłodna, niby blask miesiąca.... Śpi Tamara wiecznym snem. Nie pobladły ust karminy — Nie pociemniał oczów blask— Nie znikł urok z lic dziewczyny, Co miłości pragnie łask. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 18:42 Ułożone na pierś dłonie Tnlą krzyża święty znak. Białe lilje zdobią skronie. Tak urocza ... cicha tak... Nie zabłyśnie iskra życia, Nie zatętni w żyłach krew, Nie odczujesz serca bicia Uwiądł górskiej róży krzew. XIV. Na jej weselne nawet gody Piękniejszym nie mógł być już strój, Lecz gasły wobec jej urody Djamentów ognie, pereł rój... Zbladły szkarłatnych róż festony Wobec umarłej cudnych lic... Wyraz jej twarzy, nie zmieniony — O strasznej walce nie rzekł nic. Nic nie zdradzało upojenia Namiętnych uczuć zniknął szał. — Dziwna ją błogość opromienia, Lecz, ktoby baczniej patrzeć chciał: To zauważył by, po chwili Szatańskich pieszczot wieczny ślad— Co nieuchwytnym jakimś cieniem, Na karminowe usta padł. Daremnie słońca promień złoty, Zamarłe rysy rozgrzać chce — Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 19:29 W Polsce wymieniana w podaniach wierzeniowych ludu w Małopolsce południowej. Miały modre oczy, w płowe włosy wplatały dla ozdoby bławatki, kłosy i maki. Były mniej okrutne niż południce. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 19:37 Skrzak - inna nazwa to skrzek. Według wierzeń z terenu Wielkopolski demon opiekuńczy, dbający o gospodarstwa. Jest uważany za negatywnego demona, ponieważ po śmierci swego pana zabierał jego duszę. Jego siedzibą było ognisko a do domu wchodził przez komin. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 19:45 Według panujących wierzeń Srala Bartek pojawiał się najczęściej w czasie sianokosów i żniw. Krążył po ziemi w słupie wirującego powietrza, dokuczał ludziom, głośno się przy tym śmiejąc. Psuł snopy, rozdmuchiwał siano, rozrzucał zżęte zboże w taki sposób, że nie udawało się go ponownie związać. Powiadano, że jest on zdolny porwać chłopa razem z koniem i wozem. Zdarzało się, że zniszczył strzechę. Aby się uchronić przed jego szkodliwym działaniem, należało ostatnią zżętą garść złożyć na krzyż i przeżegnać. Skutecznym sposobem w przypadku napotkania na Srala Bartka było trzykrotne splunięcie albo przeżegnanie się; można go było też zranić lub przepędzić, rzucając w niego nowym, dobrze naostrzonym nożem. Znikał on wtedy, jęcząc i złorzecząc. Innym sposobem na dokuczenie Srala Bartkowi było spluwanie w jego stronę przy jednoczesnym klepaniu się w pośladek. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 20:02 Nawie (majki, mawki, nawki) – w wierzeniach słowiańskich określenie dusz zmarłych. Niektóre teorie zakładają, że termin Nawia (najprawdopodobniej tożsama z Wyrajem) odnosi się do nazwy zaświatów, choć fakt ten nie został bezpośrednio potwierdzony. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 20:10 Żmij znany był na obszarze całej Słowiańszczyzny, najpełniejsze podania zachowały się u Słowian wschodnich i południowych. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 20:22 Imię Żmija zachowało się w nazewnictwie miejscowym, jak Żmigród w Polsce i Żmijowe Wały na Rusi, wybudowanych pomiędzy II w. p.n.e., a VII w. n.e. przez plemiona kultury czerniachowskiej na stepach obecnej Ukrainy, dla ochrony przed koczownikami. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 23:00 O karczmie i tańczącym diable Działo się to dawno temu, gdy moja prababcia chodziła na zabawy do karczmy w Kotulinie. Młode dziewczyny tańczyły, a stare baby siadały dookoła i plotkowały. Pewnego wieczoru, nikt nie wie skąd, na parkiecie pojawił się przystojny mło- dzieniec. Każda dziewczyna chciała z nim tańczyć, a on raźno wywijał. Nagle, gdy tak tańczył, pod jego stopami pojawiły się iskry. Stare kobiety od razu to spostrzegły i zaczęły mu się baczniej przyglądać. Patrzą i oczom nie wierzą, bo spod spodni wychodzą mu kopyta. Narobiły mnóstwo hałasu, a po młodym, wspaniałym młodzieńcu został tylko ogień, dym i zapach siarki, bo to był diabeł. To była przeklęta karczma, bo ludzie przegrywali w niej w karty całe swoje majątki. Dzisiaj już jej nie ma, bo tak jak inne przeklęte karczmy zapadła się pod ziemię. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 23:10 Niedaleko Toszka znajduje się ogromny kamień. Leciał z nim diabeł chcący nim zamek olsztyński obok Częstochowy skru- szyć. Będąc nad Toszkiem usłyszał pianie koguta i musiał już kamień porzucić i do swojego siedliska wracać. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 23:42 Downi ludzie wierzyli, że w Kotulinie sōm heksy, że sōm ône ôkropnie mōndre i umiōm z umrzikami godać i bele jake czary wynołkwiać. Ale mieli tyż swoje sposoby, coby je poznać, bo umiały tyż te czarownice pierzińsko szkodzić niy yno ludziōm, ale i gołwiedzi. Beztōż wszyscy sie ich boli i broniyli jak mogli — w chlywach i oborach wiyszali świyncōne ôbrozki abo łopatkōm z pieca nabiyrali glutu i na to dowali świyncone ziele, a potym tym smyndziyli. Umiały sie tyż zmiynić w żaby. Jak wlazła tako do dōm, to bajtle musiały zamykać gymba, coby zymby nie prōchniały, a starzi wyszczegać sie choroby. Wiadomo — heksa mōgła ciepnōńć urok, ale dejcie se pozōr, bo niy wolno bōło zabić ani wyciepnōńć z izby taki żaby, yno posadzić jōm na łopacie do pieczynia chleba i wyniyś fest daleko za chałpa. Jeszcze do niydowna bōł taki zwyczaj w Kotu- linie, że nie wydowało sie ani mlyka, ani masła, ani niczego inkszego z gospodarstwa przed i po zachodzie słōńca — kto tak robiōł, to mioł niyszczyńście gotowe. Opowiym wom ô jedny babie, co miała krowa i bardzo ô nia dbała, ale kedyś przestała dować ôna mlyko i baba sie bardzo starała, bo ani ôna niy miała co jeść, ani dziecka. A na tyn czas sōmsiadka, kero niy miała krowy, bōła ôkropnie bogato. Baba niy dała se tego spodobać i poszła na wiesiady. Wlazła do lałby, patrzi, ôczy przeciyro i niy wierzy — u sōmsiadki na płocie wisi powrōzek, ôna go doi, a mlyko sie z niego leje. Na tyn czas sie skapła, iże mo heksa za sōmsiadka. Wartko posłała chlyb do stary gospodyni coby go zażegnała. I tak ôd ni krowa zajś miała mlyko. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 23:51 O nawiedzonym młynie W dawnych wiekach, szlak handlowy z Wrocławia do Krakowa biegnąc przez Pyskowice musiał w wielu miejscach po- konywać koryto rzeki Dramy. Najbliższa okolica pozbawiona była wówczas mostów, więc nie była to łatwa przeprawa, zwłaszcza że w czasie deszczów rzeka często występowała ze swego koryta. Dochodziło wtedy do tragicznych utonięć kupców, po których w okolicy rzeki zaczynały się pojawiać dziwne widziadła, które niejednego spokojnego mieszkańca tych okolic doprowadziły do obłędu. Nikt nie znał skutecznego sposobu na pozbycie się nie mogących zaznać spokoju duchów topielców — wszystkie znane ludowe metody zawodziły. Pewien duch człowieka, który utonął w Dramie, co noc nawiedzał tamtejszy młyn, znajdujący się w połowie drogi mię- dzy Pyskowicami a Zawadą. Zjawa dzień w dzień po zmierzchu straszyła i nękała gospodarza oraz jego rodzinę. Sprawy zaszły tak daleko, że w obawie przed straszną marą byli oni zmuszeni co wieczór opuszczać swoje domostwo i korzystając z gościnności sąsiada nocować u niego. Pewnego popołudnia zawitał do młyna niespodziewany wędrowiec. Był to młody czeladnik młynarski, który chciał odbyć tu praktykę. Lecz młynarz zmuszony był mu odmówić — nie powodziło mu się najlepiej, pracy też nie miał na tyle, by starczyło jej dla pomocnika. Młynarz zaproponował jednak zmęczonemu i głod- nemu przybyszowi posiłek. Po spożyciu jadła chłopak poprosił gospodarza o nocleg na tę jedną noc. Pora była już późna, na dworze zapadł zmierzch, a jego z rana czekała długa i wyczerpująca wędrówka w poszukiwaniu pracy u kolejnych młynarzy. Pan domu opowiedział mu wówczas historię o duchu topielca nawiedzającym co noc młyn. Ta wiadomość nie zniechęciła jednak ani nie przestraszyła czeladnika, więc młynarz ostatecznie zgodził się, choć pełen obaw o młodego wędrowca. Pożegnali się serdecznie z nadzieją, że nazajutrz znowu się spotkają cali i zdrowi i rodzina młynarza udała się na spoczynek do sąsiada. Gdy zapadła noc, chłopak sięgnął po swoje skrzypce i zaczął z wirtuozerią mistrza na nich grać. Nagle wędrowiec usłyszał przeraźliwy łomot i spostrzegł zbliżającego się do niego ducha, który jednak usiadł w kącie i z zaciekawieniem przyglądał się oraz przysłuchiwał utalentowanemu grajkowi. Unoszące się w pomieszczeniu dźwięki najwyraźniej wywarły ogromne wrażenie na zjawie. Kiedy chłopak przestał grać, duch zapytał, czy teraz on nie mógłby spróbować. Czeladnik zgodził się, ale pod pewnym warunkiem. Przed przystąpieniem do gry, trzeba by opiłować zjawie zbyt długie szpony, które mogłyby zniszczyć struny skrzypiec. Duch przystał na ten warunek bez wahania. Czeladnik wło- żył więc jego dłoń do imadła, mocno skręcił i zaczął piłować, lecz nie tylko paznokcie, ale również palce topielca. Krzyczał on głośno i przeraźliwie z bólu, jednak na nic się to zdało. Wędrowiec bez litości piłował dalej. Duch nie wytrzymał, zwin- nym ruchem wyrwał rękę z imadła i uciekł czym prędzej. Od tego wydarzenia słuch o nim zaginął, a na pamiątkę tego zdarzenia właściciela młyna nazwano Skrzypkiem. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 29.09.25, 11:20 Według innych podań latawiec (lub lataniec) to latający ognisty duch, hodowany z jaj kogucich, który przynosił ludziom pieniądze i zboże. Przypominał żmija. Wierzenie występowało na terenie Polski i zachodnich obrzeżach Białorusi i Ukrainy. Prawdopodobnie od tego znaczenia pochodzi nazwa zabawki dla dzieci. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 29.09.25, 11:45 Downi prawie w kożdy wsi bōł młyn, tak tyż bōło w Kotulinie. Wele tego młyna płynie woda i jest tam mostek, a pod niym miyszkoł utopiec i trza bōło fest dować pozōr na niego. Jak ôn widzioł, że idōm ludzie, to szybko wyskakiwoł, skokoł, klaskoł i obiecowoł coś fajnego pokozać, ale biada tym, co się skusili i z ciekawości szli nad woda lepi sie tego chopka w czerwonym ancugu ôbejrzeć, bo ôn ich utopiōł. Mōj starzik, kery mi to godoł, tyż go widzioł, ale niy doł sie skusić. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 29.09.25, 11:51 Jedna pampońka ze Niyborowic naszporowała trocha piniōndzōw i posłała swojigo chopa na torg po gusika. Tyn jeji chop rod sie wypiōł. Jak ôbejrzoł, wiela mu baba dała piniōndzōw, to zaczōn ształnować, wiela może za to kupi gorzołki. Szoł drogōm przez łōnka nad rzykōm. Narozki dojrzoł, że po łōnce tyro mały gusik. Chyciōł go i wraziōł do miecha. Radowoł sie, że bydzie mōg te cołkie piniōndze przefultać na gorzoła. Boł sie, że piniōndze mogōm mu ukraść jakie chachary, beztōż schowoł je do miecha ze gusikiym. Jak przełaziōł bez mostek, gusik we miychu zaczōn ôgrōmnie huncfocić. Chop stanōł coby ôbejrzeć, czamu tak larmuje. Narozki miech wlecioł do wody. No i piniōndze tyż. Pampoń cołki bamontny zostoł bez gusika i bez piniōndzōw. Ze wody wystyrczył łeb utopek i rzoł sie ze chopa na cołki pysk. Pampoń spokopiōł, co sie stało i durś wylynkany myśloł, jak go w dōma prziwito staro. Utopki umiōm zamiyniać sie we psa, kōnia abo i prosia. Niy ciyrpiōm ożarciuchōw i robiōm im na sprzyk. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 29.09.25, 18:51 Według wierzeń górniczych, mógł przybierać postać zwierzęcia lub człowieka — często pojawiał się jako ubrany jak sztygar starzec z białą, długą brodą i świecącymi czerwonymi lub zielonymi oczami, w ręku trzymający lampkę, łuczywo, karbidkę lub inne źródło światła. Wierzono, iż był to górnik, który za przeklinanie w pracy został skazany na wieczną pokutę i tułając się po kopalni czeka na wybawienie. Niektóre podania mówią też o tym, że skarbnik to jeden ze sztygarów, który tak pokochał pracę pod ziemią, że na łożu śmierci uprosił Boga, by pozwolił mu do końca świata tam pozostać i strzec kopalnianych skarbów. Czasem powiadano również, że był to bogaty właściciel kopalni, który za znęcanie się nad górnikami i zabójstwo córki — Barbary (późniejszej patronki górników) został ukarany przez Boga i skazany na pokutę pod ziemią, a wszystkie jego bogactwa zostały przeniesione do kopalni i zamienione w węgiel. Skarbnik budził lęk, ale w większości podań występował jako postać pozytywna — przestrzegał przed niebezpieczeństwem, nagradzał za dobroć i pracowitość, a swe groźne oblicze ukazywał tylko tym, którzy zasłużyli na karę — górnikom leniwym, źle pracującym, nieuczciwym, przekraczającym reguły bezpieczeństwa, naruszającym zasady koleżeństwa i współpracy pracowników kopalni. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 29.09.25, 18:59 Demon, który dusi ludzi w nocy, wywołuje gorączkę, „gniecie piersi”. Wierzono, że dziecko zamienia się w morę, jeśli zanim zostanie ochrzczone, ktoś wniesie je do kościoła głównym wejściem lub jeśli matka odłączy dziecko od piersi, a potem znów przystawi („ma ono wtedy dwa duchy”). W przeciwieństwie do większości demonów, mora bywa niewi- dzialna. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 29.09.25, 20:05 Podobno co roku o północy, w pierwszym dniu Świąt Wielkanocnych, gdy księżyc oświetla ruiny toszeckiego zamku, z jego podziemi wyłania się duch odzianej na biało pani. Długo snuje się ona po rozległym dziedzińcu, zagląda do okien, pochyla się nad starą studnią i znika za basztą. Jak głosi legenda, wspaniałym zamkiem słynącym z tego, że miał tyle okien, ile dni, tyle komnat, ile nocy i tyle baszt i wie- życzek, ile miesięcy w roku, władał niegdyś okrutny graf. Drżeli przed nim poddani, których nieludzko karał za byle prze- winienia. Wymagał też od nich bezwzględnego posłuszeństwa. Opornych wtrącał do lochów, z których nie było ucieczki. Graf miał wiernego sługę, ojca młodej i pięknej córki. Kochał sługa swoje dziecko nad życie. Tego nie mógł znieść okrutny pan. Wymagał od sług miłości i uwielbienia tylko dla siebie. I chociaż zbliżały się Święta Wielkanocne, wyprawił sługę z poselstwem do Gliwic. Sam zaś wtargnął do komnaty jego córki, która właśnie przebierała się w białą koszulę do snu. Chwycił dziewczynę za włosy, owinął jej głowę prześcieradłem i wywlókł na dziedziniec. Tam poturbowaną udusił i wrzu- cił do studni. Sługa powróciwszy do zamku, długo szukał swojej córki. Nie znalazł jej, ale od innych sług dowiedział się, co zaszło na dziedzińcu zamkowym. Wtedy oszalały z wielkiego bólu zapadł na ciężką chorobę. Leżąc na łożu śmierci rzucił straszne przekleństwo na zamek „Zgiń, przepadnij, zamień się w stertę cegieł i gruzu!”. Klątwa spełniła się już niebawem. Graf umarł w straszliwych męczarniach, a zamek nawiedził ogromny pożar. Podobno Biała Dama, chodząc po zamku w ciemną wielkanocną noc, szuka ojca. Ukazuje się niektórym ludziom, ale tylko tym, którzy choć troszeczkę w nią wierzą. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 29.09.25, 23:43 ciółka w Kotulinku, umarłych zaś grzebano na górce w Kotulinie, bo tam od niepamiętnych czasów mieścił się cmentarz. Aż tu pewnej nocy kościółek zajął się ogniem. Wszyscy pobiegli, by ogień ugasić, na nic jednak zdały się starania ludzi — przybytek Boży spłonął, została tylko kupa kamieni. Ciężko było ludziom bez kościoła, dlatego postanowili go jak najprędzej odbudować. Wkrótce wzięli się do roboty. Zaczęli zwozić furmankami kamienie, piasek, drewno, cegły — wszystko to, co było potrzebne. Kiedy mieli już dosyć budulca, umówili się, że od następnego dnia biorą się do roboty. Jakież było ich zdziwienie, kiedy rano przyszli i zastali pusty plac. Zdenerwowali się bardzo, myśląc, że ktoś ukradł im materiał. Aż tu ktoś przybiega i woła, że cały budulec leży na górce w Kotulinie, pośrodku cmentarza. Minęło kilka dobrych dni, zanim wszystko zwieźli z powrotem. I znów umówili się, że nazajutrz wezmą się do roboty, ale gdy przyszli, niczego nie zastali. Teraz już sami pognali do Kotulina, patrzą, a tu znów wszystko spokojnie leży. Pomyśleli, że to sprawka jakichś złych ludzi i targnęła nimi złość na nich. W nocy, kiedy już wszystko ponownie zwieźli na miejsce budowy, postanowili trzymać straż, by chwycić złodziei na gorącym uczynku. Jakież było ich zdziwienie, gdy ujrzeli wielkie mrówki przenoszące kamienie, cegły, drzewo. Przecierali oczy, nie wierząc w to, co oglądali. Rano zebrali się starsi mieszkańcy i zaczęli radzić, co by to mogło znaczyć. Aż ktoś powiedział, że taka jest chyba Boża wola, żeby kościół wybudować pośrodku cmentarza w Kotulinie. Jak uradzili, tak zrobili. Nieco później okazało się, że teraz ludzie z Proboszczowic i Balcarzowic mają dokładnie taką samą drogę do kościoła, bo stoi on w samym środku rozległej parafii. Bōło to downo, żodyn już niy pamiynto dokładnie kedy. Wszyjscy ludzie ze wsi, co były poblisku, chodziyli do kościōłka w Kotulinku, umarłych zaś chowali na gōrce w Kotulinie, bo tam ôd niypamiyntnych czasōw bōł cmyntorz. Aż tu kedyś w nocy kościōłek zaczōn goreć. Wszyjscy pognali, by gasić ôgyń, ale nic to niy pomogło, przybytek Boży zgoroł, została yno kupa kamyni. 41 42 Ciynżko bōło ludziom bez kościoła, bezto postanowiyli jak nojszybci go ôdbudować. Rychło wziyni sie do roboty. Furmon- kami zaczli zwozić kamiynie, piosek, drzewo, cegłōwki, wszystko to, co bōło poczebne. Kedy mieli już dość wszyskigo, padali, że na nastympny dziyń bierōm sie do roboty. Ale bardzo się zdziywiyli, bo kedy rano prziszli, to ôbejrzeli yno pusty plac. Mocno sie wkurzyli, myśleli, że ktoś im to ukrod, aż tu ktoś przilatuje i woło, że cołki budulec leży na gōrce w Kotulinie, pośczodku cmyntorza. Przeszło pora dobrych dni, zanim wszystko zwiyźli nazod. I zajś ugodali sie, że na na- stympny dziyń weznōm sie do roboty, ale jak prziszli, nic niy zastali. Terozki już sami pognali do Kotulina, patrzōm, a tu zajś wszystko sie spokojnie leży. Złość zaczyna targać niymi na tych chōncwotōw, bo myśleli, że to jakeś ludziska niydobre robiōm. W nocy, kedy już wszystko zajś zwiyźli nazod, postanowiyli wachować, by ich chycić na gorōncym uczynku. Jakeż bōło ich zdziwiynie, kedy ujrzeli wielke mrōwki, kere przenosiyły kamiynie, cegły, drzewo. Przeciyrali oczy i nie wierzyli w to, co ôglōndali. Rano zebrali sie starsi miyszkańcy i zaczli radzić, co by to mogło znaczyć. Aż wtoś pedzioł, że tako jest chyba wola Bożo, żeby kościōł wybudować w Kotulinie, w pośczodku cmyntorza. Jak uradziyli, tak zrobiyli. Trocha pōźni okazało sie, że teroz ludzie z Proboszczowic i Balcarzowic majōm takosamo droga do kościoła, bo stoi on w samym śczodku rozległy parafii. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 29.09.25, 23:56 Ciężko pracowali staniccy chłopi na kawałek chleba. Dzień pracy zaczynał się skoro świt, a kończył po zachodzie słońca. Pracowali chłopi na uprawnych polach, przy stawach rybnych, pasiekach i przy wyrębie lasu. A drzewa potrzeba było sporo, aby zaspokoić potrzeby sprowadzonych przez braci cystersów hutników. Ci z cudzoziemska mówiący osadnicy, bez ustanku palili ogień w ogromnym hutniczym piecu i wypalali w nim sobie tylko znanymi sposobami żelazo z rudy darnio- wej. Tę zaś wydobywali z jam rytych w ziemi górnicy, też przez braci Cystersów sprowadzeni z odległych krain. Miejscowi całą zamieszkałą przez nich nową część wsi zwali Górniki, a nazwa ta przetrwała do dnia dzisiejszego. Jednym z pracujących w lesie drwali był stanicki chłop Maciej. Robotny był z niego człowiek, do pracy wychodził, kiedy na dworze robiło się odrobinę widno, pracowity dzionek kończył, kiedy zapadał zmrok. Mimo swojej pracowitości niewiele majątku się dorobił, z każdego kąta chaty wyglądała bieda. Pewnego dnia, kiedy zajęty był karczowaniem lasu, zauważył, że z wielką uwagą przygląda się jego pracy ktoś o cudzo- ziemskim wyglądzie. Jak wszyscy mieszkańcy Stanicy był jednak przyzwyczajony do widoku ludzi „z pańska” ubranych. Od zarania dziejów była bowiem Stanica miejscem postoju kupieckich karawan, a w domu klasztornego sędziego czy sołtysa nieraz nocowali goście raciborskiego księcia, którzy — bywało — urządzali sobie spacery po lesie. Ten jednak „cudzoziemiec” okazał się znać tutejszą mowę. Zdjął kosztowny kaftan i zaproponował Maciejowi pomoc przy pracy. „Nudzę się okropnie i trochę fizycznej pracy dobrze mi zrobi. Nie chcę przy tym od ciebie nijakiej zapłaty”— powiedział „cudzoziemiec”. Wiedział Maciej, że „paniczykowie” różne miewają fanaberie, więc rad-nierad zgodził się na zaoferowaną mu pomoc. Pracowali obaj ciężko do zachodu słońca. Zdziwił się Maciej, kiedy następnego ranka dziwny „cudzoziemiec” już czekał na niego, aby mu znowu pomagać. I tak trwało to dni kilka, aż raz zrąbane drzewo upadając, końcami gałęzi strąciło „cu- dzoziemcowi” czapkę, odsłaniając na jego głowie niewielkie różki. Poznał wtedy przerażony Maciej, że ma do czynienia z diabłem. Ten jednak rzekł uspokajająco: „Niczego się nie obawiaj, nie chcę przecież od ciebie zapłaty. Ale żeby moja praca była wynagrodzona, przyniesiesz mi z domu to, czego tam nie masz. Jutro, skoro świt mi to przyniesiesz”. „Głupi jakiś ten diabeł”— pomyślał Maciej i zgodził się na jego żądanie. Kiedy jednak wrócił do domu, przekonał się szyb- ko o diabelskiej chytrości. W domu bowiem przywitała go nowina, że właśnie urodził mu się pierworodny syn i to on był „tym, czego nie miał”, kiedy rozmawiał z diabłem. Z ciężkim sercem wziął rano syna do lasu, licząc, że może uda mu się ubłagać diabła. Padł przed nim na kolana prosząc o litość dla dziecka. Ten jednak ani słyszeć nie chciał o zwolnieniu Macieja z obietnicy. Pomyślał nieszczęśliwy ojciec, że przynajmniej nie odda diabłu nie ochrzczonego dziecka i wodą, która zebrała się w miejscu, w którym klęczał, ochrzcił syna. Rozdzwoniły się wtedy dzwony w pobliskim klasztorze Cystersów w Rudach, pociemniało niebo, wiatr straszny powiał pomiędzy drzewami. W tumanie kurzu rozwiał się diabeł, złorzecząc okropnie, że nie udała mu się kolejna diabelska sztuczka. Zaś w miejscu, skąd Maciej nabrał wody do ochrzczenia syna, trysnęło źródło, nazwane przez ludzi „Zimny Sztok”, w którym do dzisiaj woda ma cudowne właściwości leczenia duszy i ciała. Maciej i jego rodzina szczęśliwie dożyli swych dni w naszej pięknej Stanicy. Za starego piyrwy stōnickie chopy ciynżko bakali na chlyb. Zaczynali robota ledwie dnioło, a kōńczyli jak słōneczko za- szło. Robiyli na polu, przi stowach rybnych, pasiekach i najmowali sie za siōngorzy do lasa. A mocka było drzewa trza hutnikōm, kerych sprowadzili Cystersy. Te hutniki zaś blank inaczy godały, bo prziszły z daleka. Ciyngiym polili we srogich piecach i wypolali jakimś kōnsztym żelazo ze rudy darniowy. Ta ruda darniowo wyciōngali ze dziur wykopanych we ziymi gōrniki — kopocze. Tych kopoczy tyż skludziyli Cystersi z da- leka, a potym wsi dali miano „Gōrniki”. Tak jest do dzisiok — ta wieś stoi. Jednym ze siōngorzy bōł stōnicki chop niyjaki Maciyj. Bōł fest robotny. Do roboty wyłaziōł jak yno dniało, a przichodziōł nazod jak bōło ćma. A i tak w chałpie bōła biyda. Keregoś dnia, jak robiōł, ujrzoł jakigoś panoczka, kery sie mu prziglōndoł. Spoczontku niy bōło mu to dziwne, bo łowdy kedy po Stōnicy krynciyli sie po pańsku ôbleczyni ludzie. Stōnica przeca leżała na kupieckim szlaku, a i w dōma u klasztor- nego syndziego abo szołtysa niyroz spali goście raciborskiego princa, a potym szpacyrowali po lesie. Ale tyn istny znoł tu- kejszo godka. Symnył drogi kabot i pedzioł, że pomoże Maciyjowi: „Fest mi sie przni, a jak sie trocha przerobia, to dobrze mi to zrobi. I niy chca żodny zapłaty” — pedzioł pomocnik. Wiedzioł Maciyj, że panoczki majōm niykiedy swoje fanaberyje, no i rod — niyrod przistoł na to. Ôba robiyli aże do wie- czora. Na drugi dziyń, jak Maciyj prziszoł do lasa, to panoczek już na niego czekoł. Maciyj myśloł, że mu sie zmierzło — a tu niy! Tak to trwało pora dni. Roz gałynzie ściepły istnymu mycka ze gowy i wtedy Maciyj wylynkany ujrzoł dwa rogi na czole panoczka. Pomiarkowoł, że bōł to dioboł. Ale tyn pedzioł: „Niy bydź tak wylynkany. Niy chca przeca zapłaty. Ale, coby cosik od ciebie erbnōńć, to prziniesiesz mi z dōma to, czego tam niy mosz. Jutro mi to prziniesiesz!”. „Pogupiały jakiś tyn dioboł!” — pomyśloł Maciyj, ale przistoł na to. Jak prziszoł nazod do dōm, to dziepiyro pomiarkowoł, że doł sie nabrać! W dōma sie dowiedzioł, że baba mu śległa i mo syna. Piyrworodnego! Fest stropiony na drugi dziyń wziōn syna i poszoł do lasa. Myśloł przi tym, że mono udo mu sie ucholkać diobła. Klynknōł przed nim na kolana i prosiōł go ô zmiłowanie. Diosek niy chcioł ô tym słyszeć! Maciyj pomyśloł, że musi przinajmi nojprzōd syna ôchrzcić i wodōm, kiero sie zebrała pod jego kolanami, ôchrzciył bajtla. Narozki rozdzwoniyły sie zwōny w pobliskim klasztorze Cystersōw we Rudach. Niebo sie zakalyło, wiater srogi zawioł. Zakurzylo sie fest i w tym kurzu dioboł — kery klōn jak to diosi — sie rozwioł. Niy udała sie diobelsko sztuczka! W tym zaś miejscu, kaj klynczoł Maciyj i kaj zebrała sie woda, pokozało sie źrzōdełko, kere ludzie nazwali „Zimny Sztok”, a woda w nim mo cudowno moc uzdrowianio duszy i ciała. Maciyj i jego familijo dożyli lot we piykny naszy Stōnicy. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.09.25, 00:02 Stopan był duchem jakiegoś zasłużonego przodka, opiekującym się domem i uważanym za jego "gospodarza". Poirytowany brakiem szacunku ze strony domowników stopan hałasował nocą, zsyłał złe sny i choroby. Składano mu wówczas ofiarę, zwaną stopanową gozbą. Ofiarę składała zawsze najstarsza kobieta w rodzinie, która zabijała czarną kurę i spuszczała jej krew do jamy wygrzebanej w popiele ogniska domowego. Następnie zanoszono na strych upieczoną kurę i ciasto, rozkładając je w kątach jako pożywienie dla stopana; kobieta zaś lała w ogień wino mówiąc: Raduj się, stopanie, wesel się, chato!. Jeżeli po dwóch tygodniach jedzenie znaleziono naruszone, oznaczało to iż stopan przyjął ofiarę. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.09.25, 00:06 W Bułgarii to dobrotliwy stopan, wybitny dzięki uzdolnieniom przodek rodziny, jej heros, obdarzający ją szczęściem i płodami rolnymi w zamian za jedzenie, o które upomina się szczególnym znakiem. Ofiarę składa mu uroczyście najstarsza kobieta, zarzynając u ogniska czarną kurę tak, aby krew spłynęła do małego dołka zakrywanego potem gliną. Cząstki kury z chlebem i winem zanosi się mu na poddasze. Rytuał tego obrzędu, zwanego stopanova gozba (gozba – jadło) ma szerokie analogie słowiańskie, bałtyjskie, kaukaskie i ugrofińskie Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.09.25, 00:10 A w zakamarkach na strychu, w mrocznej sieni pomieszkiwały uboża – duszki niedoli. Szukały miejsc w opróżnionych beczkach, pośród koszy, sąsieków i skrzyń na zboże, pod tragarzami u sufitu, między strąkami fasoli, czosnku i suszonych ziół. Termin uboże (ubożę), jak sądzi Stanisław Urbańczyk, powstał w czasach chrześcijańskich, kiedy ducha domowego zepchnięto do rzędu kultów zakazanych, kiedy stał się ubogim, biedactwem. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.09.25, 11:37 W legendach występują trzy główne typy koboldów. Najczęściej spotykaną grupą są domowe duchy dwojakiej natury - z jednej strony wykonujące drobne prace za mieszkańców, z drugiej - czyniące wiele złośliwości, jeśli się je lekceważy. Do takich koboldów folklor zalicza m.in. króla Goldemara, Hinzelmanna i Hödekina. W niektórych okolicach rodzaj ten nosi odrębne nazwy, np. Heinzelmännchen w Kolonii. Drugim typem są koboldy żyjące w podziemiach, zwłaszcza kopalniach. To właśnie one były podejrzewane o podkradanie cennych rud. Wreszcie trzecia grupa, której przedstawicieli określa się mianem klabautermann, są to stworzenia towarzyszące marynarzom. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.09.25, 18:13 Na Podkarpaciu uważano, że bytuje on w puszczach i zaroślach, plącząc szlaki, podmieniając drogowskazy i uprzykrzając życie wędrowcom. Czasem stosuje on czary i uroki, pokazując się w postaci związanego koguta albo zająca Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.09.25, 19:52 Sposoby przedstawiania demonów odzwierciedlały lęki oraz przekonanie o niebezpieczeństwach mających grozić człowiekowi z ich strony, ale także nadzieje i sposoby obrony przed zagrożeniami (w przypadku demonów dobrotliwych). Jedno z najczęstszych wyobrażeń to postać drapieżnego zwierzęcia (otwarta paszcza z wielkimi zębami, ogromne oczy, ostre pazury), pojawiająca się w nocy w miejscach budzących grozę. Taki demon miał napadać jak dzikie zwierzę, przynosząc śmierć, zagrożenie, niszcząc materialne podstawy bytu. Czasem demony w takiej postaci utożsamiane są z groźnymi zjawiskami przyrody oraz niebezpiecznymi impulsami wypływającymi z wewnętrznej natury człowieka (głównie z agresją i popędem seksualnym, wykraczającymi poza normy kulturowe; przykładem może być kozioł-diabeł jako symbol nieokiełznanej seksualności). Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.09.25, 19:57 Można było uchronić się przed urokiem topielicy, nosząc przy sobie gałązkę jarzębiny. Nie oznaczało to jednak pełnego bezpieczeństwa, ponieważ niekiedy topielice ciągnęły ofiary do wody siłą Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.09.25, 20:04 Płanetnikami byli również wybrani mężczyźni obdarzeni mocą kontrolowania pogody. Tuż przed burzą byli oni wciągani przez niebo (względnie przez tęczę) i toczyli w powietrzu walkę ze smokami powietrznymi symbolizującymi chmury burzowe i gradowe, względnie wychodzili na pole i odpędzali burzę magicznymi zaklęciami. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.09.25, 23:38 Wraz z rosnącym wpływem chrześcijaństwa demony zaczęto utożsamiać przede wszystkim ze złem, bowiem wszelkie uwikłanie w materię uważano za złe (a więc i istoty powiązane z materią choćby częściowo). W późniejszym okresie, wraz z ekspansją katolicyzmu, często jako demony zaczęto przedstawiać również etnicznych Bogów słowiańskich (degradując ich do poziomu demonów, rzadziej ich nadpisując świętymi katolickimi) Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 01.10.25, 00:02 Bies – w przedchrześcijańskich wierzeniach Słowian uosobienie szkodliwego i złośliwego demona leśnego, nieprzyjaźnie nastawionego do ludzi. Nazwa bies wywodzi się z prasłowiańskiego *bĕsъ, od praindoeuropejskiego *bhoidh-, oznaczającego „powodujący strach, przerażenie” Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.04.15, 00:01 Diabelskie Wesele - opowieść z 1910 roku Raz w Ostatki wybrało się parę chłopków i dziewuch na granie do Łownicy. A było to po ostatni wojnie, cosik przed samym powstaniem. Byliśmy już w Laskowcu a tu jakieś granie idzie. Stanęliśmy ciekawi i czekomy co bydzie. Mnie aż nogi podrygiwały do tańca, tako skoczno muzyka była. Och jak bym zatańcowoł. A tu jak coś nie huknie, nie zaśpiewo. Toż żech se zmiarkowoł, że to diobelskie wesele idzie. Uciekać? Samemu jakoś nie szło bo Plapla może nie był na weselu to przy Kamione mógłby mnie oporządzić. Zostałech bo bołech się uciekać a chciołech się tyż przyjrzeć tymu weselu. Granie się zbliżało. Z przodu szło dwóch skrzypków, fajnie grali, choć trocha piszczało bo smyczki to se z ogonów porobiły. Za nimi szed bębnista. Za muzyką szła drużyna - drużby Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 06.03.22, 20:39 Świat między światami Czy wnętrze góry zamieszkują smoki? To pytanie pozostanie bez odpowiedzi. Pewne natomiast jest to, że do dziś krążą legendy o pojawiających się na drodze na Diablak tajemniczych postaciach. Czy to podróżujące dusze? Ktoś inny słyszał rżenie konia. Ktoś inny widział postacie we mgle, które rozpływały się w tak szybko, jak się pojawiły. Na Babiej Górze ma znajdować się przejście pomiędzy światami. Zielarze przypisują ziołom zebranym u podnóża Babiej Góry niezwykłą moc... Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 18:33 Demon. — O Niebo dba jedynie, I słaby tylko przed Nim drży! Tamara. A męka wieczna? Demon. Nas ominie, Bo razem zemną będziesz ty! — !Tam ara. Ktokolwiek jesteś — nieszczęśliwy, Coś spokój duszy stracił swej, Z rozkoszą pewną, przez Bóg żywy Ja cudnej mowy słucham Twej! Lecz, jeśli kryją słodkie dźwięki Fałsz i obłudę, grzech i błąd: Litości błagatn — ukróć męki, Niekuś mnie biedną — odejdź ztąd ! Takich jak ja, więcej być może Choć w tym aule, pospiesz doń. Tam, jak i u mnie, dziewicze łoże Nie pokalała męzka dłoń. Wyrzecz się buntu, pychy, złości, Wyrzecz się wrócić do nich znów! Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.04.15, 00:05 Latem lubi diabeł w cichą, słoneczną pogodę kręcić się po drodze w słupie kurzu, nieraz nawet tak się rozbryka, że może i tęgiego chłopa na ziemię powalić. Jednak na takiego pomylonego diabelskiego kręciołka wystarczy świecone jajko trzeba nim rzucić w ów wir a diabła na pewno się zabije. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.04.15, 00:16 Diabeł porywał też ludzi. Raz a było to bardzo dawno diabeł porwał Żyda Pejsaka, jak go porwał to go niósł przez dworzysko może do lochów po dawnym zamku. Pisk był okropny, chłopy co robiły w polu przelakły się ale jeden z nich spokopił co się dzieje, przeżegnoł siebie i diobł. Dioboł uciyk a Żydek bęc na ziemię. Chłopy odciągnęły go do siebie a Żydek ino godoł "Ojwaj, ojwaj co jo tu robie!" opowiedziane w 1910 roku Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.04.15, 00:20 Raz jakaś panna zmuszona do wyjścia za mąż za niemiłego człowieka życzyła sobie, żeby ją to i owo spotkało. Życzenie jej spełniło się, gdyż w czasie jazdy do ślubu diabeł ją porwał pozostawiając jedynie po niej rękaw ślubnej sukni na krzaku jałowca. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.04.15, 00:27 W Bładnicy i we Wiśle mieszkały utopce. Ich zajęciem było topienie ludzi czy zwierząt. Nad Bładnicą rosnie po teraz staro wierzba. Tam mieszkoł jeden z utopców i skokoł z gałęzi na gałęź, a potem do wody i zaś na nowo. Ale jak w Bładnicy wymurowali kamienne koryto, utopiec sie stracił. Po polach zaś lotały nocznice. Miały to być dusze nieochrzczonych dzieci, bo dziewki dużo nowo narodzonych dzieci zagrzebywały po kryjomu, jak nie miał na nie kto płacić. Nocznice były pomocne utopcom, bo kludziły ludzi nocą do bajora. Jeden chłop z Brennej popił se w miescie i zamiast drogą ku Brennej puscił sie ku Kiczycom. Tam na polach utopił sie w takim kraterze co Wisła zostawiła po powodzi. W gospodzie na ulicy Ustrońskij była przed rokami zabawa. Na tej zabawie były dwie dziewczyny. Chłopcy z nimi tańczyli, ale im było dziwne, że są pod pażami mokre. Mysleli: są tłuste, mają moc szpyrki na sobie i pocą sie. Jak zabawa sie skończyła, dzieuchy prosiły, by ich syncy odkludzili. Chłopcom nie było trzeba dwa razy mówić. Jak byli na ławach na Wisle, dziewuchy hóp do wody jak żaby i więcej ich nie było. To były utopcule. Chłopcy w nogi od strachu ku Bajerkom. Roz utopiec z gazdą pojechali na wycieczke do Cieszyna. Wtedy już kursowały pociągi z Bielska i ludziom tako jazda maszyną była zacno. Tak utopiec mówi do gazdy: - Jedźmy pociągem! Ale gazda prawi: - Ni móm żodnej potrzeby tam jechać! Utopiec: - Zaroz sie nóńdzie potrzeba, jo tam w Olzie utopię pore kóni. I pojechali. Przeszli na most, gdzie teraz jest granica z Czechami. Patrzą, a tu drogą od Puńcowa jadą kolasy z weselnikami. Naroz przy jednej kolasie konie sie czegosi zlękły i skręciły do wody. Kolasa sie wywróciła i nim pachołcy z drugich kolas przyskoczyli na ratunek, by wyprzągnóć konie, kónie były już potopione. Jednego razu napytał utopiec Pewnego gospodarza ze Skoczowa, by mu całe urządzenie domowe przewiózł do Zaborza. Utopcy mieli też prywatne mieszkania u ludzi, a nie mieszkali tylko z żabami we wodzie. Gospodarz nie wiedział, że to utopiec w chłopskim przebraniu. Nałożyli rzeczy na wóz i jadą. Jak już byli w Zaborzu, utopiec kazuje jechać między stawy za pierscieckim lasem. Furmón sie zdziwił, każ też na grobli między stawami może być chałupa? Na postrzodku grobli utopiec kozoł stanóć i zaczół zrzucać wszystki swoi rzeczy do wody: łóżka, stoły, stołki. Teraz poznoł chłop kogo przewoził. Jak już wszystko ściepali do stawu, utopiec sie pyto chłopa, wiela kosztuje furmanka. Chłop wymienił cene. Utopiec zamiast piniędzy doł mu gorsc wierzbowych kołków do kapsy. Furmón zły, a bardżyj jeszcze przestraszony, że go tak utopiec wypłacił, śmignął po kóniach i wio ku chałupie. W Ochabach stawił sie do gospody, aby cosi wypić z tej złosci. Jak było trzeba płacić, siągnął do kapsy, a tu zamiast kołków były srybnioki. Zdałoby się, że to stoprocentowe bajki, a jednak w dawnych czasach podług opowiadań naszych pradziadków tak było. W każdej wsi byli po trzo, cztyrzo utopcy, a każdy mioł swój rejon. Na całym swiecie musiało ich bvć kilka milionów. Skąd się tak namnożyfi? Starzycy opowiadali, że kogo utopiec utopił, to jego dusza zamieniała się w utopca i przez to się ich tyle namnożyło. Nocznice już też nie lotają, bo dzieuchy nie zagrzebują dzieci, a chłopi muszą płacić alimenty i nie do sie tak łatwo uciec za granice. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.04.15, 00:33 ŚWIĘTY NA NOClEGU Szeł roz święty Pieter z Chrystusym, ni mieli kany przespać. I prziszli do jednej izby, strasznie biydnej. Bo gazda był pijok, a kany je pijok, tam już ni masz co do garca wrazić, co zjeść, z czego dachu naprawić. Tóż na takigo pijoka natrefili tyn święty Pieter z Chrystusym. Pytali noclega. Baba powiado: - Jo by was, moi kochani, przenocowała, ale móm chłopa okropnego pijoka. Może wóm narznóć. _ Ale, my sie tam nie boimy. Niechbymy aji byli bici, bylemy mieli dach nad głowóm. Położiła ich do łóżka, bo miała łóżek więcy, poszli spać. Jezus se legnył u ściany, a Pieter z brzegu, od stróny izby. Naroz sie w nocy otwiyrajóm dźwiyrze (baba ich nie zapiyrała, bo jakby było zamknióne, tóżby był ogiyń na dachu), otwiyrajóm sie ty dźwiyrze, wloz pijok do chałupy, wrzeszczi: - Babo, dej co zjeść! - Mosz w piecu. - Tóż mi prziniyś! Miała jakisi kukurziczne placki napieczóne, siągła, prziniesła na stół, a położiła ich tak, żeby nie uwidzioł tych w łóżku. Ale kierysi z nich krząknół - Pieter czi Chrystus - pijok sie dziwo: tu dwo chłopi w łóżku. - Cóż wy tu chcecie?! _ Wyboczcie, nie mielimy kany spać, pytalimy o noclyg i gaździno nas zóstawiła na noc. Nejpyrwej wyfackoł babie, że wziyna chłopów, a potym sie ich chydł. Zmłócił Pietra, bo był z kraja, a Chrystusowi doł pokój. _ Dyście dostali, możecie spać dali. Przespan całóm noc, rano podziękowali, poszli. Zaś sie ni mieli kany przespać i wieczór zaś tam prziszli. _ Gaździno, róbcie, co chcecie, ale nas jeszcze musicie przenocować. - Nale dyć jo już przi was dostała, a wy też - mało jeszcze tego mocie? _ Ni mómy kany iść, tóż niech już bydzie, co chce, ale nas przenocujcie. Tyn zas prziszeł pijany. Dzieci już spały, ale tyn na to nie zważoł, taki zrobił krawał, że wszyckich pobudził. Jak to wandrowni uwidzieli, Pieter powiado: _ Wiysz ty co, Chrystusie, jo już dość dostoł. Idź teraz ty na kroj, twoja kolyj. Chrystus na to przistoł, legnył z kraja, a swięty Pieter ku ścianie. Zjod tyn pijok cosi, podziwo sie: ci dwo zas leżóm. - Cóż wy tu, chachary jakisikej, szukocie?! Wzión, wiycie, takóm brzozowóm palicym i idzie ku łóżku. Pado: _ Wczoras dostoł ty z kraja, dziś ka dostaniesz ty u ściany. I święty Pieter zaś, borok, dostoł. Myśloł, że jak se legnie ku ścianie, to sie uchyli, ale był jeszcze bardżi bity. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.04.15, 00:34 ANI NIE ZAGRMI Łóńskigo roku tak słóńce poliło, że aż strach. Moimu tadkowi aż włosy na głowie zgorzały. A jedna paniczka z Katowic, co do nas przijechała, sie zrobiła Murzinkóm. Była blóndynkóm, a jak wyjyżdżała, miała czorne włosy. W polu nic nie chciało rosć, tóż jedna galdzinka poszła na farym do welebnego i powiado: - Welebny, oto mocie porym złotych, a rzykejcie w niedzielym, coby prziszeł deszcz. Paterek odeprzili rynkym, dziwajóm sie: piynć złotych. Wołajóm: _ Paniczko, za piynć złotych wóm ani nie zagrzmi, a wy chcecie, coby loło!... Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.04.15, 00:38 FARORZ CZY CIELYNCY PÓN? W naszej dziedzinie był farorz znómy z rechtorzym. Czynsto gynsto do tego rechtorza zaziyroł. Pogwarzic se, bo każdymu kapkym tej rozrywki trzeba. A wtedy tam jeszcze radij nie było, telewizorów, baby, dziecich ksiyndzowie ni majóm, tóż sie im ckniło. Tyn rechtor był na posadzie, był kierownikym szkoły, mioł kąszczek ziymie, dwie krowy. Roz zabił cielym i jednóm zadnióm nożkym, u nas to nazywajóm kitka, posłoł Cygónym do tego wielebnego. Pado mu: - Cygón, zaniys wielebnymu oto tóm cielyncóm kitkym. Tam dostaniesz trangiel. Ale jak przidziesz, powiydz: "Wielebny panie, oto też mocie cielyncóm kitkym" . Ale Cygón nie rozmyslol, co mo powiedzieć, jyny wiela też dostanie tego tranglu. Odewrził dwiyrze. - Pochwalóny Jezus Chrystus. - Na wieki wieków amyn. - Cielyncy panie, oto też mocie wielebnóm kitkym. Nie wiym, czy tam jaki trangel tyn Cygón dostoł, czy ni, ale sie mi zdo, że to farorzowi nie przipadlo do szmaku. Ze go tyn Cygón przekrzcił w cielyncego pana. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.04.15, 00:41 Cygon a zając We farorzowej kóńczynie chycił Cygón zająca. Farorz go uwidzioł i kozoł mu go oddać, bo był chycóny na farskim polu. Cygón, jako to Cygón wymowioł sie, że zając je jego, bo farorz by go i tak nie chycił i ni mioł by też nic. Tak. farorz mu na to, aby poszeł ś nim na fare, kucharka upiecze zająca, w nocy sie przespióm, a kómu sie bydzie pieknij śniło, tyn zająca dostanie. l Cygón na to przistoł. Kucharka upiykła zająca i zawrziła w trómbie, a Cygón dowoł na wszycko pozór i to widzioł. W nocy, jak wszyjscy spali, Cygón zakrod sie cichaczym do kuchyni, wzión zająca z trómby i całego zjod. Potym zaś se legnół. Rano farorz pyto sie Cygóna, co sie mu też śniło. T yn prawi, że to nie uchodzi, że jako piyrszymu przistoji łopowiadać osobie duchownej. Tóż farorz prawi: - Śniło mi sie, że w polu, kaj żeś Cygónie tego zająca chycił, stoła tako łokropnie dłógo drabina, że kóńca nie było widać, a niebiescy anieli kludzUi mie po tej drabinie do nieba. Na to Cygón powiado: - Nale wielebniczku roztomiły, dyć mie sie pram też to samo śniło. l jak żech to widzioł, że ci anieli kludzili wielebnego farorzyczka do nieba, myślołech se, że już tam wielebniczek zustanóm, tóż żech zająca zjod. Uśmioł sie farorz z przebiegłego Cygóna i mało, że mu darowoł, to jeszcze mu kierysi grosz doł na ceste. Odpowiedz Link
balzack Re: Legendy 25.04.15, 13:37 O, góry! co harde czoła Wznosicie hen! aż w błękity... Do wspomnień zaszedł kościoła Kto' sercem patrzył na szczyty! Tam - z skarbca fantazji ludu Sypią się perły, opale Tam górna kraina cudu Tęczowe rozprysła fale. Słowian pogańskie obrządki, Gontyny bogów z kamienia, Kupały zielone świątki W snuły się w przędzę wspomnienia! Przeszłość, mgłą wieków srebrzona, Dźwięk gęśli - wojenne wici- To myśli, uczuć wrzeciona; Z nich piosnek snują się nici Ścielą się do stóp wyżyny Pamiątek, oaśni kobiercem- Czar w borów niosą gęstwiny, Śpiewają puszcz wielkich sercem... Oj, kręć się, kręć się wrzeciono! Oj snuj się, snuj się klechd nici... W sto barw przystrajasz gór łono; Twem pięknem lud się nasz szczyci. Przyrody dziwne zjawiska Baśń w czarów wsnuwa nić 7. tęczy, Z niej ludu uczuć żar tryska- Poezją struna ta dźwięczy!... O góry! Księgi, pisane W spownień krwią, żalem, gwiazdami, W mgłach legend, podań skąpane, Świecące krzyża blaskami... O góry! polskiej ziernicy Ramiona w niebo wzniesione, Do uczuć szczytnych krynicy - Spieszą tu tłumy spragnione... Nie znają dzieci niziny Wspaniałych górskich widoków! W zaczarowane krainy Z powszednich dni dążą mroków. I gwarzą podziwem zdjęte: "Prześliczną jest ziemia nasza! Uczcijmyż pamiątki święte... /I Wzruszeniem drży tu pierś lasza... Myśl- powój, pnie się wysoko, Nad życie bóle, zawody, Gdzie wiary przejasne oko W mgłach tron dostrzega pogody! O góry, polskie wy góry, Wspomnień serdecznych kaplice! Wam czoła w krąg wieńczą chmury, W pierś biją burz nawałnice... Wyście stulecia przetrwały Jednako piękne i harde! Puszcz waszych śpiewne hejnały Odstępcom rzucają wzgardę: "Ach, hańba z ojca na syna "Temu, kto obce czci bogi, "Gdy echem burz drży kraina, "Grom bije w domowe progi!... "Hańba lękliwym tym duchom "Co jak ślimaki pełzają... "Niskich żądz, zysków łańcuchom "Myśl wolną skrępować dają!" Na szczyty, hejże! na szczyty! Niech duch się wzniesie wysoko W poświęceń ciche błękity... Nad chmury niech sięgnie oko! Hej, w górę! hej... na wyżyny Orlemi skrzydły zapału Leć duchu, w piękna krainy, W gwiazdzisty świat ideału! W śród nizin tobie nie wolno Pełzać, królewski ty ptaku! \Valk, trudów drogą mozolną Po górnym szybuj wciąż szlaku... Hej! w góry, synu tej ziemi Przepięknej. w kruszce bogatej; Tu, myśli czcij ją lotnemi, Tu, sercem całuj jej szaty!.. Tu, ucz się z księgi przeszłości Czytać pradziadów imiona, Tu chrobrym nieś hołd mił()ś.:i I wspomnień kwiat tul do łona... Hej! synu polskiej ziemicy! Czerp baśni. klechd górskie fale, Z legend przecudnej skarbnicy Bierz perły, drogie opale... Legendy Świętokrzyskie Odpowiedz Link
balzack Re: Legendy 25.04.15, 13:41 Dziwo-Góra. B A S Ń. W śród wiekowych borów - tam Kędy czarów straszny świat, U tęczowych krain bram Rośnie cudny szczęścia kwiat... Lecz wysoko zakwitł on; Wkoło czarny, gęsty bór, Niedostępnych dziecię stron, Pośród pięknych błysnął gór! Złotych iskier sieje grad Jakby rosy strząsał łzy Ten słoneczno-górski kwiat! Lecz na straży, niżej, mgły, Czarnopióra później noc- Dalej otchłań - rwący zdrój I bożyców leśnych moc. Puszczszczyk woła: "Śmiałku stój!" Łyso-Góra, hardą skroń W zniosła ponad szczyty wzgórz, Sowiem skrzydłem lecą doń Widma w wiankach krwawych róż. T am czarownic, biesów tłum, Tam rusałek nuci chór; Swistań, dziwnych głosów szum Niesie trwożne echo gór! Wilkołaki *), wojsko mar Obok kwiatu trzyma straż; Złośliwych chochlików gwar T opielicy blada twarz, Leśny olbrzym - życia wróg, Siedmiogłowy potwór - głaz, Czarnych piekieł gniewny bóg, I upiorów orszak wraz Strzeże kwiatu dzień i noc! U - huu!... biesów słychać śpiew; Dziwnaż, dziwna strachów mod... W żyłach śmiałka stygnie krew, Myśl się mąci, słabnie dłoń... Z Dziwo-Góry barwny tłum Z groźbą, z wrzawą spieszy doń U - huu... świst, płacz... jęki, szum! "Próżny chłopcze! próżny trud! "Szczęścia strzeże orszak mar - "W racaj mi«;dzy bratni lud, "Nim cię ust mych spali żar..." Tak ostrzega srebrny głos Pląsającej pani gór. "Smutnyz, smutny śmiałków los!... u Czarnych bogiń śpiewa chór. Łyso-Góra, duchów kraj, Tajemniczy strachów świat; Echem pieśni szumi gaj, A na górze - gwiazda-kwiat!... *** Wiedźmy warzą z kwiecia pól Napój śmierci - trucizn jad Co zyciowy leczy ból! Wyżej... szcz ścia rośnie kwiat... Warzą, warzą z leśnych ziół Balsam, napój, serca lek - Spieszy, spieszy z bliskich siół Pełen pragnień młody wiek, Pośród borów, ciemnych skał Czarownice warzą wciąż I miłości srebrnych strzał Leczą rany... Pełza wąż Druh wiedźm leśnych, wstrętny gad, Rój złych duchów klaszcze w dłoń; Wyżej... szczęścia błyszczy kwiat Zdobiąc Łysej Góry skroń! Hej! - na wyżyn górskich szczyt Przez zastępy grożnych mar, Któż się przedrze witać świt, Sięgnąć po Jasnego *) dar?... Ziem Piastov,Tych dzielny syn Gardzi trwogą, nie zna bram Którychby nie rozbił czyn! Więc zwycięsko stanął tam Kędy płonie gwiazda-kwiat; Harde czoło podniósł wzwyż, Pierzchnął mar rozwiewnych świat, Z Łysej Góry błysnął krzyż!... Legendy Świętokrzyskie Odpowiedz Link
balzack Re: Legendy 25.04.15, 13:44 W święto Kupały - Z obrzędów Słowiańskich. W prastarych borów zielonej świątnicy Kędy słowiańscy kryją się bogowie, Odwieczne dęby stoją na strażnicy \V ludowych podań czarownej osnowie. Sosny i olchy zadumane gwarzą Z kwiecia płaszcz wzi<::ły lipy rozłożyste, A białe brzozy jasną patrzą twarzą \V zwierciadła rzeki fale przezroczyste. Półsenne mroki, szmery tajemnicze Cichemi kroki snują się po lesie; Fala, na- wianki czekając dziewicze Jasnemi skrzydły echo pieśni niesie: "Hej! Kupało!... jodły, sosny, "Na cześć bogów niech padają, "Dziś Kupały dzień radosny, "Gęśle, dudy, niech nam grają!... "Stosy z drzewa ułożymy, ." Proso bogom sypiąc w darze "Świ ty ogień rozniecimy "Jako dziadów zwyczaj każe." Z dolin i jarów lud płynie ochoczy, Starcy, młodzieńcy, krasawice dziewy, Jak len ich włosy - jako chaber oczy, Srebrzyste słychać młodych głosów śpiewy: "O, bożycu! Jasny panie! "Krwi ofiarnej przyjm objaty, ,,'V słońcu, w gwiazdach, masz mieszkanie, "Spójrz na biedne ziemian chaty!" Zabłysły gwiazdy... strzeliły ogniska, Aż się trwożliwe w dal rozprysły cienie! Snopami iskier płomień w gór tryska, Młodzież z okrzykiem skacze przez płomienie. "Łado! Kupało! Słowian jasne bogi, "Cześć wam na Lecha i Krakusa ziemi! "W ogień i wod skoczymy bez trwogi "Byle Znicz blaski świecił nam żywemi! "Bo cóż bez niego w chacie Słowianina? "Znicz-ogień święty, niech nam piersi grzeje; .,Niech wajdelota sławy pieśń zaczyna "O Zniczu, który zawsze promienieje..... Biedne te ludy, co nie znają ciebie Święty płomieniu! lecz biedniejsze jeszcze Gdy mając Znicze, gaszą je wśród siebie Jak ten, co w szale struny targa wieszcze... Krzyż świeci w ziemi Krakusa i Lecha, Posągi bogów starych w prochu leżą, Znicz jednak-ludu chluba i pociecha, Płonie wciąż w piersiach tych, co wjutro wierzą! Legedny Świętokrzyskie Odpowiedz Link
balzack Re: Legendy 25.04.15, 14:09 Święto Grobów Łysogórskich Zdala od siedzib ludzkich, na szczycie góry której grzbiet prawie zawsze w srebrne mgły bywa spowity, przed wiekami liczne wznosiły się kopce, leżały głazy ogromne, rzędem stały żalniki, z których krople rosy spływały jak łzy... Nazwano to miejsce "Górą Umarłych" gdyż tu, z pokolenia na pokolenie przechowywanym zwyczajem, prochy ojców, których martwe ciała wśród wojennych okrzyków mężów i płaczu kobiet palono, składane były na odpoczynek wieczysty...W tem miejscu, górującem nad przecudną okolicą, Słowianie rok rocznie, poważne, uroczyste "święto dziadów" obchodzili. I wierzyli niezachwianie, że w on dzień żałobny płyną z krain zamogilnego życia, duchy ojców, i ziemskie swe odnalazły szczątki, nad żalnikami w milczeniu unoszą się niewidzialne, lecz obrządkowi obecne. Spieszą dziadowie na ono wielkie grobowisko łzami dzieci umiłowanych, krewnych, towarzyszy, druhów serdecznych, nasiąkłe. Spieszą wspomnieć żywota dzieje przebrzmiałe, błogosławić prawnukom, nacieszyć się z nimi i zapłakać...Spieszą tak przez dzień cały aż do północy; o tej porze zebrane już powinny być duchy wszystkie! W państwie śmierci, wśród drzew prastarych u szczytu malowniczej góry, krążą duchy złe i dobre, szczęśliwe i cierpiące...Ojcuwie, dziady, zmarli przed laty i przed wiekami, przybywają na oną górę sławną z wielkiego raju dokąd ich Nija, potężny wódz dusz ludzkich zawiózł w nadpowietrznej, niewidzialnej ziemskim oczom łodzi. Inni, dążą tu z strasznej, czarnej krainy kar długich i ciężkich, jak ciężkiemi były ich winy; z posępnych światów, kędy w lodowate, zimne puste góry, w okropne przepaści potworów jadowitych pełne, ziejące żarem niewygasłym, w ponure puszcze bezludne gdzie wieczna noc i trwoga, zawiodły ich "Sądziennice" surowe sądy sprawujące nad światem całym! Lecą wielkoludy, bohaterowie sławni, orły, sokoły narodu, lecą nad świętemi gajami kędy niegdyś składały bogom objaty Odpowiedz Link
balzack Śmierć Marzanny 11.05.15, 10:15 Wesołe dźwięki gęśli łączą się z okrzykami: "śmierć Marzannie!" Ochocze grono młodzieży z ulubionymi gęślarzami na czele, spieszy z nizin ku Łysogór pasmu zielonemu. Uzbrojeni w oszczepy, topory, drągi, widły, idą przeciw bogini śmierci zbuntowani; idą z muzyką, weselem - jak na gody! "Śmierć Marzannie!" Chociaż chrześcijanizm mroki błędów starych jasną kaskadą światła prawdy rozproszył już w całej niemal Polsce, dawne wierzenia mocą nawyknień wplotły się w fantastyczne, pełne poezji i naiwnej pojęć prostoty, obrządki słowiańskie. poszukiwanie Światowidów, Perunów, Żywji, przechowało się długo, a sama wyprawa zmieniwszy cel swój pierwotny, przeistoczyła się w doroczną ludową zabawę "Topieniem Marzanny" lub "Śmiercią bogini śmierci" zwaną! Otóż i teraz uzbrojona gromada dąży do boru ochoczo, by wypłaszać wrzawą dworzan bogini śmierci i ją samą wśród radosnych utopić okrzyków! Przyszli do lasu, siedziby wilkołaków, strzyg *), wiedźm. biesów i t. p. W nadziei, że młodość i odwaga najzłośliwsze pokonać zdoła duchy, pewni zwycięstwa nad nimi, z wojenną wrzawą obiegają zarośla, moczary, bagna, trzęsawiska, jeziora ciemne i zapadłe knieje, wypłaszając z nich wszystkich wiernych dworzan Marzanny. Przestraszone krzykiem i wrzawą z załomów skał, z pni spróchniałych uciekają puszczyki, nietoperze; wówczas wzmagają się tryumfalne młodzieży wiejskiej okrzyki; za zwiastunów śmierci uważane nocne ptaki, leśne gady, uważane za Marzanny sługi ludziom nieżyczliwe, roznoszące śmierć i choroby, postrach siejące, padają pod ciosami ochoczej młodzieży, wypędzającej upiory wiedźmy z całym orszakiem widzialnych i niewiskie, których pamięć w zmienionej formie długie przetrwała wieki... Przed laty, znalezione w borach kamienne lub z dębowego drzewa ociosane, bóstw pogańskich posągi, lud z okrzykami topił albo rozbijał - wspomnienie owych wesołych wypraw nadzialnych dworzan złej bogini, nieprzyjaciółki życia! Odpowiedz Link
balzack Re: Śmierć Marzanny 11.05.15, 10:17 Największą wrzawą rozbrzmiewa szczyt Łysej Góry, uważanej powszechnie za siedzibę czarownic i złych duchów, które zbierały się tam podług wierzeń ludowych na wiece, uczty, zabawy. Gdy już młodzież przepatrzy wszystkie gęstwiny boru, załomy gór i trzęsawiska, biorą pień drzewa grubego, wyciosają z niego bałwana i przywiązawszy takowy do kija (jak wojacy wiążą jeńców niebezpiecznych) przy dźwiękach gęśli, wesołych okrzykach i śpiewie ciągną mniemaną Marzannę do wody, aby ludziom nie szkodziła w piękne dni wiosenne, kiedy zdrowie i siły młodości najwięcej są potrzebne przy pracy w polu, tak dla rolników ważnej. Pieśni, używane podczas wesołej uroczystości topienia bogini śmierci, zaginęły w pomroku niepamięci; z przechowanych owej epoki rękopisów jeden wiersz tylko sięga czasów, w których obchodzono pamiątkę topienia bałwanów pogańskich. Odpowiedz Link
balzack Re: Legendy 11.05.15, 10:22 Śmierć się wije u płotu, Szukająca kłopotu. Licho - cicho!... ruszaj w las - Nie dobierzesz się do nas; Póki młodość, to wara! Hej, wara! Smierć się złości zawzięta Na mołojce, dziewczęta; Póki nas - to światu trwać, Choćbyś chciała wszystkich brać. Póki młodość, to wara, Hej, wara! W bój, na łowy człek jedzie, Śmierć ze strzygą, na przedzie- A gdy życiu jesteś rad Wiedźma w życie sączy jad. Póki młodość, to wara, Hej, wara! Czarownica przez sito Gwiazdą trz sie "zawitą" '") A wilkołak w łozach zły, Skrzy oczami - ostrzy kły! Póki młodość, to wara, Hej, wara! A na Łysej, na górze, Tańczy bies w wilczej skórze, Z wilkołaków wiedźm i strzyg Oczyścimy ziemię w mig! Póki młodość, to wara, Hej, wara! Lysa Góra, grzmi wrzawą... Nuże razem obławą! Żmije syczą... mimo żmij, Śmierć, Marzannę, zwiążem \V kij! Póki młodość, to wara, Hej, wara! Odpowiedz Link
balzack Pielgrzym Świętokrzyski 11.05.15, 10:27 Na drodze z Nowej Słupi do po-Benędyktyńskiego klasztoru, stoi starożytny posąg z kamienia, wyobrażający klęczącą postać pielgrzyma. O posągu tym, następująca krąży legenda: Był człowiek pewien, który za ciężkie winy długą odbywał pokutę. Wobec strasznych zbrodni jakich dopuszczał się w życiu, żadne umartwienie zbyt surowem nie wydawało mu się zadosyćuczynieniem. Aż wreszcie odbywszy pielgrzymkę do Ziemi świętej, postanowił ostatnią już, ciężką zadać sobie pokutę. Było nią pójście na kolanach pod górę Swiętokrzyską, do po-Benedyktyńskiego klasztoru. Idzie zatem śpiewając pieśni pokutne, odmawiając modlitwy. Mijają go liczni pielgrzymi podziwiając wytrwałość, chwaląc głośno pokorę świątobliwego męża. Ten i ów prosi na wóz swój, do wypoczynku zachęca, lecz pokutnik wszystkim odmawia i na kolanach dąży, coraz wyżej a wyżej!...Ale na głos uznania, jaki dochodzi go z stron wszystkich, wąż pychy wślizgnął się do piersi chwalonego przez pielgrzymów męża, i pokutnik, co budował bliźnich umartwieniem, pokorą, z uczuciem dumy rozmyślać zaczął nad tem, że gdy na kolanach u celu pobożnej stanie pielgrzymki, zasłuży już chyba na niebo, gdyż nikt tak jak on, na hojną nie pracuje nagrodę! Ale, o dziwy! Kamieniem ciężą nogi nieruchomieją wszystkie członki, pielgrzym przekonywa się z przerażeniem, że kolana jego zdrętwiałe ani na "krok dalej posunąć się nie mogą. Wyznaje głośno swą winę i zwolna, ku zdumieniu i zgrozie obecnych, w kamień się cały zamienia! Legenda mówi, że klęcząca figura z biegiem lat posuwa się naprzód, a kiedy dojdzie do klasztoru, wtedy będzie koniec świata Odpowiedz Link
balzack Re: Legendy 11.05.15, 10:28 Nasza Ziemia Obcej ziemi gaj mirtowy, Palmy, skaly - dziw natury! Hen! nieboskłon lazurowy, Szmaragdowe morza - góry Śnieżnemi kryte całuny, Toż to lutni śpiewne struny! Obcych natchnień zdrój, Obcej pieśni strój... Nasze lasy, nasze góry, Złote ła.ny, polne kwiaty, Sławnych zamków harde mury, Na zwaliskach wspomnień świa t Pośród ruin - głos przeszłości... T oż to polski hymn miłości! Echo swojskich stron - Pieśni naszej ton! Gdy kieleckie ujrzym wzgórza, Świerków lasem cudnie strojne, Kędy płyną z skał podnóża Mary w legend urok zbrojne, Kędy Stwórca hojną dłonią Wieńce zwiesił nad gór skronią, Piękna skarby dał Na marmury skał! adość serca nam rozpiera, Dzwonów - fletów słychać grame... Pieśni falą w duszy wzbiera Polskiej ziemi ukochanie!... Bo najmilszą z cudów świata Jest rodzinna, ojców chata, Najpiękniejszy kraj Gdzie świerkowy gaj... Niech się Włoch Alpami szczyci, Francuz krajem nad Sekwaną; Dla nas droższe wspomnień nici Wsnute w ziemię miłowaną! Oj, piękniejsze polskie strony Gdzie brzmią swojskiej pieśni tony, Gdzie nad ludem - wzwyż; W górach czuwa krzyż! Święty Krzyż... Odpowiedz Link
balzack Re: Legendy 11.05.15, 10:31 Góra Jeleniówka W Łysogórskich puszcz głębinie Dźwięczą rogi, brzmią okrzyki - Wrzawa głosów hen! w dal płynie, Pierzcha z kniei jeleń dziki; Orszak łowców w góry jedzie, Błyszczą łuki i kołczany, A królewicz sam na przedzie W głąb puszcz pędzi zadumany... Krótki miecz u boku błyska, \V silnej dłoni łuk napięty, Z źrenic hart młodości tryska Z czoła bije pokój święty... Obok konia, chłopiec zbrojny Niesie oszczep, rohatynę - Ujrzał tura pan dostojny, I zapuścił się w gęstwinę. Za nim dworzan grono spieszy: Stu łuczników, naganiaczy - Widok zwierza wzrok ich cieszy; Gra pobudkę stu trębaczy! Pachołkowie niosą łupy: Sarny, lisy i jelenie, Swiszczą strzały, leżą trupy Zwierząt. Nocne idą cienie... Ogromnego zabił tura Możny łowiec, pan drużyny - I rozbrzmiała wrzawą góra, "Hop! hop!" - słychać wśród gęstwiny. Koń spieniony, luk napięty, \V żyłach krwi gorącej wrzenie- Na szczyt pnie się łowiec święty*), "Hop! hop!..." Nocne idą cienie... Zniknął z oczu dworzan grona, Za jelenia śladem pędzi; Cisza wokół niezmącona- U skalistych gór krawędzi Stanął rumak, zarżał... cieho... Tylko echo odpowiada, Wilczym głosem jakieś licho Woła w dali: "biada... biada!..." "Hop! hop!" - Krzyknął na drużynę Łowiec śmiały. Hop, hop!... echo niesie, Płynie kary przez gęstwin!;, Groźna jakaś pustka w lesie. l królewicz rozdzielony Murem gór, skał, drzew zieleni Od tej gęstych borów strony Gdzie szukali go zmartwieni Liczni łowcy - zbłądził w górach! Próżno trąbi, woła, wzywa, Wąż błyskawic sUI}ął w chmurach, Goniec burzy, wiatr się zrywa, Szumi puszcza... Rogów dźwięki Nie dochodzą królewicza; Z niewidzialnej, hen! paszczęki Płynie groźba tajemnicza - Słychać pomruk niedźwiedzicy, Ryk, syczenie, dziwną wrzawę; To "strach" leci bladolicy! . Żubr na łowy idzie krwawe... Chrz!;st łamanych kości, jęki Mordowanej słabej rzeszy, Płyną w gwarów zlane dźwięki. Zda si!;, potwór, śmierć tu spieszy Z objęć lasów, z puszczy łona! Ryś i borsuk szczerzą zęby, Fantastycznych mgieł zasłona Na skaliste pada zręby. Krwawych oczu światło błyska, ,""'ilki wyją... Dziwy, czary! Tutaj przepaść, tam cierniska - Stawa dęba i rży kary... \Vtem, na szczycie stromej skały Ujrzał łowiec zwierzę w biegu; Rogi w hlaskach promieniały... U przepaści stanął brzegu Jeleń. Ponad kszt<1ł!ną głową, J ak wśród cierni - w rogów ramie Świ:1tła smugą brylantową Błysło jasne krzyża znamię! Węgierskiego królewicza N a ten widok myśl przejmuje Że przygoda tajemnicza Wol, nieba mu wskazuje By - gdy wyrwie się z paszcz ki Gęstwin ciemnych, złożył Bogu \V Łysogórach, hołd podzięki Na świątyni nowej progu. By tu wśród kadzideł chwały Złożył "co ma l1ajdroższcgo" Skarb węgierskiej ziemi całej, Relikwie krzyża świĘ.tego! Miłym był snać Dawcy życia Ślub dzielnego Emeryka; Wśród gęstwiny drzew spowicia Zakonników dwóch spotyka. Pomoc niosą mu ojcowie Blisko Słupi zamieszkali; Tam, gdzie niegd);ś trzej bogowie: ..Swist i Poświst z Ładą" stali, Wzniósł Emeryk i Król Chrobry Kościół, na cześć Trójcy Świt;tej! Przywiózł z Węgier dar swój szczodry Dzielny łowiec czcią przejęty; Dla Piastowej ziemi synów Drzewo Krzyża w górach składa, Sprowadza Benedyktynów, Chwałę Bożą opowiada. Odpowiedz Link
balzack Re: Legendy 11.05.15, 10:32 A wyżynę, gdzie w światłości Ujrzał Krzyż ponad jeleniem, Ku pamięci potomności Legend zdobiąc ją wspomnieniem, Polski lud zwie: ,,]eleniową..." Szumy lasów, górskie chaty. Niosą dotąd pieśń echową Którą w kart tych rzucam światy Na strój miły gór lesistych! Z barwnych nici podań ludu Niech się wsnuje w głąb serc czystych Pamięć wieków sławy, cudu... Pozdrowip.nie wam - przeszłości Bohaterzy! chrobrzy, śmiali, Dzielni w boju - a w miłości Po anielsku ufni - biali!... Pozdrowienie wam i chwała Monarchowie i rycerze Których Boża dłoń rozsiała Na tej ziemi - silnych w wierze. Strasznych wrogom - godnych cudu! W wspomnień naszych wszech-kaplicy Cześć należy się od ludu Wam - o Krzyża bojownicy!... Odpowiedz Link
balzack Re: Legendy 11.05.15, 10:33 Bolesław Chrobry Dla wrogów straszny, dla poddanych dobry, Granice Polski mieczem swym rozszerzył, Król-rycerz sławny, nasz Bolesław Chrobry Co kraj miłował, w tryumf krzyża wierzył. Gdy chwałą jego rozbrzmiały narody \V ęgry, Morawa, Czechy i Pomorze, Podbitym ludom nadawał swobody Głosił jedności bratniej prawa Boże. Siłę ramienia łączył z mocą wiary; Potężny czciciel świętego Wojciecha W blask sławy polskie przystroił sztandary, "Boga-Rodzica" pieśń - w dal niosą echa!... Rozdmuchał iskrę przez ojca rzuconą, Walcząc z pogaństwem wznosił Domy Boże, Nad swą Ojczyzną, w granicach wzmocnioną Zapalił prawdy, wiedzy ranną zorzę. Z Czech, z Francji, z włoskiej mirt i laurów ziemi Sprowadzał mężów głębokiej nauki, I zakonników ust Y wymownemi Szerzył oświatę prócz wojennej sztuki. Bo dotąd Polak rycerskiego ducha Ćwiczył się tylko we władaniu bronią, Rolnictwo kochał, ale ciemnia głucha Jak noc - zaległa nad większości skronią. Dopiero biały anioł tej ziemnicy Dąbrówka - wniosła światła pierwsze blaski, Z miłością krzyża, czcią Boga-Rodzicy Chrobry rozniecił słońca prawdy brzaski. Zakładał szkoły, budował klasztory Z których płynęły wielkie, szczytne hasła, Zkąd zdrowie czerpał lud duchowo chory, Gdzie nigdy wiedza i miłość nie gasła... Pośród Lysogór, z świętym Emerykiem Wzniósł klasztor piękny, chlubę Polskiej ziemi, Klasztor - co prawdy stał się rozsadnikiem I relikwiami szczyci się drogiemi. Tu, drzewo Krzyża, na którym skrwawione Zawisło Ciało Boga - Marji Syna, Emeryk w Polską obsadził Koronę, Tu, skarb Piastowa posiada kraina! Odpowiedz Link
balzack Re: Legendy 11.05.15, 10:34 A kiedy umarł król, mocarz ten Chrobry, Umilkły lutni surm i rogów dźwięki, Zapłakał naród gdy pan odszedł dobry, W świątyniach, szkołach, w chatach ludu jęki... Strojne odzieże rzucił młodzian, dziewa- Żałobę noszą wszyscy przez rok cały l hymn boleści gęślarz polski śpiewa... Na zamkach huczne biesiady ustały! Bo zgasł król-gwiazda, dzielny, wielki, dobry. Bolesław Chrobry... Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.04.22, 10:11 Zmarł pewnego razu, ale to już w daw niejszych czasach, zamożny, lecz skąpy ogrom nie gospodarz. Umierając kazał sobie do po duszki trumiennej zaszyć wszystkie pieniądze i pod głowę do trumny położyć. Dzieci i żona, posłuszne ostatniej woli zmarłego, poduszkę z pieniędzmi włożyli trupowi pod głowę i tak go pochowali. Pogrzebek był bardzo skrom ny: boć też na pompę pieniędzy nie było. Powoli do wdowiej chaty zaczęła pchać się bieda, dzieci nieraz od głodu słabować po. częły, zrozpaczona wdowa wiedząc, że nie boszczyk na dukatach leży, zwierzyła się z tern grabarzowi, który wraz z nią udał się nocą na cmentarz, odkopał grób, ale o dziwo! nieboszczyk odwrócony trzymał poduszkę z du katami w zębach i piekielnie jęczał. Grabarz, nie wiedząc co czynić, nie odważywszy się wyrwać nieboszczykowi owej poduszki z po między zębów, przykrył grób co prędzej, zie mią przysypał i uciekł, I ot straszliwa dla skąpców nauka. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.04.22, 10:46 Szedł żołnierz na urlop i miał w kieszeni 3 dukaty; na drodze spotkał trzech dziadów 1 każdemu z nich po dukacie darował, Nie mogła dobroczynność pozostać bez nagrody. To też niezadługo spotkał go Pan Jezus, gdy z św. Piotrem po ziemi chodził. Pyta się owego urlopnika Pan Jezus: „Co chcesz za pierwszego dukata?” Św. Piotr podpowiada wahającemu się: „Królestwo niebieskie!” Ale żołnierz nie usłuchał tego i mówi: „Parę koni!” Za drugiego żądał worka dukatów, a za trzeciego chciał otrzymać taki worek, do — 93 — któregoby wszystko samo wskakiwało i wcho dziło. Pan Jezus jego żądaniom zadość uczynił. Żołnierz odtąd o czem tylko zamarzył, miał wszystko, bo potrzebował tylko wyrazić życze nie, aby to lub owo do jego worka wskoczy ło. Sw. Piotr, spotkawszy go raz na drodze, ostrzegał go, źe jeżeli życia nie zmieni i z bo gactwami swojemi się nie pożegna, to djabli żywcem wezmą go do piekła. Chłop znalazł i na to sposób: gdy spostrzegł, źe djabli rze czywiście po niego przychodzą, wpakował ich do worka, a rzucając nim następnie po kamieniach i drzewach, pogruchotał im ręce i nogi, a następnie na gościniec wysypał, gdzie zamieniły się w kupę kamieni. Ponie waż djabłów brakowało, więc naturalnie ów urlopnik zamiast do piekła, żywcem do nieba się dostał. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.04.22, 16:12 Pewna kobieta, która całemi dniami prze siadywała w kościele, sądziła, źe pewno żyw cem będzie do nieba wziętą. Razu pewnego wczas rano, gdy szła na roraty, ukazał jej się za węgłem anioł, cały biały i z małemi bia- łemi skrzydłami u ramion, który jej po wiedział, źe za trzy dni t. j. w piątek o go dzinie 12 w nocy żywcem z kościoła do nieba wziętą zostanie. Baba stawiła się na termin, a ukrywszy się pod ławą, niespostrzeżona przez nikogo ze służby kościelnej, zamkniętą została w kościele. Bije 12 godzina; dewotka, zatopiona w modlitwie, ani słyszy, źe na stry chu kościelnym ktoś łomocze. Wreszcie des ka u powały odsuwa się powoli i na długiej linie spuszcza się koszyk, „ducką” pospolicie zwany. Baba, sądząc, źe to po nią spuszczają koszyk, uszczęśliwiona, nie spostrzegła na wet, źe ktoś cichutko z owego kosza wy szedł: włazi do koszyka i zatopiona ciągle w modlitwie, sadowi się w nim wygodnie i po chwili zaczyna odbywać ową do nieba pielgrzymkę. Gdy już była pod samiuteńkim otworem, głośno zawołała: „Przez twoje święte wniebowstąpienie....” Ciągnący, sły sząc obcy głos, wydobywający się z ducki, Tu wszedł na chór, a spojrzawszy na dół, do kościoła, co ładniejszą spostrzegł dziew czynę, rzucał na nią wydłubanem owczem okiem. Rozruch powstał w kościele, dziew częta, czysto i biało poubierane, wcale nie były zadowolone z tak szalonego pomysłu głupiego Wojtka. Wreszcie, gdy oczy, rzu cane przez niego, zaczęły krwawió suknie i szerzyć postrach, sprawcę wyprowadzo no z kościoła. Wojtek, nie wiedząc za co go z kościoła wyrzucono, puścił się ku do mowi, zadowolony, źe wolę ojca co do joty wypełnił. Przyszedłszy do domu, na wstępie opowiedział ojcu, jak pięknie spra wił się w kościele. Co mu na to odpo wiedział ojciec, domyślić się łatwo można, a głupi Wojtek dotąd prawdopodobnie jest samosejcą ' Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.04.22, 16:19 Odwiązawszy sznury, któremi przywiązany był do niej synalek, klęka i Bogu za to cu downe uzdrowienie dziękuje. Chłopiec miał już lat siedm, był ładny, zdrów i silny. Zdarzyło się, źe przechodził tamtędy Pan Jezus z św. Piotrem. Zobaczywszy królewnę z dzieckiem, dali jej znak, aby się zbliżyła; ale ona nie chciała tego uczynić, bo była naga. Dopiero Pan Jezus zawołał: „Nie wiasto, przybliż się do nas, nie ukrywaj się, bo my cię dojrzymy wszędzie"! Zbliżyła się tedy królewna z chłopcem, a Pan Jezus za pytał, czy ten mały chrzczony. Gdy jednak przeczącą otrzymał odpowiedź, ochrzcił go, biorąc za chrzestnego ojca św. Piotra. Dano mu tedy na imię Piotr. Gdy Pan Jezus wraz z św. Piotrem oddalili się, św. Piotr zagadnął: „Panie, ależ na świecie istnieje zwyczaj, źe chrzestniakowi daje się jakiś upominek.” Tedy rzekł mu Pan: „Wracaj i powiedz mu, iż co kolwiek kiedyby zażądał, mieć będzie”. Gdy św. Piotr polecenie wypełnił, królewna i sied mioletni królewicz, podziękowawszy mu, wy szli z lasu i stanęli na pięknej zielonej łące. Tu rzekła matka do Piotrusia: „Prośże teraz, Piotrusiu, Boga, aby nam dał odpowied nie schronienie, ubranie i pożywienie”. Za ledwie Piotruś o to wszystko westchnął, ujrzeli na sobie wytworne szaty, a przed sobą pałac złocisty. Gdy weszli do niego, w komnacie ujrzeli stoły z naj wytworniej- szemi potrawami. Tak więc cudownym spo sobem Bóg wyrwał z niedoli nieszczęśliwą królewnę. Król tymczasem, powróciwszy z wojny i o ucieczce królowej powziąwszy wiado mość, z boleści omdlał, bo domyślił się, że ktoś prawdopodobnie listy podrobił. Zebraw szy tedy wojsko, udał się w puszcze i lasy, celem odszukania żony i dziecka. Szukał długo, ale ani nawet śladu żadnego odszukać nie mógł. Przybył wreszcie na ową łąkę zieloną, wśród której złocisty błyszczał pałac. Wojsko rozłożyło się tu obozem, a król po słał swego adjutanta, aby przyniósł z pałacu szklankę. Królewna jednak nie chciała jej wydać, twierdząc, że z pałacu nic wydawać nie wolno i zapraszając króla do swojego domu w gościnę. W przybyłym królu kró lewna poznała swego męża, ale obawiała się do tego przyznać, wiedząc o dawnym jego rozkazie spalenia jej na stosie. Ona też poznaną nie była, bo miała ręce całe, pod czas gdy królowi mówili dworzanie, że przed siedmiu laty ucięto jej obie ręce. Król, po dziękowawszy gospodyni za gościnę, jął jej opowiadać, jaki jest cel jego podróży, Królewna, dowiedziawszy się o prawdziwym roz kazie królewskim, padła mężowi w objęcia, to samo uczynił Piotruś. W tej chwili znikł pałac złocisty, a królestwo znaleźli się pod namiotem, skąd niebawem uszczęśliwieni do swego królestwa powrócili. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.04.22, 16:27 O mocnym parobku. Pewien parobek taki był silny, źe nikt nie mógł mu dać rady. Pan przeto jego, chcąc tej siły jego doświadczyć, wysłał go do piekła po otręby. Posłuszny parobek natychmiast puścił się w drogę i w dro dze napotkał chłopa, który też szedł do piekła, celem odpokutowania kary na Ma dejowem łożu. Prosił tedy parobka, aby, obejrzawszy dobrze Madejowe to łoże, opo wiedział mu potem o niem wszystko, żeby wiedział, co go to w tern piekle czeka. Wszedł parobek do piekła; djabli widząc straszne jego plecy i ramiona i wielką w nich siłę przeczuwając, z drogi mu ustępowali. Kazał pokazać sobie łoże Madejowe i ujrzał na niem pełno jaszczurek, żab i wężów. Wziąwszy potem otręby, wyszedł z piekła, a spotkawszy niedaleko wrót nadchodzącego chłopa, wszystko mu o Madejowem łożu opo wiedział. Przybył potem do pana i oddał przyniesione otręby. Dziwili się też wszyscy tej jego sile, i kazali mu kopać studnię głę boko w skale; wykonał to szybko i z łat wością, o co inni zazdrośni parobcy tak się rozgniewali, że go do owej przezeń wykopa nej studni wtrącili. Ale wkrótce się z lochu mocny parobek wydobył; bito go więc kija— 248 — mi, ogromne nań spuszczano drzewa, a on mówił: „Cóż to, nićmi mię smagacie?” Rwa no więc kilofami skały i te na parobka rzu cano, a on mówił: „Cóż to, piasek mi na oczy sujecie (sypiecie)?” Gdy się więc przekonano, źe takiemu si łaczowi nic zrobić nie można, dali mu spo kój, a naród z dalekich okolic schodził się i podziwiał go, jakby jakie cuda. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 21.06.22, 14:49 Jeszcze inna legenda pochodzi ze wsi Błędowy, należącej do parafii wsi Chmielnika, znajdującej się półtorej mili od Rzeszowa. W owej wsi żył sobie ubogi wieśniak, który chciał ukryć swoją rozpacz przed żoną, więc wybiegł z chaty i pobiegł na urwistą skałę. Stanąwszy na niej zaczął na głos mówić jakie jego życie jest marne i nieszczęsne. Gdy tak zawodził i płakał, stanął przed nim Rokita. Z początku wieśniak przestraszył się jego postaci, ale po chwili uznał, że nie jest, aż tak straszna. Rokita ofiarował jemu dużo pieniędzy, bez żadnego procentowania. Z warunkiem, że w ustalonym dniu oraz godzinie odda jemu sumę co do grosza, w innym wypadku zabierze jego duszę. Wieśniak przyjął ofertę oraz uprzejmie podziękował, po czym diabeł zniknął. Po pewnym czasie, dorobił się znacznej sumy pieniędzy. Gdy nastał czas spłacenia długu, udał się w to samo miejsce, gdzie spotkał Rokitę za pierwszym razem i zaczął go wołać. W odzewie inny diabeł odpowiedział jemu, że Rokity już nie ma. Został zabity przez Najświętszą Pannę. Więc wieśniak wrócił do domu nie mając nikomu oddać pieniędzy, gdyż Rokita już nie żył. Od tamtego czasu ludzie zaczęli wołać na rodzinę wieśniaka Rokita i przydomka tego używa kilka rodzin wywodzących się z jego rodu. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 21.06.22, 14:55 Istnieje wiele wersji wyjaśniających jak Boruta stał się później diabłem. Ponoć w końcu XIV wieku książę mazowiecki miał powierzyć Borucie skarb, którego jednak nie zdołał odebrać. Dlatego do dziś w lochach zamku siedzi Boruta i pilnuje zdeponowanych skrzyń ze złotem. Kolejna z legend mówi, że Boruta razem z Rokitą udali się do karczmy znajdującej się w Łodzi, aby napić się tamtejszego piwa. Ich pragnienie było naprawdę wielkie i wypili wiele piw. Karczmarz tym faktem się zaniepokoił i zainteresował się tym, czy goście mają czym zapłacić. Powiedział im, że nie przyniesie kolejnego piwa, dopóki nie zapłacą za piwa, które wypili. Rokita się jedynie zaśmiał, rzucił na blat kilka złotych monet i zażądał, aby karczmarz przyniósł im więcej piwa. Gdy ten wrócił z kolejną porcją trunku i próbował podnieść złote monety rzucone przez diabła, okazało się, że palą one skórę żywym ogniem. Karczmarz jedynie krzyknął z bólu i usłyszał diabelski śmiech dochodzący z kłębów dymu unoszących się w miejscu, w którym jeszcze chwilę temu siedzieli jego goście. Piwo, które chwilę wcześniej przyniósł, było już wypite, a po monetach nie został żaden ślad[3]. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 21.06.22, 15:12 CZARCIE ZALOTY Pewna dziewczyna z podłęczyckiej wsi nie miała wcale powodzenia, choć urody Jej nie brakowało. Na zabawach i potańcówkach żaden z chłopców nie prosił jej do tańca, ciągle podpierała ściany, aż ludzie się z niej podśmiewali. Któregoś dnia umalowała się, wystroiła i poszła na zabawę. Wchodząc na zatłoczoną salę powiedziała sama do siebie: - Jak mnie znowu nikt nie poprosi do tańca, to chyba sam diabeł Boruta mnie weźmie. W czasie zabawy dziewczyna jednak sama stoi i nikt nie kwapi się z nią tańczyć. Nagle dzieje się cud! Na sali pojawia się jakiś nieznajomy mężczyzna, kłania się nisko przed dziewczyną i prosi ją do tańca. Raz, potem drugi, bawi się z nią przez cały czas, wreszcie odprowadza do domu. Na drugi dzień kawaler ten przychodzi do dziewczyny do domu, na trzeci także. Za trzecim jednak razem, kiedy mężczyzna wychodzi i przekracza próg, matka dziewczyny zauważa, że zamiast nogi ma on końskie kopyto. - Rzeczywiście - potwierdza to dziewczyna w czasie następnej wizyty kawalera, który w międzyczasie już się oświadczył i nalega na szybkie wesele. - To musi być diabeł - decydują dziewczyna z matką i udają się po radę do księdza. Ksiądz bierze kropidło, ukrywa się w domu dziewczyny i czeka na kawalera. Ale ten coś wyczuł, nie wchodzi do mieszkania, nie pojawia się tak, jak zwykle. - Co się z nim stało? - zastanawiają się wszyscy - Może wszedł do komina? - Ksiądz bierze kropidło w rękę i zaczyna święcić w kominie. Rozlega się wielki rumor, hałas okropny i nagle z komina wyjeżdża diabeł, tak jakby go ogień w tyłek palił. l więcej się już u dziewczyny nie pokazał, a ona na zabawach znowu sama ściany podpierała. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 17.10.22, 22:23 Inna legenda głosi, ze Tatarzy podczas któregoś napadu zerwali dzwon i utopili w Wiśle. Od tej pory w noc świętojańską wody Wisły rozstępują się, na powierzchnię wypływa dzwon i słychać go, aż zegar ratuszowy wybije północ. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 01.12.22, 00:05 Dawno to już temu, kiedy to daleko w górach mieszkał pew ien człowiek, który wyrabiał różne iristrumeiita muzyczne, przeważnie skrzypce i wiolonczele. Imię jego znane było daleko i szeroko, gdyż instrumenta iego słynęły z pięknego dźwięku. Ale bo też nie- iylko nadawał im kształty piękue, lecz wkładał w nie wszystko, co go otaczało: piękntość lasu, szmer strumyka i śpiew ptasząt. Przybywali do niego z daleka muzycy i nabywali potrzebne im skrzypce lub inny jaki przyrząd muzyczny. Odczuwali oni, że mistrz ten, imieniem Andrzej, poza pracą ręczną, część duszy swej wbudowywał w swe skrzypce i zdarzało się, że smutek wielki nim zawładrfął, ilekroć ktoś nabywał jedno z jego dzieł. Wówczas ręce drżały mu podczas pracy, deseczki łamały się pod trzęsą :emi pal- cami jego, a struny pękały przy naciąganiu. Serce mistrza Andrzeja bowiem przywiązywało się do utwo- rów jego rąk więcej, aniżeli do jakichbadź przedmiotów jego życia Pewnego razu zamów iono u niego duże, piękne skrzypce, ofia- rując mu za nie ogromną sumę pieniędzy. Żon*a mistrza cieszyła się na nadzwyczajny zarobek, gdyż zima nadchodziła i potrzeba było pieniędzy na odzież, kartofle i opał dla całej rodziny. Mistrz Andrzej również zrazu rad był z zamówienia, ale potem obawą napełniała go myśl, rozstania się z nowem swem dziełem. Zabrał się więc do pracy, przycinał deseczki, piłował i zestawiał starannie, aby skrzypce jak najpiękniej wypadły. Im bardziej praca jego po- stępowała, tem wickszy go ogarniał smutek, który unikał też w dźwięk skrzypiec. Przebijał się ten smutek ponad inne głosy, jak głosy lasu, strumyku i śpiewu ptaków, a był tak rzewny, że nawet żona mistrza Andrzeja z podziwem mu się przysłuchiwała. Wreszcie skrzypce wykończone czekały na *>dbiór, tymczasem mnały długie tygodnie, a zamawiający muzyk po iAe się nie zgłaszał Mistrz Andrzej rad był, że się jeszcze może nacieszyć swą pracą i rzekł pewnego wieczoru do swej żony: — Pragnąłbym, aby nigdy nie przyszedł po te skrzypce, gdyż wtedy mógłbym je zatrzymać dla siebie Na co żona odpowiedziała: — Oby tylko przybył, bo nam potrzeba pieniędzy i zima za pasem. Coprawda, nie brakło jej gotówki, bo aż dwie pończochy pełne złotówek ukrywała przed mężem w łóżku. Oboje wkońcu już me liczyli na zjawienie się obcego, aż wreszcie przybył, zbadał skrzyp- ce i pochwalił za nie mistrza Andrzeja słowami : — Dotąd póki życia nie słyszałem podobme pięknego dźwięku! — Położył na stole, czysto wymytym, umówioną cenę i razem ze skrzypcami się oddalił. — Chwała Bogu — odezwała się żonk do Andrzeja — już my- ślałam, że ci skrzypce zostaną i nikt ich nie kupi. — Tobie tylko chodzi o pieniądze, zabierz je sobie, nic z nich mie chcę dla siebie — rzekł, ocierając pokryiomu rękawem łzy z oczu i wyszedł z domu do lasu. Szedł i szedł zamyślony, aż ptaszki, które go wszystkie dobrze znały, zapytały: — Co ci to? Smutny jesteś w tak pogodny dzień? — Szukam swoich skrzypiec! Czy tu tędy przechodziły? — odparł. — Tak, tak, — zaświergotały wszystkie, uradowani, że mogą mu dobrą dać odpowiedź. — Widziałyśmy twoje skrzypce. Chodź nami, pofruniemy przed tobą i pokażemy ci diogę. Chodź tylico z namL Minęła noc, gwiazdki zbladły na niebie, nastał cudowny raneifc rosa spadła na kielichy kwiatów, którą słońce ciepłe w /pił* a ptaszki wciąż jeszcze fruwały przed Andrzejem. Przebywał an ciche wioski i głośne miasta, których nigdy nie widział, szedł dniem i mocą, a ptaszki wciąż tylko świergotały: — Dalej jerzcze, Andrzeju, dalej, chodź za nami! Mistrz dopiero teraz zrozumiał, dlaczego ów obcy tak długo me przybywał po zamówione skrzypce. — Chyba mieszka on na drugim końcu świata — rzekł do sie- bie. — Czy aby go znajdę? Chciałbym się tylko przekonać, czy jest zadowolony ze skrzypiec, jak się z niemi obchodzi i czy je też szanuje? Wówczas uspokojony o los mego 'dzieła, chętnie powrócę do domu. Pewnego dnia w samo południe, mała zięba, która zawsze in* wała na czele wszystkich ptaków, zatrzymała się na niskiej, po* krzywionej wierzbie, a za nią usiadła i reszta ptaków. — Czyście się pomęczyły? — zapytał mistrz Andrzej, Który przez całv czas swej wędrówki nie odczuwał zmęczenia. — Ej, gdzie tam? — zakrakał? wrona. — Słuchaj, Andrzeju, teraz idź wzdłuż tej rzeki aż do wioski na skręcie. Zajdziesz za jakie dwie godziny. W chatce za płotem, obok szkoły pod starym kasztanem znajdziesz swoje skrzypce, a my tu zaczekamy. — Dzięki, stokrotne dzięki wam, miłe ptaszyny — rzekł ura- dowany Andrzej. — Pospieszę się, by wrócić jak najszybciej. — Nie spiesz się, nie spiesz się — zaśmiał się gołąbek. — Są tu piękne pola i dużo mamy tu ziarna. Mistrz Andrzej raźno szedł wzdłuż rzeki, radując się z pięk- nego słońca, które przyświecało z nieba. Dojrzał też wysokie góry, a gdy je minął, doszedł go miły głos jakiś, w którym rozpoznał dźwięk swych skrzypiec. Z radości skakał jak dziecko i począł biec. Z daleka witał go wysoki kasztan, który zapalił swe tysiące świec białych. Pomimo radości wstrzymał mistrz swe kroki i nie śmiał zbliżyć się do chatki. Przed nią bowiem siedział ów obcy i grał, a grał bez przerwy. Był on nauczycielem w tej szkole. Głowę swą w skupieniu opierał o skrzypce. Żona jego, jasnowłosa, obok niego siedziała, trzymając na łonie matą dziecinę. Na zielonym płocie opierali się wie* śrtiacy, a ich dzieci płowe główki wtykały pomiędzy szczeble. Na drodze przysłuchiwali się młodzi przechodnie, a oczy ich lśniły się dzi wnym blaskiem. Mistrz, rozczulony tym widokiem, aż zapłakał na myśl, że on to sprawił swojem dziełem tyle zachwytu. Wielką ochotę miał pogłaskać struny skrzypiec i przywitać się z nauczycielem5 który tak pięknie grał na skrzypcach, ale rzekł w duchu: — Tego spokoju Bożego nie godzi mi się zakłócać. Długo jeszcze przysłuchiwał się pięknej grze rtauczywiela i na- pawał się widokiem skupienia otaczających, aż w końcu zadowo- lony odszukał swe ptaszki, aby go znów odprowadziły do jego domu. Odtąd nigdy się już nie smucił, gdy oddawał komu wykończone skrzypce i doczekał się w szczęściu późnej starości. Gdy poczuł że zbliża się jego ostatnia godzina, posłał po owego nauczyciela, by mu zagrał na jego najpiękniejszych skrzypcach. Z uśmiechem na ustach zasnął na wieki, a skrzypki zagrały: Amen... — Amen.... — powtórzył cichym głosem muzyk i dorzucił: — Mistrzu Andrzeju, tyś zasłużył, żeby ci twoje skrzypki za- grały w twej ostatniej godzinie życia. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 08.01.23, 16:54 Św. Floryan. Gdy poselstwo polskie przybyło do Rzymu, ażeby uprosić Ojca św. o jakie relikwie cenne. św. Floryan wystawił rękę z tru mny z napisem: „chcę iść do Polski u . Jego też Ojciec św. prze znaczył do Polski. Gdy wieziono te relikwie na wozie zaprzągniętym w cztery konie, na tym miejscu gdzie kościół św. Floryana stoi, stanęły i nie chciały się ruszyć z miejsca. Historya przywiezienia relikwi św. Floryana znajduje się w kościele tegoż św. w obrazach odmalowana z napisami. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 08.01.23, 20:25 Krzysztofory. Narożna kamienica w Rynku głównym, przy ulicy Szczepań skiej, nazwana „Krzysztofory u , ma mieć olbrzymie piwnice, cią gnące się pod kościół Najświętszej Maryi Panny. Raz do roku piwnice te się otwierają, t. j. w kwietną niedzielę, podczas czytania ewangelii Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.01.23, 15:53 Daw no temu właścicielem młyna Zamko wego (Górnego) w Grobnikach został młynarz- oszust. Był w zmowie ze sw oimi parobkami i wraz z nimi oszukiwał biednych chłopów, kradnąc im nieraz, po kilka w orków mąki. Robili to tak spryt nie, że chłopi nigdy nic podejrzanego nie zauwa żyli. Głow ili się chłopi, gdzie się podziewa ich mąka. A może to spraw ka wodnika? Niemożli we. w odnik choć żartowniś, znany był jednak ze sprawiedliwości. Chłopi ze swoim problemem zwrócili się więc do wodnika, co praw da go nie widząc, lecz przemawiając do nurtu rzeki Psiny. Po pewnym czasie w rowie młyńskim młynarza- oszusta zniknęła woda. Koło młyńskie stanęło, młynarz do napędzania młyna musiał kupić od chłopów za wysoką cenę kilka wotów. Gdy do konał zakupu, do rowu młyńskiego powróciła woda i koło znów zaklekotało. Młynarz sprzedał woły, ale za pół ceny. Wówczas znów' zniknęła woda. Zdenerwowany oszust sprzedał młyn za grosze, opuścił Grobniki i więcej tu nie wrócił. Grobniczanie wierzyli, że młynarza ukarał spra wiedliwy wodnik Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 05.06.15, 16:50 Baśń Świętojańska Cyt!.. o, cyt! już, słowiku, w gęstwinie ucisz swoje rozgłośne piosneczki, Baśń po lesie Świętojańska chodzi, kwiat cudowny zakwita paproci... Moc zaklęta z tchnieniem wiatru płynie, Dziw na leśne wyszedł nikłe stecki, Czar w srebrzystej się życa powodzi w dziuplach próchno zapala i złoci, Hen, nad leśną w gęstwinie skrytą strugą. pośród czeremch rozkwitłych i kalin- z latarkami snują się świetliki,- błędny ognik milczkiem się przekrada. W ciemnej toni błyska jasną smugą, między krzewy sunie dzikich malin, tam, gdzie młode zwarte zagajniki- i gdzieś w gąszczach om rocznych przepada. A Baśń chodzi sobie borem-lasem- het! po dawno zapomnianych drogach... Czar się ubrał w sznur paciorków szklany Dziw z za dębów patrzy wielko-oczy... I w Iiljowe dzwonki dzwoni czasem, gdy rozkwita na leśnych rozłogach kwiat paproci, kwiat zaczarowany, co swym blaskiem wzrok śmiertelny mroczy. Józef Batorowicz Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 05.06.15, 17:09 Błędny ognik Tłumy publiczności fali nieustanną przewalały się po ogrodzie miejskim. Ku wieczorowi ciżba wzrastała. Orkiestry grzmiały na zmianę w różnych punktach. Tak zwane zabawy zbiorowe, które usiłowało urochonić szerokie koło gospodyń i gospodarzy, nie udawały się zupełnie. Ale ożywienie i zadowolenie panowały niezmiennie: oczekiwano na "Wianki" ognie sztuczne, żywe obrazy i wreszcie "Sobótki", lecz do tego potrzeba było cieniów nocy, po dniu przepięknym, ciepłym i rozmarzającym. Dekoracja z wspaniałych gór, wijącej się wstęgi wodnej i przebogatej zieleni drzew i kwiatów były wprost niesłychane. Natura, jako reżyser, była bajkowo szczodrą i niewzruszenie piękno siejącą. Batorówki studenckie, dzięki niezwykłej ruchliwości swych posiadaczy, zdawały się wypełniać ogród. Szczęśliwcy, którzy zasiadali ławki, nie opuszczali swych miejsc ani na chwilę, pełniąc jednocześnie obowiązki orjentacji i łączności dla młodszych członków rodziny, przyjaciół i znajomych. Właśnie do eleganckiej i ładnej kobiety podchodzi dwóch panów. - Irenko, mówi starszy, już dobrze siwy i jeszcze lepiej otyły-przyprowadzam ci kolegę w zawodzie i miłego towarzysza - doktór Zygmunt X D-r Zygmunt skłonił się wytwornie i ucałował podaną sobie rękę żony kolegi. Był wszakże jeszcze o wiele młodszym od swego towarzysza i jako wojskowy, zachował ruchy nieomal młodzieńca. - Czy nie widziałeś Heli?-zagadnęła męża po wymianie kilku zdań z nowoprzybyłym. - Nawet kilka razy. Bądź spokojna-nie przepadła, powinna tu być wkrótce, gdyż uprzedziłem ją, że wkrótce opuścimy ogród. - Ty sam chyba, gdyż ja muszę dla Heli... - O nic z tego nie będzie! Wieczory tu nad rzeką bywają chłodne i musisz wrócić do domu, co zaś do Heli, o ile zechce tu zostać, może zostać z kolegami i przyjaciółkami, którzy ją odprowadzą do domu. . Po chwili przypadł kłopot rodziny. Śliczna, zgrabna szatynka, wykapana mamusia. Śmiały się jej oczy, cała figura jakby tańczyła bez ustanku, a z ust leciały wykrzykniki. - Mamusia już idzie... szkoda.. teraz będzie najładniej. Jak się ściemni, machniemy sobie w kółku swojem kilka turów walca na to już nie pójdziemy szukać świetlików, a może za to pomyślimy o walczyku, mazurze i skakaniu przez ogień. Na boisku tenisowym... a może i mazura. Muzykę już pozyskaliśmy.., Mamusiu, a potem chlaśniemy sobie przez ogień... No, dobrze! niech się pan rozchmurzy, dziś nie można być w złym humorze lub smutnym...Prosiła tak serdecznie i tkliwie, dotykając - No. nie wiem, bo mamusia nigdy już tego pana nie spotkała, ale go zawsze z przyjemnością wspomina. - A on jak wspomina pani mamusię? - Czy pan się na mnie za co gniewa? Pan doktór się wstrząsnął, jakby w inną skórę włażąc. Przystanął pod drzewem, w mroku zupełnym i ujął tę rączkę swawolną. - Na wszystko zgoda! pójdziemy szukać świetlików, lecz jeśli je znajdziemy, co wzamian od pani otrzymam? Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 08.06.15, 17:33 O założeniu klasztoru na Łysej górze Był król na łowach, Jeździł po borach. Trąby grają, Psy szczekają, Po borach. A wtóru jeleń z uboczy, Z złotym rogiem wyskoczy, Król naciąguie cięciwy, Pada jeleń nieżywy, Na borach. Król wesoło zakrzyczy, Ewą się kundle ze smyczy, Biegną strzelcy na łowach, Po borach, po borach, Na łowach. W końcu rogu złotego, Obraz Syna Bożego: W kolo wielka jasność, Taka była zacność Obrazu świętego. Wszyscy się zbiegali, Razem poklękali, I na górze, na onój ±\'a górze zielonej Klasztor budowali. Tam w organy grają, Ludzie się schadzają, Nabożnie śpiewają. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 08.06.15, 17:35 Pieśń starożytna o Mazurach Mazurowie mili Gdzieście się popili? —W Warce na gorzałce, W Czersku na złem piwsku. Jechali przez pole, Złamali dwie kole. Mazowiecki kaftan Zgoninami natkan. Co się Mazur ruszy, Z kaftana się kruszy: Więc wąsy odyma, Eohatynę trzyma. Mazurowie naszy, Po jaglanój kaszy, Słone wąsy mają, Piwemje zmywają. Skoro se podpiją Wnet chłopa zabiją. Szarszan zardzewiały Z poszew opadały Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 23.06.15, 21:50 *** Zalał nas świat rodem z Ameryki Czerwone balony, serduszka, wierszyki W MC Donaldzie wyznania miłości A przecież i u nas prastary zwyczaj gości Gdy chcesz poznać wybraną lub wybranka Jest taka jedna noc w roku - Świętego Janka Bo gdy tradycja dla ciebie się liczy Upleciesz wianek z kwiatów i bylicy A potem - wszak tego nie robisz na co dzień Puścisz swój wianek gdzieś na wodzie A on - tak jak tradycja każe Tego wybranego niebawem ci wskaże Możesz skakać przez ogień przy dźwiękach muzyki A więc po co nam te Walentynki - rodem z Ameryki?! Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 23.06.15, 21:56 Stara tradycja mówi, że w ten dzień przy muzyce Na Łysej Górze spotykają się czarownice Urządzają tam z diabłami hulanki Jakiś nektar piją z dużej szklanki Podobno wszystkie stawiają się do Rady I dość owocne prowadzą obrady Gdy zabłądzisz biada, ci biada Już nie zobaczysz swojego sąsiada Lecz potem cisza...wszystko znika Tylko gdzieś w lesie cicha gra muzyka Lecz ja się tego bać nie muszę Bo czyste mam serce i czystą duszę... Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 23.06.15, 22:00 Chociaż w lesie roślin krocie I widłaki i paprocie Tylko jedna noc się złoci Przecudownym kwiatem paproci Wielu śmiałków już tam było Życie swoje w noc zgubiło Oręż tylko się tam złocił A nie żaden kwiat paproci Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 23.06.15, 22:51 Usiadł stary dziadek - bajki opowiada Że gdy cień słońca na księżycu siada Wówczas różne cuda są i różne czary Nawet sabat czarownic - baje stary Najważniejszy jednak jest paproci kwiat Który w swoim życiu kwitnie jeden raz Wszyscy go szukają na polanie w lesie Temu kto go znajdzie on szczęście przyniesie Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 17.07.15, 17:27 Czarownica Oj przyjechało kilku panów do mnie sama nie wiem co im było po mnie ona przysła pięknie przywitała najpierwszemu dychawice dała a drugiemu bolenie w kolanie a trzeciemu wielkie utrapienie a cwartemu jaworowe rogi nie mógł chodzić trzy lata na nogi a piątemu sydło w głowę wbiła nie bywaj tu razem ci mówiła a szóstemu nic nie darowała bo go sobie za małżonka brała A siódmemu piórko za capecke a ósmemu jedwabną chusteckę dziewiątemu obsuła go suszą ledwie uciekł do kościoła z duszą dziesiątemu owsianego placka jęła go się cztery lata poteracka Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 17.07.15, 17:34 Siedmiu oblubieńców Miałam ci pierwszego oblubieńca swojego a ten pierwszy nic nie słyszy nie pójdę za niego Miałam ci ja drugiego oblubieńca swojego a ten drugi bardzo długi nie pójdę za niego Miałam ci ja trzeciego oblubieńca swojego a ten trzeci ćwiczy dzieci nie pójdę za niego Miałam ja czwartego oblubieńca swojego a ten czwarty grywa w karty nie pójdę za niego Miałam co ja piątego oblubieńca swojego a ten piąty patrzy w kąty nie pójdę za niego Miałam ci ja szóstego oblubieńca swojego a ten szósty bardzo tłusty nie pójdę za niego Miałam ci ja siódmego oblubieńca swojego a ten siódmy chłopiec ładny to pójdę za niego Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 21.07.15, 22:24 Śpiący Rycerze Tam gdzie Czartoria, góra nie tak mała Mieści się w niej zakryta pieczara Ko chce niech nie wierz, kto chce niech wierzy Od wieków śpią tam waleczni rycerze Oni walczyli kiedyś z Tatarami A potem wszyscy razem się pospali Po ogromnym wojennym trudzie Śpią tam ukryci przed wzrokiem ludzi Co jakiś czas zadają pytanie A jak przyjedzie czas - to wojsko wstanie I znowu zerwą się do walki do bou Rusz cała gromada wojów Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 21.07.15, 22:25 W Bytomiu pod zamkiem jest ukryta brama A w lochach podobno kompania zaspana Od wieków śpią tak Jadwigo woje Co zasnęli głęboko po tatarskiej wojnie Zamek ze wszystkich stron obrasta las A gdy któryś wstanie pyta - czy już czas Przeszły już wojny i przeszły powodzie Lecz czas na nich jeszcze nie nadchodzi Lecz gdy znowu przyjdzie na nich pora To każdy z nich obudzi towarzysza - woja I znów staną w starego zamku bramie I będą za nas walczyć ramię w ramię Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 21.07.15, 22:26 Złota kaczka W Toszeckim zamku mieszkała księżniczka Panna dość smutna, chociaż prześliczna Pan zamku by ją rozweselić dał jej kolorową paczkę A w niej złote jajka i złocistą kaczkę Chciał by radosną była jego żona piękna Więc dla niej wydawała rauty i przyjęcia Lecz raz płomienie ognia pochłonęły pałac Każdy się ratował i tutaj i zaraz I biegali ludzie po zamku krużgankach I zmarła księżniczka także tego ranka Lecz księżna kaczkę gdzieś w lochach schowała Zanim jeszcze ofiarą ognia się stała A złota kaczka gdzieś tam w lochach śpi Szukali jej już ludzie dość odważni Mówią że gdy znajdzie kaczkę jakiś Janek Blaskiem znów rozbłyśnie ten Toszecki zamek Szepcze o tym służba, panowie i praczki Lecz nikt do tej pory nie odnalazł kaczki. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 21.07.15, 22:27 Gdzieś pod Warszawskim zamkiem mieszka złota kaczka Szepcze o tym szlachta i lokaj i praczka Ona w tych podziemiach wielkich bogactw strzeże A kto to usłyszał zaraz w to uwierzył Raz zapuścił się Jasiek głęboko w te lochy Odszedł od Marysi co stroiła fochy Stoi w tej piwnicy, smutny, zadumany Wparł rękę na murze, wodą zapłakanym Nagle...mur się rozwarł...patrzy...kaczka złota Uciec jak najprędzej naszła go ochota A kaczka do niego tak się tam odzywa Ja jestem księżniczka i to nieszczęśliwa Masz tu drogi Jasiu cały worek złota I wydaj pieniądze na co ci ochota Lecz pamiętaj o tym by uwolnić moce Musisz wydać wszystko w ciągu jednej nocy Jak tego dokonasz to ta tego nie wiem Lecz wszystkie pieniądze masz wydać na siebie Nie możesz biednemu dać ani grosika I zabrać Marysi tam gdzie gra muzyka A Jasiek pomyślał - przecież prosta sprawa Wydawać pieniądze to świetna zabawa Tak poszedł do knajpy i kupił jedzenie Następnie na targu najdroższe odzienie I nową chałupę i pięknego konia Oj będę jak panicz...galopem po błoniach Zagląda to kiesy ależ to są dziwa Bo z tego majątku nic nic nie ubywa Zatrwożył się wielce jak wydać to wszystko Za oknem już ciemno, pewno północ blisko Chcę wrócić do domu do mamy i taty I wcale nie pragnę być taki bogaty Niech skarbów pilnuje dalej złota kaczka A on wszystko wrzucił do torby żebraka Gdzieś pod Warszawskim zamkiem mieszka złota kaczka Szepcze o tym szlachta i lokaj i praczka Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 21.07.15, 22:28 Raz w piekle mieszkał diabeł co nie dbał o dusze I kazał mu Lucyfer na ziemię wyruszyć I rzekł skończyło się dla ciebie pobłażanie synku Pójdziesz i spełnisz kilka dobrych uczynków Zadumał się czarny i trochę się boi Bo przeceż dobrze czynić biesowi nie przystoi Patrzy a on już siedzi na leśnej polanie Z kosturem opartym na jednym kolanie Siedzi o coś tam do siebie marudzi Na taki szpetny wygląd nie nabiorę ludzi Lecz podszedł do niego młodziutki leśniczy Dla którego wygląd wcale się nie liczy I daje mu chleba i podaje wodę Dziadku tyś pewnie głodny, ja patrzeć nie mogę Posil się proszę przed dalszą podróżą A przy miłej rozmowie godziny się nie dłużą Rzekł diabeł do Jaśka weź grzybów nazbieraj Lecz nie zaglądaj do koszyka teraz Gdy przyjdziesz do domu zajmij się koszykiem Lecz na ten moment nie chwal się przed nikim A może masz Janie jakieś tam życzenia Ja tutaj jestem od ich spełnienia Lecz pamiętaj o tym tylko trzy dla ciebie A czego chcesz to ja tego nie wiem Zadumał się Jasiek - czego życzyć sobie Przecież ja mam wszystko diabłowi odpowie Mnie do szczęścia niewiele potrzeba Tylko ten nad głową piękny kawał nieba A i w bogactwa są obfite lasy (Bo to jeszcze były stare, dobre czasy) Oj mam ja takie dwa smuteczki małe Z bratem i sąsiadką nie rozmawiam wcale Gdybyś nas pogodził to byłbym szczęśliwy Ale ja nie wierzę, że ty robisz dziwy Wrócił Jasiek do dom, na grzyby przyszła ochota Podnosi chustę a tam kosz pełen złota Zadumał się Jasiek co to są za cuda Może i pogodzić z rodziną się uda A gdy się rodzina o tym dowiedziała To niczym na skrzydłach do Jaśka zleciała I wszyscy się kłócą o każde życzenie A przez buzię Jasia przelatują cienie A diabeł się cieszy i zaciera ręce Bo weźmie ze sobą trzy duszyczki więcej A gdy z takim prezentem już do piekła wróci To mu nikt już nigdy lenistwa nie zarzuci Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 21.07.15, 22:29 W Zabrzu raz na zamku żyła dobra rodzina I chociaż pan nie miał swego syna Miał córeczkę małą, którą bardzo kochał Dałby jej pałace i gwiazdki ze złota Lecz pewnego razu żona mu umarła Zresztą od początku zdrowie miała marne On chcąc jak najlepiej dla swojego dziecka Ożenił się znowu lecz to była zła księżniczka On na ślub przystawał z dość wielką ochotą Dla niej się liczyło tylko srebro, złoto A gdy na wojnę wyjechał pan pałacu Macocha się pozbyła księżniczk zawczasu W dawnych czasach to się przecież zdarza Do spółki sobie wzięła pewnego murarza I kazała w lochu mur postawić duży By przy umieraniu czas się małej dłużył Murarz czy ze strachu czy też dla zapłaty Postawił mur - wszak chłop nie bogaty Lecz jeszcze litość w sercu swym posiadał I złą macochę po prostu okłamał I chociaż tę klatkę jak kazano stawił Zostawił okienko w które dawał strawę I trochę powietrza tam się przedostało A to księżniczkę nam uratowało Gdy jeszcze dziecięciem panieneczka była To razem z ojcem piosnkę wymyśliła Tylko oni oboje dobrze znali słowa Bo to nie piosenka była a rozmowa By sobie ulżyć w murowanej willi Czaem smutnie dziewczę tę piosenkę kwili Ojciec gdy przyjechał usłyszał śpiewanie To zaraz przeleciał szybko cały zamek A gdy odkrył co się tak naprawdę stało To gniew wstrząsnął całe jego ciało I wygonił z zamku tę przelętą jędze A ze swoją córką całe dziś dni spędza A ludzie szeptali że się z nią spotkali Ale tak naprawdę to się jej dość bali Gromy lecą z oczu, szepcze coś do siebie Czy się modli czy przeklina - nie wiem Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 21.07.15, 22:30 Bawili się chłopcy gdzieś nad rzeką w berka Nie zauważyli że ktoś na nich zerka A to te Utopca dzieci zielonkawe Wyszli się pobawić na tą samą trawę Upatrzyli sobie jednego Michasia Zaraz zawołali to jest dobra nasza Wskoczyli do wody, wciągnęli chłopaka On się im spodobał sprawa była taka Że zamieszkał z nimi w domku tam pod wodą A rodzice znaleźć go nie mogą Matka cały czas głośno rozpaczła Pewnie się utopił ale nie ma ciała A Michaś żył w Utopców rodzinie Pływał tam w jeziorz, huśtał się na linie Każdy dzień upływał mu na nowej gratce Zapomniał o ojcu, zapomniał o matce. Lecz Utopca rady też nie słuchał wcale Czasem o czymś myślał trochę jakby z żalem A rzekł mu Utopiec - ten ojciec rodziny Że jeden z pokoi jest od wszystkich inny Choćby nie wiem jaka ciekawość go wzięła Pod żadnym pozorem ma go nie otwierać Lecz chłopak jak chłopak do psot zawsze chętny O ojca przestrodze teraz nie pamiętał I wszedł do pokoju tam leżą garnuszki A w każdym garnuszku są dziecięce duszki Jakaś myśl przez głowę tu mu przeleciała Przecież tam na górze Matka gdzieś została Zasmucił się Michaś nie wróci do domu A może się uda uciec po kryjomu Lecz Zieony ludek już stoi u bramy Niech cię mój Michale ta woda nie mami Inaczej nie mogę - ja po prostu muszę Do tego garnuszka włożyć twoją duszę Nie przewidział tego ojciec stary Że się w Michasiu córki zakochały Gdy on niósł Michasia nad brzegi jeziora Wzięła jego duszę jego córka Mojra W tajemnicy przed ojcem z sobą chłopca wzięła I w jego pierś tę duszę wtchnęła Michał się przebudził gdzieś tam na jeziorze Lecz co się z nim stało pamiętać nie może Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 06.09.15, 18:08 A W niedzicię Z porania, 1 O. Dęby, sosny 8umiały, sls, dziew('yna 'l kazania. wierzchołki się trzaskały. Ach biedna ja! 11. A nie nieś mnie po boru, I zna.lazła złotą nić, nie rÓb-ze mi cięzaru. zacęna 8C wianek wić. 12. A gdzie indzie, gdzie indzie, Ach biedna js! niech mi ten zal ominie. :3. Przysed do nij młodzieniec, 13. I przyleciał przed piekło, nie po wieniec, nie po wieniec. stuku puku hej w okno: .L AlboB to ty pauienks, 14. Ot,,,'órzcie tam bratowie, cworgn dzieciom mate!'1kn. niesę ciało na głowie. 5. Jedne lezy pod ławką, 15. Co to ciało działało, przytrz:"!8nięte murawką. nim się tutaj dostało? 6, Drugie lezy w cierz('l'1ku (cierniu) 16. Cworo dzieci straciła, niescęsliwy twój wianku! na pi:1te się kusiła. 7. Trucie pływa po wodzie, 17. Posadził ją n ł. stolcu (stołku), niescęśliwy twój rodzie! dał Yd wina w kubolcu. t\. C\\'srte lezy pod 8livnJ, 18. Obejrzy się po piekle: jesc.6 panno pocriva ! ach dla-Boga, to szpetnie! !. I wzian-ci ją i niesie, 1 ł. Nima.8 kogo z Mórawki'? a po boru, po lesie. Moja matko, mas ieh dwie, bij je lepiej niżli mnie. 21. A ja tobie gadnłit, tyś do złego latab. A ja ciebie bijała, tyś do piekła sięgała Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 06.09.15, 18:27 Smutną pamiątkę przywodzi skała nazwana Kopułą. Niegdyś kochankowie młodzi zawarli tu miłość czułą. Wdzięczna Helena jak zorza tutaj poznała Wreborza. Tu się tajemnie schodzili, - ukrywał Wreborz dziewicę bo mu bogaci rodzice związków z nią wiecznych bronili. Lecz przyszła chwila straszliwa, która na zawsze je zrywa. Przymusza Ojciec młodziana, by innej zaprzysiągł śluby; ta sroga losu odmiana, ogłasza wyrok ich zguby. Rozpacz Helenę pożera, tu grób nieszczęsnej otwiera.. Na wieś która ją ostrzega., Że z inną Wręborz się łączy Jednej łzy biedna nie sączy do skał tych pędem przybiega. Próżno matka ją woła, nic jej odwrócić nie zdoła. Żegnam cię lube ustronie, już dla mnie jesteś bez ceny; świadcz tylko miłość Heleny, która gorzała w jej łonie. To rzekłszy stawa na szczycie rzuca się i kończy życie Za późno młodzian przybywa pocieszyć przyszłą w niej żonę Że ojciec serce wzruszone Zezwala na ich ogniwa Za późno, - bo już nie żyła Helena droga i miła. Przerwał kochanek w tęż chwilę u nóg dziewicy dni swoje; i mówią. że tu oboje w jednej leżą mogile Odtąd w bliskości tej skały rośliny powysychały. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 06.09.15, 18:29 Nie jeden spyta ciekawiec, skąd - że to imie Laskawiec i kto opoce je nadał? - Oto mówią, że tu władał pewien skąpiec niecierpiany , co gnębił swoje włościany. - 2 A który z nich tak mu służył że w nocy oka nie zmrużył; wtedy na wielką nagrodę, miał na d wal a t a roboty siać po trzy garnce jęczmienia w pośród piasku i kamienia na samym wierzchu tej skały Że zaś był dosyć wspaniały w braniu czynszów i d&niny; więc od takowej jarzyny z niechęcią zysku otwartą, pobierał tylko c zę ść c z war t ą. Raz się bardzo obrodziło, bo z trzech gaTey, pięć, Toczyło. Ale e chłopek nieszczery, twierdził iż nie będzie c z t er y; biegnie szlachcic prawdy chciwy, rozpoznać plon twardej niwy. 5. O sknerstwa pokuso marna! - Liczy kłosy i w nich ziarna; a kiedy na samym brz e g u, nsleżący do szeregu kłosek jęczmienia go nęcił, spadł ze skały, - i kark skręcił. Odtąd wzgarda, pośmiewisko,. głoszą tu jego nazwisko. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 18.09.17, 17:16 W Kijowie przywrócił wzrok ślepej córce księcia kijowskiego Włodzimierza Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 18.09.17, 17:22 W Kościelcu koło Proszowic, gdzie Jacek Odrowąż przebywał na zaproszenie swej penitentki Klemensji, ostry grad w 1238 roku całkowicie zniszczył pola uprawne. Święty Jacek polecił mieszkańcom spędzić noc na modlitwie i następnego dnia zboża podniosły się, jakby w ogóle nie ucierpiały wskutek gradobicia, co miało ocalić miejscową ludność przed biedą i głodem Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 18.09.17, 17:23 W Kościelcu koło Proszowic, gdzie Jacek Odrowąż przebywał na zaproszenie swej penitentki Klemensji, ostry grad w 1238 roku całkowicie zniszczył pola uprawne. Święty Jacek polecił mieszkańcom spędzić noc na modlitwie i następnego dnia zboża podniosły się, jakby w ogóle nie ucierpiały wskutek gradobicia, co miało ocalić miejscową ludność przed biedą i głodem, Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 04.10.17, 13:42 Druga wspomniana już legenda mówi, że złota kaczka siedziała na złotych jajkach. Ludzie powiadają, że złotą kaczkę odnaleźć może ten, kto urodził się w niedzielę, a do lochu wejdzie w dzień Wielkiej Nocy. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 05.10.17, 12:07 Lochy lublinieckiego zamku Wieść gminna głosi, że zamek lubliniecki posiadał głębokie piwnice oraz prowadzące zeń lochy. Te ostatnie sięgać mają Parku Grunwaldzkiego. W latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia z polecenia dr Emila Cyrana, ówczesnego dyrektora szpitala, miały zostać zamurowane doń wejścia. W jednym ze starych krakowskich kalendarzy157 zachowały się notatki nieznanego z imienia i nazwiska podróżnika, który gościł w lublinieckim zamku w trakcie swej podróży do Wiednia. Zanotował on, iż jeden z byłych właścicieli zamku był wielkim okrutnikiem, ponieważ polecił on w zamkowych lochach zamęczyć swego poddanego. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 15.11.17, 22:54 O FAJERMÓNACII Za starych czasów, jak jeszczech była dziełuchóm takóin dwauost, trzinost roków, to my dycki z mamulkóm mieli w komorze. A z tej komory był wyglónd na pole. Nazywało sic to Pod Chałupkami. No wiycie, tego ziarna było trzeba dużo zemleć, bo nas było dziewiyńć dzieci, rodzice, to było jcdynost. Ojciec byli miejscowym kowolym, no to mieli ucznia. To nas było dwanost do stołu. A to sic mięło a mięło, ale przi latarni. To światło nie było wielki. Bele widzieli do te paprzice nasuć a toczyło sie tym młynkym, a toczyło. A wieczór jakechmy tak mieli, tochmy widzieli na te polanie z tego okiynka, że tam locóm taki ogniki. Jo dycki sie pytała: „Matko, co tam je za tym?“ — „Na wiysz co, dziełucha. To ci mówióm, że to sóm ty fajermóny“. — „Fajermóny? Na cóż to może być ty fajermóny?“. I opowiadali, że jejich ojciec widzieli tego fajermóna tak, jakby sie z drugim człowiekym spotkali. Że to było kole łasa, że tam dycki tyn fajermón lotoł. I óni sie szli przeświadczyć, co to je. A że to był człowiek bez głowy, a zamiast głowy mu taki płómiynie wychodziyły. No taki że to było. A jo prawiym: „Na cóż to może być takigo strasznego?“ — „Mój ojciec dycki mówiyli, że to sóm dusze pokutujónce i óny tak gónióm“. — „Ale kaj sóm teraz ty dusze?“ — „Już nie pokutujóm, bo tych fajermónów ni ma“. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 15.11.17, 23:00 JAK DZIOŁCHA BYŁA MOROM Szwagier mój opowiadoł, jak ón słóżył w Krakowie przi wojsku. Był jako cugsfira za Austryje. A powiadoł, że to było zaroz przed piyrszóm wojnom światowóm. I że sie tam poznali na muzyce z dziołchami. I ty dziołchy ich prosiyły, aż ich odprowadzóm. I tóż ich odprowadzili. Eszcze jedyn tyn kolega a ón szli ś nimi. A jak tam prziszłi do nich, tóż dziołchy pościelały na górze, na sianie, i spały ś nimi. A syncy mieli wychazke, tak mieli czas. Ni? Prziszłi ku ranu. A teraz tyn jedyn sic obudzi, a prawi: „Ja, sie tam obłapiosz ś nióm“. A ón sie też chcioł ś nióm obłapić, a teraz przewraco ta dziołcha na ta strona, na ta strona. Dziołcha jakby nie żyła ani nie dychała, ani nie było nic. Aż potym mu dziepro ludzie powiadali, że óna je mora. Że podobno tego człowieka tyn duch opuści i tyn duch idzie precz, a tyn człowiek leży na swojim miejscu. To szwagier opowiadoł Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 11.12.17, 18:23 K A Z I M I E R Z W I E L K I „Królem chłopków“ mnie nazwano Przed dawnemi laty, Bom odwiedzał kurne szopy, Kryte słomą chaty. Bom ukochał ten lud rolny Ach! i było za co... On nas karmi i odziewa Swoją ciężką pracą. Nieraz zgrzebną-m brał sukmanę, Jako kmieć ubogi, Wychodziłem z kijem w ręku Na rozstajne drogi. Do pałaców, do lepianek W stępowałem w gości, Gdzie magnaci strojni złotem I gdzie ludzie prości. Hej! od bramy pozłocistej Odganiały straże, Lecz pątnika szczcrem sercem Witali nędzarze. Przyjmowali jak z obczyzny W róconego brata: „Siądźcie, dziadku, poza stołem Czem chata bogata"! A gdym umarł, to za trumną Tłumy szły prostacze I płakały — nikt tak szczerze, Jak oni, nie płacze... I do dzisiaj kwitną w piersiach Wdzięczności lilije, I do dzisiaj pamięć o mnie W sercach ludu żyje! Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 22.12.17, 16:13 A mnie znowu w mej podróży W strzym ał dąb wyniosty, Korzeniami w głębię ziemi Na pięć sążni wrosły. Jak go porwę za konary, Jak pociągnę chwilę, Dąb wyrwałem z korzeniami, Rzuciłem o milę! Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 24.09.25, 23:34 Wierzono, że nocą przechadzał się po domu, a mieszkał za piecem, pod progiem, na strychu, w chlewiku lub stodole[1]. Przybierał postać ubranego po chłopsku małego dziadka z długimi siwymi włosami i bujną brodą. Mógł też przybierać postaci kota, psa, węża lub szczura. Czasem przypisywano mu także towarzyszkę, domowichę lub domachę, identyfikowaną najczęściej z kikimorą, która wychodziła nocą spod podłogi i przędła wełnę. Polskim odpowiednikiem domowika było uboże. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 31.01.18, 22:48 Jednakże są znów ludzie, którzy czarty szukają, z czartem sojusz zawierają, a mianowicie zapisują mu swoją duszę po śmierci, wystawiając na to dokument własną krwią podpisany; za co znów zobowiązuje się czart służyć im za życia i na zawołanie, zaspokajać ich potrzeby czy to sam czy przez swych posłanników. Tacy tedy ludzie rozporządzają za życia czartami w e d l e u p o d o b a n i a ; w i ę c m o ż n a t e ż s o b i e u n i c h c z a r t a k u p i ć . Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 31.01.18, 23:10 Czart czasami i niewinnie się człowieka uczepi,jeżeli ten się nie spostrzeże, na nim nie pozna i od siebie go nie odpędzi. W Turce ') żyła niegdyś. pewna wdowa, której syna-jedynaka assenterowano do wojska i w tak dalekie zapędzono kraje, że najmniejszej wieści ani od niego ani o nim nie odbierała. Martwiąc się i płacząc za synem ustawicznie, pojechała ona jednego razu do miasta za interesem i jakoś się zapóźniwszy, ciemną dopiero nocą wróciła do domu; tu wyprzągłszy woły, poszła do stodoły wynieść im siana. Jak tylko drzwi jej otworzyła, tak zaraz stanął przed nią czart w postaci jśj syna-wojaka i mówi: „Ja wkik (uciekłem) z żownier; taj mene możut najty, jmyty taj rozstrilety: ałe ja tak siudy zajszoy, szo mene żadna żywa duszie ny wygiła, to możć udast my si tut wichowaty; oże ja budu tut sygity, a wy donosit myni siudy jisty, ałe strawu ny solit, bo ja buv w takim kraju, szo w nim soly nyma, ta wżem wid neji ódwyk, taj niczo sołene jisty ny możu. Pamnitajteż, szo wam każu taj stereżit si, abyste si komu za mene ny wimowyly." Kobieta ta utrzymywała czarta w stodole przez pół roku, zachowując tajemnicę i stosując się we wszystkiem do jego rozkazów. Jednego wszakże razu poszła na wesele i długo się tam zabawiła; a gdy przyszła do domu i jeść mu poniesła słono, rozłościł się na nią czart i w całej swej ukazał jej się grozie; oczy mu się zaiskrzyły, a z ust buchnął płomień i to tak wielki, że się od,..niego stodoła zajęła i spaliła. Wtedy to poznała biedna wdowa, z jakim to właściwie ptaszkiem miała ona do czynienia. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 31.01.18, 23:24 Mniemaniem jest powszechnem, jakoby wichry, deszcze i grady nawiedzały ludzi częstokroć za sprawą czy poduszczeniem samobójców a nawet upiorów Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.07.18, 22:04 Mydło Chłopu na dychawicę poradzono zjeść migdałów. On przez drogę zapomniał. Gdy znalazł się w mieście zaczął rozpytywać myg...myg...myg,,,nie umiał się wysłowić. Ludzie pokazali mu na mydlarnię. Poszedł, kupił mydła, najadł się a gdy go przeczyściło wyzdrowiał. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.09.25, 20:00 Dhampiry często stają po stronie dobra, walcząc z prawdziwymi wampirami. Najbardziej znanymi dhampirami są Alucard (Castlevania), Blade (Blade: Wieczny łowca; chociaż Blade został wampirem w wyniku ukąszenia matki przez wampira w ostatnim miesiącu ciąży, a nie w wyniku współżycia seksualnego), Rayne (BloodRayne), Rose Hathaway i Dimitri Bielikov (Akademia Wampirów), Renesmee Cullen (Zmierzch), Catherine Crawfield – Cat (Night Huntress – „W pół drogi do grobu”, Jeaniene Frost) i D (Vampire Hunter D). Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.09.25, 20:06 Ostatnią noc przed przybyciem do zamku hrabiego Orloka spędza w gospodzie, gdzie znajduje książkę zatytułowaną Księga wampirów. Następnego dnia Hutter wynajmuje wóz, którym zamierza dotrzeć do zamku. Jednak w połowie drogi ludzie ze strachu odmawiają dalszej podróży. Wyrusza on więc samotnie w dalszą drogę. Po przekroczeniu mostu zostaje zabrany do zamku przez woźnicę hrabiego. Orlok wita go bardzo przyjaźnie i zaprasza gościa na kolację, choć sam nie je. Gdy o północy wybija dzwonek zegara, wystraszony tym Hutter kaleczy się nożem w palec. Hrabia Orlok chce wyssać krwawiącą ranę lecz odwraca się na widok krzyża zawieszonego na szyi Huttera. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.09.25, 20:11 Drakula (oryg. Dracula) – wampir-arystokrata, hrabia, tytułowy bohater książki Drakula autorstwa irlandzkiego pisarza Brama Stokera. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.09.25, 20:16 Postać Draculi spowodowała też pojawienie się licznych wątków wampirycznych w literaturze, czego przykładem jest najnowsza powieść Elisabeth Kostovej, Historyk, w której motorem całej fabuły są poczynania najsłynniejszego z wampirów. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.09.25, 21:23 Oddech upiora również bywał niebezpieczny. Istniało przekonanie, że powodował on zarazy lub mógł zabijać. Wierzono na przykład, że upiory w nocy otwierały okna i dmuchały do środka zaraźliwe powietrze. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.09.25, 21:32 Zmarłych, by nie stali się upiorami, należało z domu wynosić innym, specjalnym wyjściem/otworem Nieboszczykowi uznanemu za upiora wciskano w usta główkę czosnku, kawałek żelaza lub cegłę i dopiero chowano do grobu. Można też było włożyć do trumny pędy dzikiej róży, głogu czy tarniny. Trumnę obsypywano makiem albo wysypywano na krzyż makiem kąty w domu. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.09.25, 21:42 W rejonie Krakowa podawano następujący sposób na uwolnienie duszy upiora (zapis z 1847 r.): należało wbić mu w głowę gwóźdź, a pod język włożyć kartki zapisane ręką jakiegoś profesora/nauczyciela. Następnie proszono księdza o ucięcie upiorowi głowy i przyłożenie jej w trumnie twarzą do poduszki Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.09.25, 21:48 Wśród chłopstwa ukraińskiego zanotowana była m.in. opowieść z powiatu czehryńskiego o upiorze, który obronił polskiego kozaka przed wisielcem Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.09.25, 21:52 Historia z 1701 roku zanotowana przez podróżników na Mykonos, opisywała kilkudniową walkę mieszkańców z upiorem. Zmarły mieszkaniec miał wchodzić do domów, przewracać świece, niepokoić ludzi tak, że całe rodziny przenosiły się z łóżkami na plac, by tam spędzać noce. Nieboszczykowi wyjęto, a następnie spalono nad morzem serce. Gdy to (oraz modlitwy, posty i msze) nie pomogło, spalono ekshumowane ponownie ciało Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.09.25, 22:10 „Upiór” Serce ustało, pierś już lodowata, Ścięły się usta i oczy zawarły; Na świecie jeszcze, lecz już nie dla świata! Cóż to za człowiek? – Umarły. Patrz, duch nadziei życie mu nadaje, Gwiazda pamięci promyków użycza, Umarły wraca na młodości kraje Szukać lubego oblicza. Pierś znowu tchnęła, lecz pierś lodowata, Usta i oczy stanęły otworem, Na świecie znowu, ale nie dla świata; Czymże ten człowiek? – Upiorem. Ci, którzy bliżej cmentarza mieszkali, Wiedzą, iż upiór ten co rok się budzi, Na dzień zaduszny mogiłę odwali I dąży pomiędzy ludzi. Aż gdy zadzwonią na niedzielę czwartą, Wraca się nocą opadły na sile, Z piersią skrwawioną, jakby dziś rozdartą, Usypia znowu w mogile. Pełno jest wieści o nocnym człowieku, Żyją, co byli na jego pogrzebie; Słychać, iż zginął w młodocianym wieku, Podobno zabił sam siebie. Teraz zapewne wieczne cierpi kary, Bo smutnie jęczał i płomieniem buchał; Niedawno jeden zakrystyjan stary Obaczył go i podsłuchał. Mówi, iż upiór, skoro wyszedł z ziemi, Oczy na gwiazdę poranną wywrócił, Załamał ręce i usty chłodnemi Takową skargę wyrzucił: „Duchu przeklęty, po co śród parowu Nieczułej ziemi ogień życia wzniecasz? Blasku przeklęty, zagasłeś i znowu, Po co mi znowu przyświecasz? „O sprawiedliwy, lecz straszny wyroku! Ujrzeć ją znowu, poznać się, rozłączyć; I com ucierpiał, to cierpieć co roku, I jakem skończył, zakończyć. „Żebym cię znalazł, muszę między zgrają Błądzić z długiego, wyszedłszy ukrycia; Lecz nie dbam, jak mię ludzie powitają; Wszystkiegom doznał za życia. „Kiedyś patrzyła, musiałem jak zbrodzień Odwracać oczy; słyszałem twe słowa, Słyszałem co dzień, i musiałem co dzień Milczeć jak deska grobowa. „Śmieli się niegdyś przyjaciele młodzi, Zwali tęsknotę dziwactwem, przesadą; Starszy ramieniem ściska i odchodzi Lub mądrą nudzi mię radą. „Śmieszków i radców zarówno słuchałem, Choć i sam może nie lepszy od drugich, Sam bym się gorszył zbytecznym zapałem Lub śmiał się z żalów zbyt długich. „Ktoś inny myślał, że obrażam ciebie, Uwłaczam jego rodawitej dumie; Przecież ulegał grzeczności, potrzebie, Udawał, że nie rozumie. „Lecz i ja dumny, żem go równie zbadał, Choć mię nie pyta, chociaż milczeć umiem; Mówiłem gwałtem, a gdy odpowiadał, Udałem, że nie rozumiem. „Ale kto nie mógł darować mi grzechu, Ledwie obelgę na ustach przytrzyma, Niechętne lica gwałci do uśmiechu I litość kłamie oczyma; „Takiemu tylko nigdym nie przebaczył, Wszakżem skargami nigdy ust nie zmazał, Anim pogardy wymówić nie raczył, Kiedym mu uśmiech okazał. „Tegoż dziś doznam, jeśli dziką postać Cudzemu światu ukażę spod cieni; Jedni mię będą egzorcyzmem chłostać, Drudzy uciekną zdziwieni. „Ten dumą śmieszy, ten litością nudzi, Inny szyderskie oczy zechce krzywić. Do jednej idąc, za cóż tyle ludzi Muszę obrażać lub dziwić? „Cóżkolwiek będzie, dawnym pójdę torem: Szydercom litość, śmiech litościwemu. Tylko, o luba! tylko ty z upiorem Powitaj się po dawnemu. „Spojrzyj i przemów, daruj małą winę, Że śmiem do ciebie raz jeszcze powrócić, Mara przeszłości, na jednę godzinę Obecne szczęście zakłócić. „Wzrok twój, nawykły do świata i słońca, Może się trupiej nie ulęknie głowy, I może raczysz cierpliwie do końca Grobowej dosłuchać mowy. „I ścigać myśli po przeszłych obrazach Błądzące jako pasożytne ziele, Które śród gmachu starego po głazach Rozpierzchłe gałązki ściele”. Adam Mickiewicz Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.09.25, 22:24 Oto cesarz Maksymilian I, który jakoby cierpiał na depresję. Ale dziwna to depresja! Jeden z jej objawów polegał na tym, że Habsburg nie rozstawał się z trumną, którą zabierał ze sobą w każda podróż. Oto jego następca, cesarz Karol V: blada cera, wyłupiaste oczy i (tak to określono) wada zgryzu. Przypatrzmy się dobrze... Oto krew z habsburskiej krwi (hihihihihi) na polskim tronie, Elżbieta Rakuszanka, Matką Królów zwana (o zgrozo, Jagiellonów) córka Albrechta II Habsburga i żona Kazimierza Jagiellończyka. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.09.25, 22:31 Z kolei wiek XX to mroczne czasy SS. Zbrodnicza organizacja Adolfa Hitlera działała również na Śląsku. Zaś jej obłąkany Reichsführer Heinrich Himmler uważał, że jest reinkarnacją niemieckiego króla Niemiec Henryka Ptasznika. W lochach zamku Wewelsburg, siedziby Himmlera, zaaranżował on kryptę z 12 piedestałami, na których miano umieścić prochy wybranych przezeń esesmanów. Reichsführer bez wątpienia przewidział wśród nich miejsce dla Karla Hankego, gauleitera Dolnego Śląska, który w 1945 roku, w ostatnich dniach II wojny światowej wojny zniknął bez śladu. Jako że krąży na ten temat wiele mniej lub bardziej fantastycznych opowieści - jedna z nich głosi nawet, że Hanke do ucieczki z Wrocławia wykorzystał latający talerz - możemy też sobie wyobrazić, iż gauleiter odleciał z Festung Breslau zmieniwszy się w wielkiego nietoperza. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.09.25, 07:23 Wampirze cmentarze to historyczne, archeologiczne i kulturowe zjawisko, gdzie odnaleziono groby z praktykami antywampirycznymi, takimi jak odcięcie głowy lub przebicie serca osinowym kołkiem. Największe skupiska takich pochówków odkryto w Gliwicach i Jaworniku na Podkarpaciu. W przypadku Gliwic, odkrycie z 2013 roku jest jednym z największych w Europie, podczas gdy na Podkarpaciu wierzenia w wampiry utrzymywały się znacznie dłużej. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.09.25, 07:27 W księdze łacińskiej Liber fundationis episcopatus Vratislaviensis (pol. Księga uposażeń biskupstwa wrocławskiego) spisanej za czasów biskupa Henryka z Wierzbna w latach 1295–1305 miejscowość wymieniona jest w zlatynizowanej formie Pnow. W okresie hitlerowskiego reżimu w latach 1936-1945 w ramach germanizacji zmieniono nazwę miejscowości na całkowicie niemiecką Schrotkirch. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.09.25, 12:06 W latach 1957–1959 wybudowano nowy kościół. Budulcami były drewno i cegły. Projekt wykonał architekt Vogel. Kamień węgielny poświęcił ks. dziekan Józef Jenderek. Poświęcenia świątyni dokonał biskup Wacław Wycisk 19 października 1975 roku. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.09.25, 18:47 Wiara w istoty nieumarłe wiązała się z błędami przy stwierdzaniu zgonu przed wiekami i zdarzającymi się w związku z tym pogrzebami żywych osób Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.09.25, 18:52 Obecny poziom medycyny precyzyjnie określa granicę śmierci. Możemy mieć pewność, że do trumien trafiają osoby faktycznie martwe. Niegdyś błędów w ocenie było bardzo dużo. Dlatego też często zdarzało się, że osoby uznane za martwe budziły się pod ziemią. Desperacka walka o życie często kończyła się faktyczną śmiercią. Jednak świadkowie tego wydarzenia byli przerażeni. Upiorne jęki i kopanie mogło być uznane za działanie sił diabelskich. Kiedy nieszczęśnikowi udało się wygrzebać z ziemi, sytuacja wyglądała jeszcze gorzej. Brudny, oszalały ze strachu często biegał w koło, przewracał się czy wykonywał obłąkańcze ruchy. Z reguły był brany za wampira czy strzygę — obcinano mu głowę, kładziono ją między nogami upiora. Czasem dla pewności przebijano mu serce osinowym kołkiem. To miało zatrzymać nieboszczyka w grobie. W przypadku osób stanu szlacheckiego przy miejscu pochówku stawiano na trzy dni straż, która miała w przypadku ożycia zmarłego sprawdzić, czy padł on ofiarą pomyłki medycznej, czy też naprawdę jest upiorem. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.09.25, 19:04 Wierzono, że atakujące ludzi wampiry są źródłem epidemii cholery, dlatego też rytuał zatrzymania wykonywano często i zazwyczaj profilaktycznie. W niektórych wsiach kołkowanie było stałym elementem pogrzebu.W znalezionych w Radomiu grobach ciała były dodatkowo wypchane słomą. Czasem też palono zwłoki, a trumnę obwiązywano dodatkowo łańcuchami. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.09.25, 19:09 Trudno dziś traktować zabobony i przesądy ludowe całkiem serio. Gdyby ktoś wybierał się na cmentarz z kołkiem osinowym i siekierą, to szybko wezwalibyśmy policję. Jednak mit nieumarłego wampira nadal działa na naszą wyobraźnię. Dowodem na to jest popularność książek, seriali i filmów o wampirach. Rzecz jasna współcześni nieumarli znacznie różnią się od swoich ludowych poprzedników. "Nasze" wampiry są ikonami popkultury, te dawne były przerażającymi, brudnymi stworami, które dopiero co wygrzebały się z grobów. Mimo tej diametralnej różnicy jedno trzeba przyznać — czy w średniowieczu, czy współcześnie — człowiek lubi się bać. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.09.25, 19:18 Postać wampira została spopularyzowana w świecie przez Brama Stokera w jego książce Drakula (1897). Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.09.25, 19:23 Wielu badaczy widzi w porfirii potencjalne źródło inspiracji dla legend o wampirach, ponieważ jej objawy mogły być interpretowane jako cechy istoty nadprzyrodzonej. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.09.25, 19:35 Modlą się duchy ciemnych wód - modli się serce krwawe. W wnętrznościach mogił szlocha lud i szlocha serce krwawe. Armat śpiżowych tętni grzmot i tętni serce krwawe. Bagnety pełzną pjanych rot i pełznie serce krwawe. Zadrgały bruki rżniętych miast - zadrgało serce krwawe. Wampiry gaszą wieczność gwiazd i gaszą serce krwawe. Zhańbione ciała - pusty dwór - zhańbione serce krwawe. Wtem tryumfalnie zapiał kur - i pękło serce krwawe. źródło: Tadeusz Miciński Odpowiedz Link
balzack Re: Legendy 07.09.18, 19:12 Pieśń starożytna o Mazurach Mazurowie mili Gdzieście się popili? —W Warce na gorzałce, W Czersku na złem piwsku. Jechali przez pole, Złamali dwie kole. Mazowiecki kaftan Zgoninami natkan. Co się Mazur ruszy, Z kaftana się kruszy: Więc wąsy odyma, Eohatynę trzyma. Mazurowie naszy, Po jaglanój kaszy, Słone wąsy mają, Piwemje zmywają. Skoro se podpiją Wnet chłopa zabiją. Szarszan zardzewiały Z poszew opadały Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 24.09.25, 11:04 Pakuły (niem. Pakullen) — wieś w Polsce położona w województwie śląskim, w powiecie lublinieckim, w gminie Woźniki, będąca częścią sołectwa Kamieńskie Młyny. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 24.09.25, 11:55 Bardzo popularne demony na terenie całej słowiańszczyzny, przede wszystkim na terenach, gdzie występowało dużo zbiorników wodnych (np. Warmia i Mazury, dorzecza), mające genezę w silnym tabu dotyczącym wody, szczególnie w porach jesienno-wiosennych, kiedy stanowiła ona realne zagrożenie dla życia człowieka. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 24.09.25, 12:06 „Encyklopedia” Gutenberga notuje: „Topielec (wodnik) w wierzeniach ludu duch utopionego, z zemsty zatapiający żywych. Odpowiednikiem żeńskim jest topielica zwana też wodnicą". Na Górnym Śląsku trudno byłoby wskazać staw, groblę, potok czy rzekę, z którymi to nie wiązano by obecności Topielca, zwanego też utoplcem, utopkiem, topiełkiem czy norkiem. Józef Lompa w „Dzienniku Górnośląskim”, w 1848 roku, pisał o Rosochacu, będącym w państwie woźnickim głębokim dole, znajdującym się obok rzeki Przyrwa, wpadającej do rzeki Mała Panew. Dół ten - jak utrzymywano - jest bez dna, a nim roi się od żyjących tam przeróżnych potworów. Pomiędzy tymi stworami jest i topiełek, który jak powiada lud: Małą Panew i wszystkie stawy aż do Bruśka odwiedza. Często w okolicznych, nadrzecznych wioskach, gdzie go, jako chłopczyka w czerwonym ubiorze po rzece chodzić, jak i spać na brzegu widziano. Ludność opisywała go tak: „Utoplec jest mały, ma pomarszczony, złowrogi, wręcz groźny wyraz twarzy. Jego oczy są zielone, a włosy wzburzone, poprzeplatane są wodorostami. Palce u jego rąk jak i nóg, podobnie jak to żaby mają, połączone są błoną. Najczęściej nosi on czerwoną czapkę i czerwone pończochy. Najłatwiej go rozpoznać po tym, że z lewego rękawa jego kubraka lub palta, spływają grube krople wody”. Utopiec jest wielkim złośnikiem i bardzo cieszy się z cudzego nieszczęścia. Bardzo też nie lubi dzieci, które zakłócają mu spokój rzucaniem kamieni do wody. Od czasu do czasu zdarza się, że jest przyjaźnie nastawiony do ludzi i udziela im pomocy. Znawcy zwyczajów utopca powiadają że jako władca podwodnych głębin, co roku, w okresie do nocy świętojańskiej, żąda trzech ofiar. Jest to powód, że do owej nocy w rzekach, stawach i jeziorach kapać się nie wolno, podobnie jak na nieogrzmianych wiosennymi burzami brzegach nie należy siadać, by nie być wciągniętym w wodne głębiny. Jeżeli utopiec przyczyni się do nieszczęścia, można bardzo często zaobserwować jak z radości wzburza wody jezior i stawów aż woda pluszcze o brzegi, a od czasu do czasu, ponad taflą wód, unosi się diaboliczny śmiech i radosne chichoty. Powiadają ludzie, że utopiec ma zdolności przeobrażania się w różne postacie. Raz może być koniem, innym razem psem, czy rybą. Niektórzy twierdzą że jest żonaty, w każdym bądź razie w Boronowie, e Rokitnicy i w innych górnośląskich miejscowościach widziano przecudnej urody jego córki. Kto je widywał twierdził, że lubią tańczyć, śpiewać i bardzo łatwo nawiązują kontakty towarzyskie z ludźmi. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 24.09.25, 12:23 Siedlisko topielka w „Rosochocu” O głębokim dole obok rzeczki Przyrwy, wpadającej do Małej pan wie w państwie woźnickim, „Rosochoc ” zwanym, mówi lud, że jest bez dna, aże się w nim różne potwory widzieć dają. „Rosochoc” utrzymywany bywa za siedlisko stałe topiełka (norek), który jednak ma i inne stawy nad Małą Panwią aż do Bruśka odwiedzać. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 24.09.25, 19:05 Demon był zawsze częstym motywem folkloru i sztuki, a we współczesnej Japonii zyskał nawet na popularności. Stał się bardziej sympatyczny, bardziej infantylny i życzliwy. Odmianę sushi, nadziewaną ogórkiem, nazwano na cześć kappy – kappamaki. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 24.09.25, 19:10 W grach Touhou występuje także kappa o imieniu Nitori Kawashiro. Wygląda ona jak zwyczajna dziewczynka, żyjąca w rzece pod górą Youkai. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 24.09.25, 19:16 Wodniki zamieszkiwały wszelkie jeziora, rzeki, stawy, a często także studnie i przydrożne rowy. Na Kaszubach wodniki (mumacze) zamieszkiwały też w studniach. Uważano, że demony mieszkały w podwodnych pałacach z kryształu, lodu lub szkła. Więziły w nich dusze utopionych ludzi, ale też najmowały ludzi na służbę na umówiony czas[ Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 24.09.25, 19:23 Aby zabezpieczyć się przed wciągnięciem na dno przez wodnika, składano mu ofiarę, topiąc zwierzę (np. kozła, konia lub krowę). Na Mazurach popularnym było topienie w jeziorze raz do roku kury. Do wody wrzucano też poświęcone monety jako zapłatę dla wodnika Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 24.09.25, 19:30 Latem Wassermann, przywódca praskich wodników, wydał wyrok śmierci na pracownika miejskiej administracji mieszkaniowej, Jindřicha Mráczka, ponieważ ten zarządził eksmisję rodziny zamieszkującej zawilgoconą willę nad rzeką Wełtawą. Nowe mieszkanie wyznaczono w ogrzewanych grzejnikami wieżowcach. Dr Mraczek nie wie jednak, że tą decyzją mógł pozbawić wodników ich naturalnego środowiska i spowodować ich zagładę przez wysuszenie. Na miejsce wykonania wyroku na Mraczku wybrano miejskie kąpielisko, gdzie postanowiono go utopić. Przypadkowo przebywa tam również licealistka z koleżankami, Jana Vodičková, córka wodników, których miała objąć eksmisja. Dziewczyna nie zna planów szefa wodników i ratuje Mraczka przed utonięciem, czym ściąga na siebie gniew wszystkich wodników. Film zdradza m.in. co się dzieje z duszami ofiar utonięć: są one gromadzone przez wodników we flakonikach w zalanej piwnicy. Matka dr Mraczka, docent Mraczkowa, prowadzi eksperyment biomedyczny, którego celem jest przekształcenie człowieka w rybę. Jej preparat, podany synowi przez przypadek, sprawia, że podczas wizyty u wodników zamienia się on w rybę. Ponieważ transformacja człowieka w rybę jest znakiem rozpoznawczym wodników, od tej chwili Mraczek brany jest przez wodników za... wodnika. Powoduje to zamieszanie i ciąg nieoczekiwanych w skutkach zdarzeń. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 24.09.25, 19:41 Określenia czart, bies itd. wskazują na to, że anczutce przypisywano w folklorze te same właściwości, co innym przedstawicielom siły nieczystej. Znaczenia odnoszące się do osoby (typu flejtuch, psotnik) natomiast określają stosunek do człowieka, który do którego się zwraca per anczutka. Zazwyczaj jest to stosunek negatywny, familiarny lub ubliżający. Wyraz „anczutka” może być używany jako nazwa własna, w znaczeniach, które określają człowieka i stosunek do niego oraz w liczbie mnogiej jako grupa albo rodzaj złych duchów (np. anczutki się wożą). W języku białoruskim powyższych pięciu znaczeń określenia anczutka (lub anciotka) używano w odniesienia do upartego, krnąbrnego dziecka Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 24.09.25, 19:49 W ludowych podaniach symbirskich anczutki straszyły w łaźniach. Wyobrażano je jako stękające włochate diabliki z łysymi głowami, które potrafią opętać myjących się ludzi. Przezywane były kikimorami, a adaptacji tych bajek autorstwa Aleksieja Riemizowa z początku XX wieku – anczutkami łaziebnymi (bannyje anczutki) i dziećmi bannika (mimo że w mitologiach bannik nie posiadał potomstwa). Ponadto w wierzeniach anczutka jako polny zły duch – nazywany w zależności od upraw rolnych konopielnikiem, owsiannikiem itd. – mógł przybierać postać mężczyzn lub kobiet o małym wzroście. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 24.09.25, 19:52 Anczutka najczęściej jest rodzaju męskiego. Według Toporowa sufiks -utka, -utik, -uszka wskazują na jego mały wzrost. W dialektach smoleńskich występuje zarówno w rodzaju męskim, jak i żeńskim. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 24.09.25, 20:40 Według mitologii rzymskiej opiekuńcza siła, coś, co sprawia, że dana przestrzeń jest jedyna w swoim rodzaju (tam też często przedstawiana w postaci węża). Duchy opiekuńcze miejsc lub poszczególnych osób powszechnie występują także w innych wierzeniach (również słowiańskich czy chrześcijańskich). Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 24.09.25, 23:49 Druga część (presto) przedstawia zabawę siedmioletniej kikimory. Stuka, świszczy i hałasuje od rana do wieczora. Kiedy dorasta, przędzie zło przeciw całej ludzkości. Świszczący temat, obrazujący zabawę, pojawia się kolejno w wykonaniu różnych instrumentów. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.09.25, 00:14 Diabeł nie potrafił pokłócić pewnego szczęśliwego małżeństwa, namówił przeto do tego starą i biedną babę, obiecując jej parę trzewików i trzos pieniędzy. Poszła baba i obojgu małżonkom naplotła o ich wzajemnej niewierności. Jako środek na odzyskanie miłości poradziła żonie uciąć mu brzytwą w czasie snu trzy włosy z brody. Mąż uprzedzony o tym, zamordował żonę, a potem siebie. Lecz i diabeł pozbawił babę życia, wciągając ją do wody. Stąd przysłowie: Gdzie diabeł nie może tam babę pośle Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.09.25, 10:36 Uboże Z tychże duchów rodzaju, lecz jak dzieci mali, Przedtym jacyś duchowie w kuźnicach bywali. Przychodzili więc radzi do kuźnic w soboty W nocy, po wygaszeniu kuźniczej roboty. A gdy się uciszyli i szli spać kuźnicy, Tedy oni kowali więc po całej nocy. A skoro kur zaśpiewał abo świtać miało, Znikali i kowanie owo ustawało. U Jędryska a Kota przedtym czasy niemały Pokusy te, ubożą takie więc bywały, Którym zawżdy u pieca małego stawiali Jadło na noc w soboty tam, kędy kowali. Ubożym je kuźnicy pospolicie zwali Wiele o nich - za święte je mając - trzymali. I stąd im nie czynili nigdy żadnej złości Gdy kowali, aleje mieli w uczciwości. A u których kuźnikow w kuźnicach bywali, Wielkie szczęście więc oni kuźnicy miewali, Wszystko się im darzyło wedle myśli prawie Tak w robocie żelaznej jak i w każdej sprawie. A gdy w swojej kuźnicy Kot, kuźnik rzeczony, Widział boso w koszulach kować duchy ony, Z nabożeństwa jakiegoś litością wzruszony Dał im szaty w nagrodę za pracę ony. Którym gdy to włożono tam, kędy kowali Zaraz się z narzekaniem z kuźnice precz brali Mówiąc, że „nam pan płaci a już o nas więcej Nie stoi, już kuźnice wychodzimy co prędzej Tym sposobem ty spectra a ubożę ono Z kuźnice Kotowskiej było wystraszono. Po którym bardzo prędko i szczęście się było Onemu Kotowi w kuźnicy zmieniło. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.09.25, 19:18 Istnieją znaczne rozbieżności pomiędzy przedstawianymi wizerunkami wampira. Obejmują one prawie wszystkie możliwe aspekty tych istot. Do najważniejszych różnic należą: Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.09.25, 19:24 Klątwa (Dracula) Ugryzienie innego wampira Zakaźna mutagenna choroba (Blade, Underworld, GUNNM: Last Order) Cecha genetyczna (Księżniczka) Sztucznie stworzone (Hellsing, Cyber City Oedo 808) Osobny gatunek (Wiedźmin, Wampirzyca Karin, Blade) Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.09.25, 19:32 W niektórych dziełach wampiry przejawiają lęk, fizyczny dyskomfort lub bezpośrednie obrażenia w przypadku kontaktu z symbolami religijnymi, takimi jak krzyże i woda święcona (Dracula, Buffy: Postrach wampirów, Co robimy w ukryciu, Straceni Chłopcy), w innych wampiry są na nie całkowicie odporne – Kroniki wampirze (w Wampirze Lestacie Lestat i Gabrielle spędzają dzień w krypcie w katedrze), Blade, Pod osłoną nocy, Czysta krew, Karin (Wampirzyca stwierdza tam, że przekonanie o wrażliwości na święte symbole wzięło się stąd, że większość wampirów to ateiści) Wampir: Maskarada (choć w systemie Wampir: Maskarada wampiry i inne stworzenia są wrażliwe na tzw. Prawdziwą Wiarę, bez znaczenia na to jakiego wyznania jest posiadacz Prawdziwej Wiary), Łowcy wampirów, trylogia: Kuzynki, Księżniczka, Dziedziczki (Monika jest osobą wierzącą i regularnie chodzi do cerkwi). Cassidy zostaje potępiony osobiście przez samego Boga, który nazywa go „Bestią”, jednak to nie zmienia jego pogardliwego nastawienia do Kościoła i symboli wiary. W „Zmierzchu” wampiry wierzą w Boga, ale uważają się za potępione, skazane na piekło lub za istoty bez duszy Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.09.25, 19:53 W różnych dziełach wampiry mają różny stosunek do wilkołaków, chociaż najczęściej przyjmuje się, że te dwa gatunki są do siebie wrogo nastawione. Czasami jednak współpracują z nimi lub nawet przyjaźnią się (Vlana, Co robimy w ukryciu). Wampiry w „Pamiętnikach wampirów” giną przez ugryzienie wilkołaka. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.09.25, 21:07 Wierzono także, iż potencjalnymi upiorami są ludzie „inni” w obrębie danej społeczności: posępni, rudzi, leworęczni, kulawi, posiadający jedną zrośniętą brew lub wyposażeni w podwójny komplet zębów[9] oraz osoby z sinym znakiem na plecach i obcy religijnie (np. luteranie dla katolików itp.). Podejrzane u żyjących były także następujące objawy: lunatykowanie, duża głowa, brak owłosienia pod pachami lub w kroczu. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.09.25, 21:13 Upiory pojawiały się nocą, trzymając głowę pod ręką lub mając głowę, ale ze świecącymi, „wilczymi” oczami.. Mogły być jednak na tyle odważne, by szkodzić w dzień – na przykład wspinając się na dzwonnicę i swoim krzykiem zabijając każdego, kto usłyszał ich głos. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 17.03.15, 15:47 Z Karwiny wybierała się rokrocznie pielgrzymka do Pszowa: nocleg wypadał za Pierśćcem, już za pruską granicą. Uczestnicy pielgrzymki nocowali zawsze we młynie, bo i gospodarze byli dobrzy, i do zjedzenia tam zawsze było można coś kupić. Ale w tym młynie był podrzutek, zwany podciepkiem, który co niemiara dokazywał. Głowę miał jak putnię, brzuch jak kocioł, nogi i ręce jak u dwuletniego dziecka, a wrzeszczał tak, że go w całej okolicy było słychać. Ludzie mówili: - Zaś podciepek u młynarzów holofi. Kiedy raz pod wieczór nadeszła pielgrzymka, by utartym zwyczajem zanocować we młynie, jej uczestnicy zobaczyli, że podrzutek jeździ na nieckach po gnojówce. Podciepek zapatrzył się w pielgrzymów, wleciał do gnojówki, cały się otochlał i zaczął ryczeć jak zarzynany wół. Nie pomógł ani rzemień młynarza, ani głaskanie go po głowie przez młynarkę i co litościwsze kobiety. Wepchnięto go więc do komory obok sali, w której zazwyczaj nocowali pielgrzymi. Północ już dochodziła, a podrzutek ciągle darł się bez przerwy. Po północy, trochę widocznie wyczerpany, ustał, więc jedna kobiecina z pielgrzymki zawołała z radością: - Dobrze, że też ten podciepek przestał! Ale zaraz dał się słyszeć spoza ściany pomruk rozzłoszczonego podrzutka, który miał widocznie cieńkie ucho: - Przestoł, ja, przestał. Ale jak se spoczna, beda zaś!... I rzeczywiście - po chwili rozpoczął na nowo i darł się aż do rana... Odtąd słowa podrzutka: "jak se spoczna, beda zaś" oznaczają desperacką wolę przetrwania, ostateczność. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 17.03.15, 15:58 Było to bardzo dawno, kiedy gminy same opodatkowywały się na rzecz szpitali, zwłaszcza na rzecz cieszyńskich Bonifratrów. Ludność chętnie łożyła na ten szpital, znajdowała tam bowiem opiekę, a w razie potrzeby przytułek. Kiedy braciszkowie ruszali po kweście, zdarzało się jednak często, że nikogo w domu nie zastawali, gdyż wszyscy pracowali w polu, tracili więc po próżnicy czas. Wójt z Koszarzysk, człowiek uczynny, postanowił więc zaoszczędzić braciszkom bieganiny i trudów, sam zbierał datki na szpital i zanosił je wraz z datkiem gminy do przeora. Postępując tak, miał zresztą również własny interes na względzie, zawsze chętnie go bowiem goszczono, a ilekroć przyjeżdżał do Cieszyna w sprawach gminy, nie musiał się martwić o nocleg. Pewnego razu znów przywiózł grubszą gotówkę. Przeor zaprosił go na wieczerzę, a kiedy się dowiedział, że zostaje na dłużej, oferował mu również nocleg. Wyznaczono mu salkę, w której jeszcze ubiegłej nocy przebywał wariat; do opawskiego zakładu dla obłąkanych został odwieziony po południu, nie powiadomiono jednak o tym braciszków, którzy doglądali chorych. Stało się tak dlatego, ponieważ zakonnicy w dzień spali, a w nocy czuwali. Wójt, syty i uraczony dobrym winem, wyciągnął się wygodnie na łóżku i rozmyślał, jak to dobrze być wójtem, bo to i ugoszczą i uhonorują... Gdy tak rozmyślał, pod drzwiami zaczęło się dziać coś podejrzanego - jakieś szepty, narady... Nagle drzwi się szeroko otwarły, wpadło czterech braciszków, obezwładnili wójta. Ten zaczął krzyczeć i niewybrednie kląć, dano mu więc zastrzyk mocnego środka obezwładniającego, aż się uspokoił. Po chwili odzyskał jednak przytomność, zerwał się z łoża i począł uciekać. Wtedy braciszkowie rzucili się na niego po raz drugi i mówiąc er tobt!, czyli dostaje napadu szalu!, zaprowadzili na powrót do celi. Tam wpakowano mu dalsze dwa zastrzyki. Rano, gdy się wójt zbudził, czuł się, jakby go z krzyża zdjęto. Nie wiedział, czy się mu to wszystko śniło, czy też przeżył wczoraj rzeczywiście te okropności. Nie namyślał się jednak na wszelki wypadek długo, tylko wyskoczył przez otwarte okno do ogrodu. A czterej braciszkowie za nim. Zaczęła się gonitwa i krzyki, wybiegł przeor i inni braciszkowie, nawet lżej chorzy, by się dowiedzieć, co to wszystko znaczy. Braciszkowie wołali: - Wariat uciekł, łapcie, łapcie go!... Wójt krzyczał: - Kto w Boga wierzy, niech mnie ratuje, bo te wariaty mnie zamęczą! Kiedy przeor nadbiegł, zobaczył powalonego wójta, a na nim czterech braciszków; powalony już ledwie dychał, bo braciszkowie użyli chwytów stosowanych wobec wariatów. Padały słowa: - Świnie, bydlaki! A z drugiej strony: - Er tobt! On szaleje! Trzymać, trzymać! Dopiero przeor wybawił wójta z tej niemiłej opresji. Sprawa się wyjaśniła, przeor wójta przeprosił i chciał gościć, ale ten się nie dał przebłagać. Do końca życia nie wstąpił do Bonifratrów, a ilekroć musiał przechodzić koło ich szpitala, ostentacyjnie spluwał. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 06.09.15, 18:34 Zabił kucharz kurę, wyrzucił na górę, I tak na kokoszy zarobił sto groszy Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 06.09.15, 21:00 Pieśń o wyprawie Wiedeńskiej. 1 ' Miasteczko Bralin przy polskiej granicy, śpieszcie do niego prędko katolicy! jest tam Maryja bez zmazy poczęta, Pauienka świE}ta, P:H1ienka święts. 2. Slepym wzrok daje, chorym uzdrowienie; grzesznym u Boga wyjedna zbawienie. \Vyjedmljie i mnie bez zmaz)' poczęt.a, Panienko ŚWięttl, Panienko święta. 3, Nagim ludziom pnyodziewek d8je, każdy z tej Panny ratunku doznaje żebraków żywi. Bez zmazy poc:a:ęt.s, Panienka 8w'ięta, Panienka święta! \Vięzniów wyzwala,. tonących ratuje, w tadnym frasunKu Pauny nie bralruje ; wszystkim wraz służy. Be,z zms,z)' i t. d. [), Dt)sperujt cym dobre myśli radzi; do chorujących ta panua przycbodzi. \Vs:a:ystkil.'h ratuje. Bez zm u,)' i t. d. 6, Vi do wy, sier'oty, przychodzą Bogaci. Ukrzywdzonemu Ma.rya zapłaci; wS2lystkim dogadza. Bez zmazy i t. d. Orzesznego wyrwie z czartowskiej PAszczęki, nie da mu zginąć, Panienka na wieki. Wyrwij-ż i mię. Bez zmazy poczęta, i t. d. 8. Tu pod Bralinem miejsce ulubiła, i z wysokiego tronu zestąpiła tu na tę rol . Bez zmazy poczęta, i t. d. 9, \V Polsce powietrze i morowa plaga, prosimy cię panno, przejednaj u Boga, niech ustępuje. Bez zmazy poczęta, i t. d. 10. Szczęśłiwaś rolo i szczęśliwy kraju w którym Ma.ryja jest wszystkiemu rajem. Tu się sprowadziła. Bez zmazy poczęta i t. d. 11. Od Turka strach mamy - Wiedeń i kraj cały, ale tam poszedł król polBki tak śmiały, boś mu kazała. Bez zmazy poczęta, i t. d. 12. Bije Turczynów, bije i Tatary, topić w Dunaju pomaga bez miary dodsJe mocy. Bez zma.zy poczęta, i t. d, l . Poszedł na pomoc do cesarskiej strony, bo mu panienka dodaje obrony, dodaje mocy. Bez zma.zy poezęta, i t. d. 1,1. Stałaś w obozie z polskimi półkami. biłaś Tnrczynów 8wojerni rękami, bijte heretyków. Bez zmazy poczęta, t, d. 15. Stoisz jak tarcza na granicy Polski, oddal że od nas Panienko niesnaski, niech marny spokój. Bez zmazy poczęta i t. d. 16. Strapione Slą.zko, Marya Braleńska. woła do Ciebie: "Ach zmiłuj się, Matko!" niech ma.my niebo, Bez zmazy poczęta, Panienko święta, Panienko święta! Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 06.09.15, 21:04 Legenda o Matce Boskiej i zbóju. Gdy Najświęt.sza panienka po świec.ie chodziła i synac,zks, swojego za rączkę wodziła, gd)' oboje z JÓzefem na t.ym świecie :tyli, co z rąk Bwojich pra.eami synsczkł żywili, byli w mieśc1(> N a$aret, gdzie roboty msło... T:i!.m nie mieli za eo ŻYI.', dziecię głód cierpiało. I t.ak Indzie z Naz,aret tak im poradzili: aby do Jeruzalem miasta się dostlłłi. Jerozolima wielka i bogate miasto, tambyśde mieli tycie i roboty nadto! Ale do tego miasta jest tam bór niemały, a na pośrodku mieszka zbóje.a tak zuchwały; 'a gdy w ten b( r przyjdziecie, dwie drogi znajdziecie: udaj( ie się ua pn\wo, bo w lewo zbłądzicie! A gdy prawą pójdziecie, będzie bór zmieniony ssma gęsta krzewina ze samej olszyny. Józef święty od strachu bardzo był sb'wożony, oglądał się po świecie, aż na wszystkie strony. Lecz Najświętsza Panienka .Józefa cieszyła: ,.,A z czegóż by nas zabił?U - w te słowa mówiła: Pójdimyi na wolę Bożą.... darmo tu być, mamy. gdy roboty, ni życia żadnego nie mamy!U Ta,k 8iE} na wol , Bożą w tE} drogę puśeiJi, jak do wpół boru przyśli, dwie drogi trafili. Udal.i się na prawo, gdzie był bór zmieniony, sama gęst \ krzewina ze samej olszyny. \Vtenezas de8zc:, zaczął padać" bardzo :zimno byłu, dzi( c.iątko im uziębło. aze im kwiliło. Usiedli 8e pod drzewem, dzicf'ię zagrzewali, przytulając do siebie, w f:1ezki mu ehuehali. A wtenczas zb(}jea idzie - ujrzał trzy miesiące, bardzo się uradował, myśl:1ł ze tysiące. Przybliżył się do krzaku, usłyszał gadanie, i bardzo się zatrwożył - dziwował się na uie, sż przyszedł weale do nich. \Vidzi troje ludzi - począł z nimi rozmawiać, bo go miłoM, budzi.... Mówił: "Skądeśc.ie ludzie, i do kąd idziecie? Czy tu nocować, chcecie, albo pomarzniecie '?" Lecz Najświęt.sza Panienka w radę się z nim Wdl\ła, o swych w8zystkieh pr2lypadkacb mu opowiadała.. mówiąc.: ,.,Idziem z Nazaret, miasteczka msłego, bo t.am roboty nie ma, ni tycia tadnego. I tam lud!ie z Nazaret tak nam doradzili: do Jeruzalem miasta, byśmy się dostali, Jerozolima. wielka i boga.te miasto, tambyśmy mieli :tycie i roboty nadto! Ale do tego miasta jest t.am bÓr nie mEłły, a pośrodku mieszka :zbójca t:\k zuchwały. My si prz.eto boimy, bardzo frasujemy; jedno drogi nie wiem)', zbójcy się bojem)'." Zb()jc,a im odpowiada: - Jut go nie miniecie, a boć ja ten 8am jest.em, czyż mi wien:y6 chcecie? Pójdżcie lU mną na drog'ę, do domu mojego, a nie bójcie alE} śmierci, prz)'pauku ładnego." J&k icb wywió,dł D.& drogę, dom im pokuuje,' a cbci}c iść wart,ować, prlyjt\ć im obiecuje. 52. I poszedł po pieniądze, w klon im wysypuje: a jak wam tego braknie, przyjŚĆ im zn6w kazuje. 53. A ta woda którego Maryja obmyła., jakoby drogi bslsam wonnością się stała. 54. Wtedy żona łotrowa mądrze postąpiła do dzbana ją wylała, w ziemię zachowała. 55. A gdy się rozejść mjeli, Bobie dziękowali. Pan Jezns synaczkowi, aż si<; dziwowali, 56. mÓwił:" Rośnij braciszku, a jak porośniewa, to oba wraz na krzyżu przy sobie umrzewa. 57. A rodzice to słysząc bardzo się strwożyli, wszystkie ZbÓj8tW8 r marności świata porzucili. 58. .Iak syna wychowali, wszystko mu oddali, aby Bobie szanował tak mu przykazali. 59. Gdy już mieli umierać, zejM ze świata tego, dając mu napomnienie, by nie krzywdził bliźniego 60. Aleć, on po icb śmierci rozpruszył to prędko, niedługo mu to trwało, rozmarnował wszystko, G I. i poszedł do złodziej i,. z ktÓrymi targował, z jednym go złapali z którym on wartował. 62. Powiesili na krzyżu, trzeciego Jezus.a, jednak t go zbójnika szczęśliwa jest dusza. G3. I ci jego rodzice mają darowane k łry za grzechy jej ich za to nocowanie. 64.. Kto Jezusa nocował, gdy po świecie chodził', tak-ci mu Pan Jezus Bwóm niebem nagrodził. 65. I powiedział w rozdziale, że jeszcze nagrodzi, kto t.akiego nocuje, co po świecie chodzi. 66. Zważcie to Chrzeecijanie, którzy to czynicie, Jako Bóg dobrotliwy, niebo otrzymacie. - - MADOHORA FORUM NIKISZOWIEC Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 06.09.15, 21:08 O świętym Mikołaju. Święty Mikołaju, pasterzu dobytku, broń święty Mikołaju wszelkiego przypadku! Broń święty Mikołaju: bydła, owiec, koni, ty, święty Mikołaju, masz w opiece swojej Święty Mikołaju, jak przykażesz śmiele, zwierzęta cię usłuchają. Broń szkody wiele! Broniłeś nagłej śmierci trzech panien ubogich, dałeś im trzy bryły złota z rąk najświętszych swoich, a one ci za ten dar dzięki uczyniły, pod twoje święte nogi miło się skłoniły. Miejmyż ten cud przy sobie, ile w sercu go nosimy, świętego Mikołaja o ratunek prośmy. My cię też prosimy. święty Mikołaju, Żebyś dusze nasze prowadził do raju. Żebyśmy mogli żyć z Zbawicielem Panem, z Jezusem królować', na wiek wieków. Amen. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 06.09.15, 21:17 Legenda o Świętym Rochu O cudowny, święty Rochu, broń nas od dego przypadku. Od przypadku, od niewoli, gotowa śmierć z mieczem stoi. Bog to ten miecz bardzo ostry, co zabija braci, siostry. Ojca i matkę zabiło, troje dzieci zostawiło. Dziatki matki wyglądają krwawe im łzy z ócz padają i przyszedł sąsiad od sąsiada i pyta się o czem rada Grzeszne ciało pochowajmy i nabożnie zaśpiewajmy Grzeszne ciało pochowali i nabożnie zaśpiewali Święty Rochu racz być z nimi by nie byli potępieni Potępieni a zbawieni święty Rochu racz być z nimi Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 06.09.15, 21:24 W Krakowie na ulicy Siedzi smok w kamienic Wszystkich ludzi powyjadał Tylko jedny panny nie chciał Bo ta panna rano wstała Bogu cześć, chwałę oddawała Przyszedł do ni święty Jerzy Święty Jerzy idzie ode mnie Bo cię tu smok zaje u mnie Już się smok ze skały wali Święty Jerzy dobył strzały Strzelił ci on w samo gardło na drugą mu stronę padło Podej panno swego paska wywieziemy w pole robacka Wywieźli go ośród pola Cóż ty wolisz panno moja Cy do ojca, matki wracać cyli świętą w niebie zostać Wolałabym świętą zostać aby mi Bóg tak raczył dać Podaj panno prawą rękę Wymalujemy Bożą mękę Abyś panno pamiętała Kieś do nieba wstępowała Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 06.09.15, 21:37 O Antychryście Posłuchajcie proszę pilnie Jak niebo płacze usilnie Miesiąc słońce z gwiazdami Płacze, lituje się nad nami Bo za wieku teraźniejszego Nie usłyszysz nic dobrego Syn ojcu nie wyrzymuje Córka matce nie folguje Ani brat bratu Chce go zgładzić z tego światu Ani siostra z siostrą Nie maja się w uczciwości Święty Paweł opisuje o złych latach prorokuje że na świecie złe nastanie Chytry, pyszny, zazdroślowy i cudzego dobra chciwy Oszukaństwem i lichwami zrównają się ze żydami Święty Paweł opisuje o złych ludach prorokuje że na świecie złe nastanie i Antychryst z piekła wstanie Piec okrutny wodzić będzie w skałach, górach wszędzie znajdzie Będzie się Bogiem mianował Będzie cuda pokazywał Będzie pokazywał rany Jak nasz zbawiciel kochany Kto nie zechce w niego wierzyć toć go każe w ten piec włożyć A juści to w czwartym roku Zeszle Pan Bóg dwóch proroków żeby wiarę utrzymali i Antychrysta potępili Antychryst się ten postrzeże Tych proroków ścinać każe Z tych proroków krew ognista Popłynie przez wiatr rzęsista Do kogóż się udać mamy Jak takich lat doczekamy? Do pokuty się udajmy Najświętszą Pannę błagajmy żeby się przyczyniła dobre lata powróciła Pieśń zapisana została około 1875 roku, autor tłumaczy że może pochodzić z okresu około 1800 - 1830 roku i śpiewana była przez dziadów żebraczych Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 06.09.15, 22:36 Skoro Maj zazielenił Świat Marzec dmuchnął jeszcze z daleka mroźnym wiatrem, śniegiem i zwarzył całą zieloność a w skutek starego zatargu nieraz i tak dotąd czyni Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 06.09.15, 22:40 Chmury zaludnione są płanetnikami, którzy tam robią grad i deszcz. W tym celu muszą chmury przeciągnąć na sznurach. Powiadają, że oni zupełnie do ludzi podobni, powstają bowiem z dzieci zmarłych bez chrztu. Ubierają się w białe, długie sukmany, tylko twarze mają czarne jak murzyni. Zwykle gdy wielkie deszcze spuszczą i bardzo w chmurach zawichrzą piorun goni za niemi aby ich pozabijać, oni zaś co tchu uciekają i kryją się w drzewach. A ponieważ nie mogą popuścić sznurów od chmur więc strasznie się wtedy mordują. (w sensie trudzą, męczą) Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 06.09.15, 22:42 Piorun - z piorunem trudna sprawa, bo to jest prątek, który Pan Bóg z nieba rzuca i tylko tyle pociechy, że jeżeli trafi w człowieka znaczy to że ten człowiek jest bez grzechu i już Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 06.09.15, 22:44 Gdy się zachmurzy wówczas lud mówi - dziady wyłażą, zadziadziło się. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 06.09.15, 22:50 Na zażegnanie niepogody istnieją pewne sposoby i tak: Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 06.09.15, 22:53 * W czasie burzy gdy grzmi, wystawione łopaty od chleb pod ścianę domów zmniejszają deszcz i grzmoty i oddalają chmury Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 06.09.15, 23:00 A idzcie-z ta chmury Na Tatarskie góry Gdzie Tatary siadają Krople wody żądają My jej nie żądamy Bo jej dosyć mamy Cebrzykami, konewkami Za płot wylewamy Kamycki zbieramy Na kościół frygamy A z kościoła na wodę Żeby Pan dał pogodę Zaświeć mi słonecko Dam ci białe jajecko Położę ci na skrzyni Wezmą ci je Węgrzyni Położę ci je na łące Wezmą ci je zające Położę ci je na dębie Wezmą ci je gołębie Położę ci je na grusce Wezmą ci je chrabósce Położę ci je na śliwie Dadzą ci je szczęśliwie Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 06.09.15, 23:04 Ach dla Boga, przez Bóg żywy Jak ja jestem nieszczęśliwy Tu mnie nie chcą, tu mnie ganią Żadna nie chce być mą panią Powiadają żem nie ładny Kijem dość na pysku zgrabny Mam czapkę z kożucha koziego Dyć to dosyć stroju mego Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 06.09.15, 23:10 K s i ę ż y c Niektórzy widzą na księżycu świętego Jerzego, który gra na skrzypach widzą wyraźnie że siedzi i jedną nóżkę ma podgiętą. Zabił on kiedyś smoka, który dużo ludzi pożarł, więc w nagrodę Matka Boska dała mu swój własny miesiączek na mieszkanie. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 07.09.15, 21:57 Miesiące: Na ziemi od początku nie było zgody; nietylko ludzie wojny prowadzili ale i miesiące prawowały się z sobie o to, że jeden ma więcej dni, a drugi mniej. Marzec, który strasznie jest chciwy i któremu Luty, największy w świecie hulaka, już i tak przepił dwa dni, chciał tego ostatniego oskubać jeszcze lepiej. Zaprosił go więc na bal do siebie licząc na to, jak go spoji a popsuje drogi, żeby nie mógł mu umknąć, to zrobi z nim, co tylko sam będzie chciał. Ale Maiczek, który najmądrzejszy jest ze wszystkich miesięcy taką dał lutemu radę: "Kup se powiada mu, sanie, łódź i wóz; będzie woda, to dojedziesz łodzią; będzie śnieg to pojedziesz saniami; a będzie gruda, to łódź i sanie złożysz na wóz i pojedziesz wozem. I Luty usłuchał i nie dał się złapać Marcowi, a ten domyśliwszy się, że to Majiczek Lutego nauczył ze złości pogroził mu tak: Prościuteńko idzie do nieba. Towarzyszący piorunowi grzmot ma różne cudowne własności, więc tej na wsi, skoro go pierwszy raz posłyszał, wyskakuje z chałupy i tarzają się po ziemi a kamieniem, który się znajdzie pod ręką uderzają się po głowie aby głowa nie bolała. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 07.09.15, 21:59 Towarzyszący piorunowi grzmot ma różne cudowne własności, więc tej na wsi, skoro go pierwszy raz posłyszał, wyskakuje z chałupy i tarzają się po ziemi a kamieniem, który się znajdzie pod ręką uderzają się po głowie aby głowa nie bolała. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 07.09.15, 22:01 Niektórzy przy tej sposobności trą plecami o ściany, bo to ma zapobiegać bólom krzyży w czasie mających nastąpić żniw. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 07.09.15, 22:11 Z i e m i a Nasza Matka-ziemia ma także swoją legendę. Kiedyś, smuciła się ona nad tym, że ludzie tyle korzyści ciągną z jej płodów, a ona nie ma się czem pożywić, tylko im wszystko musi oddawać. Zaczęła więc prosić Pana Jezusa, że skoro każdy się trudni przemysłem, aby i jej wolno było zysk jakiś mieć dla siebie. A Pan Jezus powiedział jej tak: Ty będziesz ludzi rodziła i będziesz ich pożerała: co sama urodzisz, to sama zjesz, bo to twoje. Odtąd ludzie stali się jej własnością i dlatego każdy z nas musi po śmierci do ziemi się wrócić i w niej być pochowanym. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 07.09.15, 22:33 Niezgoda w małżeństwie czyli Ziele Anioła - czyli betonijka powstało w skutek zdarzenia bardzo pouczającego dla wszystkich kobiet bezładnych. Był chłop, miał żonę, wielkiego próżniaka. Co miała mu jeść nastroić, to ona uciekała na wieś, chodziła po kumosiach, gawędziła, a obiadu ani śniadania nigdy mężowi nie dała na czas tylko wtedy, kiedy jej się podobało. Chłop chodził na zarobek, cały dzieli pracował ciężko, a wieczorem, jak przyszedł do domu, nie miał co jeść. ]uż i drugi powiada jej: "Czemuś wieczerzy nie ugotowała" - A ona mówi: "Nie ugotowałam, bo nie miałam czasu. Chłop stracił cierpliwość i dalej kole skóry zaczął ją bić i zawsze odtąd bijał. Anioł Stróż to widział i strasznie mu było markotno, że między niemi zgody niema, więc razu jednego stał się babką, proszalną i przyszedł do chałupy. Pyta się kobiety: "Gdzie chłop?" Ona powiada: "Łąkę siecze." I dopiero szczęśliwa, że ma z kim racjować, zaczyna opowiadać o swojim mężu, żalić się że taki zły, że ją bije i dokazuje z nią. "Jak-by tu teraz przyszedł, - powiada, - toście i wy tu niepewni , jeszcze i was tu zbije." Babka wysłuchawszy tego wszystkiego, powiada jej tak: "A może-bym ja co na to poradziła, żeby on was nie bił. Pójdźmy ku niemu, ja sobie usiądę w gaju a wy mu obiad zanieście, skoro zacznie was bić, wołajcie mnie, to wystąpię. Nauczyła ją, jak ma wołać. Ale kobieta swoim zwyczajem, nie ugotowała na czas i dopiero wtedy przyniosla obiad, kiedy inni zabierali się do podwieczorku. Chłop powiada: "Bój się Boga, co ty robisz, że mi tak późno jeść dajesz?" - Ona mówi: "Nie miałam czasu. Chłop się rozgniewał i łyżką ośmietnął ją kole gęby. Dopiero ona w krzyk i woła: "Betonijko, wychodź, bo mię chłop chce bić!" Wtedy betonijia wystąpiła z gaju i powiada jej tak: Nie płacz, nie krzycz, boś sama winna. Ino strój śniadanie - kiej śniadanie, objad - kiej objad, Wieczerzę kiej ma być Nie będzie cię twój chłop bić Potem stała się Aniołem i ten Anioł wzleciał ku niebu. Kobieta przejęta tym widokiem, winę swoją poznała i odtąd wszystko w porze zaczęła robić, a chłop przestał ją bić. Od tego tego betonik nazywa się Zielem Anioła Stróża a pomocna na wszystkie drobne najskuteczniejsza bywa tam gdzie niezgoda panuje w domu. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 07.09.15, 22:39 Ziele zwane czyściczką uwatane jest jako talizman złodzieji, którzy nosząc je za paznokciem mają, moc otwierania wszystkich zamków, rozrywania więzów i łamania Gdy się na łące ta trawa znajduje, rozlatują się kosiarzom kosy, a gdy się ją; weźmie z kupy i da na wodę, to dobra trawa popłynie z wodą, a ta złodziejska przeciw wodzie. Powiadają że żółw umie ją; poznać i wie, gdzie rośnie. Więc też, kto chce zdobyć sobie tę trawę, powinien wyszukać gniazdo żółwia wysiadującego jaja, i w chwili gdy pójdzie na żer, otoczyć mu gniazdo płotkiem dokoła. Żółw powraca, i znalazłszy zaporę która mu nie pozwala dostać się do gniazda, idzie po ową cudowną trawę, a przyniósłszy ją w pyszczku, przytyka do płotka, i płotek się przewraca. Wtedy właśnie trzeba mu to ziele porwać i włożyć je sobie za paznokieć, albo też wygniótłszy trochę soku, wpuścić kropelkę pod skórę na dłoni, a wszystkie zamki od dotknięcia się ręki same otwierać się będą. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 08.09.15, 20:19 Cudowniejszem zielem jest sławny L u b y t e k czyli L u b c y k w którem matki kąpią, córki, żeby dorosłszy, chłopakom się podobały; Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 08.09.15, 20:19 - albo też tak zwany N a s i e z r a ł który zdobywa dziewczętom wzajemność serc najbardziej nieczułych i obojętnych. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 08.09.15, 20:25 W i e r z b a Fujarki z jej gałązek wykręcone, przez cały Maj w polach się odzywają i stanowią jedną znajwdzięczniejszych nut jakich w koncercie wiośnianym. Powiadają, że jeżeli się wytnie- fujarkę z takiej wierzby która nie słyszała ni piania koguta ni szumu wody, to ona się odzywa l u d z k i m głosem. Do wykręcania czyli opukiwania takiej fujarki po wiejsku piszczałki, piscałecki, trzeba jednak umiejętności, jako-też słów odpowiednich, pomocnych w tej robocie zwykle więc chłopak, wyciąwszy gałęź wierzbiny, zasiada w kątku i grzbietem kozika uderza bez ustanku po Korze od góry do dołu i od dołu do góry, jakby w takt na każdem uderzeniem powtarzając następujące wyrazy: O-pu-kt!j ze lui się, mo-ja pi-sca-łe-c,ko, bo jnk mi się nie o-pu-ka.s, wy-rz:;u-cę cię. pod płot, po-d:ziu-bie cię ko-kos; wy-rzu-cę: cię pod ty-cki, po-dziu-bią cię in-dycki, wy-rzu- c cię do mo - ra po-dziu-bie 'cię mor-ska ku-fa Powtarza się to tak długo urywanemi zgłoskami, aż się kora od drena oddzieli i da się zdjąć z łatwością. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 08.09.15, 20:29 BIEDRONKA Obok piszczałek majowych, wielką, uciechą dla dzieci tym samym czasie są tak zwane Boże Krówki czyli B i e d r o n k i. Każdy złapawszy jednę, sadza, na. palcu i mówi: Biedrónka, biedronka, Leć do świętego Tomka, spytaj się Ojca, Matki, czy będzie na jutro pogódka? Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.05.23, 22:35 Ale z tôm wiynkszôm gowiedziôm to ludzie mieli jedyn problym. Jednak tyj trowy bes lato, a siana bes zima to zezarła kupa. Besto ludzie niyros prowodzali tako krowa abo kônie do lasa, coby se pozarły trowy. Bo przeca w lesie trowy tysz moc rosło. A tysz niyros brało sie kosa i w lasach trowa sie kosiło. Ino trza było dować pozôr, coby kosôm niy prasnôńć w drzewo, bo se szło narobić problymôw! Dyć tako kosa zaś trza było klepać na babce. Ale jak był uobrotny gospodorz, to zowdy poradził dobrze tako kosa wyklepać. I było po sprawie. Ale skoszôno trowa suszyło sie w lesie abo zwoziło na włosno łônka. I wtyncos było lepij, bo ji niy wyżyrała dziko gowiydź. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.05.23, 22:40 Śli po cichu i nic niy godali, ino dumali, co tam z tego jejich kamrata Erwina uostało, bo tako noga môgła go fes ukrziwdzić! Ale jak dośli do wasserturma, to sie pokozało, że Erwin żyje i se spokojnie krowy poso! To sie zdziwili niymożebnie. Fes byli radzi, że widzôm Erwina żywego i bes szwanku, ale pojôńć niy poradzili, jak to sie podzioło! Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.05.23, 22:48 Nô i skiż tego braku zocy do Pônbôcka, niyros z ludzi sie śmioł, że sie żegnali wele krziża. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.05.23, 22:54 Na Ławkach ludzie nojwiyncyj to żyli z pola. Mieli swoja ziymia i jôm uobrobiali. Sioli, sadzili, a potym zbiyrali. Howali tysz krowy, kozy, barany i inkszo gowiydź. Chopy robili na grubie na Wesołyj, przeca uôna stanyła na ławeckich polach! Przinojmij tak godajôm Ławcany. Ale na Ławkach ludzie żyli jeszcze z cegoś. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.05.23, 22:58 Chopy skôńcyli dugo siedzieć w gospodzie i po nocach wrocać po pijoku do dôm. Baby zamias klachać uo swojich kamratkach, zacły wiyncyj rzykać. Bajtle były napôminane, coby lepi suchały swojich uojcôw. Noreście ludzie zacli wiyncyj chodzować do kościoła. Tak sie wszyjscy boli tego dzioska, ftory lotoł po Ławkach po nocach! Widać było, że je lepij, bo diosecki corny kôń jakby myni sie pokazowoł, ale dalij szło go na gościńcu trefić! Jak tymu zaradzić? Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.05.23, 23:19 Jak sômsiadka doradziła, tak gospodyni zrobiła. Poszła do jednyj baby, ftoro poradziła uodcyniać uroki. I ta, za to, że dostała fajnistego kokota zrobiła, uo co gospodyni prosiła. Ale gospodyni była ciekawo, fto na jeji krowy ciepnył urok. Toż dała babie jeszcze jajec może z kopa. I ta ji doradziła, że dobrze by było mlyka uod tych ucynionych krowôw naloć na blacha i jak sie bydzie te mlyko tlić, to trza kôńcym siyrpa podziubać po tym mlyku. I ji pedziała jeszcze ta baba, że kyjsik przidzie do nij ta baba, ftoro ciepła urok, a ta jom zaros pozno. I richtig tak gospodyni zrobiła. Jak udojiła krowy, ftore zaś dowały dużo mlyka, to naloła trocha tego mlyka na rozgrzôno blacha. Jak sie mlyko zacło tlić, to kôńcym siyrpa podziubała te mlyko na blasze i gotowe! Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 31.05.23, 21:54 Jednego razu stowiali z kamratym obudowa. Na rusztowanie wyloz kamrat, a Ymil stoł na dole i mu podowoł wszysko co trza. Uoros zacło wszysko zgrzipieć. Ale za chwila przestało. Ino, że chopy widzieli, co naprynżynia sôm coros wiynksze. Pedzieli se, że trza sie uwijać, bo niy wiadomo, co z tego bydzie. Ale za chwila zaś zacło zgrzipieć. Ino że zaros na poczôntku zacôn sie suć wôngel ze stropu. A tak zacło szelôntać, że strach chopôw uobleciôł. Chopa z rusztowanio ściepło w strôna zabezpieczônego chodnika, a Ymila w drugo strôna. Tak nim ciepło, że polecioł gowôm w strôna przodka, kaj stoł kômbajn. Na dodatek tak dostoł bergôm w kark, że straciył przitômnoś. Pamiyntoł ino kupa pyłu i to, że nic a nic niy widzioł! A potym jusz była ino była cisza Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 31.05.23, 22:00 W lesie, miydzy Kosztowami a Dzieckowicami, stoji fyśtrôwka. Wiycie, stoji blisko gościńca, co leci bes las, to jôm dojrzicie. Przeca stoji do teraska. Jak haf pudziecie, abo pojedziecie autobusym, to pewnikym bydziecie jôm widzieli! Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 31.05.23, 22:22 Jak go fyśter zabił, to wejrzeli do jego gniozda. A w tym gnioździe znodli dziwo wielke. Pôł korôny ze złota i fes drogich kamyni. Prowdziwe cudo! Tak se fyśter pomyśloł, że to pewnikym mioł być geszynk do jejich synka za to, że codziynnie, bes cołki tydziyń, futrowoł tego wynża! Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 01.06.23, 17:01 Smoki mieszkać też miały często na pustyniach, gdzie kryły się w jaskiniach. Gdy wychodziły przed wejście, powietrze zaczynało wirować i unosiło je w powietrze, wedle niektórych autorów, latać smoki mogły też dzięki sile swego jadu, przed którym uchodziło nawet morze. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 01.06.23, 18:06 We Brzynskowicach wele Polokowego Stowu było wiele pole, ftore tysz do tyj familije noleżało. Ja, siywali na nim żyto, coby dobry chlyb a zur ś`niego robić, sadziyli zimioki. A rodziyły sie take, że chned we dwóch rynkach z biydôm sie jedyn mieściył! A jake klôski a placki z tego sie robiyło! Kożdy rod zajodoł, bo przeca jedzynio na niydziela bes klôsek a bes tydziyn bez plackôw na pucajgu to se wyuobrozić niy Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 01.06.23, 18:16 Richtig, ta nocnica zrobiyła sie nerwowo, bo Francek swojymi śpiywami zbulił cołko cisza na polach. A tego Świtu Deptu niy poradziył ściyrpieć. Jak sie niy dało po dobroci, to trza po złości. Bestôż Świtu Deptu sie rozpyńdziyło i gich w pijoka. Jak go prasło we brzuch, to Francek noreście przestoł śpiywać! A zdumioł sie tak fes, że go cosik napodło, że szkoda godać! Ale szlag nocnice ino niym trocha zakolyboł. Francek utrzimoł sie na nogach. Nocnica zrobiyła sie wiynkszo, i z jeszcze wiynkszôm siłôm prasła w chopa! To dopiyro zachwioło pijokym. I jak dugi sie uobalył, gynał w tako leko uobeschło kałuża, kaj było kupa marasu. Jak chop wpod do tyj ciaplyty, tak pocuł, że cosik po niym depto. Zwyrtnył sie drapko w tym marasie i dojrzoł, że to tyn uognik po niym skoko! To skocył na brzuch, za chwila po nogach, a nawet tam, kaj... chopa boli nojbarzij! To Francek się nazot zwyrtnył na brzuch. A Świtu Deptu zaś doł sie do skokanio i deptanio tego boroka. A po puklu, a po karku a po rzici. Tu go tysz kopnył z cołkij siły! A na kôniec... na kôniec to jeszcze Francka uobejscoł! Taki to pierôn uognisty był zły na tych, ftorzi mu psuli cisza na polach! Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 01.06.23, 18:20 Jednego razu Zeflik poszeł na szychta na gruba. Narobiył sie fes, bo wiycie jako je robota na grubie! I musioł se trocha dychnôńć. Siod pod ścianôn i zawar na chwila uocy. I uoros widzi taki uobrozek. Jego macocha wlazła do izby, poszła ku śrankowi, kaj Zeflik mioł swoje łachy i zacła mu sznupać po kapsach a wyciôngać pijôndze, ftore haf mioł. Potym siadła za stołym i zacła te pijôndze rachować. Jak je przerachowałą, to je zebrała i poszła do kuchnie. Tak Zeflik uotwar uocy i wejrzoł na zygarek. Gynał było trzi ćwierci na jedna. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 01.06.23, 18:26 Na Staryj Wesołyj żył ros jedyn chop. A tak rod do kelicha zaglôndoł, że aże gańba uo tym godać. Ale to był cowiek dobry i bestôż jak popił, to robił sie wesoły i wszyskim śpiywoł piykne starodowne pieśnicki, ftore znoł jeszcze uod swoji mamulki. Bo ta była fes piykno baba, a jak sie we swoje kecki a zopaski i jakle uoblykła, to kożdy chop za niôm zaglôndoł. A jako była piykno tako robotno. Normalnie robota to ji tak szła, jak mało kômu na Wesołyj. Pranie, przôntanie, warzinie i robota w polu. Wszysko szło jak piernik. Ino zowdy przi tych robotach ta mamulka se śpiywała rostômajte śpiywki. A to uo myśliwcyku, a to uo biydnyj dziousze, a to zaś gospodorzach. Poradziła śpiywać kożdo śpiywka, a jeji dzieci i wnuki naucyły się przi nij. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 01.06.23, 18:29 Dyć jak szeł bes uônki a pola i trefił na dônaj, co bes te pola płynył, to wyloz ś`niego taki mały zielony chopek. Podeszeł ku chopowi, co piyknie śpiywoł, a potym go napod. Chopowi sie zdowało, że jak utopek je malućki, to sie ś`nim bydzie wiedzioł rady. Ale zmylił go mały wzrost niymożebnie. Bo jak chop dostoł uod utopca szlag w łeb, to aże sie zachwioł. Prôbowoł mu uoddać, ale tyn gizd był fes gibki i niy doł sie trefić. Ale tysz za kożdym razym dowoł fanga chopu. Aże chop stracił siły i pod na ziymia. A wtyncos go utopek powiônzoł. I wziôn go do sia do dôm. Podeszeł ku wielymu kamyniowi, ftory leżoł na uônce wele dônaja i uodwalił go. Uokozało sie, że sôm to dźwiyrza do jego chałpy. Nojprzôd wcis do dziury tego chopa, a potym sôm wloz! I tak wiyńził chopa bes cołki tydziyń. Jak był niywolnikym utopca, to mu musioł durś śpiywać pieśnicki. Ale żodnych pobożnych, ino same zbereźne! I kozoł mu tysz durś szkrobać zimioki. Widać, kartofle musioł rod jodać. I dopiyro po tydniu utopek chopa puścił do dôm! Wyleźli zaś bes ta dziura pod kamyniym i môg iś. A chop lecioł drapko, jakby sie tak niy dej Boże utopek rozmyślił! Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 01.06.23, 18:36 Camu mioł szpetny charakter? Niy, niy skiż tego, że był sobek i z żodnym niy godoł, ale bes to, że rod ludzi topiył. Jak ino kogo dojrzoł, że sie plusko we wodzie, zaros chyciył go za noga a dar pod woda aże takigo utopiył. I to mu sprowiało nojwiynkszo radocha. Besto zaglôndoł, fto sie prziszeł kômpać abo wloz do wody za rakami. I wtyncos go chytoł a utopiył! Niyjedyn z Brzynskowic tak postrodoł żywot. Besto ludzie sie boli lotać na Polokowy Stow, bo wiedzieli, co jich może tam trefić! A jednak zowdy sie znod jakiś, co ryzykowoł i szeł nad stow. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 01.06.23, 18:52 Bez to tyż jak mioł ino wolno kwila, zarozki dar na Ławki do swoji dziouszki. I Jônek chodzowoł tam czynsto. Drôga, ftoro wiydła bez las Zopole znoł dobrze jak włosno kapsa. I nigdy sie niy staroł, że może niy trefić do dôm, bo drôga bez las szła prosto i nikaj niy krynciła. Bez to tyż Jônek wrocoł łod swoji dziouszki kiyj ino kcioł. We dnie i po cimoku, bo zowdy mioł uodwoga iś bez las. Ale roz tyż szeł po cimoku z Ławek i jakosik ni môg do porzôndku iś, bo cosik go ciyngiym ciôngało z drôżki do lasa. Durś tracił drôga. Łaził po chaboziach i barzołach i ni môg trefić swoji drôgi. A jak jôm znod, to zaroski zaś jôm tracił! I zaś kryńcił w jakiś maras abo barzoły. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 01.06.23, 19:17 W casach, jak moja matka była modôm dziouchôm, a to było jeszcze przed wojnôm, żył na Wesołyj taki mody synek. Urodny był taki, że kożdo dzioucha chciała, coby był uod nij kawalerym. Ale synek mioł swoja lipszta i ino jij patrzoł, a żodnyj inkszyj. Besto tamte były z tego niyrade! Ale mimo tego, że synek mioł swoja rostômiło dzioucha, mioł jedna utropa, ftoro mu szelôntała w żywocie jak szlag! Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 01.06.23, 20:12 Jednego razu, jak sie zaś zbliżała nocka, to synek sie robił jakiś nerwowy. Cuł, że zaś w nocy nawiedzi go zmora. Ale mioł ciynżki dziyń i w robocie fes sie narobił. Besto jakoś tak synnie mu sie zrobiło i wcas poszeł spać. Ale jego uojciec z bratym grali w szkata. A że dobrze jim sie grało, to uo spaniu niy myśleli. Ino lecioł szpil za szpilym. Ani sie niy spostrzegli, jak prziszła dwanosto. Uoros brat tego naszego istnego modzioka dojrzoł cosik dziwnego. Bes dziurka uod kluca zacła sie do dôm ciś mało słômka! Tego jeszcze świat niy widzioł! Może ftosik po drugi stronie robi cosik na bozny i ciśnie słômka do dziurki? Abo złodzieje cosik majstrujôm przi zômku uod kluca? Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 01.06.23, 21:37 Uojcowie mieli chałpa i mały kônsek polo, ftore uobrobiali. Sadziyli kartofle a tysz żyto, coby było na zur. To była dobro zupa, a jak to ludzie piyrwy godali, ze zuru chop z muru. Besto matka pora razy na tydziyń tyn zur warziła. Suła do niego zimioki a dowała trocha tustego i jako było. Abo kartofle, co sie na polu urodziyły. Uwarzyła, pożgała i z kiszkôm dała na uobiod. A niyros upiykła ku tymu zecaj i tysz było dobre. Bo chowali kury. A kaj sôm kury, to i jajca sie tysz mo. Przi kurach to sie z godu niy pomre. Niy starejcie sie. W ernestowyj familii jeszcze chowali jedna gowiydź. Jak padałach, polo mieli trocha, to krowy z tego niy szło uchować. Ale kozy jusz sie dało. Besto mieli dwie kozy. Ja, dobro to gowiydź, bo i mlyko dowo, z ftorego idzie porobić syra i miysa tysz idzie ś`nij pojeś. A nojlepsze je to, że tako koza zezre bele co. Toć, i kupa uostudy może być z tego, jak wlezie w szkoda, zwłoszcza sômsiadowi, ale jak sie ś`niôm połazi po jakisik chaboziach i barzołach, to tako koza zowdy znojdzie se cosik do pożarcio. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 01.06.23, 21:48 We wiecôr wszyjscy se siedli do wiecerzy i uosprowiali, co sie richtig na rzyce trefiyło. Babka Ernesta wysuchała tego wszyskigo. I dopiyro uôna jym pedziała, co sie tam Ernestowi podzioło. Babka pedzieli, że haf nad rzykôm żyje utopiec. I uôn mo tako moc, że poradzi sie zmiyniać. A nojcyńści w lalka. I taki utopiec jako lalka kusi bajtle, coby wlazły do rzyki, bo chcioł je potopić. Tyn piernik musioł tysz pokusić naszego Ernesta. Ino jak uobocył, że synek fes dobrze pływo, to musioł mu połômać rynka, coby mu niy uciyk. Ale mimo to, Ernest wiedzioł se rady i do brzegu dopłynył. Może tego niy wiedzioł, ale uciyk utopkowi. Mioł synek pierzińske szczyńście, że go tyn utopiec niy utopiył! Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 02.06.23, 12:49 Był słoneczny majowy dzień. Piękna królewna Gustebalda wraz z dziewczętami wyszła nad Łynę. Siadła nad brzegiem a dziewczęta koło niej. Wiły wianki, a potem rzucały je do wody i śpiewały piosenki. W pewnej chwili Gustebalda spojrzała na wodę i zauważyła jak ku brzegowi płynie złota rybka, a za nią z rozwartą paszczą duży szczupak. Zaledwie dwie fale dzieliły go od tej małej rybki. Królewna widząc to rzuciła swój wianek pomiędzy obydwie ryby. Spłoszony szczupak uciekł w bok, a złota rybka przepłynęła do stóp pięknej królewny. Ta schyliła się i wzięła rybkę w dłoń. – Rybko moja złota, powiedz, co się stało? – zapytała. – Jestem córką króla ryb i wracam z wycieczki do domu. Dziękuję za ocalenie mnie od paszczy szczupaka – usłyszała w odpowiedzi. Gustebalda schyliła się i wpuściła rybkę do wody, a ta wesoło odpłynęła do swojego pałacu. Król ryb surowym wzrokiem zmierzył swą córkę, gdyż długa jej nieobecność zniecierpliwiła go trochę. Pociągnął nosem i zadrżał cały. - Czuję zapach człowieka! Mów, co ci się stało? Pewnie byłaś w niewoli u niego? – zapytał. - Mój ojcze – zaczęła mała rybka – Nie gniewaj się! Kiedy wracałam do domu gonił mnie straszny szczupak. W obawie przed nim skręciłam na brzeg, gdzie stała piękna królewna Gustebalda. Ona właśnie odstraszyła szczupaka ocalając mnie od śmierci. Tatusiu, mój drogi! Nie wyobrażasz sobie jaka ona piękna, jaka dobra i mądra. Rybi król zadumał się. Po chwili odezwał się. – Muszę ukarać szczupaka. Wszystkie ryby niech dołożą wszelkich starań i pomogą nam wyrzucić szczupaki poza naszą rzekę. W moim królestwie musi zapanować pokój! – powiedział. I jak powiedział król, tak też się stało. – Za ocalenie życia mojej córki należy się nagroda. Żabo, idź więc i powiedz tej pani, żeby stawiła się nad brzegiem, gdzie uratowała moją córkę – rozkazał żabie król. Nie trwało długo, a nad Łyną zjawiła się piękna Gustebalda. – Proś mnie o co chcesz! Wszystko ci dam za uratowanie mojej córki! – powiedział król. Królewna siadła nad brzegiem i zamyśliła się. Po chwili odparła: - Słyszę śpiew ptaków w naszych pięknych lasach, ale o czym one wyją - nie wiem. Słyszę szum wszystkich naszych rzek i jezior, ale o czym one mówią – tego również nie wiem. Królu, słyszałam, że ty rozumiesz tajemniczy język wszystkiego, co jest na świecie. Proszę cię, naucz mnie tego języka. - Żądasz bardzo wiele, Gustebaldo – odrzekł król. – Zbyt wielkie to brzemię - taka mądrość. Obawiam się, że nie zdołasz jej unieść i załamiesz się. Zastanów się nad tym jeszcze raz. Ja mej obietnicy nie cofnę. Dam ci to, o co prosisz. Po chwili Gustebalda rzekła stanowczo: - Wielki władco ryb nie lękam się niczego. Król ryb podpłynął do Gustebaldy, otworzył paszczę, potrząsnął głową, aż wyrzucił mały czarny kamyk. – Ten kamień, który ci daję – to wielka część mojej siły i wiedzy. To, co dostałaś ode mnie, niech nie przejdzie od ciebie do nikogo. Pamiętaj byś dochowała tajemnicy, jeśli ją zdradzisz, zamienisz się w kamień – powiedział król. Nazajutrz o wschodzie słońca piękna Gustebalda pobiegła do lasu, by posłuchać, co mówią zwierzęta o kraju swoim. – Jedzcie, moje dzieci, odżywiajcie się dobrze i używajcie świata, bo nadejdzie czas, że na tej ziemi nie będzie żadnych niedźwiedzi. I tak jak nasz ród wyginie – tak wyginą Prusowie. Przyjdą tu bowiem ludzie z zachodu, zabiorą wszystko i wszystkich. Za tysiąc lat ludzie ogniem i mieczem zniszczą naszą ziemię – powiedziała stara niedźwiedzica, która karmiła swoje dzieci plastrami miodu. Okrutnie stroskana tym co usłyszała Gustebalda wróciła do domu. Następnego ranka zanim wynurzyła się z łóżka usłyszała głos kukułki. – Tam w kraju na południu żyje taki sam jak wy lud. To wasi bracia. Żyjcie między sobą zgodnie, a nie zginiecie, bo gdy się kłócić będziecie, nieprzyjaciel wasz przyjdzie, wytraci i ograbi. A tym, którzy pozostaną, każą na siebie pracować. I poleje się przez to więcej łez, krwi i potu, aniżeli jest wody w Łynie. Gustebalda słysząc to wszystko pobiegła do ojca i opowiedziała mu przestrogę, jednak ten zbył ją uśmiechem. Postanowiła więc, że zwoła okoliczny lud i obwieści im swoje proroctwa. – Zwołałam was po to, by odkryć tajemniczą przyszłość – zaczęła Gustebalda. – Starajcie się zachować wszystko co usłyszycie, by ujść zagładzie. Utrzymajcie przyjaźń z Sarmatami i Litwinami, byście mogli wspólnie utrzymywać granice. - A czemu mamy wierzyć w te prorocze słowa? – zapytał ktoś z tłumu. – Lepiej byłoby, gdybyś mnie oto nie pytał. Przysięgam, że nie złamię tajemnicy, od tego zależy moje życie. Jeśli ją złamię, stanę się kamieniem – odpowiedziała Gustebalda .Lud jednak w dalszym ciągu nie chciał wierzyć. Gustebalda otworzyła więc usta i wyjęła kamyk spod języka. – Ten kamień dał mi król ryb – powiedziała pokazując go wszystkim zebranym. – Ma on niezwykłą siłę. Dzięki niemu słyszę o czym rozmawiają zwierzęta. I właśnie od nich dowiedziałam się o tym, przed czym was ostrzegłam. Gdy tylko to wyrzekła jej nogi zaczęły drętwieć, zamieniając się w szkarłatno- czerwony granit. – Żegnaj ludu mój umiłowany. Żegnaj. Ja kamienieję... – to były ostatnie słowa pięknej Gustebaldy. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 02.06.23, 22:03 Jak umar jeji chop, jeszcze jaki cos żyła na Brzezince. Ale lata ji uciekaly i Dynkowsko miała coros wiynkszo utropa ze starościôm. To jôm boloł kryngosup, to zaś szłapy. Tedy uowdy zabocyła se uo jednym abo drugiym. Jako to na stare lata bywo. I besto jeji cera Waleska wziyna jôm do sia do dôm. A żyła w naprowda piyknym kôncku świata. We Brzynskowicach na Podgôrze. Ja, to było nad samom Przymsôm. Był haf taki wiely jor, we ftorym postawiône były chałpy, a bes postrzodek tego jora leciała drôga, ftoro wiydła fôrt nad rzyka. Ale chałpa, kaj miyszkała Waleska niy stoła we tym jorze. Była postawiôno trocha dali w strôna Brzezinki. I noleżała do huty, bo chop uod Waleski, Jôntek, robiył na hucie we Szopynicach. I dziynnie, piechty wele rzyki drałowoł do roboty. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 02.06.23, 22:21 Stary Borcek z Wesołyj to był naprowda zaradny chop. Mioł wielo familijo, bo ze swojôm babeckôm dockoł się aże siedym bajtli. Tôż musioł i dać jym co jeś i w co uoblyc. Ale wiedzioł se z tym rady, niy starejcie sie! Robił na grubie, to mioł trocha geltu. Lotoł tysz do lasa na gôn. Besto mio w dôma giwera, ftoro zowdy chowoł na gôrze w starych szmatach. Aże ni mioł pozwolyństwa ksiôży pszczyńskigo, do ftorego tyn las noleżoł, to sie zowdy boł, cy aby niy przidôm po niego jake siandary Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 08.09.15, 20:31 MOTYLE Na wiosnę wszystko ma swoje znaczenie, więc też muszą ludzie uważać i na motyle. Jeżeli się znajduje więcej białych niż żółtych czyli tak zwanych c y t r y n e k, to rok będzie więcej m l e c z n y niż p s z c z e l n y; jeżeli przeciwnie liczba cytrynek przeważa, to mleka będzie mniej ale za to miodu więcej. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 08.09.15, 20:37 NIETOPERZ N i e t o p e r z ma takie same znaczenie dla parobków, jak ziele nasieźrał dla dziewcząt, gdyż p o p i o ł k i jego służą do czarowania płci pięknej. W tym celu trzeba naprzód przed wschodem słońca zebrać wiązkę patyków nad rzeką, idąc przeciwko biegowi wody potem dopadwszy g a c k a (nietoperza), pójść o północy na krzyowe drogi. Tam, z tych patyków rozniecić ogień i nietoperza spalić żywcem i popiołki jego zebrać starannie do woreczka. Wracając do domu, nie trzeba się oglądać bo źli krzyczą, straszą i strzelają (nie dziwię się a ochrona nietoperza) a gdyby się człowiek obejrzał to by mu łeb urwali. Skoro się szczęśliwie przeniesie te popiołki to dziewczyna ta kochać będzie, która przedem nie chciała na niego patrzeć. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 08.09.15, 21:03 WĄŻ Jednym z tworów, który się najwcześniej ukazuje na wiosnę, zwabiony promieniami słonecznemi, to wąż, a rola jego w symbolice ludowej ma wielkie znaczenie. Dawniej węże chodziły na nogach, ale trafiło się tak, że Matka Boska szła lasem, wąż niespodzianie się wychylił z za drzewa i ona się wystraszyła. ,,O ty gadzie szkaradny! - zawołała strwożona, - jakeś mię wystraszył! snuj się teraz po ziemi jak nitka. I odtąd gady straciły nogi i na piersiach po ziemi czołgać się muszą. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 08.09.15, 21:06 Każdy wąż którego przez siedm lat nie widzi oko ludzkie ani też zwierzęce, zamienia się w skrzydlatą żmiję o siedmiu głowach. Taka żmija pojawiła się kiedyś, i latała w powietrzu, ale słońce opaliło jej skrzydła i spadła i zabiła się. Pan Bóg nie dopuścił bowiem, aby ludzi kąsała. Podobno, jeżeli żmija przez siedem lat dzwonów nie usłyszy zamienia się w smoka Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 08.09.15, 22:16 Wigilia św. Wojciecha jest dniem, do którego w szczególności przywiązane są różne przesądy, tyczące się wężów. I tak, kto dnia tego węża zabije, głowę mu utnie, do głowy tej włoży t r z y z i a r n k a k o n o p n e i do ziemi zakopie a potem, gdy konopie urosną, uwije z nich sznur i opasze się nim, będzie taki mocny, ze go nikt nie potrafi zwyciężyć. Albo kto dnia tego t a r n i n o w y m kijem zabije węża, a potem tym kijem dotknie kochanków, to choćby się najbardziej kochali, rozejdą się na zawsze. Tym samym kijem można zażegnywać chmury gradowe a zatknąwszy go do roli grad odwracać. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 08.09.15, 22:46 Zabitej żmii nie należy jednak zostawić nie zakopawszy jej do ziemi, bo gdyby s ł o ń c e na nią padło, zaszłoby krwawo i za tem byłyby wielkie deszcze i grady w okolicy. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 08.09.15, 22:49 Podług głęboko jeszcze miejscami zakorzenionego mniemania, wąż chętnie obiera sobie siedlisko w oborze aby ssać krowy, a ta, którą sobie upodoba, tak się do niego przywiązuje, że wróciwszy z pastwiska, ryczy jakby nawołując węża, który się natychmiast wysuwa i koło nogi jej się okręca. Krowa taka staje się bardzo mleczna jeźeli ktoś nieświadomy ulubionego jej węża zabije, to zwykle schnąć ona zaczyna, traci mleko i nareszcie ginie. Więc jeżeli ktoś życzy sobie mieć piękne i mleczne krowy, powinien w wiliję św. Wojciecha złapać żywego węża i pod piecem go chować. Kto się tego pilnuje, to potem i z kija. może nadoić mleka, a owce tak go słuchają, iż gwizdnie tylko, a wszystkie lecą ku niemu. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 08.09.15, 22:53 I na wsi pilnie się tym gwarom przysłuchują, nie tylko dla tego, te to takie miłe, i harmonijne głosy, ale że r e c h t a n i e żab ma także wskazywać najwłaściwszą porę zasiewania lnu. Więc też na pierwsze ich hasło, gospodyni biegnie do najbliższej sąsiadki; stanąwszy pod oknem puka w szybę i woła na głos: "kumosiu, kumosiu będziemy siać len z błocie Tamta powinna odpowiedzieć: "Będziemy chodzić w złocie!" I - bo to się przyczyni do pięknego urodzaju. Jeżeli zaś kumosi niema w domu i nikt na wołanie nie odpowie, to bardzo zła wróż ba, i len z pewnością przepadnie. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 08.09.15, 22:58 Tak jak między ludźmi są tacy, którzy lubią aby im się kłaniać, nadskakiwać, podobnież i międy ptakami są nadzwyczaj próżne stworzenia. Oto czapla na przykład ma straszne pretensje do państwa i jeżeli się jej powie: "Panno-czaplo!" - to ona uradowana niezmiernie i odpowiada: "Żebyś panował do śmierci" - A jeżeli się jej po prostu powie: "Czaplo!" - to ona się obrata i mówi: "Bodajbyś do śmierci stał jak czopu (cap). Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 08.09.15, 23:00 Miała czapla kiedyś dużo pieniędzy, bo Pan Bóg i jej i wilkowi dał po worku talarów srebrnych. Wilk mądry porozpożyczał ludziom i teraz za procent zabiera im bydło, a głupia czapla wysypała swoje do wody. Więc też chodzi z głową spuszczoną po brzegach rzek i jezior, szuka tych swoich talarów i dotąd ich jeszcze nie odszukała. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 08.09.15, 23:03 Mówią, że kukułka jest z panny, i prawda te mięsa jej jeść nie można, bo ona taka słona jak człowiek, a wiadomo, że człowiek dlatego jest słony, te słono je. Podobno, te jak Matka Boska chodziła jeszcze, po ziemi, przyszło jednej pannie coś do głowy, żeby figlować, więc skryła się za płotem i zaczęła na nią wołać: "Kuku, kuku!" - na kukaj-ie, kukaj, i bądź teraz za kukułką- powiedziała jej Matka Boska. Ona się stała kukułką. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 08.09.15, 23:07 Najpiękniejszy z ptaków domowych, paw, który według przysłowia staropolskiego, ma strój anielski, chód złodziejski, głos djabelski, a mięso baranie, powstał z djabła; i dla tego lud wiejski brzydzi się jego mięsem. Razu jednego siedział djabeł na płocie, bo już tyle ludzi namęczył, że sam chciał odpocząć. Przyszła djablica, przyniosła pięknych piór i zaczęła go strojić, bo się wybierali na igrzysko djabelskie, a tak go pięknie ustroiła, te go trudno było poznać. . Djabeł obejrzał się na siebie, i podobało mu się, że taki ładny. Dopiero wziął tych piór i zaczął djablice przystrajać ale zaledwie ubrał jej głowę, kur zapiał i djabeł został pawiem a żona jego pawicą. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 09.09.15, 22:06 Wiadomo, jak w życiu wiejskiem ważną gra rolę k o g u t, który jest nocnym zegarem, tak jak słońce dziennym. Drugie pianie po północy, to już hasło do wstawania i do roboty w polu, więc tak i koguty przywykłszy do gospodarskiego porządku o północy wołają: "Pijak idzie!" -Inne zaś na to odpowiadają: "Przygibaj go!" - Bo i one wiedzą, że ten kto o północy jeszcze się włóczy po wsi, to nie gospodarz, tylko chyba pijak, który z karczmy wraca i któremu warto jakiś dobitny morał wypisać na plecach. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 09.09.15, 22:09 We dnie stare krakowskie koguty się chwalą: "W Warszawie'm był!" - Warszawskie zaś na odwrót: W Krakowie'm był. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 09.09.15, 22:10 Młode zaś napuszywszy się niezmiernie i podnosząc się w górę, drą się na całe gardło ochrypłym głosikiem: "Kieli to ja!" - Chcą zwrócić na siebie uwagę, jakie już duże urosły i rade by zadziwić świat cały. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 09.09.15, 22:12 A tymczasem w chałupie w sieni hałas ogromny: kura jajo zniosła. i gospodyni swojej opowiada o tym wypadku krokożeniem urywanem (gdakaniem), które idzie crescendo i kończy się długim wykrzyknikiem fort'ssimo: ,Boso chodzę, bótków nie mam, jajo znios ł a m p o d k o m i n e m, o t o t a - k! m a t u s i u ! I już od razu pół wsi się dowiaduje, te Frankowa albo Antoniowa o jedno jajo stała się bogatsza Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 09.09.15, 22:14 Indyczka przeciwnie nie ma tej werwy co kura chodzi z głową spuszczoną i od rana do wieczora i ciągle narzeka, bo jej zawsze bieda i ona wiecznie głodna. Przeraźliwym swoim dyskantem głosi monotonnie: Proszę nakarm mnie daj mi garsteczkę pośladu Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 09.09.15, 22:17 A indyk, zapewne nie grzesząc skromnością mówi - czemu nie dać pięknemu, czemu nie dać pięknemu Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 09.09.15, 22:21 A dopiero to śpiewające i ćwierkające ptaki, wiele to one mówią na wsi ciekawych pouczających rzeczy! - Oto chłop sieje w polu i pilno mu skończyć siejbę w maju, bo przysłowie wiejskie mówi, te: kto sieje w cyrwcu, to zbiero w kiyrpcu. Więc odziawszy się białą. płachtą przez plecy, co chwila czerpie z niej ręką i jakby w takt rozrzuca ziarno po zagonach, a wróbel siedzi na wierzbie i uważnie mu się przygląda. tiF i l £ p! F i l i p! D z i a d z i a! D z i a d z i a! t o b i e ć w i er Ć i m n i e Ć w i e r ć ! u Świerka mu nad uchem, przypominając o swojej odwiecznej z nim spółce. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 09.09.15, 22:23 Podług ogólnego mniemania, j a s k ó ł k i na zimę chowają, się do wody, na wiosnę zaś wychodzą, stamtąd tylko młode, a przeszłoroczne matki zamieniają się w żaby. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 09.09.15, 22:28 Niema zaś poczciwszego i bogobojniejszego ptaka, jak s k o w r o n e k; on bowiem zdarł wieniec cierniowy Panu Jezusowi, i dla tego nie wolno go strzelać. Na wiosnę, skoro, jak mówi przysłowie: święta Jagnyska wypuści skowronka z mieska a zaledwie Świt na niebie, już on gospodarza nawołuje w pole do roboty, i lecąc w górę dzwoni jak dzwoneczek: "W Y j i z d z aj, w y-jizdzaj, wyjizdza-j!" Wzniósłszy się pod same obłoki, śpiewa godzinki i modli się za grzechy, żeby na tamtym świecie nie pokutował. A potem przycichnie nagle i bez śpiewu w górę wzlatuje, bo idzie spowiadać się Panu Bogu. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 09.09.15, 22:32 A gospodarz słucha skowronka, raniutko wyjetdta w pole z pługiem, i wszędzie we wsi słychać skrzyp otwierających się od stajen wierzej i , bydełko z rykiem przekracza próg i spieszy na pastwisko, spragnione nowej trawki zielonej. A s t e r n a l (trznadel) przyglądając się krowom i cielętom, podlatuje wesoło i śpiewa: "Nie będzie zbaniałemu cielciu ni-c '" Pociesza gospodynię, że cielę które z b a l n i a ł o (to jest: dostało odecia) , odzyska siły na zielonej paszy i przyjdzie do zdrowia. Z i ę b a zaś, zakłopotana swojemi własnemi sprawami, wygwizduje w wiklinie nad rzeką,: "Mama pije, tata pije, a ja nic! a ja nic! Oni jedzą, oni p i ją, a j a n i c, a j a n i c ! LI Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 09.09.15, 22:36 W maju więc ciągłe są śpiewy na świecie: we dnie gra jedna muzyka, w nocy druga (słowik) na odmianę. Ale nie zawsze wesele takie trwać może. Dla tego też Pan Bóg widząc, że na wiosnę wszyscy się cieszą i o jutrze gotowi zapomnieć, sam zaczyna się trapić o to, co ludzie jeść będą. Woła tedy na Wita Świętego i pyta się go: "Święty Wicie, czy jest jut piętka w życie?" A Święty Wit ogłuszony ptasiemi chórami odpowiada: "Nie słyszę Panie, nie przestanie ptaszków śpiewanie." Więc Pan Bóg pozwala św. Witowi uciszyć ptaki, i dla tego od połowy czerwca milkną one z koleji jedne po drugich. Człowiek zaś, nacieszywszy się piękną przyrodą majową z myślą świeżą i nowym żalem zabiera się do twardej letniej pracy i w pocie czoła stara się sobie i innym zdobyć i zapewnić na zimę ów obiecany, chleb z miodem. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 12.09.15, 16:06 Z całego kraju kobiety chcące się wydoskonalić w rzemiośle czarowania winny według mniemania ludu wejść w sojusz z czarownicami z okolic Łysicy. Najbliższe z diabłem mają stosunki i od nich wyuczyć się różnych kawałków jak również otrzymać zioła do rozmaitych guseł. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 12.09.15, 16:09 Lud ze stron Świętokrzyskich utrzymuje, te czarownice gusłami mogą tak woźnice jak i konie omamić, iż jedni i drugie pod wpływem czarów nie potrafią przebyć jakiejkolwiek drogi. Wypadek taki przedstawia nam następujący krakowiak ludowy: Cy ja carowany, ey koniki moje, nie mogę przejechac - bez Ijagowskie pole. Cy ja carowany, cy wy cary macie, nie mogę przejechac, wy mnie wyganiacie. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 02.06.23, 22:27 Borcek wiedzioł, kaj to je. Bo niyros, jak chodzowoł na gôn, to łaził wele tyj gôrki i tego fes wielego drzewa. Ale nigdy do gowy mu niy prziszło, że tukej je skarb. Ale teros jusz wiy. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 03.06.23, 18:36 Kwiat paproci, perunowy kwiat – w wierzeniach słowiańskich mityczny, legendarny kwiat, mający zakwitać raz w roku, w czasie przesilenia letniego, podczas najkrótszej nocy w roku (około 21-22 czerwca). Znalazcy zapewniać miał bogactwo i dostatek, przez co jego poszukiwania stały się stałym elementem obchodów słowiańskiego święta Kupały. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 03.06.23, 18:41 Motyw kwiatu paproci wystąpił także w kulturze popularnej, np. na początku XIX w. we wspomnianych tu baśniach Braci Grimm, w dramacie Baśń nocy świętojańskiej Jana Kasprowicza oraz w powiastce Kwiat paproci Józefa Ignacego Kraszewskiego. Piosenkę „Kwiat jednej nocy” z tekstem Jonasza Kofty nagrał w 1969 roku polski zespół Alibabki. W 2004 roku powstał film animowany Tajemnica kwiatu paproci w reżyserii Tadeusza Wilkosza Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 05.06.23, 00:20 Baśń Świętojańska. Cyt!.. O. cyt! już, słowiku, w gęstwinie ucisz swoje rozgłośne piosneczki, Baśń po lesie Świętojańska chodzi, kwiat cudowny zakwita paproci... Moc zaklęta z tchnieniem wiatru płynie, Dziw na leśne wyszedł nikłe stecki, Czar w srebrzystej księżyca powodzi w dziuplach próchno zapala i złoci, Hen, nad leśną w gęstwinie skrytą strugą, pośród czeremch rozkwitłych i kalin — z latarkami snują się świetliki,— błędny ognik milczkiem się przekrada. W ciemnej toni błyska jasną smugą, między krzewy sunie dzikich malin, tam, gdzie młode zwarte z gajniki— i gdzieś w gąszczach omrocznych przepada. f\ Baśń chodzi sobie borem—lasem— het! po dawno zapomnianych drogach... Czar się ubrał w sznur paciorków szklany — Dziw z za dębów patrzy wielko-oczy... I w liljowe dzwonki dzwoni czasem, gdy rozkwita na leśnych rozłogach kwiat paproci, kwiat zaczarowany, co swym blaskiem wzrok śmiertelny mroczy. Józef Batorowicz. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 06.06.23, 00:23 Ale w klasztorze zaczęły dziać się niesamowite rzeczy. Organy same grały w kaplicy ojca Ruszla, a przy ołtarzu widać było cień ludzkiej postaci, jego postaci... Po korytarzach snuła się jakaś zjawa... To ojciec Ruszel klasztor nawiedzał. Widział go ten i ów... Ten i ów trwogą zdjęty żegnał się i na kolanach upadał. Wieść o tym rozchodziła się po Lublinie i okolicy. Ludzie trwożyli się, ale świadkowie stwierdzili prawdziwość tych zjawisk... Rzeczywiście były to zjawiska nadprzyrodzone, choć mało zrozumiałe, bo wędrówkę pośmiertną ludzie zwykli uważać za pokutę, a czysty żywot ojca Ruszla wykluczał taką możliwość. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 06.06.23, 00:26 XVIII-wieczny portret o. Pawła Ruszla wisi nad wejściem Kaplicy Matki Boskiej Ruszelskiej. Kaplicę wybudowano w 1728 roku pod wezwaniem św. Andrzeja, a zmieniła nazwę po 1768 roku, gdy umieszczono w niej obraz z początku XVII wieku, przedstawiający Matkę Boską adorującą Dzieciątko. Był to obraz szczególnie czczony przez o. Ruszla i stąd nazwano go ruszelskim. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 06.06.23, 20:16 Dlatego, aby Lublin stał się jej siedzibą, wielka księżna Anna (X wiek) poślubiwszy Włodzimierza, księcia kijowskiego, nie chciała wyjechać z Konstantynopola, dopokąd nie wyprosiła sobie ze skarbca królewskiego Św. Drzewa. Dlatego w kilka wieków potem książę kijowski Iwan w zamian za spaloną przez Tatarów katedrę katolicką wybrał jako rekompensatę dla jej biskupa Andrzeja z Krakowa właśnie św. relikwię, spoczywającą w skarbcu od czasów Anny Włodzimierzowej. Dlatego biskup Andrzej w drodze do Krakowa zatrzymał się na odpoczynek u dominikanów w Lublinie. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 06.06.23, 20:36 Gdy w roku 1649 Bohdan Chmielnicki stanął na czele wojska pod Lublinem, strwożeni mieszkańcy przypadli do stóp ołtarza w dominikańskim kościele. Przeor zgromadzenia zarządził procesję z Drzewem Św. Krzyża po Ratuszu. I oto gdy procesja dobiegała końca, na ściemniałym nagle firmamencie ukazał się potężny i groźny w przedziwnej jasności miecz i zaczął płynąć nad miastem, ciskając promienie jak błyskawice. A z każdego z nich tworzył się miecz nowy, aż niebo całe okryło się znamionami walki, jakby hufce anielskie wyległy przeciwko wrogowi pokoju. I ujrzał znaki na niebie Chmielnicki, a zabobonnym strachem zdjęty, dał hasło odwrotu i uciekł w popłochu. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 06.06.23, 23:30 Święte relikwie, adorowane przez króla Jana Kazimierza, króla Stanisława Augusta i niezliczone pielgrzymki lat dawnych i dzisiejszych, czuwają nad Lublinem Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 06.06.23, 23:34 Tajemniczy skarb Noc była ciemna jak smoła, a wiatr przetaczał nad Lublinem ulewę. Gdy kolejny piorun strzelił, oświetlając trupim blaskiem rynek, oświetlił także stojący przed ratuszem wóz. Zdumieli się wszyscy, którzy przed burzą schronili się do ratusza, bo bramy miasta dawno już były zamknięte i żaden wóz nie mógł wjechać. Zdumieli się jeszcze bardziej, gdy zobaczyli, że wóz zaprzężony w dwa ukraińskie woły był bez woźnicy. Na wozie stała skrzynia. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 06.06.23, 23:39 Łokietek przyjął ich bardzo życzliwie, wysłuchał opowieści o mieście, dowiedział się jak to podczas najazdu Tatarów ocalała koza, która wyżywiła w wąwozie wiele dziatek i przyrzekł posłom przywilej lokacyjny. Pozostało jedynie nadać herb nowemu miastu. I tu książę wraz z posłem dominikaninem uradzili, że w herbie powinna znaleźć się koza na pamiątkę tatarskiego najazdu oraz winnica. Herb miał zaprojektować i namalować krakowski herbator Mikołaj. Ale herbator pijaczyna gdzieś zaginął i lubelscy wysłannicy dotarłszy w końcu do jego domu po odbiór dzieła dostali jakieś zapakowane malowidło. Gdy je w drodze rozpakowali, przerazili się, że sprowadzą hańbę na miasto - ujrzeli bowiem starego długowłosego capa, obżerającego się winogronami. Nie mieli racji, mieszczanie tak cieszyli się z nadania praw miejskich, że na herb nie zwrócili w ogóle uwagi. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 06.06.23, 23:43 Bo chyba tylko tatulek nie wiedział, że nocami do pięknej panienki przemykają starsi i młodsi panowie. Zaś młoda dama miała tak wielu adoratorów, ponieważ każdemu z nich zapewniała pełną dyskrecję. Wchodzili jedną bramą, a wychodzili drugą, nigdy się nie spotykając. Jedynym świadkiem nocnych schadzek w pokoju na piętrze Domu Złotnika był złoty kogucik na Wieży Trynitarskiej, który do dziś dnia pieje tylko wówczas, gdy przez bramę przechodzi jakiś wierny mąż. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 06.06.23, 23:47 Panicz był bliski omdlenia, ale nie z powodu nadmiaru uczuć spełnionych, tylko z powodu perspektywy poinformowania rodzicielki, że oto jej wychuchany jedynak wybrał sobie latawicę bez majątku i reputacji. Wyjaśnił więc słodkiej Inez, że nie musi się tak dla niego poświęcać i łamać sobie scenicznej kariery. - Będę cierpiał straszliwie - cedził słodko nikczemnik - ale będę dzielny. Inez popatrzyła na panicza strasznym wzrokiem i zniknęła. A w czasie ostatniego występu, gdy szybowała pod samym teatralnym dachem, zamiast chwycić trapez - runęła w dół. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 06.06.23, 23:51 Kto to był Boczarski? Kiedy Radziwiłłowie po latach użytkowania pałacu po Sobieskich zdołali doprowadzić go do ruiny, sprzedali zabudowania lubelskiemu prawnikowi Dominikowi Boczarskiemu. Boczarski w murach budynku postanowił urządzić młyn. Wybudował wieżę i umieścił na niej skrzydła wiatraka. Tyle, że umieścił je poziomo. Żaden wiatr tak ustawionych skrzydeł poruszyć nie mógł. I Boczarski zbankrutował. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 07.06.23, 00:00 Tamara, młodziutka mężatka o niezwykłym temperamencie, nieobliczalnych zachciankach i nielicząca się z obowiązującymi konwenansami, zdradzająca męża z ambitnym oficerkiem, spragnionym szybkiej kariery, w pewnym momencie stała się ciężarem dla obu tych mężczyzn. Mąż nie potrafił zapanować nad jej zachciankami, dla ambitnego zaś oficerka przeciągający się i głośny romans z rozkapryszoną i ekscentryczną mężatką nie ułatwiał kariery. W Lublinie, w latach międzywojennych, znano dwie wersje tej śmierci. Jedni byli przekonani, że padła ofiarą nożownika wynajętego przez kochanka, inni mniemali, że zasztyletował ją zbir z polecenia zazdrosnego i upokorzonego męża Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 07.06.23, 00:27 Kronikarz grzechów z Poręb Dymarskich Drewniany kościół parafialny św. Stanisława i św. Wojciecha w Porębach Dymarskich posiada nietypowe malowidło z XVII w., przedstawiające diabła Tutivillusa, popularnego w średniowiecznym folklorze. Tutivillus miał się trudnić spisywaniem ludzkich grzechów, by na Sądzie Ostatecznym móc oskarżać ludzi przed Bogiem. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 07.06.23, 00:34 Widmowy patrol Całkiem oryginalne nawiedzenie przyciąga łowców duchów i miłośników dreszczyku do lasów koło Brzózy Królewskiej. Nocami kierowcy mają tu napotykać przy drodze ducha policjantki na patrolu, który stara się zatrzymywać samochody. Nie wiadomo, co się stanie, jeśli kierowca faktycznie się zatrzyma. Według niektórych relacji widmowa policjantka po prostu znika. Możliwe, że to duch z gatunku popularnego np. w USA widmowego autostopowicza, który sprawia wrażenie zwykłej, choć małomównej osoby, po czym nagle znika i dopiero tym zdradza, że nie był zwykłym turystą. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 07.06.23, 00:41 Ołtarz ku czci słońca W lesie nieopodal wsi Nowiny Horynieckie na Roztoczu znaleźć można dziwaczny kamień. Wystaje z ziemi na niewielką wysokość, ale to nie rozmiar jest tu ważny, lecz okrągła dziura ziejąca w środku głazu. Sam kamień otoczony jest przez inne głazy, skryte wśród korzeni i liści. Jest całkiem prawdopodobne, że układ kamieni nie jest przypadkowy, a nietypowy głaz z dziurą był kiedyś miejscem pogańskiego kultu słońca, być może boga Swaroga. Dziura pośrodku kamienia mogła mieć znaczenie astronomiczne, a przechodzące przez nią pierwsze lub ostatnie promienie słońca w danym dniu (może np. w czasie przesilenia lub równonocy) wyznaczały ważne święto. Dziś kamień nazywany bywa „Roztoczańskim Stonehenge” i ołtarzem słońca. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 07.06.23, 00:49 Na obrzeżach Woli Mieleckiej stoi kompleks opuszczonych budynków inwentarskich, nazywany Baraniarnią. Wiąże się z nim kilka opowieści o duchach, które być może stanowią jedną całość. Gdzieś na terenie Baraniarni miało dojść do morderstwa - zginęła dziewczyna. Niedługo później w tym samym miejscu życie odebrał sobie chłopak. Być może chodzi o dwie różne tragedie, lub o jedną podwójną – chłopak mógł rozpaczać po stracie ukochanej. Jak by nie było – w Baraniarni straszą podobno dwa duchy. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 03.07.23, 13:44 W niektórych regionach wierzono również w istnienie muszli nazywanej horagai, która po przeleżeniu przez trzy tysiące lat w górach, trzy tysiące na lat na równinie i kolejne trzy tysiące lat w morzu przemieni się w smoka, który sprowadzi wielkie opady deszczu, które spowodują powódź Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 03.07.23, 14:01 Najstarszy zapis legendy o smoku wawelskim pochodzi z przełomu XII i XIII wieku. Jego autorem był Wincenty Kadłubek. Na kartach Kroniki polskiej, w uczonym wywodzie, mistrz Wincenty powiązał dzieje Polski z historią starożytnego Rzymu i uczynił jednym z władców kraju Grakcha, utożsamianego przez późniejszych kronikarzy z Krakiem Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 03.07.23, 14:07 Opowiadanie Kadłubka podjęli kronikarze z przełomu XIII i XIV wieku – na Śląsku autor tzw. Kroniki polsko-śląskiej oraz tworzący w Krakowie bezimienny franciszkanin, zwany zazwyczaj autorem Kroniki Mierzwy. Ten ostatni zauważył podobieństwo tekstu mistrza Wincentego do deuterokanonicznych dodatków do Księgi Daniela i opatrzył go uwagą: tak jak Daniel, który zabił smoka babilońskiego. W Wulgacie bowiem, którą znał autor Kroniki Mierzwy, wąż z 14 rozdziału Księgi Daniela nazwany został smokiem: wziął tedy Daniel smoły, łoju i sierści, ugotował to razem, zrobił ciasto i dał w paszczę smoka. Smok zjadłszy rozpękł się. Tedy rzekł: Zobaczcie przedmiot waszej czci Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 12.09.15, 16:15 Do rozmaitych guseł, czarownice używają podobnie jak owczarze rzeczy kościelnych, jak oto : frendzli od chorągwi, stuł, ręczników z ołtarzy, kawałków świec z kościoła lub też innych rzeczy np. widełek z nietoperza, ale takiego, którego o północy potrzeba zanieść do lasu i włożyć w mrowisko, a na drugi dzień z pozostałego szkieletu wydobyć widełka. Te bowiem przydatne są do wzniecenia w jakiejkolwiek osobie sympatyi i miłości, i noszą w ludowym języku miano c a r o w i d e ł e k, jak to okazuje niniejszy krakowiak: Nie caruj mię moja, bo cię będę bijś, będę ja ta tobie - cary przypominał. Nie caruj mię moja - tymis c a r o w i d e ł k i e m, bo cię będę bij - z konika siodełkiem. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 12.09.15, 16:17 Czarownice do swoich guseł używają rogów jelenia lub w ciasto, z którego ma się piec chleb, wsypują proszek z różnych trujących ziół utarty. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 12.09.15, 16:20 Guślarz w działaniu swym, korzystnie wyróżnia się od owczarzy i czarownic. Te ostatnie używają swej wiedzy do szkodzenia ludziom i dobytkowi, owczarz zaś leczy środkami empirycznemi wprawdzie nie zawsze pomocnemi (mimo że i on także choroby zażegnywa). lecz zwykle i nie szkodliwemi, guślarz wreszcie używa form zażegnywań i modlitw, posiadających moc szczególną zabezpieczającą od nieszcześć. Formułki zażegnywań i modlitwy są prawie zawsze w wierszach ustalone. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 12.09.15, 16:26 Jest mniemanie, te kto tajemnicę wróża lub wróżki stara się wybadać albo w praktyki ich n i e w i e r z y, i ich przepisów się n i e t r z, y m a, ten też od nich żadnej ulgi ani pomocy spodziewać się n i e może. l przeciwnie. Wiara zatem w ich nieomylność i biegłość jest dla pacy ta konieczna do odzyskania zdrowia i spełnienia życzeń; i dodać winniśmy, że wiara ta po wsiach (zwłaszcza odległych od miast) wielce jeszcze jest upowszechnioną. Wiara znów taka rodzi postanowienie dla korporacyi, a tej jest interesem, jak najusilniej poszanowanie to podtrzymać. Biada więc temu z ludu kto się z wróżów natrząsa lub szydzi, bo są przekonani, że taki wkrótce oniemieje (stanie się niemym); gdyby zaś żartów swych nie poprzestał, i co większa, wróżom nawet chciał szkodzić, to mu język uschnie. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 12.09.15, 16:31 Guślarze (wróże) pod żadnym pozorem nie wyjawili form zażegnywań, albowiem w takim wypadku utraciłyby one moc swoją. Sekreta swej wiedzy, do której nikt zachwianą wiarę przywiązują, przekazują w spuściźnie jednemu z swych synów, zwykle najstarszemu, jeżeli uznają go do piastowania tej godności za uzdolnionego j jeżeli na wybranym swym mogił polegać, te wielomówiące nie zdradzi powierzonych sobie tajemnic. W przeciwnym bowiem razie, gdyby syn najstarszy pozbawiony był wymaganych przymiotów, a tym sposobem nie rokował nadziei spełnienia w całej doniosłości, godności guślarskich, to władzę swoją; przelewają, na jednego z młodszych synów, który według ich sądu, do piastowania rzeczonej godności uznany zostanie za najgodniejszego. Guślarz przekazujący swą władzę wybranemu następcy, traci już tym sposobem swój charakter i schodzi do rzędu zwyczajnych ludzi. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 12.09.15, 16:43 Na ciemnotę ludu tutejszego i zabobony, bardzo tu oddziaływa rozpowszechnione po wsiach znachorstwo (tu: wróżbą, lub wróżbiarstwem zwane) - bo może nigdzie tyle niema rozmaitego rodzaju indywiduów, trudniących się wyzyskiwaniem ludu a szkodzących zdrowiu, co u nas. W naszej okolicy w każdej wsi dookoła, nie licząc już wędrownych, znaleść można jednego lub dwóch quasi Eskulapów stałych w rozmaitych gatunkach, jak: owczarzy, karczmarzy i karczmarki, felczerów ex-wojskowych niby, tytułujących się doktorami wojennemi, pułkowemi. Niektórzy z wyżej wymienionych używają wielkiej powagi u ludu wiejskiego; ci lecz najwięcej urokami, odczynami i gorzałką. Nie będę się tu rozpisywał szczegółowo nad następstwami stąd powstałymi i codziennie się powtarzającemi smutnymi wypadkami - dosyć tu jeden fakt przytoczyć. Do miejscowego lekarza z sąsiedniej wioski Staszyn przyjechał młynarz ze swym parobczakiem dwudziestoletnim, prosił o radę lekarską. Parobczak ów wstydząc się wyznać prawdę, oznajmił że jest chory na żołądek, a lekarz przepisał stosowne proszki. Pacjent wziąwszy receptę, poszedł z młynarzem do felczera, gdzie udało mu się pozostawić młynarza w izbie, a wyszedłszy z felczerem na podwórze wyznał mu ze ma rupturę. Pokazało się że młynarczyk poradził się wprzód w domu jakiegoś wędrownego znachora czy górala i który mu dla pozbycia się tego kalectwa kazał wbić gwóźdź w pachwinę co też uskutecznił i o mało tego życiem nie przypłacił. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 12.09.15, 16:51 Aby się zabezpieczyć przed bólem głowy, radzą guślarze koło północy na n o w i u miesiąca wyjść w pole, kłaniać się księżycowi i wypowiedzieć następujące słowa: Wita.j-ze, witaj-ze, miesiącu nowy, aby nas nie bolały brzuchy i głowy. Tobie ceść i koróna, a nam scęście i fortuna. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 12.09.15, 17:00 Majętny wieśniak spostrzega pewnego razu brak większej kwoty pieniężnej, którą ukrywał pod szafą z porady żony swej, którą zrazu podejrzewał o kradzież tych pieniędzy, udaje się do wróżki, która za stosownem wynagrodzeniem obwieszcza mu, że pieniądze skradł kawaler a nie żona, ale za 9 dni pieniądze się wywrzeszczą. Nabrawszy przekonania, że tym kawalerem musi być parobek jego Piotr Kapusta, lat kilkanaście wieku liczący, wymyślił plan kampanii. O północy udał się z żoną do stajni krowiej, i zawlekłszy tam Kapustę, związali mu ręce powrozem, powróz zakręcili kilkakrotnie kijem dla tem silniejszego okrępowania, następnie przewrócili parobczaka grzbietem do góry i obnażyli. Po taktem przygotowaniu rozpoczęła się właściwa inkwizycya od przypiekania podeszew dłoni i łydek ć w i e k i e m że ł a z n y m i umyślnie na ten cel rozgarzonym w garnku z węglami żarzącemi się, który ze sobą do stajni przynieśli. Gdy jednak, mimo kilkakrotnych wzywań. Kapusta do kradzieży się nie przyznawał i gdy następne smaganie grzbietu obnażonego również nie odniosło skutku pożądanego, wtedy dopóty przypalali mu ciało rozpalonym garnkiem żelaznym dopóki dręczony bólem do rzekomej winy się nie przyznał. Oprawcom zajęło teraz nieco czasu przeszukanie wskazanej przez Kapustę kryjówki pieniędzy nie znalazłszy, uważali za odpowiednie jąć się nowego sposobu męczarni. Poparzonego, pokłutego, zbitego rzucili na gnój w stajni końskiej, gdzie pozostał przez noc i dzień następny bez pokarmu, a nawet wody mu nie podano, którą jednak gospodyni miała w pogotowiu do cucenia nieszczęśliwej ofiary w razie omdlenia. Wreszcie dowiedziały się o wszystkiem władze bezpieczeństwa i pospieszyły z pomocą męczonemu. Kapustę odwieziono do szpitaJa, gdzie stwierdzono na jego ciele cały szereg uszkodzeń. Chory letał na oddziale prof. Obalińskiego i zaledwie po upływie 4 miesięcy odzyskał zdrowie. Po przeprowadzeniu rozprawy głównej sąd krajowy skazał obwinionych małżonków na rok, a względnie na półtora roku ciężkiego więzienia. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 12.09.15, 17:05 Do dnia trzeciego po chrzcinach dziecka, i po ocieleniu krowy, niczego z domu pożyczać nie należy ani ubogiemu dawać jałmużny a to w tym celu, aby czarownice krowom mleka nie zabierały. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 12.09.15, 18:27 Przez dwa dni zaraz pa Bożem Naradzeniu, jak również po wstępnej Środzie, nie należy prząść kądzieli, aby się konopie urodziły Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 12.09.15, 18:29 Aby się pszczoły dobrze hodowały należy wziąć motowidło nici na mszę pasterską a po powrocie do domu tymi nićmi opaść ule. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 12.09.15, 18:31 Jeśli wisielec odebrał sobie życie w domu, to nie należy go przez próg wynosić, ale wykapać dół pod progiem i tamtędy go wynieść. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 12.09.15, 18:40 Po guślarzach czyli wróżach, wielki wpływ pod względem moralnym na lud wywierają owczarze. Kiedy okaże się, że środki podawane przez guślarzy nie są uwieńczone oczekiwanym skutkiem, bądź to w różnego rodzaju dolegliwościach bądź w chorobach, - to w takim razie lud udaje się celem zasięgnięcia odpowiedniej rady. Do owczarzy, zwłaszcza takich, o których rozgłos daleko rozchodzi się po okolicy. Między pierwszymi a drugimi w postępowaniu i zastosowaniu środków dla osób radzących się, wielka zachodzi różnica. Guślarze, są to po większej części ludzie chcący w swojem przekonaniu każdemu dopomóc, przyjść z dobrą radą a nikomu szkodzić nie mają zamiaru. Całą moc swej działalności zakładają w formach zażegnywania, w których wiele pierwiastków pogańskich miesza się z pojęciami chrześcijańskiemi lub też w modlitwach szczególniejszego rodzaju, gdzie trudno często sensu i przewodniej myśli dopatrywać. Charakter guślarzy jest w ogóle łagodny są oni pobożni acz powierzchownie tylko, nie zaś w istocie; wszelkie przecież praktyki religijne i sumienności wypełniają głównemi ich wadami są wyzysk z zabobonu i pijaństwo. Guślarze prócz tego, jakto w tej nadmienili, są przestnegaczami wszelkich zwyczajów i opowiadaczami dawnych podań, legend, które młodszym pokoleniom przy zdarzonej sposobności, nie omieszkuja w umysł wdrażać. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 12.09.15, 18:44 Owczarze posługują się także formami zażegnywania w celu oddalenia burz, zawieji śnieżnych, wichrów, piorunów; deszczu, wścieklizny od zwierząt, jak również w celu wytępienia robaków, które się zalęgły w ranach zwierząt domowych. Charakterystyczne cechy ich zażegnywania są, te same co i u guślarzy, jak to okaże np. formuła mająca posiadać moc zniweczenia wścieklizny: Szła matuchna górną drogą, spotkał ci ją sam Pon Jezus: - Gdzie to idzies, matuchno moja? Idę-ci jo zażegnywać od tej wściekłej bostyje. - Idź-ze, idź matuchno moja, zazegnaj-ze Boską mocą i Twoją matuchno dopomocą. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 12.09.15, 19:15 Chorobę zwaną kołtunem, dość często pojawiającą się żaden lekarz krom samego owczarza, według twierdzenia ludu, nie potrafi uleczyć. Toż samo mniemanie rozciągają do suchot, paraliżu i artretyzmu. Choroby te, podług zdania owczarzy, pochodzą z podłożenia albo zadania Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 12.09.15, 19:16 P o d ł o ż e n i e polega na tem, że z chorej osoby zebrane w ł o s y, okręcone w szmatę, kładzie się pod próg domu. Kto z domowników próg ten przestąpi dotknięty zostanie chorobą Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 12.09.15, 19:19 Zadanie zaś odbywa się w ten sposób, że w napoje lub potrawy wsypuje się proszek miałko utarty z rozmaitych ziół zawierających w sobie truciznę - i te podaje się do użycia tym osobom, którym zamierza się szkodzić, a skutek w tym razie nigdy, jak: mniemają nie zawiedzie. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 12.09.15, 19:22 Choroby można p o d ł o ż y ć lub z a d a ć na czas ograniczony tj. na kilka lat, albo też na zawsze; a wtedy żadna siła ludzka nie jest w możności przynieść ulgę cierpiącemu, i ten musi umrzeć na chorobę, jaką, mu owczarz podłożył lub zadał. Owczarze już to sami bezpośrednio, już przez inne osoby dobrze w tym względzie poinformowane, mogą, podkładać lub zadawać choroby. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.09.15, 20:54 Do rozmaitych guseł i zabobonów, szczególniej na ten cel podejmowanych, aby się owce pod ich pieczą, będące dobrze pielęgnowały, używają, oni rzeczy poświęconych: wody z chrzcielnicy przeznaczonej do chrztu dzieci, manipularzów, stuł kapłańskich, lub wosku z paschału. Wodą, święconą pokrapiają, owce, - a wyliczone powyższe rzeczy kościelne, które za pośrednictwem sług kościelnych otrzymują zakopują, pod próg owczarni Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.09.15, 20:57 Używają, także do owych praktyk (w razie chęci szkodzenia) trupów, ale tylko żydowskich, po które udają się na cmentarz o północy. Z katolickich zaś ciał zmarłych używają tylko wisielców Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.09.15, 20:59 W miesiącu styczniu, roku 1874, we wsi Masłowie, powiesił się chłop, którego życie nacechowane było różnego rodzaju występkami, a szczególniej pijaństwem. Zwłoki nieboszczyka pochowano na ustroniu od wsi. Otóż w kilka miesięcy, gdym razu jednego udał się z nabożeństwem do tej wsi, oznajmili mi ludzie tamtejsi, że grób wisielca jest próżny, są ślady rozkopanej ziemi, i że zwłoki nieboszczyka nie kto inny wydobył, tylko owczarze. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.09.15, 21:02 W stronach Świętokrzyskich gór koło Łagowa, był owczarz, który, jak nas zapewniał jeden z kapłanów tamtejszych, zawezwany do wyleczenia kobiety złożonej cięzką, niemocą, za pierwszy warunek podał jej, aby księdza w chorobie nie wzywała, bo tym sposobem lekarstwa jego (owczarza) skutkować nie będą. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.09.15, 21:05 Owczarze dopuszczają, się świętokradztwa i inne osoby do praktykowania podobnego występku namawiają a to w tym celu, aby gusła proponowane przez siebie, należnym skutkiem uwieńczone zostały. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.09.15, 21:06 I tak aby p s z c z o ł y nie spadły z ula t potrzeba iść do spowiedzi, przystąpić do komunii świętej, komunikanta nie połykać ale go wyjąć z ust, a za przybyciem do domu, włożyć do ula. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.09.15, 21:08 To samo powinien uczynić strzelec tj. odbyć spowiedź i zachować komunikant, do którego po przybyciu do domu winien strzelić a po dopełnieniu tego czynu może być pewnym, że dobrym jego polowanie będzie uwieńczone skutkiem i torbę myśliwską napełni różnego rodzaju zwierzyną. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 03.07.23, 14:12 Wersję Długosza powtórzyli Maciej Miechowita w Kronice polskiej z roku 1521 oraz Bernard Wapowski w swojej zaginionej Kronice (jak wynika z zachowanych fragmentów tego dzieła). Najstarszy tekst w języku polskim o smoku wawelskim znalazł się na kartach Kroniki świata Marcina Bielskiego z 1551 roku. Najprawdopodobniej była to krótka parafraza wersji Wapowskiego. Bielski wprowadził najpopularniejszy wariant śmierci smoka, który miał pęknąć z przepicia wodą wiślaną: Grakus książę rozkazał w wywnątrzonym cielcu siarki, smoły a saletry z ogniem przyprawionym zadać zaprawiwszy, a przeciw jamie jego położyć. Który gdy uźrzał, mnimając, by cielę, pożarł. A gdy w nim tlało, pił wodę, aż się rozpukł. U Bielskiego (być może za Wapowskim) po raz pierwszy padła też data śmierci smoka – rok 700 po Chrystusie Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 03.07.23, 14:20 Wśród badaczy występują dwa stanowiska w sprawie wyjaśnienia genezy legendy o smoku wawelskim. Część z nich uważa, że zapisana przez Wincentego Kadłubka legenda oparta została na żywej w końcu XII wieku ustnej tradycji krakowskiej. Inni natomiast są zdania, że twórcą legendy był sam mistrz Wincenty, a fragment w jego kronice był uczonym zastosowaniem do dziejów Polski popularnych w literaturze średniowiecznej opowieści o smokach Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 03.07.23, 14:25 Plezia odrzucał jednak próbę powiązania krakowskiej legendy z Biblią lub opowieściami o świętym Jerzym. Według niego legenda o smoku wawelskim była w tej postaci, w jakiej jest współcześnie znana z zabytków literackich, skrzyżowaniem prastarego wątku, występującego w literaturze antycznej i średniowiecznej, o zabiciu smoka przez założyciela miasta z zaczerpniętym przez mistrza Wincentego z Romansu o Aleksandrze Wielkim motywem zgładzenia potwora przez podsunięcie mu palącego pokarmu. Marek Parchem zwraca jednak uwagę, że na biblijne podłoże legendy o smoku wawelskim u Kadłubka może wskazywać specyficzna terminologia użyta w odniesieniu do zwierząt podrzucanych potworowi na pożarcie. Parchem zauważa też, że w badaniach nad genezą legendy o smoku wawelskim zbytni nacisk kładzie się na znalezienie jednego jej źródła, pomijając możliwość, że Kadłubek mógł połączyć miejscowe podania, legendy dotyczące Aleksandra i św. Jerzego i tradycję biblijną. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 03.07.23, 15:47 Była też wersja, że Waleska była pogańską dziewicą, która weszła w konszachty z diabłem. Dzięki temu była okrutna i zła, a zarazem piękna i mężna. Nie dorównywał jej w walce żaden rycerz. Jej siła była zaklęta w pięknych, długich włosach. Była bezlitosna dla poddanych, a układ z diabłem sprowadzał na okolicę nieszczęścia. Poddani zbuntowali się. Nocą, gdy Waleska spała, obcięli jej włosy, przez co stała się bezbronna. Uwięziono ją, a następnie zamurowano w murze zamkowym. Złote włosy oraz cudowny łuk złożono w świątyni, która znajdowała się na Zamkowej Górze. Okazało się przy tym, że łukiem potrafiła władać tylko sama Waleska, a w innych rękach był bezużyteczny Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 23.09.23, 21:03 W ciągu dnia mieszkańcy chętnie oprowadzają turystów po ruinach zamku w Ogrodzieńcu, ale po zmroku trzymają się od nich z daleka. Ze strachu, że mogliby wówczas zobaczyć coś, czego do końca życia nie da się zapomnieć. Tak przynajmniej twierdzą ci, którzy spotkali zjawę. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 23.09.23, 21:06 Wkrótce potem na podzamczu gruchnęła wieść o trójce turystów, którzy wieczorem przyjechali samochodem pod zamek. Dwóch mężczyzn i kobieta udali się do ruin. Około północy mieszkańcy pobliskich domów usłyszeli przeraźliwy krzyk kobiety, a zaraz potem ujrzeli mężczyzn niosących ją do samochodu. Towarzystwo natychmiast odjechało, więc nikomu nie udało się dowiedzieć, co zaszło w ruinach. Ale od tego czasu miejscowi omijali nocą zamek jeszcze szerszym łukiem. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 23.09.23, 21:11 O bogactwach stanisława Warszyckiego krążyły legendy. Swoje skarby składał m.in. w podziemiach zamku w Ogrodzieńcu. Ale, choć bajecznie bogaty, był skąpy i chciwy. Opowiadano, że część majątku obiecał jako posag swej córce Barbarze, lecz ostatecznie nic jej nie dał. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 23.09.23, 21:15 Prawie każde hrabstwo ma historię o regularnie widywanym ogromnym psie wielkości cielaka, ze zmierzwioną sierścią i jarzącymi się czerwonymi albo zielonymi oczami. Anglicy są nawet przekonani, że twórca Sherlocka Holmesa, Arthur Conan Doyle, swojego „Psa Baskerville'ów" wcale nie wymyślił, lecz jedynie przetworzył prawdziwą historię o widmowym psie, jaki od stuleci pojawia się w okolicy Coventry. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 10.10.23, 20:29 Liczne legendy o Ściborze opowiadają o srogim Panu na Beckovie, który to miał zginąć potworną śmiercią za swoje złe czyny w stosunku do ludności. Jedna z legend opowiada o tym, jak żmija mu oczy wyżarła i w mózg jego się wpiła, a jego żona z rozpaczy z murów zamku się rzuciła. Inna legenda opowiada, że kiedy Ścibor zasnął na skale, to z niej później spadając właśnie tak zakończył swój żywot. Najbardziej jednak znana do dziś legenda, którą zna prawie każde dziecko na Słowacji, to ta o trefnisiu Ściborowym zwanym „Butzka”. Od jego to imienia ma się według legendy nazwa zamku w Beckovie. Inne legendy przytaczają dobroduszność wielkiego Ścibora, opisując go zarazem jako osobę z silną wiarą w Boga i dobroć człowieka. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 11.10.23, 12:24 Sabaty, uroki, mroczne rytuały - wszelkie przejawy konszachtów z diabłem przez stulecia zajmowały opasłe tomy kronik sądowych. "Maleus Maleficarum", dzieło niemieckich zakonników popularnie znane jako "Młot na Czarownice” wywołało histerię i doprowadziło do śmierci setek tysięcy kobiet. W drugiej połowie XVIII wieku gorączka polowań na czarownice dobiega powoli końca. Wkrótce polska konstytucja sejmowa zakaże karania śmiercią oskarżonych o czary. Zanim to nastąpi, jeden z ostatnich krwawych procesów rozegra się w Tyliczu. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 11.10.23, 13:03 Mieszczanie uznali bowiem, że sama dopuściła się czynu, o którym opowiada. Obawiając się kolejnych plag, jak najszybciej chcieli znaleźć winną. Kobieta stanęła przed sądem, oskarżona między innymi o rozpędzanie chmur wysuszonymi zwłokami noworodka, a także - po zeznaniach synowej - o hodowanie czarnych kotów, które w nocy wyrządzają krzywdę ludziom. Podczas procesu zeznawali coraz to nowi świadkowie, zrzucając swoje winy na karb szatańskiej klątwy. Jeden z mieszczan opowiadał, jak za sprawką złych uroków jego szwagier porzucił rodzinę i uciekł z Muszyny na trzydzieści lat. Gdy na torturach oskarżona straciła przytomność, uznano, że to moc piekielna pozwala jej uniknąć bólu. Niezbitym dowodem na winę kobiety miało być również zjawienie się zająca podczas odczytywania wyroku, bo według ówczesnych przekonań diabeł przybierał często postać zwierzęcą. Anna Dudzicha wkrótce po tym spłonęła na stosie. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 11.10.23, 15:55 Po pewnym czasie mieszkańcy złożyli do Sądu w Ratuszu miasta Tylicza oficjalne oskarżenie, iż niejaka Oryna uprawia czary i działa na szkodę mieszkańców procesie zgodnie zeznawali, a jedna z kobiet pod przysięgą świadczyła, iż kiedy patrzyła na jej malutkie dziecko, ono całkiem stało się sine, dała więc mu uroki. Ktoś też widział jak w letni poranek, na łące zbierała rosę, po to aby zatrzymać mleko krowom, a Komunię Świętą zabrała w rękę i zaniosła do domu dla odprawiania czarów. Opowiadali i świadczyli z wielką zawziętością. Dla sądu były wystarczające dowody, że oto ta kobieta o imieniu Oryna jest czarownicą. Wyrokiem sądu postanowiono: poddamy ją próbie tzw. pławienia. Wywieziono Orynę do miasta Muszyna w miejsce, gdzie łączą się dwie rzeki Poprad i Muszynka, tworząc głębie wodną odpowiednią do wykonania próby. Związaną łańcuchami wrzucono do rzeki, jej szeroka spódnica utkana z lnu, jak kwiat układała się na wodzie, rysując znak:"to czarownica", biedna Oryna nie tonęła, postanowiono, że ma być spalona na stosie, w ramach łaski zostanie powieszona na górze "Szubienica". Ostatni raz popatrzyła na całą okolicę, jej oczy jak gwiazdy zwróciły się do ludzi stojących wokół szubienicy, cichym i rzewliwym głosem poprosiła "Łaski". Nie ma przebaczenia, wszak odbył się sąd, została słusznie skazana musi umrzeć. Słowo wypowiedziane przez Orynę "Łaski" jak echo pozostało po wsze czasy na stoku wzgórza Szubienicy Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 11.10.23, 16:02 Wstaje dzielny rycerz - żyję, uratowałem się !.....Na pamiątkę postawię żelazny krzyż, a na nim umieszczę Zbawiciela na znak mego cudownego ocalenia. Krzyż stoi na łące do dziś dnia , cały skorodowany. Jezusek poprzez długie lata już nie ma nogi, urwała się ręka. Szarpany przez wiatr czasem wydaje dźwięk, wśród ciszy i zda się mówić jestem..! W słońcu i deszczu stoi od tego jako niemy świadek zdarzenia i pobytu rycerza na tych ziemiach. Mało kto wie , nikt nie zastanawia się, kto postawił ten krzyż na łące i z jakiej przyczyny? Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 31.10.23, 23:24 Kolejna z legend mówi, że Rokita razem z Borutą udali się do karczmy znajdującej się w Łodzi, aby napić się tamtejszego piwa. Ich pragnienie było naprawdę wielkie i wypili wiele piw. Karczmarz tym faktem się zaniepokoił i zainteresował się, czy goście mają czym zapłacić. Więc powiedział im, że nie przyniesie kolejnego piwa, dopóki nie zapłacą za te, które wypili. Rokita się jedynie zaśmiał, rzucił na blat kilka złotych monet i zażądał, aby karczmarz przyniósł im więcej piwa. Gdy ten wrócił z kolejną porcją trunku i próbował podnieść złote monety rzucone przez diabła, okazało się, że palą one skórę żywym ogniem. Karczmarz jedynie krzyknął z bólu i usłyszał diabelski śmiech dochodzący z kłębów dymu unoszących się w miejscu, w którym jeszcze chwilę temu siedzieli jego goście. Piwo, które chwilę wcześniej przyniósł, było już wypite, a po monetach nie został żaden ślad Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 31.10.23, 23:36 Istnieje wiele wersji wyjaśniających jak Boruta stał się później diabłem. Ponoć w końcu XIV wieku książę mazowiecki miał powierzyć Borucie skarb, którego jednak nie zdołał odebrać. Dlatego do dziś w lochach zamku siedzi Boruta i pilnuje zdeponowanych skrzyń ze złotem. Kolejna z legend mówi, że Boruta razem z Rokitą udali się do karczmy znajdującej się w Łodzi, aby napić się tamtejszego piwa. Ich pragnienie było naprawdę wielkie i wypili wiele piw. Karczmarz tym faktem się zaniepokoił i zainteresował się tym, czy goście mają czym zapłacić. Powiedział im, że nie przyniesie kolejnego piwa, dopóki nie zapłacą za piwa, które wypili. Rokita się jedynie zaśmiał, rzucił na blat kilka złotych monet i zażądał, aby karczmarz przyniósł im więcej piwa. Gdy ten wrócił z kolejną porcją trunku i próbował podnieść złote monety rzucone przez diabła, okazało się, że palą one skórę żywym ogniem. Karczmarz jedynie krzyknął z bólu i usłyszał diabelski śmiech dochodzący z kłębów dymu unoszących się w miejscu, w którym jeszcze chwilę temu siedzieli jego goście. Piwo, które chwilę wcześniej przyniósł, było już wypite, a po monetach nie został żaden ślad Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 16.01.24, 21:47 Pewnego razu przybiega do pokoju hrabiny guwer ner zadyszony i słowa wymówić nie mogący; przy szedłszy cokoiwiek do siebie, opowiada wszystkim, jak własnemi oczyma widział owo straszydło. Potem opi sywał całą jego okropną postać, szkaradną twarz, wielkie świecące się i zapadłe oczy, długą brodę i straszne pazury. Wszystkich słuchających tem większy strach ogarnął, hrabinie tylko samej ulżyło się cokol wiek przekonawszy się z tego opisu, iż duch ten wcale jej zmarłemu mężowi nie jest podobny, każdy bowiem mniemał, że to on chodzi po nocy i ten ło;<kot spra wia. Teraz zaś przekonano się dostatecznie, że to musi być inny jaki duch, zwłaszcza że hrabina i wszyscy zaświadczyć mogli, jak nieboszczyk cnotliwe prowadził życie, jak wielkim był ubogich dobrodziejem i pra wdziwym ojcem wszystkich swoich poddanych. Hrabina więc starała się o duchowną i świecką pomoc, spro wadziwszy do siebie nietylko zakonnika z pobliskiego klasztoru, ale nadto kazała co noc kilkom z swych poddanych czuwać przy zamku, aby w przypadku nie bezpieczeństwa miała z nich pomoc, gdyż służący tak już byli przestraszeni, że żaden wieczorem nie odwa żył się wyjść za drzwi. Jednego razu stał na straży pewien odważny czło wiek, który gdy się dowiedział, że ów duch nocny zwykle w kuchni się rozpościera, odważył się tamże noc w towarzystwie dwóch lokai przepędzić dla dowie dzenia się, czy w jstocie duch ten kuchnię zwiedza, i czyby go nie można jakim sposobem ztamtąd wypę dzić. Odradzano mu tę jego zbyteczną śmiałość, lecz on nie dał się niczem zmieszać i poruszyć. Udał się więc do kuchni z jednym lokajem, gdyż drugi żadnym sposobem nie dał się namówić do tak bohaterskiego czynu; zapaliwszy sobie fajkę, i trzymając swą kara belę na pogotowiu dla powitania hałasującego ducha, czekał przy jednej świecy na przybycie straszydła. Gdy się już wszyscy na spoczynek udali i wszędzie głęboka panowała cisza, dało się słyszeć straszydło schodzące na dół po schodach, wydające swym łańcu chem przeraźliwy łoskot, czem przelękniony lokaj rzekł do stróża: »Teraz miej się na baczności, gdyż ja oba wiam się, abyś twego zbytecznego zuchwalstwa drogo nie przypłacił.« Odważny stróż słyszał, jak łoskot co raz się bardziej do niego przybliżał, dla tego okropny strach przeszedł wszystkie jego członki, jednak dla pokazania swojej odwagi wziąwszy świecę w jednę rę kę a szablę w drugą, otworzył drzwi kuchenne i chciał zobaczyć, gdzie się ów duch znajduje; naglem otwie raniem drzwi zagasił sobie świecę, jemu się zaś zda wało, że to duch mu ją zadmuchaął, dla tego niesły chanym cgarniony strachem, chciał umykać, lecz stra szydło schwyciwszy go za kark, tak mu szkaradnie twarz podrapało, iż ów odważny bohater z bólu okrop nie krzyczeć zaczął, i zemdlał. Lokaj, który już przed tem innemi wyniósł się drzwiami, pobudził wszystkich ludzi w zamku: po niejakim czasie odważono się prze cie przybyć na pomoc już prawie bez duszy leżącemu stróżowi, lokaje przybiegłszy najpierwej, widzieli jeszcze oddalające się straszydło, robiące po schodach dziwne skoki, a ponieważ z prędkości zostawili drzwi do ich pokoju otworem, straszydło udało się tamże, i zro biwszy powszechne zburzenie, powywracawszy łóżka, stołki, stoły, potłukłszy naczynia, popsuwszy leguminy i owoce, które się tam znajdowały, udało się do swo jej górnej rezydencyi. Stróż przyszedłszy cokolwiek do siebie, opowiadał wszystkim, jak długo walczył z tern okropnem straszydłem, aż dopóki od niego zwyciężonym i tak straszliwie pokaleczonym nie został. Wielu nie żałowało go wcale, ponieważ przedtem naśmiewał się z wszystkich, teraz zaś słusznie za swą zuchwa łość ukaranym został. Zaniesiono go więc na łóżko, zawiązawszy mu rany, i musiano go pilnować, od tego bowiem czasu tak się stał bojaźliwym, iż za najmniej szym szeleścikiem myślał zaraz, źe go duch za kark chce chwytać Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 16.01.24, 22:12 Wiele razy potwierdziło doświadczenie, jak bo- jaźliwy tchórz często sobie podobnych strachem naba wia. Dla tego młodzież osobliwie nie powinna tracić odwagi na pierwszy postrach, lecz mężnie opierać się nagłej napaści Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 19.04.24, 13:09 Z synagogą Starą związana jest jeszcze jedna legenda, będąca jakby odpowiednikiem tradycji urywającej się nagle melodii hejnału Mariackiego w Krakowie. Wspomina o tym Natan Gross w swej książce „Był dom”. W ostatni dzień Sukkot – w Simchat Tora Żydzi uroczyście i radośnie świętują odczytanie ostatniego rozdziału Pięcioksięgu i rozpoczęcie czytania od nowa. „Na początku stworzył Pan niebo i ziemię” – świętują tańcem i śpiewami, przy czym tradycyjnie wszyscy modlący się biorą udział w tanecznym okrążeniu synagogi z księgami Tory w ramionach. Tych okrążeń – hakofoth – jest siedem. Tylko w jednej jedynej synagodze na świecie - w krakowskiej synagodze Starej - w połowie czwartego okrążenia urywa się nagle fala radości i świętujący zaczynają czytać Psalmy. Była to tradycja związana z tragicznym wydarzeniem, kiedy to przed wiekami hordy Tatarów wtargnęły do ówczesnej synagogi właśnie w czasie Święta Szałasów, w połowie czwartego okrążenia bożnicy i wycięli w pień modlących się Żydów Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.09.15, 21:11 Szynkarz chcący mieć odbyt (dzisiaj zbyt) na wódkę, - powinien strzęp z odzieży wisielca włożyć do beczki, w której się okowita lub wódka znajduje. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.09.15, 21:12 Człowiek bojaźliwy, aby się stał o d w a ż n y m, powinien z ą b z m a r ł e g o nosić przy sobie. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.09.15, 21:26 Aby się p o m ś c i ć na nieprzyjacielu, potrzeba złapać raka, włożyć go do flaszy napełnionej wodą, moczyć przez d z i e w i ę ć dni, następnie utłuc na proszek, zmieszać z tabaką i dać zażyć osobie nam nieprzychylnej , a ta z pewnością dostanie c h o r o b y raka w twarzy. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.09.15, 21:29 Chcąc obudzić szalone p r z y w i ą z a n i e jakiej osoby do siebie, powinien ów człowiek pot z ciała swego zebrać i takowy w ośródce chleba podać tej osobie do zjedzenia. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.09.15, 21:36 Ksiądz jeden ze wsi z okolic Miechowa, opowiadał że gdy objął wikariat otrzymał mieszkanie w domu, o którym mówiono, że w nim coś pokutuje. Istotnie też, gdy wieczorem siedząc przy stoliku, zajmował się ułożeniem kazania które nazajutrz miał wygłosić, a słyszał jak na polu bił deszcz ulewny, usłyszał iż ktoś do jego izby drzwi ze sieni otwiera - lubo drzwi główne były zamknięte. Obejrzawszy się, ujrzał osobę (zdało mu się niewiastę wiejską) całą w bieli lecz nie zmoczoną (gdyż zapewne, jak sądził, wierzchnie okrycie pozostawiła w sieni) j zapytał: czego żąda? - Na to odpowiedziała że: prosi o klucz od strychu; poszła też zaraz do kominka na którym klucz ten leżał, wzięła go i wyszła. Ksiądz będąc nowotnym, myślał że to jest jedna ze służących na plebanii, potrzebująca ponieść lub zabrać coś ze strychu. Po niejakim czasie, usłyszał jak (w czasie ulewy) na strychu coś przebiegało z jednego końca na drugi z największym trzaskiem i łoskotem. Nie przypuszczając aby hałasy te robiła owa niewiasta, lecz sądził, że jest tam wielu ludzi! chciał się osobiście o tem przekonać i dowiedzieć po co tam przyszli. Jakie było jego zdziwienie, gdy wyszedłszy do sieni, zobaczył iż do drzwi na strych wiodących które były wysoko w ścianie umieszczone, żadnej nie przystawiono drabinki ani schodków, drzwi zaś główne (na pole) były zamknięte tak, jak je sam wprzódy na skobel zamknął z wewnątrz. Wrócił więc do izby, i nie mogąc sobie z tego zdać sprawy, słyszał jak hałasy te i rumotania trwały prawie przez noc całą to jest tak długo, dopóki deszcz nie ustał. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.09.15, 21:39 Tenże ksiądz utrzymywał, iź gdy raz siedział w wielkiem krześle, uczuł ze c o ś za nim krzesło to podniosło razem z nim do góry, i nagle spuściło. Gdy się obejrzał, nic nie widział, tylko słyszał jakoby szum lekki w i a t r u, w przyległym zaś pokoju (gdzie nie było nikogo) jakoby kwilenie dziecka. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.09.15, 21:40 Raz znów gdy położywszy się spać, zgasił świecę t czuł jakby stukanie i lekkie poruszenie dywana zawieszonego nad łóżkiem; i gdy zapalił świecę dywan spadł nagle na niego lecz kołki, na których wisiał nie były wyjęte ze ściany. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.09.15, 21:42 Inni opowiadali, że bardzo często, w chwili gdy kto umierał, spadał z ostatnim tchem człowieka i obraz nad jego łóżkiem zawieszony (lub w pobliżu będący) a gwóźdź był nienaruszony . Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.09.15, 21:46 Utrzymują guślarze, że przed pojawieniem się cholery ukazują się widma, które ostrzegają ludzi o zbliżyć się mającej klęsce. l tak: *W r. 1873 we wsi M a s ł o w i e przed epidemiją, chodził człowiek po polach i wygrywał posępnie na trąbce; *W Chwałowicach po przyległych górach wałęsał się wielkiej postawy chłop okryty płachtą i wybierał smutne tony na skrzypcach, przejmujące do żywego kaid ego człowieka. *W Kostomłotach głuche, podziemne jęki rozlegały się i od czasu do czasu dał się słyszeć grobowy głos: "Biada wsi" *W Niewachlowie nocną porą biegało płaczące dziecię od domu do domu i pukało do drzwi. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.09.15, 21:48 Chcąc położyć kres we wsi szerzeniu się cholery, potrzeba jednego z umarłych cholerycznych w stojącej postawie pochować. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.09.15, 21:51 Jeżeli umarły straszy po śmierci i duch jego ukazuje się w domu, w takim razie osoba najbliższa z krewnych nieboszczyka, powinna udać się z grabarzem na cmentarz, wyszukać grób w którym złożono na wieczny spoczynek zwłoki nieboszczyka, obejrzyć dobrze. mogiłę czyli nie znajdzie się na niej jaki twór lub szparka a jeśli tak, to szparkę tę należy zasypać makiem a tym sposobem położy się koniec wszelakim strachom. Duch bowiem, aby się wydostał przez otworek, zmuszony będzie pozbierać ziarnka maku; praca tego rodzaju zabawi go do północy, t. j. do czasu, w którym kury pieją a duchy wracają według wiary gminu. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.09.15, 21:55 Chcący się zabezpieczyć przed Strzygą tj. duchem nieboszczyka, który chodzi po śmierci i straszy należy iść na cmentarz, odkopać grób, uciąć nieboszczykowi temu głowę, pod język włożyć piątkę srebrną i kawałek k r z e m i e n i a a następnie głowę położyć między nogami. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.09.15, 22:01 Rozterka między miesiącami: lutym, marcem i majem. Miesiąc m a r z e c prosił do siebie lu t e g o na obiad. L u t y mówi do m aj a: "w jaki sposób pojadę?" :M a j powiada: Zjedź na wozie, weź z sobą sanie, czółno i kota". I tak l u t y jedzie na wozie. M a r z e c się dowiedział i jak zaczął śniegiem dąć l u t y składa sanie, jedzie. M a r z e c gdy to zobaczył, zaczął bić deszczem, aż woda wylała. Luty wsiada w łódź - jedzie - przyjechał na podwórze. M a r z e c to zobaczył i wypuścił psa, żeby l u t e g o pokąsał. L u t y puścił kota; pies za kotem. L u t y wpadł do domu m a r c a; dopiero m a r z e c mścił się na maju za tę doradę. "Czekaj maju" powiada marzec, zapalę ci liście na gaju." nie czekaj głupi marca, nic mi nie zrobisz, bo jak ja wyjdę z ciepłemi zorzami będziesz uciekał przede mną cieniami. Tylko marzec z kwietniem dobrze żyją, bo jak marzec chciał chłopa a brakło mu swoich dni, to k w i e c i e ń mu pożyczył dnia jednego. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.09.15, 22:04 Inna, wersyja wspomina, że kiedy luty był zakłopotany, jak się wybrać do marca, spotkał go starzec i ten poradził mu, aby w podróż zaopatrzył się w wóz, sanie i czółno. Rozgniewany marzec za radę po czasy obecne mszcząc się na starcach, kiedy jego pora, panowania nastaje, zabija wielką, po świecie ilość starców. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.09.15, 22:19 Zakład chłopa z mrozem. Założył się chłop z mrozem. Mróz powiedział do chłopa, że go umrozi. Chłop powiedział, że nie, i to się miało stać w dwudziestu czterech godzinach. Chłop się dobrze ubrał i stał na mrozie. Mróz wszystkie siły wysadzał, chłopu bardzo nogi zmarzły w butach; nie mógł wytrzymać, zdjął buty, postawił nogi na mrozie. Mróz leci i pyta się chłopa: na co (dlaczego) zdjął buty? Chłop powiada: "bardzo mi się nogi zapociły w butach. I przestał mróz już mrozić, bo przegrał, bo go chłop sztuką, zarwał. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.09.15, 22:24 Mróz, słońce i wiatr Zbiegli się na jedno miejsce w polu, gdzie spotkali dziewkę: mróz, słońce i wiatr. Zapytywali się po kolei dziewki, kto z ni jest najładniejszy. Dziewka powiedziała, to wiatr najładniejszy. Mróz się gniewał, i rzekł do dziewki: ja cię przemrożę. Wiatr odpowiedział: nie bój się dzieweczko, ja tam będę. Słońce powiada: ja cię spalę. Wiatr powiada: nie bój się dzieweczko, bo ja tam będę. Mróz bez wiatru nie umrozi; słońce nie spali, kiedy jest wiatr. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.09.15, 22:30 O gradzie W pewnej wsi, za dawnych bardzo czasów, żył chłopek poczciwy, podczas gdy wszyscy inni byli bardzo złymi i bezbożnymi. Do kościoła nie chodzywali i spędzali czas tylko na pijatykach i bójkach. Poczciwy ten chłopek zawsze sam chodził do kościoła i prosił Boga, aby się jego sąsiedzi poprawili. Koło kościoła był ogromny staw, który latem i zimą był zamarznięty. Raz w niedzielę szedł sobie nasz chłopek, jak to zwykle czynił z do domu, z kościoła i widzi, że wielu ludzi rąbią lód na stawie - a każdy wyrąbany kawałek lodu unosi się ku niebu. Zdziwiony tą pracą, pyta się rabiących: co to ma znaczyć? Oni mu mówią: że ten lód będzie spadał na ziemię, i zboża złych, bezbożnych ludzi wytłucze. On zaś, jeśli tego nieszczęścia chce uniknąć, niech zakopie na rogach swego pola ewangelije, a grad jego pole ominie, tylko niech tej tajemnicy nikomu nie wyjawi. Ludzie ci znikli, a nasz chłopek zrobił jak mu przykazano, jednemu tylko dziedzicowi swemu, wydał ten sekret, bo mu się go żal zrobiło, aby szkody w swem polu nie poniósł. Na drugi dzień spadł ogromny grad i wytłukł w polu zboże wszystkich cbłopów - tylko tego pobożnego chłopka i dziedzica pole wolne było od gradu. Od tego czasu grad spada na ziemię, a tylko ci, którzy zakopują ewangelije są wolni od tej klęski. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.09.15, 22:41 Niejaki chłop miał się biedno i poszedl do lasa i myśli bez drogę, gdzieby pieniędzy pożyczyć. Wychodzi starzec i pokazał mu dużo pieniędzy. Ten strzelec - a był to sam djabeł, zgodził się dostawiać chłopu przez lat dziesięć po 100 rubli rocznie. Chłop obiecał mu po dziesięciu latach oddać głowę. Skończywszy się lat dziesięć, djabeł przychodzi po głowę. Chłop mu daje głowę kapusty; djabeł powiada: daj swoją głowę. Chłop powiada; idź do karczmy, skuś dwóch chłopów niech się biją; słuchaj, co będą mówić. Jak jeden drugiemu będzie przymierzał pięści i jak powie, że cię rznę w głowę - to ja ci dam swoją głowę a jak powie: ja cię rżnę w łeb toś przepadł. Więc tak się też stało. Chłop dał djabłu głowę kapusty, a djabeł ze złości wyrwał mu wszystką, kapustę i pokładł na kupę i przystąpić nikomu do niej nie dał aż zgniła Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.09.15, 23:00 Służba żołnierza przez siedem lat u djabła. Służył jeden żołnierz w wojsku 25 lat, a po skończonej służbie puszczony został do domu. Martwił się, gdzie się ma obrócić, co nie miał ni ojca l ni matki" ni żony, ni siostry, ni żadnej rodziny i mówi do siebie: żeby mi się trafiło choć do d j a b ł a, tobym poszedł służyć. A wtem pan jakiś idzie i mówi do niego: a możebyś ty poszedł do mnie służyć? A on odpowiada: no mogę iść służyć. Bierze go ów pan, wiezie aż do piekła, ażeby mu się podpisał na tę służbę swoją krwią. A on na tę służbę się podpisuje i umowę tak robią z sobą: żeby przez siedem lat ani nie umywał się, ani nie obłóczył, ani pazurów nie obrzynał, ani nosa nie ucierał, ani brody nie golił. Dał mu pan ściereczkę i mówił mu: że z tej ściereczki co będziesz chciał to będziesz miał - pieniądze i złoto. Przyszedszy on żołnierz z onego lasa, szed precz i trafił do jednej karczmy, która stała na trakcie. Do arendarza onej karczmy powiada: tak nakupmy różnych trunków, owsa, siana i przedajmy z tego to, czego z przejeżdżających kto żądać będzie. Za to, co sprzedawać będziemy, nie żądajmy pieniędzy, tylko jeno słowa: Bóg zapłać. Ów arendarz oddał mu osobną stancyją, a on przyjął kucharza i lokaja, żeby mu usługowali i nic nie robił, jeno w łóżku leżał a co mu brakowało, to tylko zatrząsł ową ściereczją i zaraz wszystko mieli i pieniądze i złoto i co trza im było. Przejeżdżali rozmaitego stanu osoby, kupowali owies, kupowali siano, pili trunki. Co kto chciał zapłacić, to arendarz nie chciał nic przyjąć, tylko dobre słowo. On żołnierz leżał przez te siedem lat! Ani się nie umywał, ani czesał, pazurów nie obrzynał i wytrwał w onej djabelskiej służbie. Tak po tych latach jeździli od jednego króla tacy rycerze, którzy szukali, eliby się taki nie nalaz, kto by im dał trzy cetnary złota. Przyjechali do tej karczmy, wypili wódki, owsa dla koni nabrali i pytają się arendarza: co się za to należy. A ów arendarz odpowiada: jest tu taki już siedem lat, co na to wszystko nakłada. Wtedy jeden najstarszy rycerz poszedł do niego. Wchodzi - zobaczył go i w tył się cofnął od niego. Ale przypomniawszy sobie, co mu król powiedział na wyjezdnem, że czyby to był dziad, czy żyd, czyby drab a, który mnich dałby trzy cetnary złota, to za tego córkę by swoją dał i pół królestwa, bo owemu królowi duchem potrzeba było tych trzech cetnarów, bo drugi król wypowiedział mu wojnę. On żołnierz zdjął z siebie portret i oddał owemu najstarszemu rycerzowi aby pokazał królowi i królewnie: czy się zgodzą na takiego zięcia. Król miał trzy córki - skoro mu portret owego żołnierza przywieźli ci wysłani rycerze, to go król pokazał każdej z osobna córce i pytał się jej, czy pójdzie za niego. Pierwsza mówi: że woli za śmierć iść jak za tego noska. Druga tak samo odpowiedziała. Trzecia mówi: ja pójdę za niego; łatwiej mi jednej zginąć, jak ojcu zginąć z żołnierzami i królestwem. Przyjechali ci rycerze po to złoto do owego żołnierza. On zatrząsł ściereczką i już jest złoto dla nich. Pożegnał się z arendadarzem i poszedł do tego pana, któremu tak wiernie służył. Panisko zaprowadziło go do piekła i oddało mu jego zapiskę i powiedziało: trza mu za to posłużyć, bo nam wiernie służył. Wtem się djabli zlecieli i z niego brzydotę oczyścili i stał się taki młody, jakby miał 18 lat. Poszedł do miasta, kupił konie, powóz i jedzie do swojej panny i napisał list do niej, aby wyjechała, bo on jedzie. I wyjechała ku niemu z całą paradą. A siostry jej wylazły na trzecie piętro przyglądać się jak to n o s e k wyglądać będzie. Jak zoczyły, że to taki galanty młodzieniec - to z żalu aż z trzeciego piętra poskakiwały i pozabijały się. Wtedy pan jego (djabeł), co on żołnierz mu przez siedem lat służył wiernie leci i mówi: - Jak się masz bracie. Ty masz jedną a ja dwie panny. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 11:32 Cudowna kieszeń i torba Żołnierz 25 lat w wojsku wysłużywszy, wychodził do domu i król dał mu na podróż trzy grosze. Wziął te pieniądze i idzie do domu. Przychodzi pod las, siedzą dwóch dziadków. Nadchodzi nad nich, proszą, go o opatrzność, a on im powiada: służyłem 25 lat w wojsku, król mi na drogę dał trzy grosze pieniędzy, ale dam wam jeden grosz, a sobie zostawię dwa. I dał owym dziadkom grosz i poszedł dalej drogą. Zachodzi wśród lasa, spotyka dziadków, proszą, go o opatrzność a on odpowiada: służyłem w wojsku 25 lat - dał mi król na drogę trzy grosze, dałem już grosz, a mam dwa, dam wam jeden, a sobie zostawię jeden u i tak zrobił. Dał im grosz, a sobie zostawił jeden i poszedł dalej lasem. Wychodzi z lasa na kraj (brzeg lasu), spotyka dwóch dziadków, proszą go o opatrzność. On powiada: służyłem królowi 25 lat w wojsku, dał mi król na drogę trzy grosze pieniędzy. Rozdałem ubogim dwa, dam wam i ten ostatni. Owi dziadkowie jak wzięli te trzy grosze od niego, mówią do siebie: trza wynagrodzić owemu żołnierzowi za to. Pytają, tedy żołnierza: co chce za tę jałmużnę? A on odpowiada: Ja nic nie chcę za to, tylko żebyście mi dali d w i e k i e s z e n i e: jedną, kieszeń, żeby była z tabaką i nigdy z niej nie ubywało, abym zawsze z niej zażywał, a drugą z p i e n i ę d z m i, żeby z niej nigdy nie ubywało, abym używał. Dawszy mu owi dziadkowie tak, jak im mówił, pożegnali go. Na odchodnem prosił ich jeszcze o taką torbę aby każdy kto mu będzie mówił na przekorę, na zawołanie: Marsz do torby! zaraz wlazł do tej torby! I dali mu taką, torbę. Tak więc żołnierz, poszedł w świat i zaszedł pod jedno miasto. Idzie pan na spacer, a on pyta się pana tego: "gdzie tu w mieście traktyjernia? A pan mu na to: tyś tam potrzebny jak dziura w moście. Zagniewał się i powiedział panu: Marsz do torby! I panisko jak niepyszne wlazło do torby. Dalej w drodze napotkał drugiego pana i spytał go, gdzie jest traktyjernia a ten pan powiada mu: tobie tam łajdaka do do traktyjernie. On rozgniewał się gorzej na niego i mówi: marsz do torby łajdaku! Wszedłszy do miasta napotkał jakiegoś chłopca i zapytał go o traktyjeryję. Chłopiec wskazał mu ją, on wyjął sześć dukatów z kieszeni i dał chłopcu za to. W chodzi do traktyiernie, woła o posiłek jaki. Szynkarka mu dać nie chce, że on niema czem płacić, a on wyjął tę kieszeń, uderzył nią o stół i wysypały się z niej pieniądze, którymi zapłacił za to, co wypił i zjadł. Przy tym stole siedzieli panowie i grali w karty. Widząc, że ten żołnierz ma tyla pieniędzy, mówią do siebie: trza go prosić do grania, to od głupiego weźniemy wszystko. Zawołali go do grania, on powygrywał wszystko - wnet ich konie z bryczkami. Zachciało mu się spać, więc z torby popuszczał tych panów, co mu nie cbcieli pokazać traktyjernie i kazał im pilnować, żeby go nikt nie nachodził. Kiedy się wyspał, kazał im iść do torby, a on poszedł na modlitwę. Modli się, a tu leci djabeł i mówi: co ty tu robisz, wynoś się, boś tu niepotrzebny. On do djabła: marsz do torby! Leci inny z kluczami djabeł, co siedział na pieniądzach w piwnicy i mówi: wynoś się, boś tu niepotrzebny! a on na to: Marsz do torby!" Kiedy się do woli wymodlił, kazał wszystkim wyleźć z torby, a kiedy wyszli kazał jednym trzymać, a drugim bić starego djabła i wołał na niego: "oddej klucz oo piwnicy. Djabeł oddał, a on wszystkich na wolność wypuścił z torby i był wielkim panem - z kluczami od skarbów. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 12:00 Głupi z trzech synów tani się z królewną Ubogi chłop miał trzech synów: dwóch mądrych a trzeci głupi. Król miał córkę; nie chciał jej wydać za mąż dopóty, dopóki' się do kogo nie rozśmieje. Różne stany tam przybywały ludu, od synów królewskich aż do biednego chłopa prostego. Ojciec mówi do tych mądrych synów Idźcie do króla, może by się do którego zaśmiała królewna, toby się ożenił i byłby panem. Wybierają się więc w drogę. Głupi mówi: i ja pójdę, ożenię się u króla. Ojciec powiada: ty gamoniu, tam lepsi są, a nic dokazać nie mogli. Głupi nie pyta, jeno wybierając się w drogę upiekł sobie placek tatarczany pokryjomu przed ojcem. Ci mądrzy poszli przód i napotkali na drodze dziadka, który ich prosił, aby mu co dali jeść. Oni odpowiadają: my sami mało mamy - poszli dalej. Głupi szedł za nimi później i napotkał tego samego dziadka. Dziadek mówi do tego głupiego: daj mi chłopcze co jeść bom głodny - A kiedy mój kochany dziadku, mam tylko placek bardzo suchy, to go nie zgryziecie. Tylko mi go daj, namaczam sobie go w wodzie i zjem. Rozłamał ten placek na dwie części, sobie zostawił połowę a dziadkowi dał połowę. Idą oba, zaszli do lasa, usiedli pod drzewem. Dziadek powiada: idź, nakop korzeni, a ja ci uplotę koszyczek, który ci będzie potrzebny. Kiedy koszyk skończył, dziadek powiada: choćbyś gdzie nocował! to strzeż koszyka, żeby nikt do niego nie zajrzał. u Rozeszli się potem obydwa. Zaszedł ten głupi do młyna na noc, a koszyk daje młynarce do schowania, ażeby nikt do niego nie zajrzał. Młynarka miała trzy córki, które z ciekawości gdy zajrzały do tego koszyka - tak przy nim stały do rana. Rano wstawszy podróżny, bierze koszyk, a młynarczanki trzymają się koszyka i idą, za nim. Przechodząc przez jedno miasto piekarz uderzył ich ozogiem i przyrósł do nich. Idą, dalej wszyscy, wyleciał kowalczyk, uderzył młotkiem, przyrósł młotek do piekarza, on do młotka i idą wszyscy a tak zaszli przed dwór królewski. Królewna stała na ganku, a gdy ich zobaczyła roześmiała się. Głupi powiada: ty panno moja" - a król mówi; A tyś mój zięć, dam swoją, córkę za ciebie! gdy mi wypełnisz to, co ja rozkażę. Jest u mnie taki wieprz jak go zabijesz, będziesz moim zięciem. Poszedł do chlewa - wieprz ogromny - myśli, jak go tu zabić. Usuwa się za próg, wieprz leci do niego, lecz że było ślisko, więc wieprz się rozdarł i zdechł. Król powiada: mam ja w swoim lesie takowych trzech wielkoludów, co mi ludzi pożerają jak ich zabijesz dam ci córkę. Głupi, zabrawszy się do lasa, chodzi po nim dzień, drugi; trzeciego dnia przed wieczorem spotyka tych wielkoludów. Jeden z nich niesie całego wołu, drugi całe drzewo na ogień, trzeci n rożen całego capa. Rozmawiają pomiędzy sobą gdzie będą, tego wołu piec. Chyba, powiadają pod tym samym świerkiem, gdzie zawsze. Gdy on to dosłyszał, poleciał , wlazł na tego świerka i siedział. Nabrał z sobą, wpierw kamieni, wziął dubeltówkę i myśli, jakby ich zdradzić. Cisnął kamieniem, uderzył najstarszego w głowę, a ten myśląc że to który z tych dwóch wielkoludów, co za nim postępowali, odwrócił się, wyrwał sośnicę i nią jak zamalował jednego z nich w głowę tak zabił; - i sam upad. Więc został się ino jeden. A ten głupi siedzi na owem drzewie i myśli, jakimby jeszcze sposobem tego ostatniego zgładzić ze świata. Wyładował sobie dubeltówkę, mierzył do niego i strzelił. Zabiwszy tego ostatniego wieloluda , siedzi na tym drzewie i boi się z niego złazić. Wystrzela jeszcze raz do tego wieloluda , czy też on się trafunkiem nie zataił; a kiedy się przekonał, że go zabił dopiero schodzi z tego drzewa i idzie do króla. Król przyjeżdża do lasa, widzi tych pobitych; obiecuje mu córkę za te rzeczy, ale powiada: "mam w swoim ogrodzie d z i e s i ę ć z aj ą c ów, jeżeli mi tych zająców będziesz pasł w lesie przez tydzień i nazad mi je przyniesiesz, dam tobie córkę. Głupi odpowiada że podejmuje się owej roboty. Wypuszczają zająców z ogrodu, on je zajmuje, żynie do lasa, a kiedy zagnał je tam , one się porozlatywały. Myśli, jakimby sposobem te zające zegnać do kupy. Miał z sobą p i s z c z a ł k ę, usiadł sobie na pniaku, zaczął grać na owej piszczałce, a zające się do niego pozlatywały i w kupie pasie dziesięć tych zająców jeden dzień. Drugiego dnia przysyłają po zająca na obiad do króla. Jak zagrał on na owej piszczałce, zające przyskoczyły wszystkie do niego; łapie jednego, daje na obiad. Z zająca odarli skórę, kładą, do garnka, gotują, a ugotowawszy stawiają mięso królowi. Głupi jak zagra na piszczałce, a tu mięso zrosło się w kupę, zając cap (łap) skórę na się i poleciał do lasa. Dnia trzeciego przychodzą po zająca do lasa. Jak zagrał na piszczałce, zające się do niego pozlatywały - daje jednego zająca na obiad do króla. Zająca zanoszą do domu, zabijają, skórę zdejmują a mięso krają. On zagrał na piszczałce, zając porwawszy się zrósł w kupę i poleciał do lasa. Ma wszystkich zająców, przepasł je przez cały tydzień. Wychodzi tydzień; ten głupi przygania owych zająców, oddaje królowi do ogrodu. No, już król nie ma w czym znaleść jakiego następnego podstępu, musiał sprawić wesele, wydaje swoję córkę za niego; a gdy się ożenił, bardzo mu się darzyło a żona się cieszyła. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 12:09 Pracowity parobek - i leniwa dziewka Kiedy Pan Jezus z śwjętym Piotrem i Pawłem chodzili po świecie spotkali parobka na polu orzącego, a był bardzo pracowity i porządny i poszli dalej. Przyszli do wioski na noc i proszą gospodarza o nocleg. Gospodarz odpowiada: moi panowie, mógłbym was przenocować ale mię wstyd, bo mam córkę próżniaka. Odpowiada święty Paweł: nie bój się, my cię nie obmówimy i tak zostali na nocleg, przenocowali się. Nazajutrz Pan Jezus powiada: A ten parobek pracowity, którego my spotkali orzącego, ten się ożeni z tą leniwą dziewczyną. Gdy Święty Piotr mówi: szkoda tak dobrego chłopaka, żeby sobie świat takim leniuchem zamotał. Pan Jezus powiada: jedno leniwe, drugie pracowite - a tak będzie dobrze. W rok potem parobek ten prosił o tę dziewczynę. Ojciec tej dziewczyny mówi do, niego: mój kochany, moja córka jest leniuch, to się nie naśmiewaj. Ojcze kochany, nie kpię, tylko ze szczerej ochoty proszę o nią. Tak zrobili zwiady (zaręczyny); na tych zwiadach piją wódkę a ta panna-młoda jak leży, tak leży za piecem. Co piją wódkę do niej, to się podniesie, wypije kieliszek i znów leży tak wciąż za tym piecem aż do wesela. Ledwo co do kościoła wstała, matka ją ubrała i powróciła od ślubu. Po weselu, na którem także za piecem spała, ten mąż zabrał ją, jako, swoją żonę do domu i kazał zrobić dla niej kołyskę i prosił swojej matki, żeby ją wciąż kołysała. Jedzenie takie jej dawał: małą kwatereczkę mleka, bułeczkę za grosz na śniadanie, toż samo na obiad i na kolacyją - i nic więcej. Jednego dnia mieli nawóz wozić w pole; ten leniuch - głodny - z tej kołyski bardzo rano wstał, umył się, uczesał i poszedł nakladać nawóz. Co kto raz włoży, to ów leniuch dwa albo trzy. Ów zięć poszedł do pana ojca - a ten mu daje Da wiana byka, który był rozbujny i nikomu się prowadzić nie dał. Wrócił więc ów zięć do domu i powiada, że nie mógł byka przyprowadzić. Żona jego (a dawny leniuch) powiada ja jego przyprowadzę. I tak poszła po tego byka, przyszła do swojego ojca. Oj, moja córko, rzecze ojciec, ty mu nie poradzisz. Mój ojcze kochany, ja robić nie umiała, a nauczyli mnie, to ja i byka zaprowadzę, tylko mu wprzódy nie dam jeść przez trzy dni. I po trzech dniach wzięła wiązkę siana na plecy, szła wprzódy - a byk za nią i jadł siano. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 12:17 Wybawienie królewny od złego ducha po jej śmierci Miał król córkę bardzo urodną i chciał ją wydać za mąż, lecz ta nie chciała iść za żadnego tylko umyśliła żyć w panieństwie. Razu jednego zachorowała bardzo ciężko, aż nadchodzi śmierć i ma królewna umierać. Przyzwała do siebie ojca i mówi mu: Ojcze kochany, ja umrę - a ty pochowasz mię w tym kościele i będziesz mi przysyłać po sto żołnierzy na każdą noc. Co przyszło tych sto żołnierzów na wartę do niej, to ona wychodziła z grobu i tych żołnierzy, co byli, zjadła, a kości w grobach zostawiła i zawsze przed północą uspokoiła się z tym wszystkiem. Myśli ów ojciec co by miał robić z tem... miał jednego winowajcę, więc umyślił, aby owego winowajcę do tego kościoła na noc puścić. l tak zrobili jak król kazał. Ten winowajca był to żołnierz stary, wysłużony - myśli, co by miał z tem robić? Miał przy sobie kredę trzech-królów wszedł na chór, opisawszy się kredą siedzi - spogląda - wychodzi królewna z grobu czarna - idzie do jednego ołtarza, światło rozburza; idzie do drugiego burzy światło i wszystkie rzeczy, które się tylko znajdowały w kościele. Spogląda nareszcie na kościół i obaczywszy owego żołnierza biegnie do niego. Nie mogła go schwytać, ani się tego miejsca ruszyć, bo ją opisał święconą kredą, to też stała jak wryta. On z daleka od niej siedzi - aż koguty pieją... Ona rozbielała na twarzy coraz lepiej, coraz lepiej - ze wszystkim wybielała. Ów żołnierz widząc, że ona wybielała ze wszystkiem, przystępuje do niej, żegna ją krzyżem świętym, bierze ją za rękę, prowadzi przed wielki ołtarz, pada na kolana, ona, przy nim i obydwoje klęczą aż do rana. Rano król zagląda ze swymi sługami do kościoła - dziw wielki stał się królowi, że córka żywa - czysta na twarzy. Uradowany z tego, bierze ją; i owego winowajcę i wielkie mu za to daje dobrodziejstwo. Królowa owa nie umarła, tylko była w zachwyceniu co miała dwa duchy a on ją od tego wybawił. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 12:27 Liść dębowy wskrzesaza do życia powieszonego żołnierza i zabitą królewnę Jedni młodzi żenili się i tak sobie przyrzekli przy ślubie: te które z nas wprzódy umrze, to pochować, a które zostanie żywe, to będzie trzy dni pokutować. Tak się też stało. Umarła żona wprzódy; ten mąż pokutował przez dwie nocy: trzeciej nocy klęczy na tym grobie, a tu idzie dusza bieleńka i mówi do niego: czegóż ty tu tak pokutujesz jak pies - Bo tak przyrzekliśmy sobie z żoną. Weź jeden liść dębowy, przyłóż na czole, drugi na piersiach. Tak też zrobił; liście przyłożył, a nieboszczka wstaje. Przyprowadził ją do domu, schował przed ludźmi, ale razu jednego mówi do siebie i do żony: A weźmy wszystko sprzedajmy, jedźmy w świat. Tak też zrobili. Wyjechali w drogę; zapomnieli świadectwa. Ten mąż i wrócił się do domu po świadectwo, a ona przystała do jednego oficera. Mąż powrócił, żony nie ma; ludzie mu powiedzieli, te tu jechało wojsko i ona przystała do jednego oficera. Kupił sobie konia i ubranie takie, jakie wojsko miało i pojechał tam. Wojsko wyszeregowało, on stanął w rzędzie. Oficer z jego żoną wziął się pod boki. Ona mówi do oficera: mój chłop jest tu w tym wojsku. No czekaj, ja go tu zdradzę. Przemówił (namówił) jednego żołnierza ten oficer dał mu pierścień, żeby włożył jemu w tłomok i tak się stało. Zrobili rewizyją , znaleźli pierścień, rzekli że go ukradł i osądzili powiesić tego żołnierza. Ten żołnierz prosił kolegę swego że jak mię powieszą i pogrzebią, weź liść dębowy a za dwa dni odkop mnie i jeden liść przyłóż do głowy a drugi na piersi, to ja ożyję a za to cię wydziedziczę (tu w znaczeniu wynagrodzę). Tak się stało. Powiesili, pogrzebali, żołnierz odkopał - i ten powieszony wstał. Miał król córkę bardzo chorą, której uczeni wyleczyć nie mogli. Ten żołnierz ogłosił że on wyleczy córkę królewską - i tam go wezwali. Kazał się zamknąć w pokoju, wziął noża, pannę zarznął, rozebrał wnętrzności, wyjął jej serce, odłączył które było przyrośnięte do boku, później wziął pozeszywał, liść dębowy przyłożył na głowę i piersi. l Panna ożyła, bardzo się cieszyła że zdrowa. On się położył spać a panna siadła do fortepianu i gra sobie dziwy wielkie. Kto tu tak gra pyta król, bieży, zagląda, pyta córki: czy jesteś zdrowa? - Tato kochany, jeszcze nigdy taka nie byłam zdrowa, jak dzisiaj. Ten król wyprawił wesele sute, doktora l córkę ożenił, dał mu połowę swoich majętności. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 12:34 Cudowność dwóch liści dębowych Zamożny kolonista miał córkę i służył u niego parobek, który z jego córką chciał się żenić. Kolonista nie chciał dać córki i przyszedł inny do niej, za którego ojciec jej dozwolił. Wyszły zapowiedzi i parobka, I służącego wyprawili po ludzi do takiej wsi, gdzie nigdzie tam krewnych i znajomych nie mieli. Parobek idzie i spotkał na drodze dziadka. Ten go zapytuje: gdzie ty idziesz. Idę do ludzi na wesele. Kiedy tam w tej wsi nie masz nikogo należącego do wesela - odpowie dziadek. Dał on dziadek parobkowi dwa liście dębowe i rzekł mu: co będziesz widział niepodobnego, to tylko trząśniej liść o liść, to będzie tak jak ty chcesz. Idź do tej wsi, obejdź do trzeciego razu, to wszyscy ludzie pójdą za tobą. Tak zrobił. Ludzie z tej wsi wszyscy idą na wesele, przyszli do rzeki, chłopi pozdejmowali spodnie, kobiety się pouginały; parobek trzasnął liść o liść i tak pouginanych prowadzi tych ludzi pod plebaniją. Ksiądz się dowiedział o takiej wielkiej sromocie, ślubu nie chciał dać. Na złość temu księdzu przyprowadzili muzykę blisko pod plebaniję i tym ludziom pouginanym do wpoły kazali tańcować, bo parobek trzasnął liść o liść. Drugiego dnia przed sąd wójta gminy zaprowadzili parobka i tych ludzi do kancelaryje. Pan pisarz siedział przy stole i pisał, kiedy ta hołota przybyła, pan pisarz wstał, zapalił sobie fajkę, kucznął, przypatrywał się... Parobek trzasnął liść o liść i pan pisarz jak kuczy tak kuczy... dopiero ksiądz tę sprawę rozsądził, kazał, aby się ten parobek ożenił - i tak się stało. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 12:49 Przemiana dziewczyny w kwiatek Ojcowie zaklęli swą córkę, żeby po nią zły przyszedł toby mu dali, bo już była dorosłą, a tu się jej nie trafiało za chłopa. Tak przy leciał zaraz tego wieczora z wódką, on zły; częstował ich wszystkich w domu. Córka ta przędła kądziel - nawlekła ściegi na nitkę, wraziła mu w ramię - a sama wzięła ten kłębek z niciarni i poszła za nim. On poleciał i wlazł do kocioła dziurką kluczową.; zaczął tam obrywać po ołtarzach firanki i palił na środku kościoła, a ona patrzyła na niego dziurką. Później przyszedł drugiego wieczora i powiaduje jej: Chytra Halino, powiedz coś widziała wczorajszego wieczora bo jak nie powiesz, to ci matka umrze! A niech umrze. Ano znowu trzeciego wieczora przyszedł i powiaduje: Chytra Halino, powiedz coś widziała tamtego wieczora, bo jak nie powiesz, to ci ojciec umrze! A niech umrze - ona odpowiadnje. I pomarli ojcowie. Tak co wieczór przychodził i zawdy jedno z jej familii umierało, aże i na nią przyszło. Ale zaczem umarła, to powiedziała ludziom, żeby pod wszystkie progi wykopali dziury i one po śmierci za warkocz pod te progi ciągnęli, a potem by ją ciągnęli na krzyżowe drogi ale żeby nie gościeńcem, jeno bez pole: kamień - nie kamień; błoto - nie błoto; ciernie - nie ciernie. Tak się tet stało. Na jej grobie wyrósł k w i a t. Razu jednego kole jej grobu jechał pan i ten kwiatek mu zapachniał kazał go forzmanowi urwać, a ten kwiatek mu powiaduje: nie rwij mię, boś mię tu nie sadził. Poszed tedy on forzman do pana i mówi mu, co to za rzecz jest z tym kwiatkiem. Bam pan poszed do tego kwiatka, a tu widzi taki śliczny kwiatek różowy i nic się nie pytał, jeno go urwał, włożył za pazuchę, a jak przyjechał do domu, tak go wstawił w szklankę i wlał wody do niego. Później jak jadł śniadanie, czy obiad, czy kolacyję to zawdy usnął przy tem śniadaniu, objedzie, kolacyi, jedzenie to kaś się podziało. Pan zaczął posądzać lokaja, te on mu zjada. Lokaj zaczął się wymawiać, że ja nigdy tego panu nie robił, to i teraz bym też nie zrobił. Tak mu pan kazał pilnować, co się to z tem zrobi. I ten lokaj pilnował - zobaczył jak ten kwiatek wyszed z szklanki, stał się panną i zjadała z talerzów wszystko. Później się czesała, spletła warkocz i wlazła nazad w szklankę i stała się kwiatkiem. Tak opowiedział panu to wszystko, a pan rzecze do niego: pilnuj, jak się będzie jeszcze pletła, to złap za warkocz, okroć wele ręki i trzymaj. Tak się tet słało. Panna owa stajała się różnem robactwem, żmijami, padalcami i nie chciała się stać panną prędko. Ale jak się stała panną, tak się ten pan ożenił z nią. Mieszkali ze sobą mieli dzieci. On zawdy bywał w kościele, a ona nie chodziła i zaczął jej wymawiać: że panowie ze sobą chodzą do kościoła - to taką, razą, to taką - a ty nie chcesz iść. Razu jednego wziął ją duchem do kościoła, a ona przed nim pożegnała się z czeladzią, ze wszystkimi. Jak weszli do kościoła, tak skądsić wziął się ten zły i powiaduje jej: Witajże chytra Halino, jużem se dziewięć par żelaznych butów zdar(ł), zaczem cię ja nalaz(ł), urwał jej głowę i poleciał. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 13:43 Żeniarczka chrzestnika Pana Jezusa z morską panną. Był sobie w jednem miejscu ojciec, któremu urodził się syn. On ojciec łaził po wsi za kumotrami, ale nie chciał mu nikt iść, co taki nędzny był. Przyszed więc do domu i płakał, a tu idzie do niego d w i e o s o b y i zaczęły się prosić za tych kumotrów. Poszli. wszyscy do chrztu i ochrzcili tego chłopca. Dali mu na imię Seweryś, a te dwie osoby to były: Pan Jezus i święty Pietr. Jak już odchodzili, to dali mu na pamiątkę uzdeczkę. Jak Seweryś podrósł, chował się grzecznie; rodzicowie cieszyli się nim. Rodzicowie w jeden dzień Poszli do miasta, a żyd chodził po wsi i Seweryś od niego kupił sobie r y b ę. Jak tę rybę przyniósł do, domu i zaczął się nią pieścić i głaskać, a tu z tej ryby stał się taki straszny i brzyćki robok, że nawet nie można było patrzeć na niego. Seweryś chciał go odegnać od siebie, ale robak od niego nikaj nie odszedł. Jak wrócilo rodzicowie do domu, to starsza siostra Seweryaiowa wyleciała do nich i powiedziała: jak wy tam wleziecie do izby, jak nasz Seweryś ma takiego strasznego robaka, aże strach na niego patrzeć. Kiedy przyszli do chaty rodzicowie, tak go wygnali z tym robakiem: idź, jużeś nie nasze dziecko, kiedyś się ty takich rzeczy chwycił . Na drogę dali mu uzdeczkę od chrzestnego ojca. Seweryś idzie drogą a tu sześcią koni panowie jechali, chciał se uzdeczkę przymierzyć, ale do żadnego z tych koni nie nadała. Ci panowie zdurnieli go jeszcze i poszedł sobie w świat. Idzie dalej, k o b y l i n a żarła pod lasem. Trza iść powiaduje sobie na wolą, Boską, może mi się ta uzdeczka nada na nią. Kobylina ta parszywą była; ciekło jej z nozdrzy a że nie można było porzić na nią, ale przymierzył uzdeczkę, nadała się na nią, jakby z niej była. Wsiadł na nią, kopnął ją w brzuch, a kobylina wkrótce zrobiła się pod nim spaśna że aż się trzęśli. Jak jechał bez ten las, patrzy, a tu leży piórko jakie takie śliczne, piękniuśkie, że aż mu się miło robiło jak patrzał na niego. Zlaz(ł) po to piórko, chce je brać, a tu kobyłka mówi do niego: Ej, Sewerysiu, nie bierz tego piórka, bo będziesz miał wieczną biedę z niem. Seweryś nic nie pytał, jeno schylił się i wziął je. Jedzie dajej, a tu leży warkocz; chciał go wziąść, a ta kobyłka mu powiaduje: Ej, Seweryś, nie bierz, o ten warkocz będziesz miał biedę. Seweryś koniecznie wziął ten warkocz. Jedzie, jedzie aże zajechał do jednego króla, ale nie wiedział, ze tu król mieszka; wjechał na podwórze i prosił o służbę. Jak go król zobaczył, to mu się tak Seweryś udał, że wziął go za pisarczyka do siebie. Ten Seweryś nikaj się nie uczył żadnego pisania, a lepiej od wszyćkich pisać umiał. Król kazał mu iść do jednego pokoju, żeby tam zawdy pisał. Seweryś usłuchnął króla, wyjął piórko i położył na stoliku. Od tego piórka taka straszna jasność biła, że co jeno tam lokaj przyszedł, to zawdy się dziwował, że we wszyćkich pokojach li tego króla nie było takiej jasności jak u Sewerysia. Poszedł do króla i powiaduje mu: najjaśniejszy królu, okropna jasność jest w pokoju u Sewerysia; ma jskieś piórko, kładzie je zawdy na stole i od niego ta jasność świeci. Król kazał przyprowadzić Sewerysia i spytał go się: skądeś ty tego piórka wziął? A on mu powiada kaj go nalazł i jak to było. Król rozgniewał się bardzo na niego i powiedział mu, że jak nie znajdzie tego samego p t a k a co z niego piórko jest, to go zaraz każe zgubić. Seweryś poszedł zaraz do tej kobyłki taki sturbowany i zaczął się z nią żegnać, a ona go się pyta: kaj on idzie? On jej opowiedział wszystko. Nie mówiłam ci Seweryś rzecze kobyłka, że będziesz miał biedę z tem piórkiem, ale idź jeszcze, powiedz królowi, żeby wystawił klatkę nad morze, iżby tam włożył cukru i różnej żywności, to ten ptaszek przyjdzie do niej, a ty pilnuj, jak wlezie, to go złap. Seweryś zrobił to wszystko, a król wystawił klatkę - i Seweryś złapał ptaszka, zaniósł go królowi i dał mu piórko z ptaszkiem. Poszedł potem do swojego pokoju za pisarczyka i zaczął warkocz wykładać na stolik tak, jak to piórko wprzódy, ale kiedy jeno położył go, to zawdy wele tego warkocza tyle dzwonków skądsik się wzięło, że jak zaczęły dzwonić, rzegotać, to jate g ł u c h był taki w jego pokoiku, te se trza było uszy zatkać. Co przyjdzie ten lokaj do pokoiku Sewerysia, to zawdy widzi ten warkocz jak podskakuje, więc oskarża Sewerysia przed królem, ze ma jakieś czarostwa. Król kazał przyprowadzić Sewerysia i powiaduje mu: jak mi ty łajdaku nie znajdziesz tej panny, co z niej ten warkocz, to i 24 godzin nie wyjdziesz, jeno cię każę powiesić. Seweryś okropnie się zmartwił, poszed zaraz do tej kobyłki, pożegnał się z nią, a ona się go pyta, kaj ma ón iść? Widzisz Sewerysiu, powiada kobyłka, nie mówiłam ci, że będziesz miał biedę z tym warkoczem! Idź do króla, przeproś go, niech wystawi nad morzem pokoik; niech w nim będzie łóżeczko, stoliczek, krzesełko, przerziatko, grzebień i ty pilnuj z daleka, jak panna przyjdzie z morza w ten pokoik to ty przyskocz zaraz, złap ją za warkocz, okręć wele ręki i nie puszczaj, choć się będzie stajać różnem robactwem, żabami, wężami, padalcami; a jak ci się stanie panną to ją weź, przyprowadź do króla. On to zrobił: przyprowadził pannę, a król nic mu nie mówił, jeno kazał mu se wziąść ją do swego pokoju. Panna ta była bardzo piękną; Seweryś chciał się ożenić z nią, a ona mu odpowiedziała: jak wyprowadzisz z morza d z i e w i ę ć k l a c z i d z i e s i ą, t e g o o g r a i te klacze wydoisz a od każdej klaczy garniec mleka wlejesz w kocioł, pod tym kotłem podpalisz, żeby się mleko tak zgotowalo, jaźe się będzie bałwanić - to dopiero twoją będę. Seweryś idzie sturbotany do swej kobyłki, żegna się z nią a ona go znowu pyta: kaj ma iść? Seweryś opowiedział jej wszystko o tej morskiej pannie a ona dała mu taką radę: Idź do króla, powiedz mu, żeby wziął dziewięć beczek świerkowej żywice i dziewięć skór końskich; niech te dziewięć skór włożą, na mnie, a za każdą razą" kiedy skórę końską, będą na mnie wkładać, to niech wyleją beczkę żywice. Jak to wszystko zrobią, to ty weź mnie nad morze a kiedy mnie na kraj morza zaprowadzisz, ja będę rżeć, aż wyleci do mnie z morza ogier, dopiero go złap na tę uzdeczkę i trzymaj. On będzie rżał dopóty, jaźe wszystkie dziewięć klacz do niego wyjdą I dopiero połap te klacze i zaprowadź do króla na podwórze. Zróbił Seweryś to wszystko i te klacze ma już u siebie, więc je zaprowadził do króla, potem wydoił, mleko wlał do kotła, ogień pod kocioł podłożył, a kiedy się mleko zaczęło bałwanić, to wskoczył do kotła i okąpał się. Z kąpieli wyszedł cały śliczny, bieluchny jak najśliczniejszy liliowy kwiat. Kiedy król zobaczył tego Sewerysia, zazdrość mu się zrobiła, że on taki jest piękny: więc rozebrał się, wlazł do kotła, a jak mleko dwa razy zabalwaniło się, rozgotował się całkiem. Seweryś po tylu biedach, zmartwieniach, ożenił się z tą morską panną i został królem w tern samem królestwie. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 14:42 Głupi żeni się z królewną Jeden człowiek miał obowiązek k a r b o w n i c t w a, a żona jego miała o b r z ą, d e k około swego gospodarstwa. Ci rodzice mieli dwóch synów: jednemu było Jędrzej a drugiemu Grześ. Jędruś był mądry a Grześ głupi. Ten mądry prosił rodziców, aby mu pozwolili iść na zarobek. Rodzice na to przystali. Poszedł więc i za pracę dostał zapłatę. Mając kilka złotych w kieszeni, poszedł do kowala, żeby mu zrobił s i e k i er k ę. Kowal mu zrobił siekierkę, a on zapłacił ta nią wziął ją do domu i często spoglądał na nią myśląc jakby głupiego brata wyprowadził z domu. Co zamyślał to i zrobił. Razu jednego wziąwszy siekierkę, wyprowadził głupiego brata do lasu. Tu zaciął drzewo na cztery kanty i rzekł do niego: Przy tern drzewie żegnam cię bracie, bo idę na zarobek; a ty idź bracie, gdzie cię Bóg obróci, a pamiętaj sobie: gdybyś wprzód przyszedł do tego drzewa, to czekaj na mnie, a jak ja wprzód powrócę, to będę czekał na ciebie. Tak się więc rozeszli. Mądry poszedł na lewo, a głupi na prawo. Głupi udał się na puszczę i napotkał tam d z i a d k a stojącego. Dziadek mówi do niego; gdzie ty idziesz młodzieńcze? Miałem brata w domu, odpowie głupi, wyprowadził mię do lasa i zaciął drzewo na cztery części i tam my się rozeszli; teraz nie wiem mój dziadusiu gdzie się udać? Dziadek odpowiada: Udaj się ty do owczarza, bo on nie ma nikogo, tylko sam musi paść owce; idź do niego i proś go o nocleg. Poszedł więc do owczarza i mówi: mój owczarzu, proszę cię przenocuj mnie." Owcarz odpowiada: nie mam gdzie cię nocować ale go wreszcie przenocował i kolacyją dał. Nazajutrz rano powiada on głupi do owczarza: Mój owcarzu, muszę tobie za nocleg pomóc o w i e c paść. I pasł je przez dwa dni. W piórwszy dzień do południa paśli oba; po południu głupi prosi owcarza żeby mu pozwolił samemu owce paść. Pozwolił, ale pod takim warunkiem, żeby tylko w tem miejscu pasł, gdzie mu pokaże. Tak on pasł te owce, aż tu do niego dziadek przychodzi i mówi: dlaczegóż tych owiec nie żeniesz na górę? Mój dziadusiu, kiedy mi gospodarz zakazał. Nie bój się, zeń te owce na górę jak owce pójdą na górę, to ty pójdziesz za niemi i wyjdzie tam do ciebie osoba. Ty jej nic nie daj; będzie chciała od ciebie b a t a - nie daj, a kiedy będzie się chciała bić - to się bij. Jak ją zabijesz, włóż rękę do jej kieszeni. Wyjmij z niej bryłkę złota i zanieś ją gospodarzowi, żeby kupił dzieciom swym ubranie i życia. Drugiego dnia - tak samo. - wyszła na tej górze osoba i chciała od niego czapki, lecz on jej nie dał; a jak powiedziała, żeby się z nią bił, tak on bił się i zabił ją. Wyjął jej z kieszeni bryłkę złota i oddał gospodarzowi. Gospodarz zaś kupił za nią, dla swoich dzieci odzienie i życia. Trzeciego dnia, kiedy pasł owce, wyszed do niego dziadek i mówi: dlaczego na tę górę owiec nie żeniesz. Mój dziadusiu, gospodarz mi zakazał. Ty się nie bój, puść owce na górę tam wyjdzie do ciebie osoba; będzie chciała od ciebie u b r a n ia, to jej nie daj; będzie ci dawała strzelbę, to nie bierz; będzie chciała się bić, to się bij. Jak ją zabijesz, to wym z kieszeni klucze, których będzie kilka i nie daj ich gospodarzowi, tylko schowaj dla siebie; odżeń owce, podziękuj owcarzowi, zabieraj się w swoją stronę. Więc on tak zrobił, jak mu przykazano: owce zagnał owcarzowi, płacy żadnej od niego nie przyjął, jeno kawałek chleba na drogę. Od owcarza wyszedł na puszczę i znów spotkał dziadka, który go się zapytał: gdzie teraz pójdziesz? Nie wiem mój dziadusiu, gdzie się teraz mam obrócić Dziadek powiada: Idź na tę górę, będą ta drzwi, weź te kluczyki, które masz i odemknij niemi. Poszedł na tę górę i zrobił tak, jak mu dziadek przykazał. Zobaczył tam w jaskini ubranie bardzo wspaniałe, ubrał się w nie, wsiadł na konia, wyjechał, a za nim wyjechało także wojsko niezliczone. Pojechał na drugą górę i tam zobaczyła go córka królewska. Z tej góry wrócił się na pierwszą, gdzie do jaskini zamknął wojsko to, które wpierw za nim wyjechało. Z tej góry zabrał się i poszedł do miasta królewskiego. Król miał córkę dorosłą; ta powiedziała ojcu, iż za żadnego bogatego nie pójdzie za mąż, tylko za dziada, który chodzi po mieście; a ten młodzieniec był tym dziadem. Tak więc poszła za tego dziada, a ojciec dał jej tylko folwark. Ci szlachcice, których ona nie chciała, wytoczyli królowi wojnę. Córka prosiła ojca, żeby dał jej mężowi broni, to pójdzie go bronić. Dał mu broni, która nie była przez pięć lat czyszczoną, bo król powiedział, że taki zięć to jeno myszy tłuc, a nie wojować. Z tą bronią wsiadł wraz z panem ojcem do powozu i kazał furmanowi jechać do r z e c z ki, gdzie się znajdowały z i a b y (żaby). Kiedy więc stanęli u tej rzeczki, wyszedł z powozu i strzelał do ziab. Pan ojciec się gniewal, że on, miasto go bronić od nieprzyjaciela, to strzelał do ziab. On na te gniewy odrzekł, kiedy się ojciec gniewa, to niech mi da konia, a ja pojadę od ojca precz. Dał mu ojciec konia starego, nieruchawego, siadł na konia zębami do tyłu, wziął ogon w zęby i jechał precz, dop6ki go ojciec mógł dojrzeć. Jak zniknął mu z przed oczu, obrócił się na koniu i jak naleźy jechał precz do gór, gdzie miał swoje wojsko. Przyjechawszy tam, odemknął drzwi, wyprowadził wojsko i jechał ojcu do obrony. Ojca obronił, kraj odebrał, wojsko odprowadził w górę i wrócił do pana ojca. Znowu sześci potentatów rzuciło się na pana ojca, żeby odebrać jego kraj. On jeszcze prosił ony, żeby ona szła do ojca swego, żeby mu dał broni na obronienie kraju. Ojciec na to odpowiada córce: idź precz, przeklęta córko, nie chcę cię widzieć z twoim mężem bo jak pojechał na wojnę ze mną, to bił ziaby, a nie wojował. Jednak, gdy córka zaczęła molestować ojca, tak dał broni, która nie była półtora roku czyszczoną, ale jej powiedział, żeby zięć z ojcem na wojnę nie jechał. Zięć się utrzymać nie mógł żeby z panem ojcem na wojnę nie jechał; poszedł do niego, wsiadł do powozu i kazał znów furmanowi jechać do r z e c z ki, gdzie się znajdowały z i a b y i tam strzelał do nich. Zniecierpliwiony ojciec chciał do zięcia strzelać, lecz ten powiedział do niego: A mój ojcze, bądź cierpliwy, daj mi konia, bym mógł od ciebie odjechać. Dał mu konia młodego, ale bardzo chorego. Zięć odjechał od niego - i pojechał do gór swoich, gdzie do j a s k i n i odemknął kluczami i stamtąd wyprowadził wojsko. Z tem wojskiem przybył na plac boju jak uderzył na nieprzyjaciela. W boju otrzymał ranę, więc przyszedł do króla jako zupełnie obcy i mówi: Daj mi co królu, zawinąć ranę i bo mi się krew leje. Król rozdarł połowę chusteczki i dał mu ją, aby sobie owinął ranę. Po skończonej wojnie, pisze król do wszystkich rycerzy: który był z was na wojnie i zwyciężył nieprzyjaciela, a w dowód tego pokaże mi połowę rozdartej mej chusteczki, którą mu dałem na owinięcie rany, ten dostanie pół królestwa ode mnie. Nikt z rycerzy nie mógł tej połowy chusteczki dostawić i dopiero on głupi zięć dostawił tę chusteczkę. Król ją przymierzył do swojej połowy, a ta się zaraz do niej nadała. Tak tedy król dotrzymał słowa. i oddał mu połowę swego królestwa. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 14:58 Pani tajenmicza z Sośnicy Była jedna sierota i ta miała macochę, która jej nigdy do kościoła pozwolić nie chciała. Jedną razą, sierota ta pasie bydło w lesie; stoi przy sośnie i płacze... Wtem z tej s o ś n i wychodzi pani i pyta się czego by płakała? .Chciałabym iść do kościoła," odpowie sierota, ale macocha mi nie daje. - A dzisiaj pójdziesz?/ Pójdę moja pani, ale kto będzie pasł bydło? i ubrania nie mam./ - Ja ubranie ci dam i bydło paść będę./ Tak, się sierota tutaj modliła gorąco aż tu macocha myśli sobie skąd by ta panna była na nabożeństwie zapytał jej, skądby była, ale ona wcale nic nie odpowiedziała i poszła do lasa. To przybiegła do sośni, rozebrała się pani podziękowała pięknie za ubranie, - i pogoniła bydło do domu. W drugą niedzielę tak samo się stało - leci sierotka do tej pani, która wyszła z sośnice i dała jej ubranie, i powiedziała, że ją jakiś pan wypytywał, skągdby była? Pani jej na to: i dzisiaj tak samo będzie, ale masz z sobą mydło, nici. Jak wyjdziesz z kościoła, to puścisz mydło to i nici i z nich zrobi ci się mgła, a ten pan za tobą nie trafi. Tak też zrobiła. Na trzecią niedzielę tak samo się stało. Szlachcic chciał się koniecznie dowiedzieć o tej tajemniczej pannie, więc przy wychodzie z kościoła. kazał rozlać kufę smoły, spodziewając się, że w tej smole ugrzęźnie trzewiczek onej panny. Tak się tet stało. Ono panisko zabrało z sobą ten trzewiczek, a dziewczyna uciekła o jednym trzewiku do sośni, i stąd jak zwykle, pognała bydło do domu. On pan kazał szukać panny o jednym trzewiczku - i służba jego szukała od domu do domu tej nieznanej panny. Kiedy tak wszędzie szukają, macocha te dziewczynie schowała za dom i przykryła ż ł o b e m. Gdy przyszli do macoszynego domu, wtenczas kogut zapiał: "K u kur y ku, p a n n a s kry t a n a c h l e w i k u. u Dziewczyna zlękła się, a wydobywszy się z pod żłoba, uciekła do lasa. Przez las jedzie powóz - dziewczyna płacze. "Czegóż ty płaczesz," zapytał się ktoś z wozu. "Chciałabym służby" odpowie dziewczyna. Wtem z powozu wychyliła się pani i kazała dziewczynie siąść z sobą. Ta dziewczyna służyła przez trzy lata u tej pani. Po trzech latach dała jej ta pani powóz, cztery konie, lokaja, kilka sztuk bydła i odprawiła ją z tym wianem do domu. Kiedy ten powóz telepał się po różnych drogach, to przed nim p i e s z k o t e m lecieli wołając: "Przed nią brzdęk, za nią brzdęk a we środku złoty pęk. Dziewczyna przyjechała do domu a macocha łasa aby i ona stała się tak bogata kazała jej wszystko opowiedzieć. Wysłała więc swoją córkę do lasa. Kiedy więc zaszła do lasa to znów powóz zajechał i pani tajemnicza zabrała, ją do służby, w której, znów całe trzy lata przebyła. Po trzech latach pani ta dała jej też kilka sztuk bydła bogate ubranie, powóz i odprawiła ją do domu. P i es i k o t leciały za nią, wołając: "Brzdęk przed nią - brzdęk za nią, a we środku węźa łeb. Kiedy powóz zatoczył się przed dom jej matki, ta czem prędzej wybiegła i zapytała się: "moja córko cóż ta masz?" - Córka wskazała na kufer wielki, a matka niecierpliwa zaczęła go otwierać. Wtem z tego kufra wydobyły się węże i matkę wraz z córką pożarły. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 15:10 Nauka czarów Pewien gospodarz parafii Kije chciał się wyuczyć czarów u o w c z a r z y. Ci dali mu taką radę: aby dostał s t r oj n i k a (czółko) od młoduchny, która już ślub wzięła i żeby w tym strojniku było d z i e w i ę ć szpilek; a oprócz tego p o w ą z k ę od cedzenia mleka. Gdy tego dostał i przygotował, owczarze kazali mu przyjechać do siebie i dodali mu rady, aby szedł na t r z y g r a n i c e o godzinie dziesiątej przed północą, a na północek zupełny, aby był w domu. Z tych trzech granic powinien przynieść drzewa o s i k o w e g o. Owczarze nauczyli go przytem jak się ma znajdować na tych granicach. Gdy przyszedł na te granice i nazbierał owego drzewa i z niem szedł tak w tym razie miał natarczywość od furmanów: wołali na niego, aby z drogi ustąpił. On nauczony, nie ustępował; tylko szedł prosto, aż go k o n i e po nogach deptały i dyszel pomiędzy nogi mu wchodził, a on nic nie pytał, szedł dalej i przyszedł na swoją granicę. Zdało mu się naraz, że drugi kolega wołał na niego co mieli razem te rzeczy robić. "Czekaj, " powiada, pójdziemy razem. Wtem o b ej r z a ł się na a tu c o ś u d e r z y go w pysk. Jak go coś potem pochwyci, uderzy o ziemię i tak go biło i co jeno weszło w niego. Gdy razu jednego leżał pod stodołą, coś go pochwycił i wrzuciło na wóz w gnojówkę i dusiło go w tej gnojówce, że go ledwie żona z drugim sąsiadem wyratowała. Potem jak mu się coś stało w głowę tak znowu poleciał na błoto i zaszedł na środek, gdzie na kępie położył się a wtem widzi przed sobą k o n i a okulbaczonego, a pysk u owego konia był c z ł e c z y. Żona jego zawoławszy do siebie drugiego sąsiada, pobiegła tam i zaledwie go z stamtąd wydobyła. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 15:25 Matka Boska uzdrawia syna zbójcy Był zbój w jednym lesie, miał pod ziemi nieznacznie chałupę, a o tym zbóju nikt nie wiedział. Kto jeno przechodził dróżką to każdego zabił. Wlekło się to tak przez piętnaście lat. Pan Jezus i Matka Boska nie mogli dobrem okiem patrzeć na te zabójstwa więc Matka Boska się przebrała, wzięła syneczka na rękę i szła tą drogą naumyślnie. Kiedy tak idzie, wychodzi chłop jakiś i przestrzega: a moja kobieto, nie chodźcie tą drogą, abo jak pójdziecie, to idźcie na prawą, stronę, a na lewą, nie chodźcie. Matka Boska odpowiaduje: a się ta nie boję; pójdę prosto; zabije mnie - to zabije. Poszła po lewej stronie, wlazła w pół drogi - a ten zbój mówi: stój! Matka Boska powiaduje do niego: żeby mi też pan pokazał, którędy tu mogłabym dojść do dworu, ale już wieczór, toby mnie też pan może przenocował u siebie? - Dobrze odpowie zbój. Zaprowadził ją, do swych pałaców i powiada żonie: aby tej kobiecie dać dobre wyspanie, bo ja pójdę do lasa. Zabrał się ten zbój i wyszedł, a zbójowa przywitała ochotnie Matkę Boską i rzecze do niej: witajcie babusiu, źleście trafili, żeście się spotkali z moim mężem, ale ja was już nie puszczę, bo ja bym śmierć połknęła od mego męża. Matka Boska powiaduje,: co będzie ze mną to będzie, każ już pójdę, kiedy mnie noc wielka zastała. On zbój miał jedynego syna, ale był połamany, więc zbójowa nagotowała wody; chce go skąpać i mówi do Matki Boskiej może byście, babuniu wiedzieli o kim, żeby mi tego syna wyprowadził (wyleczył) tobym ja mu dała pieniędzy i coby jeno chciał. Matka Boska mówi: to ja go wyprowadzę, ale mi trzeba innej wody przynieść. Usłuchała zbójowa, a Matka Boska wprzódy wyłożyła swego synaszka i okąpała a potem kazała zbójowej ażeby swego syna znów włożyła w tę wodę. Jak go zbójowa okąpała, a on majt z wody co był wpierw połamany. Jak chulnął z tej wody, skacze po izbie, kazał sobie ładować pieczenie. Temu synowi mianowało się: Ignac Tymczasem zbójowa zasiliła tę podróżną i kazała iść spać. Zbój przychodzi od inszego zabicia po północku i kołacze do tych swoich pokojów. Wstała zbójowa otworzyła mu, a on pyta się: jest tu ta kobieta bo ją trza z a b i ć. Ona odpowiaduje: nie mój mężu kochany, to lekarka jest nad wszystkich lekarzów; jeno kaj chodzili, to nikt Ignasiowi nie potrafił naraić, a ona go dopiero uzdrowiła. Ignasiu wstaj-no ty do mnie w te peda zbój, a Ignaś hajt na równe nogi z łóżka. No moja najdroższa lekarko, co będziesz pani żądać ode mnie , to bierz, bo u mnie beczkami pieniądze stoją. Nie chcę, mój panie, od ciebie ani grosza, za to com się posiliła trochę wdzięcznie d z i ę kuj ę i z tego miejsca występuję. Jak Matka Boska wystąłpiła z tego miejsca, to ją, odprowadził na drogę i rzekł kiedy moja lekarko nie chcesz ode mnie nic żądać, to za to pięknie d z i ę k u j ę i z takich szatańskich nieprzyjaźni już ustępuję. Tak jak Matka Boska poszła se już do nieba i zwlekło się już pół roku, to i ten syn już pomarł, a Matka Boska wzięła go se za stróża do swego synaszka, na pamiątkę, te się to o b Si kąp a l i. Zbój zaś pokutował ciężko za swoje grzechy, ale Pan Jezus wszystko mu darował (przebaczył). Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 15:44 Klementy złodziej oszukuje dibabła Wlazł Klementy na górę, wydarł w strzesze dziurę. Pan go się pyta: Co ty robisz? - Uczę si ę kraść. - Czy mi ukradniesz cztery konie, co ich pilnować będę ode czterech chłopów - Ukradnę panie Pan kazał mocno pilnować. Klementy przebrał się za babę, poszedł do stajnie, prosi o nocleg żeby ją nocować. Chłopi przyjeni taką babkę, a ona mówi tak do nich: moje chłopcy, możebyście wódki się napili? - No dejcie, to sie napijemy! Babka dała im miasto wódki, taki wody na spanie. Chłopy sie napili posnęły, babka złodziej-Klementy, koni wziął, pojechał precz. Rano pan poszedł do stajnie i patrzy - a tu koni nie ma. Wołać Klementego Ukradłeś, Klemeny, konie! - Ukradłem je panie. No, jeieliś taki złodziej, ukradniesz mi kufer, co będzie stał pod mojem łóżkiem?" - Ukradnę, panie. Pan kazał ośmiu chłopom pilnować tego kufra. Klementy przyszed w nocy, wykopał dół pod przycieś, włożył tam koński łeb. Chłopi przecięli siekierą ten łeb myśląc, że to głowa Klementego i poszli spać. Klementy przyszed, zabrał kufer. Wola pan Klementego i mówi do niego: kiedyś taki złodziej mam ja córkę w piekle, żebyś mi ty ją wykradł, tobym ci dał połowę swoich majętności. Klementy przyrzekł, że ją wykradnie. Wybrał się w podróż do piekła i wziął z sobą: kredy i wody święconej, łańcuch, tyczki, konia, wózek. Jedzie - leci z aj ą c i pyta się Klementego: "Gdzie ty jedziesz?" - "A co ci kpie do tego odpowie Klementy. Na to zając: "weź mię z sobą, mogę ci się na co przydać. Siadaj-Klementy jedzie dalej, wtem wyleciala w e w i ó r k a i mówi: czekaj, weź mię z sobą, mogę ci się na co przydać. Siadaj odpowie Klementy. Jedzie Klementy dalej, a tu leci mucha i mówi; weź mię z sobą, mogę ci się na co przydać. No to siadaj odpowie Klementy. Przyjechał pod piekło, mierzy ręką plac i mówi: A tu będzie kościół. Wyleciał djabeł i powiadnje: co ty tu chcesz? Będę kościół stawiać odpowie Klementy. Co chcesz, damy ci odpowie djabeł, ale tu kościoła nie stawiaj. No to zgoda. Mam ja tu siostrę w piekle, oddajcie mi ją to tu nie będę kościoła stawiał. Powiadaj, która twoja odpowie djabeł, to ci ją oddamy. Ja sam nie poznam, ale mam jeszcze tu siostrzyczkę, ta skoro padnie na głowę jednej z tych panien, które się tu w piekle znajdują to ta jest moją, siostrą." Wyleciała. m u c h a, padła na głowę jednej z panien, Klementy pannę zabiera i jedzie. Żal się zrobiło djabłu, więc goni Klementego , a skoro go dogonił, tak się do niego odzywa: Czekaj, będziemy na tę pannę grać tak: który pierwszy na tę górę wyskoczy, tego panna będzie. Klementy djabłu odpowie: ja nie wyskoczę, mam ja tu o j c a , który już żółty od starości i ten za mnie skakać będzie. Puścił więc Klementy z aj ą c a, ten wprzód od djabła na górę wyskoczył. Rozdałmy tem djabeł poleciał do piekła i opowiedział drugim towarzyszom, że zając stary przed nim wyskoczył na górę. Więc inny znów djabeł oświadczył swoim towarzyszom, ze pójdzie grać z Klementym na tę pannę. Kiedy dogonił Klementego powiada: Czekaj, będziemy na tę pannę grać. Który wprzód na to drzewo wyskoczy, to tego panna będzie. Ja nie wyskoczę, ale mam taką, m a t k ę, która wprzód na to drzewo wyskoczy." Klementy puścił w i e w i ó r k ę, a ta wprzód od djabła na to drzewo wyskoczyła, a więc drugi djabeł przegrał. Wyleciał z piekła trzeci djabeł i kiedy dogonił Klementego tak się odezwał: Czekaj, będziemy grać na tę pannę. Który wyżej tą z a w o r ą o d p i e kła frygnie, tego panna będzie. Klementy wziął zaworę do ręki, spojrzał w górę i mówi tak: bracie kowalu, wyciągnij rękę z nieba, weź tę zaworę żelazną, będziemy robić gwoździe i nimi djabłom w głowy wbijać. Przeląkł się ten trzeci djabeł i czmychnął na zawsze do piekła. Klementy oddał panu wybawioną z piekła; córkę, a pan dał mu ją za żonę i za nią połowę swych majętności. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 15:52 Mądry podział Pewien chłop miał się bardzo biedno, że nie miał co jeść, tylko za cały dobytek miał jednę gęś i tę upiekł, ale zaniósł ją potem do dworu na prezent panu. Pan był bardzo kontent z tego prezentu i powiada do chłopa: jest w moim domu sześć osób, podziel nas wszystkich bez krzywdy. Chłop dzieli tak: samemu panu głowa, bo pan jest głową domu; pani ogon, bo się jeno wałęsa po domu a dwiema synom po nóżce, żeby temi dróżkami biegali, któremi sam pan ubiega z gospodarką, dwiema córkom po skrzydełku, żeby porosły, za mąż wyszły, ojcu głowy nie kłopotały, a do mnie należy ten tułów bom biedny. Czym podzielił bez krzywdy zapytał chłop. Pan mówi: "bardzo dobrze" - udarował go potem zbożem i tem, co chłopu było potrzeba. Chłop drugi, bogaty, dowiedział się i upiekł pięknie 6 gęsi i poniósł do dworu w prezencie, myśląc, że i on dostanie zbożajak i ten biedny. Pan mówi do niego: "No, podziel nas temi gęsiami bez krzywdy. '" Chłop powiada: nieby było sześć gęsi, tobym każdemu dał jednę, ale pięć, to nie wiem jak dzielić. A Pan mówi: że trzeba iść po tamtego, który jedną gęsią wszystkich podzielił, a ty pięć podzielić nie umiesz. Posłano więc po biednego chłopa, który gdy przyszedł, tak te pięć gęsi podzielił: pan, pani i gęś to troje będzie przez krzywdy. Synowie oba i gęś, to troje będzie przez krzywdy. Córki obie i gęś, to troje będzie przez krzywdy. Ja jeden i dwie gęsi, to nas troje będzie przez krzywdy. Pan się bardzo z tego podziału ucieszył że ich wszystkich zarówno podzielił, obdarował biednego jeszcze bardziej, a bogatemu za łakomstwo kazał dać 10 rózek. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 16:20 O chłopie łgarzu Jeden pan przyszed do stodoły, kaj chłopi młócili, przyniós pełną czapkę pieniędzy i mówi: Jak kto to będzie łgał - ten będzie pieniądze brał. Czy prawda, panie? - prawda. Jeden z tych chłopów powiada: zrobiłem wysoką drabinę, wlazłem do nieba - Czy prawda, panie pyta- Prawda. Drugi: chcą mię z nieba koniecznie zepchnąć, jak zacząłem latać, szukać, znalazłem dużą kupę jęczmiennych plew, ukręciłem długi powróz, i spuszczałem się. Powróz był krótki, urwałem go u wierzchu, nadstawiłem u dołu, leszna mi go zabrakło i jakem upadł, tak wpadłem na trzy łokcie w ziemię; kręciłem się, wywieść nie mogłem; poleciałem do domu, przyniosłem rydla wykopałem dziurę. Czy prawda panie? Prawda. Trzeci chłop zaczął tak cyganić: pasłem pszczoły, przygnałem je do chlewa, uwiązałem na powrozie, został mi jeszcze jeden powróz. Zginęła mi jedna z tych pszczół, poleciałem na łąkę, ta jadła w takiej dużej trawie jak las; jak weznę kija - zabiłem ją, wziąłem siekiery rozćwiartowałem; mięso z tej pszczoły ważyło sto funtów. Sprzedałem mięso kupię sobie wieś. Czy prawda panie. Prawda. Czwarty chłop zaczął łgać: leciałem do lasa, zobaczyłem ptaki pieczone w wierzbie, chciałem włożyć rękę tam - nie mogłem, chciałem włożyć nogę - nie mogłem, włożyłem głowę - wyjąć nie mogłem; poleciałem do domu, przyniosłem siekierę wyrąbałem się. Czy prawda panie - Prawda. Piąty chłop tak zaś łgarstwo swe zakończył, wracałem do domu, widziałem co nieboszczyk ojciec pański tam na błoniu pasł świnie; ogromnie się zasmarkał. A pan uderzył go zaraz w twarz. Kłamiesz chłopie. Wygrałem panie, bo pan powiedział: że kto będzie łgał, ten będzie pieniądze brał. Ja łgał - to pieniądze moje. Tak ten pan dał chłopu pięniądze. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 16:25 O smoku w lesie Smokówce Był za dni dawnych s m o k w lesie Smokówce, leżącym pomiędzy lasem włościan wsi Rembów, a lasem wsi Lipy. Smok ów, wychodził z lasa i zjadał bydło, a gdy mu tego lub jakiej gadziny nie starczyło, to zastępował ludziom i tych zjadał. Ludzie z Rembowa zgromadzili się, uradzili między sobą, ażeby co dzień z kolei zaprowadzać bydlę jedno dla tego smoka, aby ludzi nie napastował. Gdy tedy kolej wypadła. na jednego biednego szewca, aby zaprowadził tam cały swój majątek - ostatnią krowę, szewc ów ulegając konieczności postanowił przy tej sposobności i smoka samego stracić. Postarał się o proch, zaprawił nim krowę, którą wpierw zabił i tak zaprawioną prowadzi przed ową jaskinię. Smok wychodzi z jaskini, zjada podprowadzoną krowę, potem bidy pić wodę do owej rzeki, którą dziś zowią S u c h ą-N i d ą. Gdy się już wody napił do lasu wraca do jaskini się kładzie się na leżysku. Wtem rozpękł się i dym okropny wyszedł z tego lochu. Przez kilka czasów ludzie bali się wchodzić do tego miejsca, nareszcie jeden odważny uzbroiwszy się dobrze wszedł tam - lecz nic już nie znalazł, tylko zapadlinę w tym miejscu, gdzie była jaskinia. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 16:34 O królu Kazimierzu Wielkim Król Kazimierz Wielki przejeżdżając po kraju, trafił na jednego malca, który ojcu swemu niósł obiad. Zapytuje się król. Cóż tam chłopcze niesiesz ojcu na obiad? Zgadnijcie! jak zgadniecie, to wam powiem. Król zgaduje: może kaszę, może kluski, może rosół, może mięso, a na ostatku powiada król to pewno p r a z u c h y. Zgadliscie" odpowiada chłopiec. Teraz chłopcze zgaduj po kolei kto ja jestem pyta się król. Chłopiec zgaduje: możeście ekumon, albo darczyńca albo sam pan i a może półkownik , albo jaki starszy. Nie. A przecieieście ta nie król bo nasz tatuś zabili wczoraj króla (królika) na obiad. Zgadłeś chłopcze. Chłopcze, czyśta nie widział gdzie zająca Widziałem, ale strasznie raźny. Król powiada: moje psy go złapią. Ej złapią go tam, złapią. Wasze psy takie cienkie, mają tatuś takiego g r u b e g o psa, co od razu zaźre donicę kapusty, a nie może zająca złapać." - "No, pokaż, kaj on (zając) siada?" zapytał król. Chłopak pokazał. Psy królewskie, c h a r t y, skoczyły i złapały zająca. Chłopak powiada: całujcie go w ... żeście go (po mojem pokazaniu) z bliska podeszli. Spodobał się on chłopak królowi, więc go zabrał z sobą na dwór i uczynił go wielkim panem. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 16:36 O kamieniu ze złotym napisem W dawnych czasach żyli w mieście Wiślicy księża, i tym było dozwolono od króla wieszać złodziejów na szubienicy na polu, które do dzisia-dnia nazywa się szubieniaca. A był jeden człowiek taki w tych czasach, co wyrobił kamienia. Potem sprowadził pisarza do tego kamienia, który wypisał z ł o t e m i l i t e r a m i na tym kamieniu te zdarzenia (wieszania P) i ten kamień w wodzie u t o p i ł w jeziorze, które znajduje się kole Wiślicy. Kto się puszcza wodą i da nurka, w tym jeziorze - ten znajduje ów kamień. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 16:38 N oc sre b rn a śniegiem , w ia tr m roźny dm ucha. N a sk rzy p ca ch zim y gra zaw ierucha, K łębam i śniegu w o k n a u derza, To coś zaszep ce, jakby z pacierza, To się rozjęczy n utą żałosną, Ja k b y tę sk n iła za cudną w iosną, To znów na chw ilę płacz sw ój uciszy I gw iazd m iljonem błyśnie w tej ciszy. Jak że to miło w wieczór zimowy W cieple zacisznej siedzieć alkowy; W piecu się ogień dopala właśnie, W ciemnej czeluści mignie, to zgaśnie, Sypie iskierki czerwone, złote, W sercach nieznaną budzi tęsknotę Za czemś minionem, za czemś dalekiem , Za dawnym światem , za dawnym wiekiem . Zimową nocą w alkow ie starej Um arłych czasów snują się m ary, W wielkim fotelu, z p rzed stu lat może, W słuchał się dziaduś w zam ieć na dw orze; Jak b y ustam i jakiegoś ducha Głos mu wichury gada do ucha, 0 tem , co było, co się prześniło, Co już — od kiedy! -— śpi pod m ogiłą... 1 nagle dziatw a przypadnie z w rzaw ą: — Powiedz nam, dziadziu, bajkę ciekaw ą! — Ja k szedł Twardow ski do piekieł bram y? — O, nie, dziadziusiu! Znamy to, znamy! — W ięc o Madeju, co zbrodnie know ał? — Ach, wiemy: M adej odpokutow ał! — To o Kopciuszku w zgrzebnej odzieży? — Napamięć umiem, niech dziadziuś wierzy! — No, to już nie wiem, co rzec w tej sprawie — Powiedz nam, dziadziu o... o W arszaw ie! Pochylił dziaduś głowę zmęczoną, Ale mu w oczach iskry zapłoną, Strudzone serce mocniej kołata, Bo swej młodości przypomniał lata: Jak to w ulicach starej W arszawy Gonił za widmem rycerskiej sławy, Ja k każda cegła, każdy głaz w murze W skrzeszały przeszłość w złocie, w purpurze Na szarej Wiśle, na mętnej fali Piosnka syreny ulata wdali, W zapadłych w ziemię lochach zwaliska Zly bazyliszek ślepiami błyska, Męczeńska Praga krw ią się zalała, W królewskim zamku łka Dama Biała... A nad główkami dzieciaków grona Cudowny Chrystus wznosi ram iona... Dali mu malcy myśl do gawędy: Starej Warszawy stare legendy... Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy (Warszawskie) 14.09.15, 16:41 LEGENDA O WARSZAWSKIEJ SYRENCE — A w idzieliście ją, tę sy ren ę niby, kum ie Szym onie? — W idzieć nie w idziałem , kum ie M ateuszu, bo drzew a p rz e sła n ia ły ź ró d ełk o , a bliżej podejść bałem się jakości, alem słyszał, jak śpiew a. — A lb o żto sy ren y śp ie w ają? — J a k ż e to ? N ie w iecie o tern, kum ie M ateu szu ? śpiewają! I jak jeszcze! G łos to ci się ta k rozchodził po Bugaju, po W iśle, hen, aż za rzek ę, jakoby w łaśnie dzw onek sre b rz y sty dzw onił. S łuchałbyś dniem i nocą. — No, i co d a le j? Co d alej? — A no, nic dalej. Słuchałem , słuchałem , lubość mi się jak o w aś ro zp ły w ała po kościach, aż w końcu śpiew anie u cich ło : w idać sy ren a schow ała się na nocleg w źródełku, bo już i słońce zachodziło, a ja pow lokłem się do chaty, alem c a łą noc spać nie mógł, inom o tej syrenie rozm yślał. — C iekaw ość! W a rto b y ją w ypatrzeć, zobaczyć. — A le ja k ? Toć, jeśli nas ujrzy, — um knie i skryje się w w odzie. A zresztą, m oże to i grzech przyglądać się ta k o w ej stw o rze niechrzczonej i kuszącego jej śpiew ania słuchać. — G rzech nie grzech, — niew iada! N ajlepiej zapytać o to ojca B a rn ab y , p u steln ik a. To człek m ądry i pobożny: on pow ie i n auczy, co czynić nam należy. — R z eteln ie m ów icie, kum ie M a te u sz u , chodźm y do p u ste ln ik a B arn ab y , — A no, to i chodźm y! R yby p rz e z te n czas z W isły nie u ciek n ą, a m y się od du ch o w n ej oso b y p rz e ró ż n o śc i dow iem y. T ak ro zm aw iali z sobą dw aj ry b a c y z n a d W isły w ow ych zam ierzch ły ch czasach , gdy n a m iejscu dzisiejszej W arsz aw y , a w łaściw ie jej P ow iśla, le ż a ła n ie w ie lk a ry b a c k a osada, o to czo n a gęstem i lasam i, w k tó ry c h roito się od g ru b eg o zw ie rz a : łosiów , tu ró w , w ilków i nied źw ied zi. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy (Warszawskie) 14.09.15, 16:46 — W ięc p o w iad acie, że śp ie w a ła ? — A juści! śp ie w a ła ; g ad ałem p rz e c ie . — Hm! I c z ę sto se ta k p o d śp ie w u je ? — A co dnia! J a k tylko słoneczko B oże m a się k u z a c h o dowi i czerw ien ią a zło tem p o m aluje W ise łk ę , w ra z ci się na B ugaju jej p io se n k a rozlega. — I długo też n u c i? — Do zachodu. J a k się ino ciem no zro b i n a św iecie, już jej nie słychać. — T o nocam i nigdy ze ź ró d ła nie w y c h o d z i? — Czy w ychodzi, czy n ie w ychodzi, teg o ja nie w iem , ale przepom niałem p o w ied zieć, że w p e łn ię m ie sią c a te ż śp iew a. N ieraz m nie ze snu b u d zi b la sk k sięży co w y , co do ch ału p y zag ląd a: sia d am se n a po słan iu , aż ci tu odgłos jakow yś d o lata z d a le k a ; jak b y sk o w ro n ek , jak b y dzw o n ek , jakby sk rzy p ec zk i lip o w e: to ona. — O to mi chodziło w łaśn ie. W ięc trz e b a ta k z ro b ić ... T u ojciec B a rn a b a zad u m ał się na długą chw ilę, a obaj ry b acy czekali w skupieniu, aż nam yśli się, co poradzić, O jciec B a rn ab a był to sta rz e c w ysoki, chudy, siw obrody, łysy jak kolano, odziany w długą sam odziałow ą opończę. Na pom arszczonem jego obliczu rysow ały się pow aga i dobroć. W szy scy trzej siedzieli p rz e d budką pustelnika, na ławie, uczynionej z dw óch pieńków , na k tó ry ch położono zgruba o b cio san ą d esk ę. B yło to lipcow e popołudnie i cudnie było w boru, pachnącym żyw icą i kw iatam i. P tak i śpiew ały rad o śn ie, pszczoły w esoło brzęczały, a zielony dzięcioł w czerw onym k a p tu rk u stu k a ł dziobkiem , jak młotkiem, w korę rozło ży steg o d ębu i w ydłubyw ał robaki. A ojciec B a rn ab a nam yślał się, nam yślał, aż rzecze: — W ięc trz e b a ta k zrobić: w pełnię m iesiąca w ybierzem y się w e trz e c h do źró d ełk a; n a odzienia nasze naczepić należy gałęzi św ieżo zerw anych, najlepiej lipowych, kw iatem okry ty ch , żeb y sy ren a człow ieka nie poczuła, bo się nie p o k a ż e ; zaczaim y się p rzy sam em źródle, a gdy wynijdzie i śp iew ać zacznie, w te d y zarzucim y na nią sznur, spleciony z cien k ich w ite k w ierzbow ych, św ięconą w odą skropiony, ile, że tak ieg o żad en się czar nie im a; zw iążem y i miłościwemu księciu na C zersk u zaw ieziem y w darze. Niech ją na zam ku trzy m a i niech m u w yśpiew uje. A le uszy w oskiem m usim y sobie zatk ać, żeby jej n arz e k a ń i lam entów nie słyszeć, bo inaczej serce w nas tak zem dleje, że nie będziem y m ieli m ocy w ziąć jej w niew olę. S ro d ze jest żałościw e sy ren ie śpiew anie. — T a k jest, jak m ów icie, ojcze B arnabo; w iem ci ja o tern, bom te piosenki słyszał. Ż aden miód, by najprzedniejszy, ta k człowieka nie upoi, jako on głos syreni. W ięc ted y do pełni m iesięcznej? — T ak jest, do pełni. I rozeszli się w sw oje strony. R ybacy n ad W isłę do zarzu co n y ch sieci, a ojciec B arnaba na modlitwy Tam , gdzie dziś n a d sam em p ra w ie w y b rz e ż e m W isły, poniżej sta ro ż y tn y c h kam ien ic S ta re g o M ia sta, ro zciąg a się ulica, Bugaj zw ana, p rz e d w ielu, w ielu la ty szum iał las zielony, odw ieczny. W lesie tym , z p a g ó rk a , w zn o sząceg o się n a d rz e k ą , tr y skało źródło i ro zlew ało się w g łęboki, b y stro p ły n ą c y p o to k . N ad p o to k iem rosły b iało k o re brzo zy , w ie rz b y p o k rz y w ione m aczały w nim długie gałęzie, k w itn ę ły p o ln e róże, i n iezap o m in ajk i hafto w ały n ieb iesk ie m i k w ia tk a m i zielony tra w k o b ie rz e c . W ty m to p o to k u m ieszk ała w łaśnie sy ren a. Była pięk n a, pogodna noc m iesięczna. S re b rz y s ta p ełn ia żeg lo w ała p rz e z b łęk itn e, u sia n e g w iazdam i n ieb o i p rz y g ląd ała się ziem i uśpionej, lasow i i źródłu. A le w lesie nie w szy scy spali. Z za b rzó z i w ierzb, sto jący ch n a p o to k iem , w id ać było trz y sk u lo n e p o sta c ie . P rz y c u p n ę ły one, w śró d k rz a k ó w gęsty ch , i ciekaw em i o czym a sp o z ie ra ły w w o d ę p o to k u , m ieniącą się sre b rz y śc ie od b la sk ó w ta rc z y m iesięczn ej. Byli to dw aj ry b acy , S zym on i M a teu sz, i p u ste ln ik , ojciec B a rn ab a. N agle z w o d y w y n u rz y ła się p rz e c u d n a p o sta ć . B y ła to d ziew ica nadziem sk iej u ro d y ; w św ie tle m iesięc zn em w id ać ją b yło d o sk o n a le. M ia ła długie k ru c z o c z a rn e w łosy, p ie rśc ie niam i sp ływ ające na białą, jak z m arm u ru w y rzeźb io n ą s z y ję ; szafirow e jej oczy, w zniesione k u pełni, p a trz y ły dziw nie przejm ująco i sm utno, a o zd o b io n a lekkim ru m ie ń cem tw a rzy czk a ta k im tc h n ę ła czaro d ziejsk im uro k iem , że p rzy g lą d a jącym się jej ry b ak o m aż se rc a zam arły ze w zruszenia. S y re n a chw ilę trw a ła w m ilczeniu, z a p a trz o n a w niebo i w gw iazdy i oto w ciszy te j czaro w n ej nocy zadźwięczał śpiew ta k pięk n y , ta k k ry ształo w o czysty, że zdaw ało się, iż i księżyc, i gw iazd miljony, i ziem ia, i niebo zasłuchały się w niego do niepam ięci. W tern z k rzak ó w , cicho, b ez szelestu, w yskoczyły owe trz y p o sta c ie — i nie ta k szybko rzu ca się ryś drapieżny n a p rzeb ieg ającą łanię, jak oni rzucili się n a sy ren ę, sk rę pow ali ją pow rósłem , z w ite k w ierzb o w y ch splecionem , i w yciągnęli z w ody na m uraw ę. P ró ż n o się sz am o tała nieszczęsna, próżno ich ludzkim a cudnym zak lin ała głosem . G łos te n w zruszyć ich nie m ógł, gdyż, w ed le rad y ojca B arn ab y , uszy m ieli w oskiem szczelnie z a tk a n e . — Co te ra z p ocząć? Co z n ią po cząć ? — jęli się p y ta ć obaj ry b acy zdyszanym , g orączkow ym głosem. — Co p o c z ą ć ? — rzek n ie p u ste ln ik — p o czekajcie, z a raz w am pow iem : Nim ją do Je g o M iłości księcia na C zersku zawiezieni, a w ieźć p rzecież nie będziem po nocy, zam kniem y syrenę w o borze, a pilnow ać jej będzie S taszek, pastuch gromadzkiego bydła. S k o ro św it zaś, w óz drab iasty sianem w ym ościm i jazda do C z ersk a! D obrze m ów ię? — D o b rze m ówicie, ojcze B arnabo, m ądrze m ów icie! Miesiąc świeci! tuż nad polanką, gdzie rybacy złożyli skrępowaną syrenę, i widać ją było wybornie. Do pasa była to, jak się już rzekło, panna na podziw urodziw a, od pasa zasię ryba srebrzystą łuską błyszcząca. Leżała biedna bez ruchu, z zaw artem i cudnemi oczyma, ręce wzdłuż ciała opuściwszy, i tylko rybi ogon, długi a giętki, uderzał kiedy niekiedy w ziemię, zupełnie jak u wyjętego z w ody k arp ia lub szczupaka. — Czas nam w drogę — przem ówił pustelnik — bierzcie j ą ! Szymon i M ateusz dźwignęli syrenę i ponieśli ją w stronę wioski Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 16:49 -— Otwieraj, Staszku! — Otwierajno co prędzej! Cóż to ? Zarżnęli cię zbóje, że się nie ruszasz? — Nie gramol się, gamoniu! skórzej! skórzej! I rozległy się głośne uderzenia krzepkich pięści Szymona i Mateusza we w rota obory, oni to bowiem, w raz z pustelnikiem Barnabą, dobijali się uporczywie do wielkiego, drewnianego budynku, w którego ścianach, przez wyrzezane otwory, widać było rogate łby i mokre pyski licznych krów. — A co tam ? Kto tam ? Toć idę już, idę! A któż to tam tak łomoce po nocy? Pali się, czy co takiego? Zaszurgał ktoś bosemi nogami, odezwało się szerokie ziewnięcie, w ciemnościach niepewna ręk a szukała zawory, znalazła ją, otwarła, skrzypnęły w rota — i z m roku wynurzyła się gibka, młodzieńcza postać pastucha Staszka. — W szelki duch Pana Boga chwali! A czego to chceta, ojcze Barnabo i wy Szymonie i Mateuszu? — Cichaj! Syrena! O, widzisz? Syrena! Złapaliśmy ją ! Niechaj tu przeleży do ra n a ! O świcie do Czerska ją zawiezieni, do księcia! — Syrena? Jezusie, M aryjo! Prawda! Jakaż ona śliczna! — Nie prawiłbyś byle czego! Śliczna! Czarownica, wiadomo! Taka ci najcudniejszą postać przybierze, aby tern łacniej otumanić chrześcijańską duszę. — Boże miły! Prawdę mówicie? To ona chrześcijańskie dusze tumani? I cóż ja mam z nią zrobić? — Pilnować do zorzy! Ale pilnuj bezustanku. Nie zdrzymnij się. Uważaj, żeby postronków nie zerwała, bo ucieknie. — Ha! Każecie pilnować, to będę pilnował. A kiedyż po nią przyjdziecie? — Mówilim. Skoro świt. Teraz ją polożym w oborze, niech leży. — A ty, Staszku, pam iętaj: oka z niej nie spuszczaj! Patrz i patrz! Na twoją głowę ją zdajem. — Już wy się nie bójta! Umiałem sobie dać rady z graniastym byczkiem, choć beskurcyja zły, jak sam djabeł, to i z syreną poradzę. — No, to bywaj zdrowy! Będziem tu z powrotem, ino patrzeć Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 16:55 Staszek został sam na sam z syreną. Leżała ona pod ścianą obory, na wprost jednego z otworów okiennych, w przeciwległej ścianie wyciętych, a Staszek siadł naprzeciwko i tak, jak mu rozkazali, patrzył w nią bacznie, i oczu z dziwowiska nie spuszczał. Miesiąc świecił w ten otwór ścienny mocnym blaskiem i osrebrzał cudną twarzyczkę syreny, w której to twarzyczce jaśniały, jak gwiazdy, modre, wilgotne od łez, przesmutne oczy. I nie cniło się Staszkowi spozierać tak nieustannie na syrenę, bo nigdy, nigdy, jako żywo, nie widział podobnie urodziwego lica i źrenic rów nie głębokich, przepastnych i czaru zaziemskiego pełnych. I nagle — syrena spojrzała na Staszka swemi czarodziejskiemi oczami, uniosła przepiękną, opierścienioną zwojami czarnych włosów główkę, otw orzyła koralow e usteczka i zaśpiewała. Zaśpiewała jakąś piosenkę bez słów, piosenkę tak cudną, że drzew a za oborą przestały szumieć, a krowy łby ciężkie od żłobów zwróciły w jej stronę, żuć przestały i zasłuchały się w oszołamiającą pieśń syreny. Staszek był nawpół przytomny. Jak żyje nie słyszał nic podobnego. Śpiew syreny grał na jego sercu tak, jak gra wiosna na sercu każdego człowieka. Uczuł, że dzieje się z nim coś dziwnego, że jest jakiś lepszy, jakiś mądrzejszy, że otwierają się przed nini światy, o których nigdy dotychczas nie pomyślał, światy pełne aniołów i cudów. A syrena nagle spojrzała wprost w oczy Staszka i rzekła: — Rozwiąż mnie! Nie zawahał się ani na chwilę. Podszedł ku syrenie i kozikiem rozciął krępujące ją postronki. A dziwowisko ślicznemi rączkami objęło go za szyję i szepnęło: — Otwórz wrota i chodź za mną. Usłuchał. Otworzył wrota naścieżaj i czekał, co się stanie. Nie czekał długo. Syrena uniosła się ze słomy, na której leżała, i skacząc na swoim rybim ogonie, przeszła przez wrota i skierowała się w stronę Wisły. Szła i śpiewała. Krowy wyciągnęły za nią łby i poczęły ryczeć żałośnie, drzew a szumiały do wtóru piosence syreniej, a szumiały tak smutnie, aż niebo drobnemi łzami sypać jęło i zachmurzyło się ponuro. A Staszek, jak urzeczony, szedł za nią, szedł za nią, bez woli, bez myśli. Ustał deszcz, wybłysnęło słońce; z chałup wychodzili ludzie i ze zdumieniem patrzyli na widok tak nadzwyczajny. A syrena szła i śpiewała. A gdy już była tuż, tuż nad brzegiem Wisły, odwróciła się, spojrzała ku wiosce i zawołała na głos cały: — Kochałam cię, ty brzegu wiślany, kochałam was, ludzie prości i serca dobrego, byłam waszą pieśnią, waszym czarem życia! Czemuż wzięliście mnie w niewolę, czemuż chcieliście, abym w pętach, w więzieniu, na rozkaz książęcy śpiewała? Śpiewałam wam, ludzie prości, ludzie serca cichego i dobrego, ale na rozkaz śpiewać nie chcę i nie będę. Wolę skryć się na wieki w fale wiślane, wolę zniknąć z przed waszych oczu i tylko szumem rzeki do was przemawiać. A gdy przyjdą czasy ciężkie i twarde, czasy, o których nie śni się, ani wam, ani dzieciom i wnukom dzieci waszych śnić się jeszcze nie będzie, wtedy, w lata krzywdy i klęski, nadziei, o sile, o zwycięstwie. A tu tymczasem, pędem od wioski lecą ku brzegowi obaj rybacy i pustelnik stary i krzyczą: — Łapaj, trzymaj, nie puszczaj! Ale! nie puszczaj! Już ci syrena chlup! do wody, a za nią w te pędy Staszek. Skoczył, wychynął z rzeki, rozejrzał się dokoła, zawołał: — Bóg z wami! I zniknął. Minęły lata i wieki. Na miejscu wioski — miasto powstało, ludne, bogate, warowne. A miasto owo, później stolica, na pamiątkę dziwnej przygody z syreną, wzięło ją za godło swoje, i godło to po dzień dzisiejszy widnieje na ratuszu Warszawy. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 16:57 Kościół NMP Przed latami, przed dawnemi, Pewien młynarz żył w tej ziemi, A gdzie mieszkał? Prosta sprawa: Tam gdzie stoi dziś Warszawa. Domek miał nad W isłą szarą, Cieszył się koników parą, Czwórką wołów pracowitych, Kur i kaczek rozmaitych W ielkiem m nóstwem ... A miał przytem Młyn zapchany zawsze żytem I pszenicą... Z tego zboża, Ani długo, ani krótko, M łynarz mąkę m ełł bielutką I sprzedaw ał aż za morza. Dobrze płacił cudzoziemiec, Anglik, Francuz, Szwed, czy Niemiec, Za tę mąkę życiodajną, T aką smaczną, choć zwyczajną. Polskie zboże żną parobcy, Polski m łynarz mąkę miele, z tej mąki mają obcy Pszenny kołacz na niedzielę. W ięc nasz młynarz, z łaski nieba, Ze się trudził najgoręcej, Miał dla siebie dosyć chleba, Miał dla biednych jeszcze więcej; A ponadto w kutej skrzyni Codzień się przybytek czyni. Srebrny talar przy talarze Leżą sobie w zgodnej parze, Złoty dukat przy dukacie Podzwaniają w cichej chacie. Aż talarów i dukatów Tyle razem się zebrało, Ile wiosną w łąkach kw iatów — I to jeszcze pewnie mało! Od Warszawy ku Gdańskowi Można niemi szlak wymościć... Więc bogactwa młynarzowi Mógłby książę pozazdrościć! Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 16:59 Szumi stary młyn nad rzeką I trajkoce i terkoce. Młynarz patrzy, hen, daleko I w źrenicach łza migoce. aka piękna, tak a młoda, Siedzi w izbie młynarzowa, Czemuż ćmi się jej uroda? Czemuż smutna, gdyby wdowa? Skąd ten sm utek i tęsknota? Skąd te w oczach srebrne łezki, Gdy w alkierzu tyle złota, Gdy tak jasny strop niebieski? Są na niebie dla nich chm urki: Ni im syna, ni im córki! I cóż przyjdzie z bogactw w domu, Choćbyś pereł wór zarobił, Gdy zostawić niema komu, Czego człek się pracą dobił. Nic dziwnego, że się łzami Zalewają młynarzowie, Boć są sami, zawsze sami, Czy w robocie, czy w alkowie! Czy dzień zwykły, czy to święto, Czy m rok idzie, czy blask świta, Nikt ich buzią uśmiechniętą Przez okienko nie powita. Rozchylając ustek wiśnie, Nie zagwarzy, jak to dzieci, I tatusia nie uściśnie, I do mamy nie przyleci Głucha cisza w długie noce I w dzień cisza na dom spada, Tylko stary młyn turkoce I z wiślaną falą gada. Gdybyż w domku życia kwiecie: Jedno dziecię! Jedno dziecię Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 17:01 Po robocie całodziennej, Hołd złożywszy świętym Pańskim , Spać się kładzie młynarz senny W swoim domku nadwiślańskim. A nim do snu się ułoży, Przed obrazem kornie klęka, Gdzie z Dzieciątkiem w glorji Bożej Przenajświętsza lśni Panienka. I tak blaga i tak prosi 0 dziecinę dla swej chaty, Ku niebiosom głos podnosi, 1 duch w niebo mknie skrzydlaty. Zda się, płynie w pozaświecie Swe zwierzając Bogu żale: Daj mi, Panie, małe dziecię, Bym je chował ku Twej chwale! Noc gwieździsta dookoła Szatą m roku świat osnuwa, A pod domkiem straż anioła Nad snem dobrych ludzi czuwa. Śpi nasz młynarz utrudzony A wtem: Boże! Jakież cuda! Czy to niebios sen wyśniony? Czy to tylko zmysłów złuda W płaszczu modrym, jak niebiosa, Cała w blaskach, gdyby zorza, Jasnooka, złotowłosa Przed nim staje M atka Boża! A gdy pada na kolana, W skroś radością wielką zdjęty, Głos Jej słyszy: „Wielbij Pana, Bo twój pacierz w niebo wzięty W zięty w niebo, usłyszany, Czlecze dobry, pracowity, Więc gdy wstanie świt różany I wyblyśnie na błękity, Idź po samym W isły brzegu Od swojego domku proga, A gdzie ujrzysz w zgórek w śniegu, Zbuduj kościół na cześć Boga. Bo ci mówię w tej godzinie I nasz Stwórca tak uczyni, Że nim jeden rok upłynie, Ochrzcisz synka w tej świątyni. W prawdzie, w szczęściu, w łasce Bożej, Mając w sercu cnót prom ienie, Twoje plemię się rozmnoży Po dziesiąte pokolenie." Cudna postać się rozpływa, Jak marzenie, jak mgła lekka, Młynarz ze snu się porywa, — A już niebo świt obleka Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 17:02 Idzie młynarz W isły brzegiem, W śpiewem ptaków ranek gwarny; Gdzież tu wzgórek kryty śniegiem, Gdy na świecie lipiec skwarny? Fale zboża wietrzyk wzdyma, Słonko parzy, świecąc cudnie Toć daleka jeszcze zima! Toć na śniegi mroźne grudnie! A le w wierze niepożytej Nie zawaha się na chwilę, Bo, co spojrzy na błękity, Coś mu w sercu szepce mile: Niech cię trudność nie przeraża, Kto nie sieje — ten nie zbiera, Szczera wiara cuda stwarza, Góry nosi w iara szczera! Ju ż przybliża się południe, N agle: istne dziwowiska ! Patrz, młynarzu, jakże cudnie Bliski wzgórek srebrem błyska Na szczyt wzgórza młynarz bieży I przyklęka oniemiały A tam śniegu obrus leży, Obrus śniegu, zimny, biały. Cud się spełnił z woli nieba, W ięc ku czci Jej nieustannej, Teraz prędko, prędko trzeba Stawiać kościół Marji Panny Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 17:04 Jakże pilnie się zwijają Młynarzowi robotnicy I Mija miesiąc — mury stają, Biegnie w niebo krzyż świątnicy. Mija drugi w pracy Bożej, — Już i wieża w górę pnie się; Każdy tydzień coś dołoży, Każdy tydzień coś przyniesie. M łynarz złota nie żałuje, Hojnie sypie dukatami, Sam pomaga, sam pilnuje, Sam się trudzi z murarzami! Aż przyjemnie patrzeć na to, Aż człekowi serce ro śn ie! Przeminęło śliczne lato, Jesień wiatrem łka żałośnie. Lecz robota wre na brzegu, Choć i deszcze z nieba cieką, Tam, gdzie widniał obrus śniegu, Na pagórku ponad rzeką. Mknie na W isłę pieśń radosna, Brzmi w tej pieśni Boża chwała, A gdy przyszła nowa wiosna I kwiatam i świat ubrała W pewien złoty blask poranny, W dzień Jej chwale poświęcony, Stanął kościół Marji Panny I zagrały z wieży dzwony. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 17:05 Od kościoła w dzień niedzieli Idzie orszak rozśpiewany, To nasz młynarz się weseli, Radby prawie skoczyć w tany. Uśmiechnięta m łynarzowa Dzieciąteczko śliczne tuli, — Niechże zdrowo im się chowa, Niech ich kocha jak najczulej! Wielkiem szczęściem błyszczą oczy, Duch wzwyż leci, szczęściem z d ję ty ... Tak się spełnił sen proroczy, W dawnych czasach w iary św iętej. .. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 17:08 kuźni p latn ersk iej im ćpana M elchjora O strogi robotaw rzała aż m iło. C zeladzie pracow ali nad w ykończeniem p rzepysznej zbroi rycersk iej dla Je g o M iłości pana kasztelana płockiego, a dw óch chłopaków dęło w w ielkie miechy, podsycając ognisko w ogrom nym kom inie. W płom ieniach p u rp u ro w y ch i z ło ty ch teg o ognia sam w e w łasnej osobie im ćpan M elchjor O stroga, św ietny m istrz sław etnego płatnerskiego cechu, trzym ał w cęgach potężnych sztabę żelazną, aby ją za chw ilę n a m iecz n a ko w ad le przekow ać. M iecz ten , w raz z p ancerzem , z hełm em , z naram iennikam i i nagolennikam i sta n o w ił w łaśnie całkow ity rynsztunek bojowy, po k tó ry p an k asz te la n m iał dziś — jutro przyjechać. A cudnaż to była zbroica! z najprzedniejszej stali, w ypolerow anej, jak zw ierciadło, p o k ry ta nabijaniam i ze szczerego sre b ra , z w izerunkiem M a tk i Boskiej Częstochow skiej, p rześlicznie w złocie w yim aginow anym , i z krzyżem husarskim n a ko łn ierzu . M iało to być praw dziw e arcydzieło przesław nej sztuki p łatn ersk iej, i niepom ału chlubił się niem już zgóry m istrz M elchjor W kąciku kuźni, za w ielką k upą żelastw a, baw iło się dw oje dzieci: czarnow łosy chłopczyk i zlo cisto lo k a d ziew cz y n k a. Było to rodzeństw o, dziatw a im ćpana O stro g i. C hłopczyk, jako to chłopczyk, ry c e rsk ą znalazł sobie ig ra s z k ę : z k a w a łk a cienkiego żelaza szablę k rzy w ą, n ib y to tu re c k ą , uczynił i w fechty jął się w praw iać, jak żołnierz. A le d ziew czynka, zapatrzona z p o czątk u w szerm ierkę b raciszk a , znudziła się niezadługo, boć co tam pan ien k ę w ojow anie obchodzi — M aćku! - zaw o łała n a b ra ta — chodźm y już stą d n a R y n e k ; w R ynku ta k w esoło i gw arno, słoneczko św ieci; pobiegam y, przyjrzym y się kram om i tow arom . — C zekajno, H alszko, jeszcze ano k ilka cięć krzyżow ą sz tu k ą przypom nę i pójdę z to b ą, kiedy chcesz koniecznie; choć m nie i w kuźni d o b rz e : ty le tu ciekaw ych rzeczy: kopij, kolczug, b u łató w . M achnął raz i drugi szabelką, cisnął ją n a ziemię i zabierali się k u wyjściu. S p o strzeg ł w ychodzące dzieci m istrz O stroga i przywołał je do siebie. — A gdzie to, m alcy? — N a R ynek, tatu ń ciu . — A poco ? — P o p atrzeć, pobiegać, św iatu Bożem u się przyjrzeć. — Zgoda. A le uw ażajcie n a siebie i na obiad się nie spóźnijcie do m atki. I jeszcze jedno: niech w as rę k a Boska b ro n i chodzić n a K rzyw e K olo do zburzonego dom ostw a. Nied o b re sp raw y się tam dzieją. Coś straszy , coś jęczy. Jeszczeby w as, strzeż P an ien k o N ajśw iętsza, zle porw ało! — J a się niczego nie boję, tatu ń ciu ! — zuchow ato zaw ołał M aciek. — A ja się w szystkiego boję, tatu ń ciu ! — zapiszczała cien iu tk o H alszka — i nie pójdziemy! — No, to bąd źcie mi zdrow e, dzieciaki! Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 17:13 Na Starym Rynku. N a R ynku w rz a sk i harm ider. Tłum w barw nych ubiora c h k rąży dokoła R atu sza, k tó ry dum nie w znosi się pośrodku placu. W R a tu szu n a dole kram nice bogate, dostanie w nich, czego dusza zapragnie. Tu sklepy orm iań sk ie z tk an in am i tureckiem i, haftow anem i złotem i sreb rem , z d y w an am i p e rskiemi i indyjskiem i szalam i; ta m S zkot su k n e m i p łó tn em zam orskiem handluje; ów dzie po w ażn y T u re k z długą b ro d ą i z cybuchem w ustach zasiadł za lad ą, n a k tó re j figi, d a k ty le , rodzenki, bakalje przeró żn e stosam i się p iętrzą, aż ślin k a idzie, a jeszcze gdzie indziej N iem iec, czy H o le n d e r z a b a w k i m a ta k ie , łą tk i, czyli lalki, k o niki, p iesk i, piłki, że aż o czy b olą p a trz e ć i ch ciałoby się m ieć to w szy stk o n a w łasność. M aciuś i H a lsz k a p rz e w ijają się w śró d lud zk iej grom ady zręczn ie i sz y b k o , jak d w a p isk o rz e ; sam i nie w iedzą, n a co sp o jrzeć. I to w abi i to nęci. W szęd zie jest ty le piękności, że raożn ab y ro k ch y b a c a ły po R y n k u w ę d ro w a ć i jeszcze y się w szy stk ieg o n ie zo baczyło. A ż ci tu n ag le z ah u cz y b ęb e n e k , zaśw iszczy p iszczałka, talerze blaszane zadźw ięczą. Co to ta k ie g o ? A to Cygan, czarnokudły, ciem ny n a gębie, uczonego n ied źw ied zia na łańcuchu prow adzi. Cóż to za niedźw iedź! B oże miły! W szystko umie, w szystko rozum ie. G ad a ci C ygan do niego jakim siś łam anym językiem , z k ie p sk a po w ęgiersku, a te n robi, co m u każą, ani się nam yś M iszka! U kłoń się ładnie jasno w ielm ożnym państw N iedźw iedź się kłania. M iszka! jak sta re b ab y w odę z rzeki noszą? N iedźw iedź dw a w iad ra n a d rągu n a plecy bierze i lezie taczając się z b oku n a bok, jak pijany, — Miszka! J a k m łode p anienki n a w eselu tańcują? I niedźw iedź nuż w podrygi, a w łam ańce. Boki zrywać ze śm iechu! G dy się ta k M aciek i H alszka zw ierzow i m ądrem u przyp a tru ją , znagla k to ś im ręce n a oczach położył i ciekaw y w idok zasłonił. Zgadnijcie, k to to ta k i? — ozw ał się głosik rzeźw y, w eso ły , radosny. — W aluś! W aluś! — ucieszyło się rodzeństw o — poznaliśm y cię odrazu po glosie! A le odsłońno już nam oczy i spozierajm y razem n a niedźw iedzia. O dw rócili głów ki; jakoż był to w istocie W aluś K lepka, sy n e k d ziesięcio latek im ćpana P ie tra K lepki, bed n arza z Zap ieck a. W aluś, daw n y ich znajom y, miły i zabaw ny chłopczyk, jedną w ielką m iał w ad ę; urw is był z niego okrutny. Psocił i broił coniem iara; ra d y sobie z nim rodzice dać nie mogli. O biecyw ał po p raw ę, p rzy rz ek ał posłuszeństw o, ale gdzie tam! Za p a rę dni — co dni! — za k ilka godzin znów jakąś sztukę w yp łatał. N iew ytrzym anie ludzkie z takim w iercipiętą! N iedźw iedź o dpraw ił sw oje w idow isko, Cygan do czapki sp o rą k u p k ę nazb ierał szelągów , pom iędzy którem i gdzie niegdzie i sre b rn y grosz zab ły sn ą ł — i ruszyli dalej. A ruszyli w łaśnie, jak n a nieszczęście, w stronę Krzywego K oła. T rójka m alców pow lokła się za grom adą, ale, gdy p rz e chodzili kolo zw alisk odw iecznego dom ostw a, o k tó re m p ła tnerz wspom inał, W aluś zatrzy m a! M a ćk a i H alszkę. Poczekajcie — szep n ął tajem niczo — coś w am pow iem , coś pokażę. — No co? No co? — zaciekaw iły się dzieci. — Oto to, żebyśm y zeszli po tych sch o d ach , co w idzicie, do piwnic sta reg o dom u. — Co ty gadasz, W alusiu? — z a w o ła ła H a lsz k a ; — jakże to można, choćby żartem , m ówić o tern. T oćże ta m straszy ! T atu ś pow iadali. — E he! straszy, s tr a s z y ... B ajki ze strach am i! a ja w am m ówię, że tam są sk a rb y z a k lę te . Z a ziera łe m w p iw nicę w czoraj w południe, to pow iadam w am , coś ta k błyszczało, gdy słonko zajrzało do w n ętrza, że aż m nie o czy zab o lały . A ni chybi: złoto! M aciek się zastanow ił. — A m ożeby znijść n a chw ilę, a sk a rb y m atu si i ta tu ń - ciowi przynieść. T ożby się ucieszyli! J a k m yślisz, H alsz k o ? — J a nie znijdę! — rezo lu tn ie z a k rz y k n ę ła H alszk a — nie znijdę za nic na św iecie! — Och, ty m ały tc h ó rz u ! — zaśm iał się W alu ś — nie schodź sobie, jeśli nie chcesz! M y dw aj pójdziem y, p ra w d a , M aciusiu? I posunął się k u schodom , w idniejącym z ulicy, a M aciek , że to był chłopak odw ażny i śmiały, za nim. K iedy ta k — naw pół z płaczem zaw o łała H alszk a — to i ja pójdę; nie opuszczę cię przecież, b racisz k u ! N iech się dzieje w ola B oska! I nie pożałujesz, H alszko, p ełn y fartu szek d u k a tó w ci nasypię. A te ra z — schodźm y do piw nic! I poszli. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 16.09.24, 12:19 Ta bardzo zamożna, niemal magnacka rodzina małopolska, odgrywająca dużą rolę w polskim życiu politycznym XV i XVI stulecia, wydała niemało indywidualności, niekiedy rozwichrzonych, trudnych do okiełznania, nieraz na bakier z prawem, parających się to pospolitym rozbójnictwem, to magią i alchemią. Do tych zapalonych adeptów nauk tajemnych zaliczał się w XV w. podkomorzy krakowski Piotr III Szafraniec, który czasowo piastował również urząd starosty spiskiego, utracony na rzecz Zbigniewa Oleśnickiego w kwietniu 1440 r. Schorowany i rozgoryczony na dwór królewski, usunął się z polityki i zajął się na swoim zamku w Pieskowej Skale alchemią i czarną magią, o czym wspominał dobrze poinformowany dziejopis Jan Długosz. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 16.09.24, 12:23 Maczuga Kraka – w czasach panowania księcia Kraka jego kraj pustoszony był przez przerażającego smoka, który na obiad pożerał krowy, a o poranku dziewice. Księcia porwała złość tak wielka, że chwycił ogromną maczugę i uderzył nią w głowę smoka, zabijając go na miejscu. Następnie Krak umieścił swoją maczugę u wylotu doliny ojcowskiej ku przestrodze każdego, kto by do Krakowa chciał jechać w złych zamiarach Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 16.09.24, 12:28 W czasach saskich ponownie próbowano, bez powodzenia, ją „wyprzątnąć”, a nawet uchwalono postawić u jej podnóża chałupę i osadzić tam pachołków miejskich, aby „ochędóstwa przestrzegali i zawalać onej nie dozwalali”. Działalność w latach 40-tych XVIII w. Komisji Brukowej, działającej pod ofiarnym kierownictwem marszałka Franciszka Bielińskiego, przyniosła, co prawda, znaczną poprawę w wyglądzie stołecznych ulic, ale problemu Góry Gnojnej nie rozwiązała. W 1774 r. król Stanisław August rozkazał obłożyć ją darnią i nadał jej oficjalną nazwę Góry Zielonej, zaś magistrat wyznaczył nowe miejsce (u wylotu ulicy Mostowej, przy starej Prochowni) na składowanie śmieci. Lecz – jak relacjonował Friedrich Schulz (1792/1793) – „dawna Góra Gnojowa była bliżej, więc starym zwyczajem wyrzucano tu śmieci z całego Starego Miasta”. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 16.09.24, 12:33 Skompletowany w ten sposób sznur pereł (różowych bądź czarnych) liczył rzeczywiście blisko 6 metrów, lecz odtąd życie młodej księżnej pszczyńskiej obfitowało w tragiczne wydarzenia : śmierć pierworodnej córeczki, postępująca choroba nóg, która młodą jeszcze i urodziwą kobietę przykuła do fotela, rozpad wieloletniego małżeństwa i opuszczenie przez męża, wreszcie obyczajowy skandal w rodzinie, spowodowany przez najmłodszego syna Bolka. Należy dodać, iż Daisy zawsze bała się tej klątwy i, co gorsza, wierzyła w jej działanie. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 22.09.24, 13:02 O’Connor, przebywając w Polsce w latach 1694–1695, wielokrotnie zetknął się z opowieściami o wychowywanych przez niedźwiedzice dzieciach, zagubionych lub porzuconych w puszczach litewskich. Relacje takie słyszał od wielu senatorów i osobistości Królestwa, nie wyłączając samego Jana Sobieskiego. Opowiadano, iż jeżeli porzucone w lesie dziecko odnajdzie niedźwiedź – wnet je rozszarpie, lecz jeżeli natknie się na nie niedźwiedzica – zaopiekuje się nim i wykarmi. O’Connor, zainteresowany nieznanym sobie wcześniej zjawiskiem, opisał taki przypadek w specjalnej rozprawie łacińskiej i nie pominął go oczywiście w swojej Historii Polski. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 22.09.24, 20:29 Niedługi czas po egzekucji na dziedzińcu żywieckiego zamku ujrzano niewyraźną postać, toczącą z hukiem wielką beczkę; po chwili mara rozpłynęła się w powietrzu i tylko spod ziemi dobiegał jeszcze głośny, dudniący odgłos. Od razu rozeszła się wieść, że to duch Skrzyńskiego rozpoczyna pokutę za popełnione zbrodnie. Od tamtej pory coraz częściej słyszano dziwne, upiorne dźwięki i to nie tylko na żywieckim zamku, lecz także na sąsiadujących z nim ulicach. Podobni widmo zbrodniarza toczy swą śmiertelną beczkę raz w stronę góry Grójec, to znów w przeciwnym kierunku; pojawia się także w podziemiach żywieckiego zamku. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 22.09.24, 22:56 Według trzeciej wersji ową nieszczęsną ofiarą miała być małżonka któregoś z Szafrańców, zamknięta w wieży za rzekomy romans z nadwornym lutnistą i skazana na śmierć głodową. Leitmotiv legendy (kobieta zadręczona przez okrutnika) pozwala domniemywać, że opisane fakty zdarzyły się naprawdę w jakiejś odległej przeszłości. Oddział widmowych rycerzy może odnosić się do trzech wydarzeń, rozgrywających się w Pieskowej Skale w różnym czasie. Pierwsze – to przybycie wysłanników króla Kazimierza Jagiellończyka, którzy mieli schwytać grasującego w Małopolsce rycerza – rozbójnika Krzysztofa Szafrańca, ostatecznie ściętego na Rynku krakowskim jesienią 1484 r. Drugie zdarzenie miało miejsce w 1655 r., podczas szwedzkiego „potopu”, kiedy to Pieskowa Skała, dotąd nigdy przez nikogo nie zdobyta, po długotrwałym oblężeniu poddała się; tak więc nacierający wrogowie byliby tu upiorami. Trzecie zdarzenie dotyczy roku 1863, kiedy to w zamku znalazł się powstańczy oddział pod dowództwem Mariana Langiewicza. W trakcie walk Moskale ostrzelali mury z ciężkich dział, a wszystkie pomieszczenia obrabowali doszczętnie. Być może, że są to właśnie duchy poległych powstańców. Zaś tajemniczy, zakapturzony mężczyzna - widmo może być wspomnianym banitą i warchołem Krzysztofem Szafrańcem lub żyjącym w tym samym stuleciu Piotrem III Szafrańcem, zafascynowanym czarną magią, ale i zwyczajnym rozbojem. Okrutny z natury, zwabiał podobno kupców, podążających szlakiem z Krakowa, przyjmował ich po wielkopańsku, urządzał dla nicj wspaniałe uczty, poczym prowadził do komnat, w których podłogi wyposażone zostały w zapadnie. Gdy syci i napojeni goście zasnęli, pan zamku uruchamiał zapadnie, a nieszczęśnicy ginęli w czeluściach, rozbijając się o skały u podnóża rezydencji... Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 22.09.24, 23:02 Jak się wydaje, początkowo doktor Horst podejrzewał, że ząb jest sprytną sztuczką rodziny Muellerów w celu zdobycia pieniędzy i zyskania sławy. Jednak bardzo szybko odrzucił takie podejrzenia. Dlaczego? Po pierwsze, biskup Jerin kazał obejrzeć kilku chirurgom złoty trzonowiec w żuchwie dziecka i żaden z nich – mistrzów w swoim fachu – nie odkrył oszustwa. Po drugie zaś rodzina dziecka była tak uboga, że nie mogła, jak sądził lekarz, zapłacić za pozłocenie powierzchni zęba przez jubilera. Ci biedni ludzie mieszkają wśród prostego chłopstwa śląskiego, a więc nie należy ich podejrzewać o oszustwo związane z tak wielkim kunsztem i takimi wydatkami – medyk napisał w swojej rozprawce. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 22.09.24, 23:05 Tezy przedstawione w rozprawie Horsta stały się przedmiotem ostrej polemiki wśród uczonych. W grupie współczesnych oponentów profesora znalazł się między innymi Johann Ingolstetter, medyk z Norymbergi, który uznał, że autor rozprawy po prostu... bredzi. Wśród innych, późniejszych komentatorów i krytyków dziełka Horsta można wymienić Daniela Sennerta, Bernarda de Fontenelle, Pierre’a Bayle’a i... Jean-Jacques’a Rousseau. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 22.09.24, 23:37 Książę Karol był przegranym bohaterem przegranej od początku sprawy. Jednak to on jest postacią z legend, nie jego przeciwnicy. Wygrali na polu bitwy i przegrali w ludzkiej pamięci. Może legenda księcia Karola była po prostu potrzebna Szkotom? Stał się symbolem ich walki o niepodległość, symbolem Arkadii, która odeszła w przeszłość i nigdy nie powróci. A jednak wróciła. W 1999 r., po ponad 300 latach, Szkoci odzyskali swój parlament i swój rząd. Legendy mogą być nie tylko piękne, ale i potrzebne. Dla nas szczególnie miłe jest, że bohaterem tej legendy był syn wnuczki króla polskiego, Klementyny Sobieskiej. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 23.09.24, 21:36 Upiorna kareta z Lipowca O widmowych karetach, spotykanych przeważnie na rozdrożach, leśnych duktach czy obok starych ruin, opowiada się w różnych zakątkach Polski, m. in. w Radłowie koło Olesna czy niedalekich Biskupicach. Największą jednak sławę zyskał fantom karety, ukazującej się nocami na drodze, prowadzącej od wsi Babice w pobliżu Chrzanowa do obronnego zamku Lipowiec, górującego nad okolicą. Czarny pojazd, zaprzężony w szóstkę karych koni, sunie bezgłośnie i bardzo szybko po stromej i wyboistej drodze, a na koźle nie widać nikogo. Z karety wysiada postawny mężczyzna w biskupich szatach oraz towarzyszący mu księża. Powoli kierują się ku wejściu na dziedziniec zamkowy. Chwilę potem z wnętrza wehikułu wyciągany jest siłą jakiś mężczyzna. Na podwórzu czeka już na niego kat, unoszący topór. I nagle widma znikają... Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 13.02.25, 12:15 Przy drodze z Boronowa do Olszyny przechodzącej obok Zumpów przepływa strumyk określany nazwą Ryzio. Położony jest on na terenie dawnej eksploatacji rud żelaza. Według podania, w nocy przechodzących obok ludzi spotykać mogą duchy lub siły próbujące ich tam zatrzymać Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 19.02.25, 10:41 W Polsce najbardziej chyba znaną (ale późną) legendą jest ta o porwaniu przez Ducha Gór księżniczki świdnickiej Dobrogniewy. Duch Gór czyni to zamieniony w wicher, niemal wyrywając księżniczkę z ramion jej narzeczonego, raciborskiego księcia Mieszka. Po wielu perypetiach Dobrogniewa nakłania Ducha Gór do liczenia rzepy rosnącej na pobliskim polu, ten zajęty tą czynnością nie zauważa szczęśliwej ucieczki księżniczki. Stąd właśnie ma się brać nieco wstydliwe miano Ducha Gór - Liczyrzepa. Jak zauważają badacze współcześni Liczyrzepa nie jest jednak określeniem do końca poprawnym, mającym brać się ze zbytnio uproszczonego tłumaczenia wariantu niemieckiego Rübezahl. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 24.04.25, 18:38 Święty Jacek Odrowąż za namową swojego wuja, biskupa krakowskiego Iwona Odrowąża, miał wybudować kościół pod wezwaniem św. Jakuba i klasztor dominikanów. Teren, na którym miała powstać budowla należał do największego skąpca i niedowiarka o imieniu Konrad. Założył się on z Jackiem, że jeśli ten dokona cudu, odda mu plac za darmo. Życzeniem właściciela było obsadzenie placu lipami wsadzonymi korzeniami do góry. Po upływie roku okazało się, że lipy zakwitły. Dzięki temu Odrowąż mógł przystąpić do budowy świątyni. Podczas II wojny światowej Sandomierz ostrzeliwany był z działa kolejowego. Jeden z pocisków uderzył w lipę, która swymi konarami osłoniła i ochroniła przed zniszczeniem starożytne mury kościoła. Na jej miejsce posadzono młode lipy, które rosną przy kościele do dnia dzisiejszego. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.05.25, 09:56 Św. Floryan. Gdy poselstwo polskie przybyło do Rzymu, ażeby uprosić Ojca św. o jakie relikwie cenne. św. Floryan wystawił rękę z tru mny z napisem: „chcę iść do Polskiu. Jego też Ojciec św. prze znaczył do Polski. Gdy wieziono te relikwie na wozie zaprzągniętym w cztery konie, na tym miejscu gdzie kościół św. Floryana stoi, stanęły i nie chciały się ruszyć z miejsca. Historya przywiezienia relikwi św. Floryana znajduje się w kościele tegoż św. w obrazach odmalowana z napisami. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.05.25, 10:18 STANISŁAW CERCHA Dyabeł. „A ty żaczku uczony I we szkołach ćwiczony, Powiedz, co jest jeden?44 Żak. „Jeden syn Maryi, Co w niebie króluje, A na ziemi Pan44. Dyabeł. „A ty żaczku uczony I we szkołach ćwiczony, Powiedz, co jest dwa?44 Żak. „Dwie tablice mojżeszowe, Jeden syn Maryi44 i t. d. Dyabeł. „A ty żaczku uczony i t. d. Powiedz, co jest trzy?44 Żak. „Trzy Osoby św. Trójcy, Dwie tablice44 i t. d. Dyabeł. „A ty żaczku uczony i t. d. Powiedz, co jest cztery?44 Żak. „Czterech św. ewangelistów, Trzy osoby św. Trójcy44 i t. d. Dyabeł. „A ty żaczku uczony i t. d. Powiedz, co jest pięć?44 Żak. „Pięć przykazań kościelnych, Czterech św. ewangelistóww i t. d. Dyabeł. „A ty żaczku uczony i t. d. Powiedz, co jest sześć?44 Żak. „Sześć grzechów głównych, Pięć przykazań kościelnych44 i t. d Dyabeł. „A ty żaczku uczony i t. d. Powiedz, co jest siedem?44 Żak. „Siedem św. sakramentów, Sześć grzechów głównych44 i t. d. Dyabeł. „A ty żaczku uczony i t. d. Powiedz, co jest ośm?44 Żak. „Osiem błogosławieństw, Siedem św. sakramentów44 i t. d. Dyabeł. „A ty żaczku uczony i t. d. Powiedz, co jest dziewięć?44 Żak. „Dziewięć grzechów cudzych, Osiem błogosławieństw44 i t. d. Dyabeł. „A ty żaczku uczony i t. d. Powiedz, co jest dziesięć?44 Żak. „Dziesięć przykazań boskich, Dziewięć grzechów cudzych44 Dyabeł. „A ty żaczku uczony i t. d. Powiedz, co jest jedenaście? Żak. „Jedenastu proroków, Dziesięć przykazań boskich “ i t. d. Dyabeł. „A ty żaczku uczony i t. d. Powiedz, co jest dwanaśeie?a Żak. „Jest dwunastu apostołów, Jedenastu prorokówu i t. d. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.05.25, 11:01 Po roku 1848. Jedzie krakowiaczek Po krakowskiem błoniu, W czerwony czapeczce, Na cisawym koniu. Czerwona wstążeczka U boku powiewa, Jedzie krakowiaczek I tak sobie śpiewa: „Powiadają Niemcy, Aieśmy cesarskimi, A my polskie dzieci Na swy własny ziemi“. O pannach. 1. Tu w Krakowie panny stare, Wymroził je mróz, I przyjechał żyd smarkaty, Nabrał tego wóz czubaty, Do Warszawy wióz. Zawióz ci ich do Warszawy, Tam mu wszystkie sparszywiały. Do Modlina wióz. Zawióz ci ich do Modlina, Tańsza panna niźli Świnia. Do Torunia wióz. Zawióz ci ich do Torunia, Wysypał ich do pieruna I wypłukał wóz. 2. Kto chce ładną żonkę mieć, Do Warszawy po nią jedź. Tam to żonkę dostanie, Co ma nogi jak sanie, A nosek ma węgierski, Jak ogórek za czeski, Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.05.25, 11:08 2. Więszuje ci zdrowia, Szczęścia, fortuny, A po śmierci Niebieski koruny. 3. Więszuje, więszuje i więszowaó nie przestane, Dopóki co nie dostane. 4. Dziś twe imieniny, Dziś twego patrona, Siadaj więc na świni, Trzymaj sie ogona. 5. Siedzi wróbel na dachu, Skubie sobie mech — A kto cie nie kocha, Żeby jutro zdech. Żarty. Z sąsiadów. Kumotrze, weźcież tego piesa, położył ogon na moim zagonie, to mu go utne. Krajcie kumotrze ostro, do samego żółtka, na bok dzieci! ku moter nie pies, całego jajka nie zi. Z podstrzyźonego. Ogolona pałka! Po czemu gorzałka? Po cztery talary, Bo mój dziaduś stary. Z głuchego. „Jak sie macie. Łukaszuu. „Niese kure w koszuu. „Jak sie ta zona mają“. „Trzy złote mi dają. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.05.25, 11:28 Piwo tu, piwo tam, Muzykanty hrajcie, Ja wam wszystkim howno dam, Wy się nie starajcie. Patrzę, sedi; woncham, smrdi; Patrzę, a to sapramenckie howno, Zebi ty przy drodze ne leżało, Cesarskich wojaków ne strachało, Jakem se wyjol szabelki, Porąbał howno w kawelki. Z Moskali. Kiedy Moskale byli na Kleparzu, wyjedli żaby. Złapał je den ropuchę. „Co ty majesz?“ „Pitaka“. „A skud go naszed „Prziskakalu. Zabawy i gry dziecinne. „Wybij okna“ kleparskie, czyli inaczej mówiąc dzieci, mają niezliczoną liczbę gier i zabaw, przedewszystkiein gier towarzy skich, dla których poświęcają dużo czasu, ku utrapieniu poważ nych mieszczan. Do gier tych służą bądź to dziedzińce domowe, bądź też ulice, bądź to drobne place. Sama ilość nazw zabaw i gier objaśni nas, jak lubią się te rozpustne dzieciaki bawić, o ile im czas wolny od szkoły pozwoli na to. Prawie każdą grę zaczynają mętowaniem. W koziki. Gra ta polega na rzucaniu zręcznem kozikiem na pół złożo nym, tak, że w chwili rzucania tworzy kąt prosty; a może być podwójnym sposobem rzucany, albo za trzonek ostrzem do góry zwróconym, albo około palca. Gra ta może tylko odbywać się na drzewie, jako najstosowniejszym do tego materyale. Kozik rzucony gdy utworzy /\ = 10, |_ = 100, | = 1000, | = 100.0. Czasem rzucony kozik wbiwszy się ostrzem w drzewo, za wisa trzonem wyżej, jak w pierwszym wypadku, wtedy, ile gru bości palców się zmieści pomiędzy nim a podstawą, tyle dziesiątek oznacza, n. p. = 30. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 17:16 W lochach zwaliska. Schody były drew niane, połam ane i zepsute, a niektórych sto p n i b ra k ło już zupełnie, tak, że trz e b a było często skakać ze sto p n ia n a sto p ień , pom ijając o tw ierające się pom iędzy niemi luki. D ość uciążliw a b y ła to droga, zw łaszcza, iż zaraz nied a le k o od w nijścia załam yw ały się schody i ciem ność ogarn ę ła W alk a, M aćk a i H alszkę. W p ra w d z ie n iew ielkie św iatełko m igotało w oddali: było to zap ew n e okienko piw niczne, w ychodzące na Brzozową, bo ty ły dom ów z K rzyw ego K oła n a tę w łaśnie ulicę miały widok, ale św iatełko to było dalekie i niepew ne, ile że okienko m usiało być b ru d n e i pajęczyną zasnute. W alu ś sz ed ł przodem , o k ilka kro k ó w przed rodzeństw e m ; d o b rej był m yśli i pod śp iew y w ał sobie wesoło, nie p rzeczu w ał b ied acze k , co go sp o tk a za chwilę. T a k idąc o strożnie i pom ału, zeszli nareszcie do lochu i znaleźli się w w ielkiej, sklepionej piwnicy. Pod ścianami jej sta ły ro zm aite rupiecie: sta re okna, futryny, drzwi i różne n ieu ży teczn e graty. Po praw ej, stro n ie piw nicy w idać było, uch y lo n ą nieco, żelazem o k u tą fu rtk ę od dalszych zapew ne lochów . — M aćku, H a lsz k o ! — rzekł W aluś, a głos jego dziwnie pon u ro rozbrzm iał w głębokościach podziem ia — kiedyśm y tu już zeszli, to idźm yż i dalej, spenetrujm y całe zwaliska, a sk a rb znajdzie się n a pew no. — W alusiu, mój W alusiu! proszę cię, chodźm y już na górę — rzew liw ie zaw o łała H alszka. — Co nam po skarbach! W ró ćm y ! ja się czegoś lękam okropnie. — I jabym radził w rócić — pow ażnie rz e k ł M aciek. — Dalszej drogi nie znam y; k to w ie, co m oże być za tą furtą? Rodzice i nasi i tw oi niespokojni b ędą. C zem uż ich m artw ić? — A ja jednak pójdę i w y pójdziecie ze m ną! — k rz y k nął zapalczyw ie W aluś. - Co mi ta m w szy stk ie bajdy o strach ac h ! O ! raz, dw a, trzy! Ju ż idę! I pow iedziaw szy to, podbiegł do furty zam czystej, sz a rp n ą ł ją, o tw orzył — i nagle, jak piorunem rażony, ru n ął n a ziem ię, jak długiCo to się stało? Z o tw artej czeluści drugiej piw nicy buchnęło zgnilizną i w zielonaw em św ietle, przypom inającem blask św iętojańskich ro b aczk ó w , M aciek i H alszka ujrzeli okropnego potw orka. B y ł to n iby kogut, niby w ąż. G łow ę m iał kogucią z ogromnym p u rp u ro w y m grzebieniem w kształcie korony, szyję długą i cien k ą, w ężow ą, k ad łu b p ęk aty , nastroszonem i czarnem i p ió ry p o k ry ty , i nogi kosm ate, w ysokie, zakończone łap am i o o stry ch olbrzym ich pazurach. A le n ajstraszn iejsze były oczy p o tw o ra ; w y łu p iaste , okrąg łe, do sow ich ślepiów po d o b n e, jarzące się to czerwono, to żółto; oczy te, n a szczęście, n ie w idziały M a ćk a i H alszki, utkw iła je b ow iem p o czw a ra w ciało leżącego n a ziem i i nieżyw ego już biednego W alusia. — B azyliszek! — sz ep n ął d rżącym głosem M aciek — to bazyliszek, sio strzy czk o ; schow ajm y się, schow ajm y czem p rę d z e j! I p ocichutku, pocichutku, trz y m ając się za ręce, dzieci na p a lu szkach posu n ęły się k u ścianie i w ślizgnęły się za w ielkie drzw i o m ur p ra sta ry oparte. W tern u kryciu, bezpiecznem narazie, M aciek począł sz ep tać sio strzy czce do uszka: — To b a z y lis z e k ! Słyszałem o nim od tatuńcia. Sroga to stw o ra! n a kogo spojrzy — w zrokiem zabije! T ak zabił W alusia. Stójm y tu cicho, Halszko, stójm y cichutko. Boże, mój Boże! — zalk ala H alszk a — co to b ęd zie? Co się z nam i sta n ie ? Pocośm y tu przyszli? P ocośm y tu przyszli? J a chcę do dom u! U spokój się, siostrzyczko — szep tał M a ciek — w rócim y do domu, jeśli B óg p o zw oli; ale te ra z chodzi o to , że b y nas bazyliszek nie sp o strzeg ł, bo jak zobaczy i spojrzy n a n a s — w szystko p rzep ad ło : um rzem y! — M aćkuuuu! M aaaćku! H alszko! H alusiu! — rozległo się naw oływ anie z u lic y — M aaaćku! H aaalszk o ! gdzież w y jesteście? O biad gotow y! O biad gotow y! Przerażone dzieci pozn ały glos A gaty , ale się od ezw ać nie śmiały. Bazyliszek odw róci! leb g rzebieniasty, jeszcze straszliw iej najeżył pióra i jask raw em i ślepiam i spo jrzał w stro n ę schodów . Na schodach sta n ęła sta ra A g ata, a z a nią, w ulicy, w idać było grom adkę m ieszczanek i m ieszczan. — Tu zeszły, tu zeszły na pew no — ozw aly się głosy na górze — m usiały się zab łąk ać w p o d ziem iach ; nie sch o d źta, A gato, bo w as jeszcze jakie licho zadusi! Ale A gata, poczciw a s ta ra służąca, już schodziła do lochu — i oto zaledw ie zeszła nadół, zabrzm iał jej okrzyk, o k ro p n ą trw o g ą w ezbrany, i głucha, p o sę p n a cisza zaleg ła znow u piw nicę. To płom ienisty w zrok bazyliszka uderzył w nieszczęsną i tru p em ją na m iejscu położył. G rom adka z p rzed schodów pierzchnęla w R y n e k i w p rz y ległe uliczki, roznosząc w ieść okro p n ą n a m iasto. S k am ieniałe z przerażenia rodzeństw o przytuliło się do w ilgotnego m uru, trzym ając się konw ulsyjnie za rączki, a b azy liszek ra d ze zniszczenia, jakie uczynił, począł się przech ad zać po lochu tam i zpow rotem , tam i zpow rotem . W y d o stać się z piw nicy nie było sp o s o b u !... Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 17:22 U czarownika. — P a n i O stro ż y n o ! Pani O stro ż y n o ! dzieci w am przep ad ły ! dzieci w am w lochach zginęły! — J e z u s ie ! M aryjo ! Co tak ieg o 1 Co wy m ówicie, ludzie? G d z ie ? J a k ? gadajcie! A no, polazły do piw nic n a K rzyw em Kole i, musi, b ies im głów ki ukręcił, n iebożętom ! — C h ry stu sie cudow ny u F a ry ! ratu j! wspomagaj! — S k ą d ż e w y w iecie to w szy stk o ? — W idzieli szew czyki z przeciw ka, jak dzieci z W ałkiem od K lep k i sc h o d z i!/ w podziem ia, a petem w asza A gata w o ła ła je, w olała, aż zeszła do piw nic — krzyknęła okropnie — i już n ie w yszła! Słyszeliśmy! — A g a tę ja posłałam , bo dzieci nie w racały. Boże wielk ieg o m iłosierdzia, b ąd ź m iłościw m nie grzesznej! Co ja tu po czn ę, nieszczęsna?! W p rzed sien iu uczynił się ru m o r i przedzierając się przez ciżbę w p a d ł do alk ierza m istrz M elchjor. Blady był płatnerz i drżąy , bo już d ow iedział się b y ł w kuźni o srogim ciosie, jaki go ugodził. A M aćka i H alszkę m iłow ał ponad w szystko, p o n a d życie w łasn e! — Co robić, M alchrze, co robić? — biadała Ostrożyna. — R atujm yż n asze m aleń stw a kochane! Ślubuję Ci, Panie Je z u , sre b rn e se rc e złocone pod Tw oje nóżki najświętsze, jeno dopom óż nam w tern strapienu! Z g ro m ad y w y su n ął się sędziw y rajca miejski, imćpan E zechjel S tru b icz, m ąż m ąd ry i stateczny, znany całej W arszaw ie z dob ro ci i z p rzy w iązania do dziatw y staromiejskiej. — Co robić? — pow tó rzy ł — ja w am poradzę, co robić: w alcie, jak w dym do czarow nika na Piwną. K tóż jak nie on lek znajdzie na w aszą tro sk ę sk u te czn y ? On się zna na spraw ach ziem skich i zaziem skich, boć to i d o k tó r, i alchim ista, i astrolog, i człek, co po u szy w k się g ach sta ry c h siedzi. B a ! skrzydła ponoć zm ajstrow ał i nocam i na nich po p ow ietrzu łata. — W alcie do czarow nika! W alcie do czaro w n ik a! — w rzasnęła grom ada. — On pouczy, on dopom oże! D o b ra rad a! P rzednia! — N ajprzedniejsza — p rzy tak n ął strap io n y rodzic. — Bóg w am zapłać, S tru b iczu ! Chodź, żono, idziem y n a P iw ną. — I ja z w am i — im ćpan S tru b icz n a to — a nuż się jeszcze uda M aćka i H alszkę odszukać. — D ajże to, M atko B oska C z ęsto ch o w sk a — z a p ła k a ła O strożyna. — N iech się ta k sta n ie ! Na Piw nej, na czw artem p ię trz e p o d sam ym d achem w ysokiego narożnego dom u, m ieszkał sław ny i uczony d o k tó r, dom inus H erm enegildus F ab u ła, znan y n aw et n a d w o rze k ró la jegomości. Nie był to, p raw d ę m ów iąc, czarow nik, ty lk o w ielce z n a m ienity le k a rz i człek w e w szystkich k u n sz ta c h i n au k ach w yzw olonych dośw iadczony. Je n o gmin w arsza w sk i, w idząc jego praw ie cudow ne kuracje, i o bserw ując z d a le k a tajem nicze p rak ty k i, m ienił go, w p ro sto cie sw ojej, być czarnoksiężnikiem , z mocami nadprzyrodzonem i m ającym ścisłą styczność. A że p an rajca S trubicz czarow nikiem go nazyw ał, to jeno ta k tylko, aby ludow i n ap o p rzek nie staw ać, k tó ry lubi rzeczy niezrozum iałe i rad k u cudow ności się o b raca, sam ą m ąd ro ść ludzką lekce sobie w ażąc i zgoła postponując. W obszernej kom nacie o łukow em sklepieniu siedział za w ielkim stołem , zaw alonym księgam i i pergam inam i, człecz ek m aleńki, chuderlaw y, w yschły, o licu pożółkłem , pom arszczonem arszczonem , jak p ieczo n e jab łk o ; ale źren ice w tej tw arzy, ogromne, c z a rn e , ja rz y ły się, jak p ochodnie gorejące, a tak ą m iały moc i p o tę g ę te oczy, że, gdyś w nie spojrzał, zdaw ało ci się, iż n a w ielk o lu d a sp o z ierasz, i m im ow iednie budziły się w tobie lęk, podziw i uszanow anie d la tej niepozornej, a jednak imponującej p o sta ci. U sufitu k o m n aty w isia ł w ypchany krokodylek łokciowy, w k ąc ie s ta ła m um ja egipska, na oknie w słojach rozlicznych p ła w iły się ropuchy, w ęże, p adalce, robaki jakieś zam orskie. A w szędzie, gdzieś spojrzał, księgi, księgi i księgi. G d y m istrz O stro g a z żoną i z im ć panem rajcą Strubiczem w eszli do d o k to ra Fabuli, ów podniósł oczy od foljantu, w k tó ry m coś c zy tał z ciekaw ością i zadow oleniem ogromnem, bo aż się uśm iechał radośnie, ale, zobaczyw szy wchodzących. wsta!, obciągnął sw oją czarn ą sz atę, co m u się p o fałd o w ała na ciele, i spytał: A czego to w aćpaństw o życzycie sobie o d e m n ie? Tedy O strożyna z płaczem a n a rz e k a n ie m w ielk iem o p o w iedziała całą spraw ę, a gdy sk o ń czy ła i chlipiąc b łag ać p o częła o pom oc i ratu n ek , dom inus H erm enegildus F a b u ła ta k rzecze: — W iem ci ja dobrze, co było p rzy c z y n ą z a g u b y w aszm ość państw a dziatek , bom w łaśnie w tej k się d z e o p o d o b n y ch przypadkach tra k ta t w ertow ał. O to, ani m niej, ani w ięcej, tylko stw ór najniebezpieczniejszy i najszk o d liw szy n a ziem i, k tóry się zw ie: bazyliszek. — Bazyliszek? — zak rzy k n ęli w popłochu S tru b ic z , O stro g a i O strożyna — bazyliszek! T ed y już n a d a re m n e w szy stk ie tru d y i starania nasze! — Z trw ogi w aszej w noszę, iż w a ć p a ń stw u w iad o m a jest n atura owego zw ierza i to, iż on w zrokiem sw oim w szelk ie żyjące stw orzenia zabija. A lić Bóg jest w ielki i n ad ziei do o sta tk a tracić człekow i w ierzącem u n ie w olno. A c h o ćb y w reszcie i pom arły już dziateczk i w asze, to ć trz e b a je w y d o być z piwnicy, aby przecie pogrzeb ch rześcijański m ieć m ogły; bazyliszka zasię ubić należy koniecznie, boć n iejed n a jeszcze ofiara od ślepiów jego zabójczych na śm ierć p e w n ą pójdzie, ani chybi! Póki ta b estja p rz e k lę ta żyw ię, W a rsz a w a spokojności nie zazna! Ja k że to uczynić, m ężu uczony? — z a p y ta S tru b icz . Ja k ż e to uczynić? Ja k ż e to uczynić? — zaw o łają O stro g a i O strożyna. Je st sposób — odpow ie H erm enegildus F a b u ła — jest taki sposób, jeno ta k tru d n y i n iebezpieczny, że nie w iem azali się znajdzie k to w tern tu mieście, coby się w ażył na ta k ie p rzedsięw zięcie. O to trz e b a , ab y do lochu zeszed ł człow iek, całkow icie obw ieszony zw ierciad ły ; gdy bazylisek spojrzy w nie i siebie zobaczy, sam się w łasnym w zrokiem zabije, a ta k uwolnilibyśm y od p o tw o ra i tę W arsz aw ę um iłow aną i całą przesław n ą R zeczpospolitą. — S posób jest d o b ry i pew ny, ani słowa! — w yrzeknie S tru b icz — ale sk ą d w ziąć tak ieg o śm iałka, co zdrow ą głowę p o d ew angelję położy? — T ak, ta k — zajęk n ie O strożyna — niem a już takich ludzi n a św iecie! N agle do k o m n aty F abuli dobiegł ponury glos farnego dzw onu, a w ślad za tym przejm ującym dźwiękiem , ogromny gw ar tysiącznego tłum u. Im ćpan S trubicz w ychylił się przez okno. — Mam! mam! — zak rzy k n ął radośnie — mam takiego człow ieka! Kum ie! Kumo! za mną! — Bóg zapłać, uczony m ężu! Bóg zapłać! I już ich nie było w kom nacie. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 17:26 Skazaniec. O d R yn k u w stro n ę P iek iełk a zdążał ponury, choć jaskraw y orszak . P rzodem szła stra ż m iejska z halabardam i, za nimi „bracia p okutnicy" w długich ciem nych opończach, z tw arzam i osłoniętem i rodzajem m aski sukiennej, w której w ycięto jedynie o tw ory n a oczy; dalej dostojnie stą p ał im ćpan p isa rz m iejski ze zw ojem pergam inu w ręku, za panem p isarzem a sy sta z urzęd n ik ó w sądow ych złożona, w reszcie dwie głów ne osoby pochodu: skazaniec, niem łody już, bro d aty mężolbrzymi, rozrosły drągal, cały w czerwieni, z potężnym błyszczącym mieczem i z dwoma butlami, czyli pachołkami. Po bokach, z przodu i z tyłu orszaku cisnęło się mrowie nieprzeliczone warszawskiego pospólstwa, uliczników, urwisów i w szelakiej hałastry, ciekawej okropnego widowiska. Już pochód stanął na placyku, Piekiełkiem zwanym, gdzie pośrodku, na czarnem suknie, widniał pieniek, miejsce stra cenia; już pan pisarz miejski odczytał nosowym głosem wyrok, brzmiący; iż Jan Ślązak, krawczyk wędrowny, oskarżony o zabójstwo swego towarzysza podróży, na gardle ma być ukaran i mieczem ścięty; już skazaniec klęknął przy pieńku i głowę na nim położył, a kat mieczem straszliwym błysnął pod słońce, gdy nagle... gdy nagle imćpan Ezechjel Strubicz z m istrzem Ostrogą przedarł się przez stłoczone tłumy gawiedzi i tubalnym basem zakrzyknął: — Stójcie! Stójcie! Kat miecz wzniesiony opuścił, skazaniec zadygotał całem ciałem, a pan pisarz miejski, zdjęte dopiero co okulary zpowrotem na nos sążnisty założywszy, niechętnie spojrzał na rajcę, oczekując wyjaśnienia sprawy. A imćpan Strubicz rozpoczął przemowę; — Po pierwsze: w imieniu szlachetnego burm istrza m iasta starej W arszawy rozkazuję wstrzym ać egzekucję! Po drugie: natychmiast rozwiązać winowajcę! Po trzecie: zbliż się, Janie Ślązaku! Zapytuję ciebie, Janie Ślązaku, któryś jest na śm ierć osądzon i mc cię od niej ocalić nie może, azali zgadzasz się zmjść do lochu, gdzie przebyw a bazyliszek, i zabić oną bestję zjadliwą? Jeżeli to uczynisz — wolny będziesz! To ci przez moje usta sam szlachetny burm istrz i cala wysoka rada miejska solennie obiecuje i przyrzeka. Zdumiał się wielce imćpan pisarz miejski, zdumiało się pospólstwo, a skazaniec, wznosząc dziękczynnie czy ku niebiosom, odpowie: — Zgadzam się, przezacny panie, zgadzam się tem łacniej, iż — Bóg mi świadkiem — niewinien jestem zarzucanej mi zbrodni i tak myślę, że łaska Pana Jezusowa będzie ze mną. Tedy nie mieszkając wiele, powiedli Strubicz i Ostroga skazańca na Ratusz, skąd, obwieszonego zwierciadly, zaprowadzono na Krzyw e Koło i kazano mu znijść do podziemi. Burm istrz, rajce, ławnicy i setki ludu czekały na ulicy, a przed wszystkimi, w patrzeni chciwie w otw ór piwniczny, stali mistrz Ostroga, pani Ostrożyna i dobry rajca Strubicz. Upłynęła chwila — i oto w lochu rozległ się głos przeraźliwy: coś, jakby chrypliwe pianie koguta, jakby świszczący syk węża, jakby śmiech djabelski, a takie to było okropne, że zgromadzonym aż ciarki przeleciały po grzbietach i włosy dębem na głowach stanęły. — Zabity! Zabity! — zadźwięczał donośnie głos Jana Ślązaka. — Zabity! — zahuczał tłum . — Bazyliszek zabity! — wichrem pom knęła radosna wieść na Rynek, na Świętojańską, na Piwną, na Brzozową, na oba Dunaje: Szeroki i Wąski, i na całą starą Warszawę. A na schodach piwnicznych ukazała się postać cała w lustrach, niosąca na ostro zakończonym drągu straszliwego potwora. Porwał go kat z rąk dzielnego Ślązaka i na Piekiełku, na stosie ognistym, ku uciesze tysiącznego ludu, na popiół spalił. Stało się wszystko tak, jak przepowiedział m ądry doktór Hermenegildus Fabuła: bazyliszek spojrzał w zwierciadło i sam się wzrokiem swym jadowitym zatruł i zabił, Ale pani Ostrożyna, mistrz Ostroga i rajca Strubicz, wziąwszy zapaloną pochodnię, pędem pobiegli do lochu, — M aćku! Halszko! — w ołała m atka. — M aćk u ! H alszko! — wolał ojciec — zaliście żywi? Ozwijcie się! Gdzie w y? Gdzie wy? — My tu, matusiu! My tu, tatuńciu! I z ukrycia swego, z za wielkich drzwi, o mur prastary opartych, wybiegły dzieci i zdrowe, choć pobladłe jeszcze ze strachu, rzuciły się w objęcia rodziców, jakaż radość! jakież szczęście! Uściskom i pocałunkom końca nie było, aż imćpan rajca Strubicz, choć taki stary i mądry, płakał jak bóbr i od płaczu się zanosił. Tak się skończyła przygoda z bazyliszkiem. Przypłacili ją życiem nieposłuszny Waluś i stara, poczciwa Agata. Zwłoki ich, wydobyte z piwnicy, pochowano uroczyście, a rodzina Ostrogów nigdy o nich nie zapomniała. Co do mężnego Jan a Ślązaka, to okazało się, iż on istotnie nie był winien zabójstwa swego kam rata; ten bowiem zjawił się niebawem w Warszawie i opowiedział, że zabłąkawszy się w boru, przebył w nim bodaj miesiąc zgórą, aż go węglarze, drzewo w lesie wypalający, przypadkiem znaleźli i do Warszawy, na dobrą drogę skierowali. Żaden bazyliszek już się więcej w mieście nie pokazał. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 17:28 A że człek był staroświeckiej wiary, Nigdy w bitw ę nie szedł bez kaplerza. Na kaplerzu, co lśnił z napierśnika, Swe Dzieciątko tuli Boża Macierz, Gdy w namiocie wojak się zamyka, Przed kaplerzem odmawia swój pacierz. W zlata w niebo duszą chrześcijańską, Zanim jutro skoczy w boje krwawe, I wspomina Farę Świętojańską, S tare Miasto i starą W arszawę Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 17:29 Tam, gdzie dom y stoją, ja k w o rd y n k u , A każdem u jakiś zna k dal snycerz, W kam ie nicy „P od n ie d źw ie d zie m " w R y n k u O w y dzielny p rz em ie szkiw ał ryce rz. W ida ć szarą w stęgę naszej W is ły Z okien jego izdeb ki podniebnej, T o słoneczne b laski na niej b ły s ły , T o ją księżyc o p rom ie nia sre brny. A ż tu kiedyś, w w iosenne św itanie , W pe łn ym k w ia tó w i piosenek m aju, W okna — trą b e k u d e rz y ło granie I k rz y k ludu : „W o jn a ! T u rc z y n w k r a ju !" Co tu myśleć, m ościpanie, d łu g o ! D źw ięczą szable, rżą bojo w e k o n ie ; W o ja k w ie rn y m b y ł ojczyzny sługą, W ięc, ja k inni, w a lczy w jej obronie Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 17:30 D ni ż o łn ie rs k ic h zm ienne są ko leje : Sława błyśnie, k u lk a żebra zmaca, T o się dobrze ry c e rz o w i dzieje, To się szczęście od niego odw raca. Pod srebrzystym cho rągw ianym p ta k ie m W mnogich w a lk a c h m ężnie się po tyka, A ż raz runął z ro z c ię ty m szyszakiem I w tu re c k ie poszedł, biedak, ły k a ! Jakże ciężko w pogańskiej n ie w o li Sw obodnem u c ie rp ie ć P o la k o w i; J a k to serce od p ę t w ra żych b o li, — Tego żadnem słow em nie w y p o w ie ! N ie c h b y raczej z a b iły go k u le , N iż m a szarpać p o n ie w ie rk a ta k a ; N ad B osforem , w d a le k im Stam bule, W u tra p ie n iu p łyn ą dni w ojaka . Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 17:31 Że P ola cy do k o n i zw yczajni, — N a ró d ziem ia n i n a ró d w o ja k ó w , — S łu ż y M a z u r p rz y su łta ń skie j stajni I ara b skich p iln u je ru m a kó w . K onie ścigłe, ja k w ia tr, a rozum ne, A ta k zw inne , ja k p a n ie n ka z tańca, — 0 , m ój B oże! daj, n im pójdę w trum nę, T a k im k o n ie m zdeptać łeb pohańca! O d ś w ita n ia już na służbie swojej, Co w o je n k ę na pam ięć przyw o dzi, R y c e rz k a rm i, czyści je i poi, Po p o d w ó rc u p a ła c o w y m w odzi. A b y ł jeden siw ek m ięd zy niem i, Co, ja k pies, się przypo do bać um ie, N a grzb ie t skoczysz — ledw o ty k a ziemi 1, ja k c z ło w ie k , glos lu d z k i rozum ie. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 17:32 I co w ieczór, gdzie je w ojak poi, A na placu p rzy stajennej studni, B o ż e ! C óżto za figura stoi? A ż się język w u sta ch onieśm iela! Aż, jak lodem , k re w się w żyłach ścina! To P an Jezus! To krzyż Z baw iciela! Splugaw iony rę k ą poganina! Na znak w zgardy zle niew iernych dłonie, Bijąc posąg ze złością p rze k lę tą , Do nóg Z baw cy przyw iązują k o n ie I śm igają biczem przez tw a rz św iętą. T ak codziennie o św icie i zm roku C zerń n a d k rzyżem zn ęca się szalenie, Aż łzy, zd a się, błyszczą w B ożem oku, A ż p ierś z drew n a podnosi w estch n ien ie. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 17:34 Ja k ż e płacze M azur p raw ow ity, Pełny w iary ry cerz chrześcijański, N ad bluźnierstw em , co bluzga w błęk ity , N ad P ostaci pohańbieniem P ańskiej! Niźli p a trz e ć n a te k rzy w d y Boże, Żywym ogniem w olałby się spalić, Aż już dłużej znieść m ęki nie m oże — I krzy ż m usi od w zgardy ocalić! W ięc, odziany łachm any nędznem i, W noc, co blaskiem gw iazd złotych nie płonie, P o d k rzy ż biegnie — w y d ziera go z ziem i — I w głąb studni k rz y ż cisk a: niech tonie! N iech on raczej zgnije w czystej w odzie, N iżby m iał się w zdrygać od k rzy w d w ielu, — O, Jezu sie! Ju ż e ś n a sw obodzie, Ju ż e ś te ra z w olny, Zbaw icielu! Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 17:35 Cicho, cicho niew olnik szczęśliw y N a sen w ra c a - już nic go nie boli, A w tem zarży a rab sk i koń siwy, Jego w ierny przyjaciel w niew oli. I n atchnienie w m yśl w ięźnia u derzy, Do po w ro tu m u drogę w skazuje, I arab czy k już bieży, już bieży, R ozdął ch rap y o g n iste: ste p czuje! D zień po dzionku, p rz e z k raje, p rz e z obce, D zielny rum ak, jak b u rza, p rz e la ta ; A ż graniczne w idnieją już kop ce I znajomy, rodzinny k ą t św iata. T w arz tu słońca, jak nigdzie, św ie tla n a, K w iaty p achną, że ty lk o je z b ie r a ć ! To ojczyzna! to P o lsk a k o ch an a! G dzie żyć m ilo i m iło um ierać Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 17:37 Siedzi w ojak w stary m dom u, w R ynku, Z o kna izby n a W isłę pogląda, 0 swym zbożnym w spom ina uczynku 1 krzyż tam ten w idzieć m u się żąda. Noc m u ow a p rz e d oczym a sta w a I ucieczka z k ra ju tu reck ieg o , — A ż tu krzykiem zahuczy W arszaw a I k u W iśle tłum y ludu biegą yjdzie w ojak z sw ojej kam ienicy I k u rz e c e p rz e c isk a się z tru d em : T łum n a R yn k u , tłu m w k ażd ej ulicy I p o b rzeże w ypełnione ludem . Z ło tem słońcem goreją n iebiosy N ad W arsz aw ą zatłoczoną ściśle, Z ew sząd sły c h ać zadziw ione głosy I w ołania: „C ud! cud! cud n a W iśle!" Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 17:39 A n a W iśle, w te j ran n ej godzinie, W b la sk a c h sło ń c a b łyszczący w spaniale, K rzy ż C h ry stu só w p rzeciw w odzie płynie I p o k o rn e całują go fale. W y szed ł b isk u p w p o złocistej szacie, S am p a n b u rm istrz i dosto jn a R ada, D źw ięczy m iasto w dzw onów m ajestacie I dzw onam i z m o d rem niebem gada. S e tk i łó d e k po rzece śmigają, L ecz d o płynąć nie m ogą do k rz y ż a ; Ju ż zbliżają się — w idać — zbliżają, I znów fala o d ep ch n ie je chyża. C zas u ciek a na m iejskim zegarze, K ończy słońce sw ój obieg pow rotny, Sił pró b u ją najlepsi w ioślarze — A krzyż płynie i płynie sam otny. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 17:41 K rzyż z niew o li poznał ż ołnie rz stary. Na brzeg biegnie, łz y radosne leje, I prz y k lę k a przed biskupem z F a ry I pow iada z T u recczyzny dzieje. W ięc mu biskup do ło d z i siąść każe, Sam z N ajśw iętszym siada S akra m entem ; 0 to ń biją w iosłam i żeglarze 1 już — już są przed O bliczem św iętem . A gdy w oja k w yciągnął swe dłonie, B y Chrystusa przycisnąć do łona, K rzyż k u jego p o c h y lił się stro nie I p a dł w swego ob rońcy ram iona. W idać z lica, że odtąd na w ie k i Chce być Jezus z ty m grodem w p rz y m ie rz u I szept w io n ą ł, ja k tchnienie, ta k le k k i: „B łog o sław ię cię, p o ls k i r y c e r z u ... Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 17:42 W całem m ieście grają w szystkie dzw ony, W szyscy ludzie w eseli i radzi I w triu m fie naród zgrom adzony K rz y ż C udow ny do F a ry prow adzi. Szumią z w ia tre m cechowe sztandary, Lśniąc, ja k k w ia ty , k o lo ra m i w iosny, A Chrystusa niesie w o ja k stary, T a k i dum ny i ta k i radosny Mnogie cuda warszawianom czyni Krzyż z figurą Zbawiciela świata. My na Jego opiekę się zdajem, Nic nam wrogi i nic nam złe mary, Póki czuwa nad miastem, nad krajem Nasz Pan Jezus Cudowny u Fary! Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 17:43 Biała Dama Stanisław August siadł na tronie, Głośne mu „W iwat" lud wykrzyka, I miecz Batorych ujął w dłonie, Lecz to nie dłonie wojownika. Nie do pancerza pierś królewska, Ani do hełmu białe czoło, — A tu się chmurzy toń niebieska I groźne w ichry szumią wkoło. Czyha na Polskę cudzoziemiec, Słabnie potęga ojców stara, W Rzeczpospolitej Moskal, Niemiec Rządzi się w łaśnie, jak gęś szara. W prow adza w ojska swoje wraże, W olność narodu pcha w mogiłę, — Niech Polak słucha, gdy on każe, Za nic mu prawo, — on ma siłę! Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 17:45 Stanisław August krzewi sztuki I o oświatę dba narodu Ale kraj szarpią, jakby kruki, Sąsiedzi z wschodu i zachodu. Nie ma kto wydać hasła boju, Z „Bogarodzicą" grzmiącą w nieba, — Taki król dobry w czas pokoju, Teraz Sobieskich Polsce trzeba. Z nim -by poleciał lotem p tak a Nasz orzeł w polu purpurow em , Znów pod Grunwaldem zgnieść Prusaka, Na łeb Moskala bić pod Pskowem ! Lecz dobrze wiedzą źli sąsiedzi: Król Ja n w katedrze śpi krakow skiej, A na warszawskim Zamku siedzi Stanisław August Poniatowski. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 17:46 Król Staś w komnacie swej bogatej Coś tam rozważa, coś tam myśli: Może mu śnią się sławy kwiaty, Lub plan „Łazienek" nowych kreśli. A tu zawzięte wrogi nasze Ojczyznę dwakroć już rozdarły; Huczą arm aty, lśnią pałasze, I dzwon grzmi Polsce, jak umarłej. Kościuszko wzywa, by rwać pęta, A z nim najlepsze w kraju męże — I wzwyż przysięga leci święta: „Albo polegnę, lub zwyciężę!" Lecz po Racławic bitwie chwackiej Znowu się sypią klęski krwawe — I wojsk carowej tłum żołdacki W iedzie Suwarów na Warszawę. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 17:48 Na krw ią zbroczonych Pragi walach W re bój zacięty, bój ostatni, M rą kanoniery przy swych działach, Ginie walecznych hufiec bratni. M ężny Jasiński, K orsak dzielny Już legli — męże wiekopomni! — Nigdy ich sławy nieśmiertelnej W dzięczna ojczyzna nie zapomni! Suw arów z setki arm at wali, N apiera podłych zbirów zgrają, — I lecą kule dalej, dalej, W królew ski Zamek uderzają. Zda się, mur Zamku się rozrywa, Zda się, dygoce ziemia sama... Król Staś padt w fotel, twarz zakrywa: Stanęła przed nim — Biała Dama Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 17:50 Na piersiach ranę ma czerwoną, Z której koralem krew się broczy, I ta k żałośnie drży jej lono, I ta k się łzam i sreb rzą oczy. Z gorzkim w y rz u te m p atrzy w króla, A jem u se rce m rze od trw ogi, — „T am — szep ce w idm o — M oskal hula, P o m oich synach d ep cą w rogi! W e k rw i się pław i m a k rain a I w k a żd em se rc u ty le bólu! Czyjaż to w in a ? Czyja w ina? U d erz się w piersi, slaby królu! M ój n a ró d w p ę ta dziś okuty, G dzie sp o jrzeć — rozpacz, Iza i blizna; Iluż to trz e b a la t p o k u ty , B y w olną b yła znów O jczyzna! Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 17:51 P o lsk a w niew oli b y t sw ój w lecze, T rz e c h ją ty ra n ó w uciem ięża, R dzew ieją w p ochw ach s ta re m iecze — I niem a p o la d la oręża. A le się n aró d nie upodli I Izę u k ry w a, co z ócz ścieka, 0 bój się z w rogiem codzień modli 1 n a w olności ju trzn ię czeka. A k ażd y p o ry w k u sw obodzie, K rw ią b o h a te ró w okupiony, S k ra c a tw ej m ęki czas, narodzie, Zbliża odrodzin św it w yśniony. A gdy już z d a się, zm artw ychw staje Słońce w ielkości, glorja chw ały, — W w arszaw sk im Z am ku w oknie staje U ro cze w idm o Dam y Białej. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.15, 17:52 Z ap ch an y ludem plac Zam kow y, A w szyscy p a trz ą w stro n ę W isły, D um nie w zniesione w olnych głowy, Bo się k ajd an y w p ro ch rozprysły. A tam od m ostu pieśni biegą, A ch, nasze p ieśni to bojow e! — I o bok Z am ku w arszaw skiego P rz e c ią g a w ojsko narodow e! Je d e n za drugim hufiec zbrojny, P iech o ta, jazda, ró w n y m szykiem , W m ury stolicy w raca z w ojny, Z w ojny zw ycięskiej z bolszew ikiem ! S erc a w ta k t biją, w zro k się łzawi, I trium falna stoi bram a, — A z o k n a Z am ku błogosław i Zw ycięskim pułkom -— Biała D am a!... Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 21.09.15, 00:55 Niegdyś był u nas zwyczaj, że gdy skazanego na śmierć i prowadzonego pod szubienicę dziewczyna jaka rańuch zarzuciła a skazany oświadczył, że się z nią ożeni wtedy uwalniano go od kary śmiertelnej i strzeżono tylko aby ślub odbył się niezwłocznie. Owóż zdarzyło się, że raz jednemu skazańcowi stara i straszna baba ofiarowała swoją rękę i tym sposobem mógł ocalić się od śmierci. Spojrzawszy jednak na czarownicę zawołał na kata: - Panie Jakubie, wieszaj waćpan. Słowa te poszły w przysłowie kiedy kto jakiej niekorzystnej łaski przyjąć nie chce. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 21.09.15, 19:53 Była sobie wioska w tak głębokich lasach między błotami i polami położona, że w niej żołnierzy nie widziano i o wojnie nie słyszano. Ale zdarzyło się, że był w tej wiosce jeden parobczak, który w świat powędrował, był na wojnie i z wojny do wsi rodzinnej powrócił. Otoczyli go wszyscy i z niezmierną ciekawością wypytywali się co to jest ta wojna i co na wojnie ludzie robią. A najciekawsza ze wszystkich była jego matula: - Mój Anteczku, kochaneczku gdzieżeś bywał, jak się miewał...a cóż wy tam na tej wojnie robicie? - A jużci kołem bijem, sieczem, rąbiem i strzelamy - Oj, wariaty, wariaty i swawolniki! - rzecze baba - jeszcze broń Boże w oko jeden drugiego urazić może Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.05.24, 19:20 »Bóg wam zapłać, żeście mię przyjęli, na wielką się słotę zanosi; objechałem wszystkie gospody w mieście, nikt mię przyjąć nie chciał; niech ich nie znam, jacy nie dobrzy mieszkańcy; przecież do biesa nic złego nie patrzy mi z oczu.* To mówiąc zsiadł z konia szlachcic podróżny, a konia oddawszy Markowi, szedł ku izbie szynkownej, otrząsając z czap ki krople deszczowe. — »Wielmożny Pan z daleka?« zapytał żyd. — »Ho, ho, z daleka, aż od Sandomierza jadę.* — »Od Sandomierza? — jak słychać tam wojna w Sandomierskim.« — »Ho, ho, starosta rawski, Grudczyński, zuch, nie da sobie w kaszę dmuchać, a sam dmucha i do brze; zuch, jakby drugi Czarniecki.* — »To tam niebezpieczno jechać,* zagadał żyd. — »Nie wiem o tem, bo nie znam co niebezpie czeństwo; jak długo żyję, nigdym o tem nie myślał; nikomum nic złego nie zrobił, więc i mnie nic złego nie zrobi żaden.« Rozgościł się szlachcic w izbie, palnął gorzały, a po wieczerzy, nie długo się bawiąc, odmówił pa cierz, przeżegnał się i ległszy na posłaniu zasnął, i chrapał dobrze. Żyd z Markiem, stróżem, gwarzyli jeszcze długo. Nazajutrz, skoro świt, zerwał się szlachcic, gospo dyni uwarzyła mu polewkę z piwa, ze śmietanką, chlebem, nie żałowała sera i kminku: przy śniadaniu żyd znowu do szlachcica pokłoniwszy się zagadał: — »Bez urazy... wielmożny pan, w którą stronę jedzie?« — »Otóżto właśnie, że sam nie wiem, i ciebie się zapytać muszę o drogę, jeżeliś dobry, to ini powiedz., daleko ztąd Lipinki?* — »Nie daleko, dwie mile, nie więcej.* — >Na południe stanę w Lipinkach Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.05.24, 19:44 Dałem słowo!« rzekł szlachcic, »tam do biesa prawda, dałem: ergo zanocuję — nie pokaże się to na mnie, żebym kiedy nie dotrzymał słowa. I masz prawdę żydku, czasy nie pewne, łotrów pełno wszę dzie wszelako żebym miał rzec prawdę, łotra się nie boje Oho! nie jeden dobrze się pierwe] po swoim łbie poskrobie, nim się do mojej weźmie czuprynj; ale kiedym dał słowo, zanocuję tuta] i me spóźnię się w drodze, bo natomiast jutro co świt kopnę się da lej- idź Marku — wszakże, jak pomnę, Marek tobie na imię, idź Marku.... konia do stajni, dać obrok, siano, co się patrzy — mnie pościelisz tu, oto na zie mi- jestem znużony podróżą.« Po odejściu Marka szlachcic ozwał się do żyda: - »Karczmarzu! gdybym zaspał, bo sypiam twar do nie zapomnij mię obudzić przed świtaniem, słyszą- w’l jKTiJ’pita, i radbym błyskawicy lotem być u mojej Marysi; nieboga pisała do mnie, umyśl nego posłała z listem, w którym mi donosi oto, że synek nasz, dziecina śliczna jak malowanie, zasłabł nagle, rady sobie nie wie kobiecina. Boże Ty! Boże. gdyby mi odumarł, onaby go nie przeżyła, jabym ją nie przeżył...« , . Łza wytrysła mu z oka, nie zdążył ją otrzeć, sto czyła się i kapła mu na wąsy Żyd przechadzał się po izbie zamyślony; po ma łym przestanku do gościa swego zagadał. — » Wielmożny Pan me pozwoli sobie służyć Jud kiem — mam parę garncy starego lewockiego. o ry trunek na frasunek.« Szlachcic nic nie odpowiedział. — »Na co te turbacye,« mówił dalej żyd, »syneK W. Pana będzie zdrów, a jejmość znów się pocieszy, skoro Wielmożnego Pana obaezy i dowie się o sukce- syi po księdzu Wieścińskim.« Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.05.24, 20:18 — » Marku, cóż się tobie stało? przyrzekłeś sam go zabić, a teraz....® — »A teraz powiadam, że mu nic nie będzie. Nikt go zabić nie potrafi.« — »Nie potrafi? a czegóżby to nie mógł potrafić?® — »Otóź żaden człowiek nie potrafi go zabić, po wiadam wam, i jeżeli nie wierzycie, co mówię, idźcie sami i próbujcie, czy potraficie.® — »Gadasz od rzeczy, mój Marku, jak przez sen oto.« — »Nie przez sen to gadam, bo wiem co gadam... Słyszeliście jak śpiewał szlachcic: Kto się w opiekę poda Panu swemu, tę pieśń dawniej w Rzepienickim dworze, kiedym służył, śpiewałem wraz z wszystką, czeladzią co wieczora, i pan z nami śpiewał, boć to pewna, że kto ją śpiewa przed zaśnięcie*, pewien ży cia i bezpieczny od zabicia, żaden go nóż ni« przebije, całe ciało jego jakby kościane.® — » Pleciesz Marku, radbyś, żebym ci wierzył: oto powiedz raczej, źe nie masz odwagi.® — »Wy ją może macie? więc idźcież i próbujcie, czy przebijecie pierś szlachcica nożem waszym: idźcie jeno, a przekonacie się, że prawdę mówię.® Słysząc tę dziwną Marka mowę, zamyślił się żyd i, lubo nie przestawał namawiać i prosić Marka, aże by go nie opuszczał i dopomógł zamierzonego dokonać zamysłu, w duchu dawał może poniekąd wiarę tej cu downej mocy, jaką miała ta pieśń staroświecka: Kto się w opiekę poda Panu swemu. Po chwili namysłu, w którym to przysunęły mu się na myśl i rozwagę wielkie szlachcica pieniądze, a łakomstwo podłechtało go na nowo, jął do Marka przemawiać znowu, pra gnąc go przekonać, iż rzeczy, o których prawi, do wiary nie są podobne.- Ale nie przekonał Marka, bo mocna i niezachwia na była jego wiara, od młodości w jego wszczepiona serce, nie dała się wykorzenić, pozostała w niem, cho ciaż w późniejszem życiu wszystkie chrześeiańskie po tracił cnoty i nie wzdrygał się nawet, wy chłostany z dworu za kradzież, przyjmować służbę u żyda. Czy sto religijna ta wiara w Opatrzność Boską tyle na nim wywarła wpływu, iż przekonany o zabezpieczonem tą opieką Boską życiu człowieka, do przedsięwzięcia morderstwa, jako do spełnienia niepodobnego, należeć nie chciał; ale więcej nic mu jego nie dyktowało serce, ani litość; więcej dla szlachcica nic nie zrobił. Żyd widząc, iż słowa jego daremne, szeptając coś po cichu, wrócił napowrót do szynkownej izby. Cicho było w izbie i ciemno: szlachcic oddychał głośno i spokojnie. Żyd zbliżał się ku niemu... drżał i dygotał cały: zaszeleściały drzwiczki, nóż wypadł z ręki mordercy. — »Rupert! czy to ty tam stoisz?* zapytała ży dówka we drzwiach od alkierza stojąca. — »Cicho! cicho!« mówił żyd, przychodząc do sie bie; schylił się i macał po ziemi, dopóki nie wyszukał upuszczonego noża. — »A gdzie Marek?« zaszeptała żydówka. Żyd podniósłszy nóż upuszczony, przesunął się na palcach do alkierza i drzwi przymknął za sobą. — »Gdzie Marek?« zapytała się znowu żydówka. — »Na co nam Marka? Marek ogłupiał; ja nie wiem, co mu się stało, jakieś plótł bajki, a potem nie chciał słuchać, com gadał do niego; nakrył się z gło wą i śpi. Ale na co nam Marka, obejdę się bez niego, szlachcic śpi jak zabity. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 19.06.24, 00:12 Jasiek zajmował się uzdrawianiem, odganianiem burz i przepowiadaniem przyszłości. Jak sam twierdził, do południa służył Bogu, po południu diabłu. Kiedy poczuł, że zbliża się śmierć, Jasiek kazał wykopać dla siebie grób przy chałupie, a na nim postawić krzyż. Kiedy krzyż upadnie – zapowiedział czarownik – przyjdzie wielka wojna, jakiej wcześniej nie było. Kazał też ustawić potem drugi krzyż i zapowiedział, że gdy ten z kolei upadnie, przyjdzie wojna jeszcze większa. A kiedy przewróci się trzeci krzyż, to już będzie najgorsza wojna i chyba koniec świata. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 19.06.24, 00:33 Jak dotąd żaden góral ani turysta nie uwiecznił jeszcze tej manifestacji na filmie ani zdjęciu. Wygląda jednak na to, że Dolina Kościeliska to być może jedyne miejsce na świecie, nawiedzane przez cały młyn z młynarzem w środku. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 19.06.24, 11:41 Niestety (a może na szczęście) opowieści góralskie nigdy nie precyzują, gdzie też może znajdować się wejście do tajemniczej groty. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 19.06.24, 12:03 Umina była jedyną osobą, która znała lokalizację inkaskiego skarbu, ukrytego gdzieś w murach zamku. Nie wiadomo dokładnie, czy skarb nadal tam jest, ale kto nie boi się ducha Białej Damy rodem z Peru, ten może poszukać Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.07.24, 22:47 Kolejna legenda związana jest z królem Zygmuntem Augustem, dla którego Twardowski miał wywołać ducha jego zmarłej żony Barbary Radziwiłłówny. Znany mag Twardowski miał doprowadzić do zmaterializowania postaci żony przed obliczem króla. W specjalnie przygotowanej sieni naprzeciwko lustra postawił krzesło. Nakazał królowi, aby spoczął na nim i pod żadnym pozorem nie wstawał z krzesła, bo to może przynieść wielkie nieszczęście. Król wzruszony widokiem młodo zmarłej żony, wstał i próbował ją objąć. W tej samej chwili zjawa rozpłynęła się, a lustro pękło. Niedługo po tym wydarzeniu zarówno król, jak i Pan Twardowski zmarli. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.08.24, 19:09 Legenda o uśpionych rycerzach pod Wawelem Według legendy pod Wawelem ukryty jest podziemny, wspaniały zamek, do którego tajne wejście znajduje się koło Kurzej Stopki. W tym zamku, w jednej z sal siedzą razem wszyscy polscy królowie w swoich szatach koronacyjnych. Królowie otoczeni są przez swoich wiernych rycerzy, którzy przebudzą się wówczas, kiedy Polska będzie w tarapatach. Jak pisał M. Rożek: "Podobno w Wigilię Bożego Narodzenia ucztują oni w swojej podziemnej komnacie. Nieliczni szczęśliwcy mogą usłyszeć wtedy odgłosy uczty: huk, wrzawę, rżenie koni, brzęk szkła, grę na instrumentach. A o północy po dziedzińcu zamku przechadza się Bolesław Chrobry. Zobaczyć go może jednak tylko osoba o szlachetnym sercu" Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.08.24, 19:18 Legenda o krakowskiej czarownicy To legenda o tym, jak krakowskie gołębie stały się przyczyną nieszczęścia. Wszystko to stało się z powodu czarownicy zwanej Marcychą. Kiedy Tatarzy próbowali zdobyć miasto, schwytali czarownicę i postanowili poradzić się jej jak można zdobyć miasto. Ta poradziła im, aby schwytali tak wiele gołębi, jak tylko się da i nakarmili je grochem namoczonym w wódce, a następnie nasmarowali je smołą i podpalili... Tatarzy postanowili te zalecenia zrealizować. Kiedy więc płonące gołębie nadleciały nad Kraków, spowodowały pożogę i miasto stanęło w ogniu. Obrońcy murów rzucili się do gaszenia pożaru, a Tatarzy dostali wyśmienitą okazję na podbicie miasta. Wtedy jednak czarownica uciekła, a tatarski wódz wydał... rozkaz odwrotu. Miasta nie udało się podbić, bo tak przestraszył się wiedźmy, która mogła mieć konszachty z diabłem, że postanowił nie narażać się na jej zemstę. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.08.24, 19:30 Legenda o dwóch braciach Według legendy do budowy wież kościoła Mariackiego zatrudniono dwóch braci, którzy cieszyli się wielkim uznaniem jako jedni z najlepszych budowniczych Krakowa. Starszemu bratu polecono wzniesienie wieży południowej, a młodszemu północnej. Początkowo budowa przebiegała spokojnie, w podobnym tempie. Wkrótce jednak okazało się, że wieża południowa, nad którą pracował starszy brat, znacznie przewyższa północną. Trawiony nieposkromioną zazdrością młodszy brat zabił w ataku wściekłości starszego. Niedokończoną wieżę południową nakazał nakryć kopułą, a sam zgodnie z planem zakończył budowę swojej, teraz wyższej, wieży północnej. Wyrzuty sumienia nie dawały mu jednak żyć. W dniu uroczystego poświęcenia świątyni mariackiej stanął na samym szczycie swej wieży, trzymając w dłoni nóż, którym zamordował brata. Przyznał się publicznie do zabójstwa, po czym skoczył w dół. Do dziś w bramie Sukiennic na Rynku Głównym wisi nóż mordercy, który ma przypominać o tych tragicznych wydarzeniach. Według innej wersji legendy po zabójstwie starszego brata budowa południowej wieży została zakończona przez nadprzyrodzone siły, a będący tego świadkiem młodszy brat ze strachu stracił równowagę, spadł z rusztowania i w ten sposób poniósł śmierć. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.08.24, 19:58 Jedyną osoba, która okazała serce uwięzionemu, była bardzo brzydka siostra Wisława. Ta, uzyskawszy wcześniej od Walgierza obietnicę małżeństwa potwierdzoną przysięgą, potajemnie dostarczyła mu klucze do kajdan i miecz. Gdy znowu kochankowie cieszyli się sobą, Walgierz zrzucił łańcuchy, wyszedł z klatki i pozbawił oboje życia Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.08.24, 20:05 Podania i legendy o wędrującym incognito wśród chłopów królu Kazimierzu Wielkim, stąd zwany „królem chłopów“, często powtarzają się we wsiach, sąsiadujących w Puszczą Niepołomicką, a w szczególności we wsiach położonych od niej na wschód i północ. Nie jest pewne dlaczego w jaki sposób i gdzie Kazimierz Wielki zasłużył sobie na taki przydomek. Nie istnieją żadne bezpośrednie źródła potwierdzające legendę, że król przebierał się za wędrowca, odwiedzał chłopskie chaty, rozmawiał serdecznie z wieśniakami i pomagał im w różnych kłopotach, również rodzinnych. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.08.24, 20:10 Mianem tym według przekazu Roczników Jana Długosza szlachta określała króla Kazimierza Wielkiego (1310–1370) i bynajmniej nie było to w szlacheckich ustach określenie królowi przychylne. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.08.24, 20:24 O Jaśku, Staszku i studni w Tyńcu Studnia na dziedzińcu opactwa Benedyktynów w Tyńcu ma ponad 30 m głębokości i około 300 lat. O jej powstaniu opowiada legenda. Dawno temu żyło dwóch przyjaciół – spokojny Jaśko i nerwowy Staszek, który kiedyś tak pokłócił się z Jaśkiem, że go zabił. Staszek bardzo żałował tego co zrobił i sam poszedł do króla prosić o karę. Opat Tyniecki (najważniejszy mnich w klasztorze) poprosił króla, aby karą dla Staszka było wykopanie studni w klasztorze. Była to bardzo trudna praca, Staszek musiał rozkuwać wysoką skałę na której zbudowano opactwo. Pracował przez wiele lat bez przerwy, nawet jedzenie przynoszono mu do studni i spuszczano na linach w dół. Pewnej nocy ukazał mu się duch przyjaciela Jaśka, który przebaczył mu jego zbrodnię i obiecał, że następnego dnia dokopie się do wody – tak też się stało. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 08.09.24, 11:05 Druga legenda opowiada o tym, jak w cudowny sposób wyznaczono miejsce, w którym został zbudowany kościół św. Floriana – otóż gdy przywożono relikwie do miasta, konie ciągnące wóz zatrzymały się na Kleparzu i odmówiły dalszej drogi. Wydarzenie to zostało zinterpretowane, jako cudowny znak, by tu powstała świątynia poświęcona św. Florianowi. Wydarzenia te miało miejsce w 2. połowie XII wieku, a już w 1185 rozpoczęto budowę nowej świątyni. W 1216 biskup Wincenty Kadłubek dokonał jej uroczystej konsekracji. Kościół otrzymał godność kolegiaty książęcej, a następnie został objęty patronatem królewskim, a w XVI wieku patronatem Akademii Krakowskiej. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 08.09.24, 12:40 Najjaśniejszy zaś król polski Kazimierz uznawszy, że to tak godny pamięci i niezwykły cud wydarzył się dla niego i ze względu na niego, składa przyrzeczenie, że w miejscu, gdzie znaleziono ten niewysłowiony Sakrament, chociaż bagnistym i błotnistym, założy i wybuduje z cegły piękny kościół na cześć Bożego Ciała. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 12.09.24, 11:25 Pierwszymi jej właścicielami byli Tęczyńscy herbu Topór. Po wygaśnięciu tego rodu, z początkiem wieku XVII, pałac naprzeciw kościoła Wszystkich Świętych nabyli margrabiowie Gonzaga-Wielopolscy i poddali go gruntownej przebudowie. W połowie lipca 1850 roku szalał w Krakowie straszliwy pożar. Największych spustoszeń dokonał właśnie na placu Wszystkich Świętych. Wówczas to spłonęło całe wnętrze kościoła Dominikanów, a także pałac Wielopolskich, z którego pozostały tylko gołe mury. Wypalony budynek zakupiło w 1850 roku miasto, a w roku 1867 pod kierunkiem Pawła Barańskiego dokonano gruntownej odbudowy, przeznaczając pałac na reprezentacyjną siedzibę władz miejskich. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 12.09.24, 11:34 Podobno była to córka margrabiego Wielopolskiego, którą tu kiedyś miano zamordować i zamurować w piwnicy... O spotkaniach z Czarną Damą opowiadają także inni pracownicy magistratu. Najpewniej właśnie spotkanie z nią było przyczyną wydarzenia, o którym głośno było przed wojną w Krakowie. Otóż na drugim piętrze, tam gdzie obecnie mieści się gabinet prezydenta miasta, niegdyś mieściła się kasa miejska. Kasy tej dzień i noc pilnował wartownik z - policji. I oto pewnej nocy, bez żadnego powodu, wartownik wystrzelił cały magazynek pistoletu w drzwi i uciekł z posterunku. Odnaleziony, nie potrafił nic powiedzieć o swoim dziwnym zachowaniu i w końcu znalazł się w szpitalu dla obłąkanych. Tkwiące we framudze drzwi kule do niedawna, do czasów ostatniego remontu, oglądać można było w jednej z sal drugiego piętra... Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 12.09.24, 11:40 Opowieść ta me jest bynajmniej jedynym źródłem informacji o tajemniczej zbrodni. Otóż człowiek znany w całej Polsce z licznych cnót i prawości charakteru, senator, wojewoda, prezes słynnego sądu sejmowego w 1827 roku - Piotr Bieliński - potwierdził opowiadanie staruszka. Był on bowiem, jako młody chłopiec, gościem w pałacu margrabiów, w tym właśnie czasie, gdy wypadki opisane powyżej miały miejsce. Potwierdziła rzecz całą także hrabina Wielopolska z Żywca, wyznając, iż od czasu owej zbrodni na rodzie Wielopolskich ciąży ponura klątwa. Losy słynnego margrabiego Aleksandra zdają się to potwierdzać. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.24, 13:40 Wiedzą o niej wszyscy okoliczni mieszkańcy, z dziada pradziada. Bronisława Złotnikowa, mieszkająca podówczas (od 1941 r.) wraz z mężem Franciszkiem w ruinach zamku, słyszała tę historię od swojej matki. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.24, 13:44 Po II wojnie światowej zapomniano o Czarnej Damie, o moście przy ulicy Rakoniewskiej i o coraz szybciej ginącym cmentarzu przy kościele Św. Ducha; od dawna też mało kto widywał powóz i tajemniczą kobietę. Warto dodać, iż ku czci poległych 28 kwietnia 1848 r. w dniu 3 maja 1932 r. przed kościołem odsłonięto kamienny pomnik, zniszczony przez Niemców, lecz odbudowany w 1948 r. z inicjatywy Towarzystwa Powstańców i Wojaków w Grodzisku. Kim była opisana Czarna Dama, nie wiadomo Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.24, 13:48 Z kolei ojciec wspomnianego historyka, Władysław Skowroński, spotkał się z fantomem Łucji w innych okolicznościach: w Kolbuszowej, w biały dzień, na łące zwanej Morze Czerwone. Mara siedziała na szczycie starej lipy i grała na skrzypcach. Opowiadał swojemu synowi, że obecny przy tym wydarzeniu przyjaciel wdrapał się na drzewo, chcąc zobaczyć z bliska tajemniczą postać. Był już blisko wierzchołka, gdy spadł w dół, łamiąc sobie nogi. Twierdził później, że zepchnęła go jakaś niewytłumaczalna siła... Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 14.09.24, 14:00 Jednym ze świadków poszukiwań Andrzeja Benesza był Franciszek Szydlak, słynny przewodnik po niedzickim zamku. Opowiadał on o kolejnym tajemniczym zdarzeniu: „Było to latem, chyba w 1949 roku. Inżynier J. Polak przeprowadzał na zamku pomiary, ja, młody wówczas chłopiec, pomagałem mu. Pracowaliśmy na górnym zamku do późnego wieczora i była już chyba dziesiąta, gdy skończyliśmy robotę i zeszliśmy na dziedziniec. Schodząc zamknąłem ciężką bramę górnego zamku, zatykając za skobel gruby kij. Choć było późno, inżynier chciał jeszcze wymierzyć małe podwójne okienko (biforium) w sali nr 5 na średnim zamku. Poszliśmy tam, inżynier mierzył, ja trzymałem lampę. Nagle powiał silny wiatr. Powiedziałem, że zbiera się na burzę, ale gdy wyjrzałem oknem, zobaczyłem, że noc jest pogodna. Wtedy tuż nad moja głową przeleciał kij, którym zatknąłem skoble w bramie. Spojrzałem w tamtym kierunku i zobaczyłem, że na progu zjawiła się postać w bieli. Była to kobieta w długiej białej sukni. Inżynier też ją widział. Przestraszeni rzuciliśmy lampy, przyrządy i uciekliśmy. Wróciłem do domu i opowiedziałem o tym zdarzeniu matce. Nie była zdziwiona. Przed wojną pracowała na zamku u hrabiów Salomonów, ówczesnych właścicieli Niedzicy, i twierdziła, że postać tę widywano wielokrotnie, dokładnie w tym samym miejscu”. Po wielu latach, gdy zamek w Niedzicy objęło we władanie Stowarzyszenie Historyków Sztuki, urządzając w części zamkowych sal pokoje gościnne, któregoś ranka wybiegł z apartamentu, znajdującego się nad kaplicą (a więc miejscem pochowania Uminy) pewien znany profesor, ze strachem w oczach... Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.01.23, 17:36 Po "upojnym" wieczorze w karczmie grabarz Purschke poszedł do domu i natychmiast zasnął. Gdy się przebudził spojrzał na zegarek. Zegarek nie chodził, ale na dworze świtało. Czas iść do pracy. Purschke ruszył do drewnianego kościoła św. Józefa, gdzie stały mary pogrzebowe. Ale cóż to ? Kościół był już otwarty, oświetlony i pełen ludzi. Przy ołtarzu ksiądz odprawiał mszę świętą, ale nie był to baborowski ksiądz Purschke poczuł, że nie może wypow iedzieć ani słowa, język był jak kolek. Coś tu było dziwnego. Grabarz wycofał się z kościoła i nagle zegar na rynku wybił pierwszą, a światło i ludzie z.niknęli. Grabarz zrozumiał, że uczestniczył w mszy zmarłych. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.01.23, 17:39 Bardzo dawno temu w Baborowie mieszkała dziewczyna morawskiego pocho dzenia o imieniu Draha. Pewnego dnia zgrze szyła z żonatym mężczyzną. Wówczas za taki postępek bez sądu ścinano głowę. Na rynek, tam gdzie stoi figura Matki Boskiej, przysz wszyscy mieszkańcy i rada miejska. Wszyscy chcieli zobaczyć wykonanie wyroku. Dziewczy nę w białym płaszczu pokazano zgromadzonym, a następnie kat ze swoim pomocnikiem zabrali ją za miasto, za mały pagórek przy obecnej ulicy Raciborskiej. Kat ściął głowę, która poturlała się w dół aż do rynku. Ludzie nazwali tę drogę "dro gą Drahy". a urzędnicy Raciborską. Po czesku słowo draha znaczy droga. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.01.23, 17:44 Oprócz legend o “szwedzkich szańcach” znamy jeszcze dwie opowieści o Szwedach z cza sów wojny 30-letniej (1618-1648). Jedna z nich wspomina profanację kościoła parafialnego w Głubczycach, w którym Szwedzi urządzili staj nię dla swoich koni. Bóg nie pozwolił na bez czeszczenie tego miejsca i zesłał na konie śmier telną chorobę. Tak samo w Równem Szwedzi sprofanowali święte miejsce, umieszczając w tamtejszej kaplicy konie. Zanim odeszli, puścili ją z dymem. Potem ludzie wybudowali na tym samym miejscu nową kaplicę i nazwali ją “szwedzką”. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 12.04.23, 19:48 Nie z potrzeby, ale z mody, Leciał pędem panicz młody. Konie się z biegu pieniły, On je ćwiczył co miał siły. Umykajcie, wołał, z drogi! Groził kijmt i batogi; I ten w oczach jego zgrzeszył, Kto na stronę nie pospieszył. Już to wielką świadczył łaskę, Kiedy skierował kolaskę. O włos dziada nie przejechał; 1 z przekąsem się uśmiechał. Pędzi dalej, jam rzeki cicho, Będzie jemu kiedyś licho; A wszak niewyjdzie miesiąca, On tu wszystkich poroztrąca! — Ale gdy tak zawsze leci Z strachem starców, bab i dzieci, Kędyś tam na Nowym Świecie Zawadził o kamień przecie: Pękły osie u karocy A on wyleciał jak z procy, 1 od tej modnej swywoli Jeszcze go bok dotąd boli. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 04.05.23, 17:57 Legendy arturiańskie funkcjonowały w postaci pieśni i przekazów ustnych, natomiast pierwsze wzmianki pisemne o Królu Arturze pochodzą z VIII w. Motyw Graala po raz pierwszy pojawia się kilkaset lat późniejl, około 1180 roku, w Percevalu, w cyklu legend arturiańskich, spisanych przez Chrétiena de Troyes. Jego opiekunem był Król Rybak. Chrétien de Troyes nie określił, czym jest Graal, używał formy un graal, z czego wynika, że autor uważał, że Graal jest jednym z przedmiotów należących do większego zbioru graali. Nie łączył go z osobą Jezusa. Wolfram von Eschenbach przedstawił Graal jako kamień, Lapsit Excillis. Około 1199 Robert de Boron w Joseph d’Arimathie po raz pierwszy przedstawił Graala jako kielich użyty podczas Ostatniej Wieczerzy, który następnie został wykorzystany przez Józefa z Arymatei do zebrania krwi Jezusa Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 04.05.23, 19:20 Mazurzy z Nakomiad do dziś wierzą, że pochowana przy rozwidleniu dróg Nakomiady-Salpik i Bałowo po dużym kamieniem. Karczmarka straszy nocami. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 04.05.23, 19:46 Równie dawno temu w pałacu mieszkała inna panna, która zakochała się ze wzajemnością w kawalerze z innego rodu, co było przyczyną niejednych waśni rodzinnych. Senior rodu nie pozwalał na schadzki zakochanych czy ich ślub. Pewnej nocy więc kobieta uciekła oknem wprost w ramiona ukochanego i razem, pod osłoną nocy, odjechali konno. Ojciec dziewczyny, gdy dowiedział się co się stało, wyrzekł się córki, a okno zamurował. Zamurowane okno wciąż znajduje się od strony wschodniej elewacji Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 04.05.23, 22:56 Dawno temu w Puszczy Piskiej żył władca lasu o imieniu Borowy. Mieszkał z rodziną w starym pokrzywionym dębie. Miał jedną córkę, piękną Danę, którą kochał nad życie. Pilnowała ją niania Borowego i zastępy leśnych demonów. Dana razem z rusałkami tańczyła na leśnych polanach, podjadając słodkie maliny i jagody. Lubiła przeglądać się w lustrze pobliskiego jeziora. Natomiast jeziorami i rzekami władał wiecznie ociekający wodą książę Wodnik, którego dwór znajdował się na dnie jeziora. Wodnik miał przystojnego i zwinnego syna Beła, który potrafił zamieniać się w rozmaite postacie. Obaj władcy nie kochali się, ale też nie wchodzili sobie w drogę, ponieważ Borowy ze świtą był aktywny w ciągu dnia, a Wodnik wychodził na ląd w nocy. Pewnego dnia wczesnym rankiem Dana pobiegła nad jezioro. Zamiast swojej twarzy ujrzała w nim nieznane odbicie. To był Beł. Oczy, które patrzyły na nią z wody, nie dawały o sobie zapomnieć. Także Beł nie mógł zapomnieć Dany. Postanowił dowiedzieć się, kim ona jest. Któregoś ranka gdy ojciec z dworem zasnął, pomaszerował do lasu i przybrał postać leśnego demona. Wmieszał się w szeregi demonów pilnujących Danę. Ta, czując czyiś wzrok na sobie, obejrzała się i rozpoznała oczy z jeziora. Od tego dnia codziennie rano Beł spotykał się ukradkiem z Daną. Przyłapała ich niania, która obiecała, że nic nie powie królowi, jeśli młodzi się rozstaną. Jednak Dana i Beł nadal się spotykali. Wtedy jeden z zazdrosnych demonów leśnych, który potajemnie kochał się w Danie, zaprowadził króla nad jezioro, gdzie była Dana i Beł. Król kazał demonom ująć Danę, jednak ta objęła Beła i zawołała „kocham cię na całe życie”. Wtedy wody jeziora rozstąpiły się i pochłonęły zakochaną parę. Borowy całą winę za to zrzucił na nianię, zamienił ją w starą, brzydką babę i wypędził ze swego dworu. Niania przychodzi nad jezioro w każdą noc i nawołuje Beł…Dana,.. Beł…Dana… Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 04.05.23, 23:53 Ołtarz ofiarny Jaćwingów W m. Stare Juchy, około 500 metrów na wschód od kościoła, po lewej stronie torów kolejowych prowadzących do Ełku znajduje się wielki głaz narzutowy. Dawniej głaz zwany był „Kamieniem Ofiarnym” (z niem. „Opferstein”). Zbudowany z szarego granitu, ma długość 4,5 m, szerokość 2,25 m i obwód 11,5 m. Legenda głosi, iż był on niegdyś pogańskim ołtarzem ofiarnym. To na nim Jaćwingowie składali ofiary swoim bożkom – Perkunasowi, Petrimpusowi i Pikilusowi. Od krwi ściekającej z ołtarza miała się wziąć nazwa wsi. Słowo „jucha” w staropolszczyźnie oznaczała zwierzęca krew. Kamień owiany jest licznymi legendami. Wedle przekazów ludowych kościół w Juchach został zbudowany celowo w miejscu, przez które biegła nadrzeczna droga prowadząca do monolitu. Świątynia miała powstrzymać pielgrzymki chrześcijan ciągnące do pogańskiego uroczyska z ofiarnym kamieniem. Kilka lat temu na kamieniu wykuto napis: „Pomnik przyrody/ głaz narzutowy/ dawny ołtarz/ ofiarny Jaćwingów”. Głaz ten jest zaliczany do największych na terenie Mazur. W okresie przedwojennym uznany został za pomnik przyrody. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 05.05.23, 00:13 Cudowne ocalenie Grabnik, gm. Stare Juchy, pow. ełcki Hordy Tatarów napadały przede wszystkim na kościoły, licząc, że ukrywane są w nich skarby. Najeźdźcy plądrowali Boże przybytki, a potem je palili. Kościół w Grabniku ocalał, a stało się to tak: gdy Tatarzy wpadli do wsi, zastali wszystkich mieszkańców zabarykadowanych w kościele. Ruszyli więc z powrotem do wioski, którą ograbili, a kilka domów podpalili. Choć mieszkańcy widzieli płomienie trzewiące ich dobytki, to z nabożną nadzieją pozostali w świątyni. Nikt nie odważył się wystawić stopy poza próg kościoła. Tatarzy postanowili więc podpalić świątynię, a aby nikomu nie udało się uciec, obstawili wyjście. W ten sposób chcieli zmusić duchownych do poddania się i wydania kościelnych skarbów. W końcu w narożnikach kościoła podłożyli niewielki ogień, a płonącą strzałą trafili w dzwonnicę. Patrzcie jednak. Żarłoczne płomienie zgasły, nie mogąc zaszkodzić bronionej budowli. A to dlatego, że Boży słudzy odgadli złe zamiary dzikiej hordy i prosili Pana Boga o łaskawą pomoc. I stał się cud. Kamienne ściany i drewniane deski pozostały nienaruszone. Wprawiło to w zdumienie Tatarów. Nie zrezygnowali oni jednak z osiągnięcia celu. Wreszcie, po wyważeniu masywnych drzwi, wdarli się do środka. Wewnątrz zobaczyli wieśniaków zgromadzonych wokół proboszcza, który modlił się gorliwie na klęczkach. Tatarzy wyciągnęli już swoje zakrzywione szable. Gdy tylko pastor zobaczył rabusiów, jego twarz spochmurniała. Powolnym krokiem podszedł do najeźdźców. Drżącym, ale mocnym głosem, wstrząsnął Tatarami mówiąc: „Wynoście się stąd mordercy, którzy złu służycie, bowiem dosięgnie was gniew Wszechmogącego. Opuście to miejsce, które Bóg ustanowił”. Stojący na przedzie cofnęli się wstydliwie, nie mogąc znieść piorunującego wzroku duchownego. Zbliżająca się masakra została zażegnana, a Tatarzy zaczęli cofać się w głąb kościoła. Tymczasem ksiądz stał nieruchomo, także mieszkańcy ani drgnęli. Zdeprymowało to najeźdźców. Gdy bezsilnie opuścili broń, grabniczanie powoli skierowali się do wyjścia. Kiedy ostatni wieśniacy opuścili świątynię, wyszli także Tatarzy, pozostawiając wewnątrz tylko duchownego. Jeszcze tego samego wieczora horda opuściła wieś. Jak mówiono, jeden z Tatarów, zanim uciekł z Grabnika, przestrzelił jeszcze strzałą chorągiewkę wietrzną na kościelnej wieży. Aż do I wojny światowej trzymano ją jako pamiątkę najazdu tatarskiego na Mazury. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 05.05.23, 00:19 Nadchodzącej nocy mężczyzna założył na siebie trzy fartuchy, dwie pary spodni i dwa płaszcze, aby mieć dużo kieszeni na swoje skarby. Do tego wziął jeszcze swój największy worek, żeby móc zabrać wszystko, co mu się należało. Wściekły diabeł pozwolił rybakowi napełnić złotem kieszenie i worek. Potem pchnął go z górki. Rybak zaczął zbiegać ze wzgórza. Potknął się jednak, a worek przygniótł go do ziemi. Ponieważ kieszenie wypełnione miał ciężkim złotem, mężczyzna nie mógł się podnieść. Wypchany worek tak mocno go gniótł, że w końcu człowiek wyzionął ducha. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 27.05.23, 14:36 Wincenty Kamieński, Przypadki lubelskie. Razu jednego wdowa po długoletniej pieni, przez wpływ dzielnej przemocy, ostatecznym rozsądzeniem Trybunału Lubelskiego wyzuta została z całego majątku, i kiedy jej przeczytano Dekret, zawołała głośno przez skutek rozpaczającego żalu: „Ach gdyby mą sprawę i diabli sądzili, takowej krzywdy by mnie nie zrobili”. Gdy odwołano sądy, zaraz po odejściu wszystkich, diabli w całej okazałości sądu Trybunalskiego i ze wszystkimi obrządkami, przybrawszy postać na siebie Sędziów, Prawników, Sług Trybunalskich i innych ludzi, zasiedli w Ratuszu, na nowo przesądzili sprawę wdowy i wyrok od siebie napisany zostawili na stole. Nazajutrz niesprawiedliwi Sędziowie mieli nagle wszyscy pomrzeć. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 27.05.23, 14:48 Według niektórych późniejszych wersji legendy pamiątką po diabelskim sądzie nie były jedynie przechowywane w archiwum „diabelskie dokumenty”, ale także stół ze śladem czarciej łapy, znajdujący się obecnie w Muzeum Narodowym w Lublinie. Pierwsza informacja o widocznym na stole odcisku pojawiła się prawdopodobnie dopiero w 1876 w „Gazecie Lubelskiej” (artykuł autorstwa Władysława Zielińskiego). Do dziś nie wiadomo jednak, czy mebel ten kiedykolwiek znajdował się w głównej izbie posiedzeń sądu, czy stał jedynie w sali ustępowej, w której gromadziły się strony postępowania i świadkowie oczekujący na wydanie przez sędziów wyroku. Ponadto dotychczasowe ustalenia dowodzą, że sosnowy blat stołu pochodzi najpewniej dopiero z końca XVIII lub nawet początku XIX wieku Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 27.05.23, 19:55 Scenę przedstawiającą trzech diabłów w szlacheckich strojach stojących przy stole trybunalskim można znaleźć na elewacji kamienicy Rynek 4 w Lublinie. Wykonano ją techniką al fresco w 1954 podczas odbudowy i renowacji budowli Starego Miasta. Autorami polichromii, odnowionej w 2011, byli Stanisław Brodziak i Piotr Wollenberg. Poniżej, w kartuszu, widoczna była „ręka diabelska” (dziś już nieczytelna). Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 27.05.23, 23:40 Pewnego dnia, szlachcic, właściciel okolicznych ziem przysłał do wdowy swoich służących z informacją, że pan chce wykupić jej pole razem z budynkami. Propozycja dla zmęczonej wdowy byłaby ciekawa gdyby nie fakt, że dziedzic za budynki i całą ziemię proponował tak małą zapłatę, za którą nie można było kupić w mieście nawet małego mieszkania i żyć lżej. Wdowa odmówiła dziedzicowi. Za kilka dni służący pojawił się ponownie, oferując jeszcze niższą cenę i przekonywał że to bardzo dobra propozycja, a ona będzie żałowała gdy jej nie przyjmie. Wdowa odmówiła ponownie. Minęło kilka następnych dni, gdy w nocy obudził kobietę jakiś dziwny łoskot, trzask i zapach dymu. To palił się jej dom, a ona i jej dzieci były w środku. Przeraziła się, obudziła dzieci, wzięła na ręce najmłodsze dziecko, chwyciła pudełko z dokumentami i pieniędzmi (bo trzeba wiedzieć, iż dawno temu na wsi wszystkie ważne dokumenty i pieniądze przechowywane były razem) i w ostatniej chwili wyskoczyli przez okno. Dom z całym dobytkiem spłonął doszczętnie Wdowa sprawę wniosła do Trybunału w Lublinie. Gdy nadszedł dzień rozprawy wraz z dziećmi udała się do Lublina. Pofatygował się także szlachcic, wraz ze świadkami których zabrał prosto spod wiejskiej knajpy, aby za kilka kufli piwa zeznali to co chciał szlachcic. Sprawa się zaczęła. Wdowa przedstawiła swoją wersję wydarzeń, przy tym miała wrażenie że mówi do ściany, bo nikt jej nie słuchał, nie miała świadków którzy poparliby jej wersję. Potem swoją wersję przedstawił szlachcic i jego świadkowie. - Wdowa kłamie, sama podpaliła dom i bezprawnie chce wyłudzić pieniądze. - Szlachcic to dobry pan, to niewinny człowiek. - zapewniali świadkowie. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.05.23, 00:59 Filipowiczowa, jak i inne guślice, w pół wsi rózgami u słupa bite i sieczone być mają, a potem wygnane ze wsi na mil dziesięć, a jeśliby się pojawiły, to na gardle lub na stosie karane będą". Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.05.23, 18:56 Stu zalotników w każdey dobie miała, Z każdym bawiła się mile, Wszystkim ochocza żadnemu niestała, Każdy ją lubił na chwilę. Już opuszczała wiosna te doliny, I góry łąki ogrody, Gdy nad wieczorem wpośródku krzewiny, Rwała czerwone jagody. V , Lekki wiatr wtenczas kołysał drzewiny Igrał z suchemi listeczki, Gdy się głos obił o uszy dziewczyny, Jalueyś wesołey piosneczki — 10 — I wnet zdaleka słyszy tętent novry, I spoyrzy steczką zgaiku , Widzi jak iedzie od ciemney dąbrowy, Panicz na karym koniku. I juz przyjechał stanął nad drożyną, Lekko z siodełka się z sadził, 1 jakby zdawna znajomy dziewczyną, Z cicha rozmowę prowadził, Lecz by Wacpanu dobrze rzecz osław Co on jey wtenczas powiedział, Tego z pewnością nie mogę Wyjawić Bo i móy pradziad niewiedział. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.05.23, 19:05 Lecz by Wpanu nieznudzić powieści, Powiem mu tylko co się w końcu stało. Smutniały wtenczas góry i doliny,' Jesień do grobu dążyła spokoynie, A wiatr tak strącił listeczki z drzewiny, Jak Bóg wie za co śmierć ludzi na woynie. Ku wieczorowi czas szybko upływał, Czarną się chmurą niebo zasępiało, Gdy 011 jey swoje sztuki pokazywał, Tu niedaleko, pod tą siwą skałą.— Lziwnie mi onich mawiał praddziad stary, ^e z mecherzyny wyrabiał talary, z grzebne łachy nic niewarte wcale, Zmieniał na chustki i tureckie szale. D ość gdy ją mamił, tak ciągłem odurzeniem, Wtenczas dziewczyna co bym zato'dala, Rzekła do niego z pewnem przymileniem Gdybym i ja tez z tego coś umiała. — Wszystko uczynię, o co się pokusisz, Ale koniecznie chwilą poprzedniczą, Jeden warunek tylko spełnić musisz, Inaczey władza moja niewolniczą. A wtem niebaczna jakby zaślepiona, Z naywiększą chęcią i żywym wyrazem, Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.05.23, 21:41 Wychodząc na przeciw zaistniałym okolicznościom władze Mysłowic czyniły od 1880 r. starania o budowę ośrodka handlu bydłem i trzodą chlewną. Inwestycja, dla której opracowano projekt, nie doszła wówczas do skutku. Więcej szczęścia miały, wsparte przez władze centralne, Katowice, gdzie zbudowano nowoczesną rzeźnię. W Katowicach koncentrował się przywóz żywca z Królestwa Polskiego i Rosji, natomiast w Mysłowicach przywóz trzody z Galicji. Fakt ten skłonił władze Mysłowic do budowy rzeźni, którą oddano do użytku w 1887 r. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.05.23, 21:47 Nocnice to take duchy nocne, ftore wyglôndały jak małe uogniki. Lotały po polach a tańcowały i miały take piskliwe gosy. Wachowały, coby żodyn ciszy nocnyj niy psuł. Bo bes nocka na polach musiało być cichućko i fertig! A jakby fto chcioł se pośpiywać, abo dużyj porobić na polu, to musioł bocyć, że tako nocnica przileci i go pokoro! A wtyncos boznôw niy było! Bo tako nocnica robiła sie fes nerwowo a atakowała ludzi. Poradziła cowieka uobalić i narobić krziwdy aże narobić! Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.05.23, 22:15 Chopy z Dzieckowic to mieli porzôndne baby. Te zowdy przôntały, a miały staranie, coby w dôma zowdy było cysto. Aże chopôm szkoda było casu, to zowdy wpodali do chałpy pojeś uobiod, a potym, jak ino zjedli, wszysko uostowiali na stole i śli do roboty przi chałpie. I na stołach uostowałay łyżki, widełki, talyrze i gorcki. A wtyncos to przôntały jejich baby. I chopy tak sie naucyli, że sie uostowio na stole talyrze a gorcki, bo baby przeca to poprzôntajôm. I jak śniodali na grubie, to tysz te gorcki na tyjka abo kawa uostowiali bele kaj. Kaj se siednył, tam postawił gorcek. A potym szeł do roboty. Besto po kożdyj pauzie w robocie chopy uostowiali porościepowane gorcki. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 25.02.16, 23:07 Poseł z Upity Leżał na łożu poseł z Upity A z czoła krwawy spływał mu zdrój Niby w okowach więzień spowity Z cieniami nocy próżny wiódł bój Jak zabłąkany wśród leśnej głuszy Daremnie górnych gwiazd wzywał łask Bo głos tajemny szeptał do duszy W taką noc światła nie wznijdzie brzask Więc zaczął miotać straszne zaklęcia Na dzień urodzin, życie i los Gdy ujrzał matkę okiem dziecięcia I dawno zmarły usłyszał głos Twarz jej świetlana chociaż w obłoku Niby w gwiazd morza kąpie się skroń Ale syn matki boi się wzroku I drżącą ręką chwyta za broń Ona mu rzecze - jam nieśmiertelna A duch mój nie zazna przestrzeni lat I nie pokona mię moc piekielna Bo noszę w łonie przyszłości kwiat Owoc mój będzie w bólu poczęty Ale wyrośnie w bogaty kłos Co jak modlitwa czysty i święty Jako ofiary błagalnej stos Ja jestem matką ludu miliona A ty wyrodny jesteś mój syn Więc cie odtrącam od mego łona Za twój zdradziecki, za krwawy czyn Jak jest miłością jak gołąb biały Czuwam nad dziećmi i w dzień i w nocy Nie z tego świata blask mojej chwały Więc chce go zaćmić szatańska moc Jam słowo bratniej wieściła zgody A ty nań fałszu rzuciłeś cień I kupcząc złotą tarczą swobody Bluźniłem prawdzie jasnej jak dzień Więc jak twa zbrodnia nie ma granicy I ściąga klątwę potomnych lat Pomsta cię czeka w grobów ciemnicy Piekłam ci będzie rodzinny świat Mówiąc na niebo ręką wskazała Jak gdyby słów jej świadkiem był Bóg W mglistym obłoku w górę wzleciała I wśród gwiaździstych zniknęła dróg A zbrodniarz widział łez krwawych zdroje Zanim powieki zawarł mu skon I bratnią ziemię i bratnie boje I na tej ziemi Eblisa tron A jest wieść jeszcze wieść pogrzebowa Co z czynem zbrodni przyniósł nam czas Straszna jak klątwy matczynej słowa A jak grobowy wymowna głaz Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.02.16, 06:18 -2- W zamku dwaj bracia piją ochoczo O dawnych bitwach i ucztach gwarzą wojnę i tanie w myśli jednoczą Słodki miód piją i słodko marzą Starszy brat gładzi wyniosłe czoło I do młodszego prawi wesoło Dziś nic spokoju nam nie zakłóci Po trudach wojny czas spocząć bracie Żegota zginął i już nie wróci Trzeba pocieszyć się nam po stracie Jak jest najstarszy z naszego rodu Więc czas bym wybrał dziewkę za żonę Posłałem swatów bez korowodu W rodzie Nałęczów mam narzeczonę Sute weselne wyprawię gody Dość mamy beczek miodu i wina I gęślarz będzie ów Jurko młody' Co tak się pieśnią sławić poczyna Niechaj na lutni zagra, zaśpiewa A mu wtórem będziem mu z duszy Bo pieść się bracie z serca wyrywa Gdy Jurko palcem struny poruszy Potem niech w trąby kotły uderzą A młodzi pójdą w szalone tany Starsi rycersko mieczem się zmierzą Jako jest zwyczaj zacny i znany Prawdę mówicie mój bracie miły Odrzekł bart drugi, wiek wasz nie młody Cztery krzyżyki już się skończyły czas, czas wam ślubne wyprawić gody Atoli wiecie, wieść się rozchodzi Że brat najstarszy żyje i wróci Jeżeli jeno wieść ta niezwodzi On może nasze szczęście zakłócić To być nie może starszy brat na ti Jam już zakupił za jego duszę Jak zginął siódme bieży już lato Ja panem zamku pozostać muszę Tak rzekł i do dna wychylił czarę Potem ba brata patrzy i woła Co widzę próżną gonicie marę Niech miód wam spędzi te chmury z czoła Pijcie wesoło jak się ożenię Was też wyswatam świat brednie baje Ja jestem Topór, słowa nie zmienię A kto raz umarł nie zmartwychwstaje Tak rzekł, w tem nagle drzwi się rozwarły Rycerz przybliża się do nich w zbroi To brat ich żywy, czyli umarły On czy duch jego przed nimi stoi Bracia zerwali się z ławy z trwogą Jakby na widok dzikiego zwierza Sędziwój z myślą w oczach złowrogą Patrzy na ciemną postać rycerza Rycerz jak posąg stał nieruchomo Lecz zwiesił głowę, nagiął się cały Niby dąb w burzy straszliwej łonie Gdy go piorunne przeszyły strzały Po chwili w górę rękę podnosi Zrywa hełm z głowy, rzuca na stronę Jego twarz blada, łza rzęsy rosi A czoło szramą jest naznaczone Czyż nie nie znaczie, o moi mili Jam Topór, brat wasz wracam z niewoli Ja pan tych zamków, nędzarz w tej chwili Błagam przytułku w mojej niedoli Dwaj bracia rzucą wzajemnie okiem Każdy brwi marszczy, czoło zachmurza Rzekłbyś w milczeniu owem głębokim Brzemienna klątwą zbliża się burza Znowu po cichu mówią do siebie Nawój w milczeniu na bok odchodzi Sędziwój woła - precz nie znam ciebie Nie wiem kto jesteś i kto cię rodzi Żegota słyszy drżący, wzruszony Więc do młodszego z żałością prawi Bracie Nawoju, miły, rodzony Miej litość Bóg ci pobłogosławi Pomnisz Nawoju jaj w owej wojnie Byliśmy razem przy króla boku Jak on na koniu siedział spokojnie Wśród wrzawy bitwy w kurzu obłoku Pamiętasz bracie radość tej ziemi Gdy Niemcy z pola bitwy już pierzchli Jak król nasz wołał w pogoń za niemi Jak myśmy taniec znów rozpoczęli Od szczęku mieczów i rżenia koni Rzekłbyś radością ziemia zadrżała Jam za wrogami sunął w pogoni Szczupły huf za mną leciał jak strzałą Daleko niósł mię koń mój biały Chmurą mię zastęp wrogów okala Na próżno bracie wzywają z dala Nad uchem świszczą niemieckie strzały Czas jeszcze z mieczem i z tarczą w dłoni Walczę wróg zewsząd na mnie uderza Wołają że mnie moc czartów broni W końcu sam burgraf sam wódz ich zmierza Burgraf znienacka ciął mieczem w głowę Raniony srodze padłem na ziemię Bracie powieści mej znasz połowę Odtąd niewoli dźwigałem brzemię Zamilkł Żegota i rozrzewniony Patrzył na brata z bólu wyrazem Lecz Nawój zimny, nieporuszony Był jako posąg bez serca głazem Więc znowu rycerz wyciąga dłonie I woła Bracia czyż mnie nie znacie Jam krwi nie szczędził w waszej obronie A wy tak zimno mię dziś witacie O bracia moi jam cierpiał wiele Naprzód mię burgraf w więzieniu głodził A potem za nim w święta, w niedzielę Jak na postronku gończych psów wodził Bóg mi poszczęścił pewnego rana Na łowach kiedy dzik ranny z gniewem Z rozwartą paszczą biegł wprost na pana Jam go na ziemię powalił drzewem Burgraf choć Niemiec wdzięczny za życie Com mu ocali wolnością darzy A chcąc nagrodzić za to sowicie Ów czyn mój jeszcze na złoto waży Idź mówi z Bogiem, trzos złota daje A ja mu na to nagradzasz hojnie Lecz koń mój stary tu pozostaje On mój towarzysz i druh na wojnie Panie, ja twego nie wezmę złota Lecz zwróć mi konia jeśli on żywy Byrgraf się zdumał skąd ta ochota Atoli wielce mi był życzliwy Wiodą mi konia, szlachetne zwierzę Po latach kilku wita mie rżeniem Jeno mię litość patrząc nań bierze Koń mój dawnego zdał się być cieniem Poznał mię bracie, gdym go pogładził Rozszerzył nozdrza i zadrżał cały Jakby mu bitwy trąby zagrały A gdym go dosiadł jak jeleń sadził Koń został wierny ten koń mój biały A wy mię bracia poznać nie chcecie Sroższe niż miecze wrogów i strzały Wy rany duszy mej zadajecie Skończył Żegota, starszy brat woła Precz, uchodź z zamku my cię nie znamy Myślisz że baśń twa uwieść nas zdoła Próżnym twym słowom wiary nie damy Znów Nawój za nim patrząc wciąż w ziemię Jak wilk gdy świeżo jagnię zadławi Woła precz z oczów obłudne plemię Chytry twój zamysł nic tu nie sprawi Więc rycerz wznosi głowę i rękę Nad wszystie bóle, nędze żywota Klnę się na Syna Bożego mękę Jakom jest Topór, brat wasz Żegota Jam nie chciał mego dochodzić prawa Jeno myślałam wam błogosławić Ale wam droższe mienie niż sława Więc przed sąd króla muszę się stawić Odkąd mię bratem nazwać nie chcecie Ja was się zaprę przed ludźmi, Bogiem Chociaż jak bratnie słowo na świecie Nic mi tak równie nie było drogiem Rzekł i hełm podjął włożył na głowę I wyszedł śmiałym krokiem z komnaty Bracia rycerza zważają mowę I z trwogą przyszłe liczą już straty Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 26.02.16, 21:54 Pielgrzym skamieniały Głowę posypał popiołem Na kolanach z kornem czołem Już do gór Świętego Krzyża Pielgrzym z wolna się przybliża Skąd to idziecie pielgrzymie Zapytał go wieśniak stary Byłem rzecze w starym Rzymie Trudy moje są bez miary Po tak długim ciężkim znoju Po dniach tylu niepokoju Kiedy do kresu przybywam Znaleźć niebo się spodziewam Czyście pewni tak już bracie Że zbawienie otrzymacie Boć nam kościół zapowiada Że do nieba trudna droga A najkrócej się spowiada Ten kto w łasce jest u Boga A któż zbawion być nie może Jeśli nie ja - com dostatki Pozostawił w imię Boże Com opuścił żonę, dziatki Moje szczęście i pociechę I rodzinną moją strzechę Com za młodu wzgardził światem Na kolanach w kraj daleki Szedłem zimą, szedłem latem Schnąc od skawarnej słońcem spieki Jeśli nie ja - w imię Boże Powiedz kto być zbawion może? Rzekła - a czarna nad nim chmura Zahuczała niebios gromem I jęknęła Łysa Góa Niby bluźnierstwa pogromem Na pielgrzyma obłok spływa Twarz się mieni i sinieje Wzrok gaśnie i kamienieje Posępna go mgła zakrywa Klęcząc jakby w ziemię wbity Powstać sili się daremnie Nadludzką siłą spowity Zamienia się w bryłę ciemną Skamieniałego oblicza Niemniej jest wyraz boleści A ciemna i tajemnicza Dusza jego w posągu się mieści I mówi stare podanie Że krok jeden co wiek cały Stąpa pielgrzym skamieniały Nim na górę się dostanie Kiedy trąba Archanioła Na Sąd Boży go powoła Zakuty w bryle z kamienia Ze świadomością istnienia Ciężką odbywa pokutę Płyną lata, płyną wieki Nie zamknie nigdy powieki I gwar życia, pieśni nuty Słyszy bez iskry zapału Bez przyszłości, bez udziału Przyrosła w szacie wiosennej Ściele mu kwiaty pod nogi I słońce w chwale promiennej Oświeca posąg złowrogi Posąg kamienny a żywy Z duszą co głazem spowita Wyrok niezmienny, straszliwy W dziejach przeszłości swej czyta Pielgrzym spostrzegłyszy grzesznika W klęczącej głazu postaci Gdy skrucha serce przenika Z westchnieniem mówi do braci Ten tylko zbawion być może Kto krzyż swój dźwiga w pokorze Legendy pochodzą z różnych źródeł Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 27.02.16, 14:16 -3- Te słowa biednemu sercu sieroty Wyryte odtąd złotemi zgłoski Nadały hart jej naddziałów cnoty I marą były mi życia troski Nie miałam matki, ojca ni brata Dawno pod trumny oni śpią wiekiem Ale znośniejszą była mi strata Bo miłość ziemi wyssałam z mlekiem Płochej rozkoszy czarów nie znałam Nie dla mnie złotych motylów kwiatki Bo jak samotny krzew wyrastałam W serca i z serca ziemi mej matki Ona mem była szczęściem i światem A moją chwilą wspomnień jej chwała I ten był moim kochankiem bratem Kogo swym stróżem ona uznała Z pośród rycerzy znanych mi wielu Wybór na ciebie padł Samuelu Bo byłeś mężem sercem i głową A w twarzy twojej czytałam blizny I na najświętsze przysiągłeś słowo Że będziesz wiernym mężem ojczyzny Jesteś mym mężem, więc porzuć żale Nie czas dziś myśleć o losie żony Ja sama z synem stanę na wale Słyszysz? Kraj wzywa nas do obrony! Rzekła i ręką na wał wskazała Krasą jej słońca jaśniały lica A kiedy zbroję lśniącą przywdziała Wybiegła groźna gniewem jak lwica Ona najpierwsza stanęła w dziele Za nią Samuel Chrzanowski bieży A widząc panią zamku na czele Garnie się zewsząd zastęp rycerzy Wiec przez dzień cały z chorągwią w dłoni Jak Anioł mściciel z mieczem i w zbroi Z aureolą świata na skroni Niewiasta - rycerz na wałach stoi I przez dzień długi do późnej nocy Piorunnym hukiem ziemia jęczala A serca mężnych szydzą z przemocy nie ustają bić z wałów działa Legendy Polskie - 1862 Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 27.02.16, 14:57 -7- Obok niewiasty stał rycerz młody Patrzył się na nią w niemym zachwycie Jakby w niej czerpał ducha swobody Co mu dał poznać dzisiejsze życie Tak się w jej oczy jak w księgę wczytał Jej chwała jego stała się chwałą Bo kiedy upadł przeszyty strzałą Z uśmiechem gońca śmierci powitał Krew z jego rany płynie obficie A on ostatek sił jeszcze zbiera I woła szparko ucieka życie Lecz pamięć czynów z niem nie umiera Pragnie się podnieść ale się słania I za kraj szaty niewiastę chwyta Pani wysłuchaj mego wyznania Bo dusza moja w grzechu spowita Jam winny zbrodni okropnej zdrady Szatan mi w ucho poszepnął słowo Jam pierwszy czynił z wrogiem uklady I braci serca zachwiał namową Niepomny na sąd kraju i Boga jam śmiał pozbawić twierdzę obrony Bo serce gnuśna objęła trwoga I zatęskniłem do młodej żony Zgrzeszyłem wielka moja jest wina Atoli krem ta plamę zaciera Błogosławiony dzień i godzina Comi do łaski drogę otwiera Zacna niewiasto tyś to sprawiła Że syn nie przeklnie ojca pamięci I że mi lekką będzie mogiła Gdy łza ją moich braci poświęci Jam nie bogaty jedno miecz stary Ojciec po przodkach dał mi w spuściźnie Co prawej w rękach ich bronił wiary I jak przystało służył ojczyźnie Miecz ten racz przesłać do mego domu Niech go synowi matka pokaże NIech w jego rękach ma siłę gromu Co broni zacne a podłe karze Rzekł - i miecz stary złożył w jej dłonie I skamieniały w mgle śmierci oczy A blask zachodu oblał ich skronie Z lica niewiasty wiał duch proroczy Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 31.03.16, 21:11 Jajko oprawne w złoto i w perły. Wiosną i latem nie zaszło nic osobliwego w dolinie. Węglarze uprawiali swe małe pola i chodzili pilnie do boru palić węgle; ich żony trudniły się domowem gospodarstwem, zajmując się mianowicie troskliwie kurami, a dzieci pytały się często, czy wnet nie nadejdzie wielkanoc. Nieznajoma pani była przecież nieraz bardzo zasmuconą. Jej stary, wierny służący, który z jej polecenia odbywał podróże, nie mógł już doliny opuścić, gdyż zaczął chorować. Gdy jesień nadeszła, ledwie mógł próg przestąpić, aby się wygrzewać na słońcu, co mu wracało utracone siły. Pani płakała, litując się nad starcem, obawiając się utracić ostatnią podporę w niedoli. Było też jej smutno, że oddawna nie miała żadnej wiadomości z rodzinnego kraju, będąc w odosobnionej dolinie jakoby odciętą od świata. Oprócz tego jeszcze inne wydarzenie nabawiło dobrą panią wielkiego przestrachu Kilku węglarzy, przyszedłszy rano z boru, opowiadali: ,,Kiedyśmy sobie w nocy przy ogniu siedzieli, przybyło do nas czterech obcych ludzi, którzy byli zupełnie w żelazo ubrani, u boku mieli ogromne miecze a w ręku długie dzidy. Mówili, iż zostają w służbie u hrabiego Mściwoja, który tu przybył w góry z hufcem żołnierzy. Pytali się ciekawie o wszystko w okolicy. Młynarz pobiegł natychmiast z tą wiadomością do nieznajomej pani, która właśnie siedziała przy łożu chorego Grzegorza. Zbladła i z przestrachu drżała, jak osowy listek, gdy młynarz wymówił nazwisko Mściwoja. ?O Boże!" wyrzekła, ?to mój wróg najzaciętszy. On z pewnością godzi na moje życie. Gzy czasem węglarze nie odkryli tym ludziom mego schronienia?" Młynarz zapewniał, że o ile wie, wcale o niej mowy nie było, gdyż ci ludzie grzali się tylko u ognia, a nad ranem ruszyli dalej. Jest jednak pewną rzeczą, że się w górach tułają. ?Kochany, poczciwy Bartłomieju!" rzekła pani do młynarza, ?poznałam was od czasu, jak mnie w swój dom przyjęliście, jako pobożnego, roztropnego i sprawiedliwego człowieka. Wam tedy wyjawię tajemnicę mego pochodzenia i wynurzę wielką obawę, jaka me serce tłoczy, gdyż wasza dobra rada i wierna pomoc może mi być użyteczną, a wiem, że mnie nie zdradzicie." ?Jestem Bozalindą, córką potężnego księcia ślązkiego. Dwóch znakomitych hrabiów ubiegało się o moją rękę. Mściwoj Ostrorair i Wacław z Lipnicy. Mściwoj był potężnym i bogatym, posiadał wiele zamków i liczne hufce wrojowników, ale jego dusza odznaczała się chytrością i innemi wadami. Wacław był wprawdzie najdzielniejszym i najszlachetniejszym rycerzem w kraju, przecież w porównaniu z Mściwojem można go było nazwać ubogim, gdyż posiadał tylko jeden zamek. Jemu oddalam rękę za zezwoleniem mego ojcu, przynosząc mu w posagu piękn}r kawał ziemi i kilka zamków. Żyliśmy pełni szczęścia, jak w raju. Mściwoj odtąd stał się zaciętym naszym wrogiem, choć z początku ukrywał swój gniew zapalczywy. Gdy ogłoszono wojnę przeciw Turkom, wyruszył mój małżonek z swem rycerstwem w pole, a Mściwoj, używając różnych wybiegów, pozostał w domu. Podczas gdy mąż mój daleko od kraju krwawe staczał boje, napadł Mściwoj nasze dziedzictwo, pozabierał zamki, tak że ledwie z wielką biedą uratowałam się ucieczką. Mój stary, poczciwy Grzegorz był prawdziwym aniołem stróżem w tej ucieczce dla mnie i moich dzieci. Nakoniec tu pomiędzy wami znalazłam, dobrzy ludzie, bezpieczny przytułek. Tu chciałam tak długo przebywać, dopóki mój małżonek nie powróci z wojny i nie odzyska wydartego dziedzictwa. Od czasu do czasu wychodził poczciwy Grzegorz, aby zasięgnąć wiadomości, atoli zawsze jeszcze toczyła się wojna, a Mściwoj panował w naszych posiadłościach. Teraz od roku z powodu choroby Grzegorza jestem pozbawiona wszelkich wiadomości, idźże mój małżonek zginął śmiercią walecznych na polu sławy. Może się Mściwoj dowiedział o mem schronieniu ? a wtedy co się ze mną stanie i z mojemi dziećmi? Śmierć byłaby mi jeszcze w takim razie najpożądańszą. Tomów, poczciwy Bartłomieju, z węglarzami, aby mnie nie zdradzili. ?Co zdradzić!" zawołał z zapałem młynarz, ?ręczę wam, dostojna pani, za wszystkich, że każdy raczej prędzej życie utraci, niżby ten niegodziwy Mściwoj miał wam co złego zrobić. Bądźże tedy bez troski, szlachetna pani." Tak samo oświadczyli się węglarze, gdy im młynarz tę sprawę przedłożył. ?Niechno tu przyjdzie ten niegodziwiec" mówili, ?a naszemi drągami taką mu damy pamiątkę, że tu już drugi raz się nie zjawi." Mimo to dobra pani przepędziła kilka dni w ustawicznej trwodze. Obawiała się kilka kroków przestąpić za chatę, ani nie dopuszczała, aby dzieci wybiegały. Dopiero po kilku dniach, gdy się wszystko uspokoiło i nie było nic słychać o zbrojnych ludziach, odważyła się wyjść wieczorem z dziećmi na przechadzkę. Był to śliczny dzień jesienny. O kilkaset kroków wznosiła się skromna kapliczka, którą Rozalinda ozdobiła obrazem, przedstawiającym ucieczkę świętej Rodziny do Egiptu. Przyniósł ten obraz Grzegorz z swych podróży. Ta chodziła często Rozalinda, aby się modlić i dumać o nieobecnym małżonku. Było też to prześliczne miejsce, zkąd czarujący odsłaniał się widok dla oka. Hrabina modliła się gorąco z dziećmi. Patrząc na obraz Bogarodzicy, uciekającej z dzieciątkiem Jezus przed srogim Herodem, wspomniała i na swoje smutne położenie, podobne w nie jednem do losu Matki Bożej. Rzewne łzy płynęły z jej ócz strumieniem, mianowicie gdy wspomniała na oddalonego małżonka. Modlitwa i łzy uspokoiły ja nieco. Usiadła potem na ławeczce, rozpatrując tę po okolicy, a dzieci zbierały tymczasem jeżyny. Wtem z pomiędzy skał ukazał się na drodze pielgrzym, zbliżając się ku kaplicy. Miał na sobie długi, czarny habit; kapelusz był ozdobiony muszlami, a w ręku trzymał długą, zakrzywioną laskę. Zdawało się, że był już w podeszłym wieku, szedł jednakże raźnym krokiem. Jego włosy i długa broda były jak śnieg białe, ale lica czerwone, niby kwitnące róże. Pani się przelękła, zobaczywszy nieznajomego człowieka. Po chwalił on Pana Boga i pozdrowił ją z wielką czcią, a potem zaczął rozmowę. Ona była nader ostrożną w słowach, obawiając się podstępu. ?Szlachetna pani," rzecze pielgrzym, ?nie miejcie żadnej obawy. Znam was bardzo dobrze. Jesteście Rozalindą, córką księcia ślązkiego. Wiem dlaczego już od trzech lat między temi dzikiemi skałami mieszkacie. Znam i waszego małżonka bardzo dobrze, którego już trzy lata nie widzieliście. W tym czasie wiele się na świecie zmieniło. Jeżeli wam na tem zależy, mogę wam o waszym małżonku Wacławie wesołe nowiny zwiastować, mianowicie jeżeli w waszem sercu nie wygasła pamięć i miłość dla niego. Pokój panuje. Chrześciańskie wojsko wróciło zwycięzkie z wojny. Wasz małżonek odzyskał wydarte grody. Niegodziwy Mściwoj z wielką biedą szukał ocalenia w tych górach, ale i ztąd już się wyniósł. Wasz małżonek z tęsknotą oczekuje tej chwili, kiedy was będzie mógł przycisnąć do swego kochającego serca." ?O wielki Boże!" zawołała Rozalinda, ,,jakaż to wesoła nowina. O jakże Ci dziękuję, mocny Boże, za tyle dobroci." Potem padłszy na kolana, z płaczem mówiła: ?O Ty, dobry Boże, widziałeś łzy moje gorące i słyszałeś moje z głębi serca pochodzące westchnienia, Tyś też wysłuchał mego błagania. O luby Wacławie, niechże cię jak najprędzej zobaczę, abym ci przyprowadziła dziatki, któreś opuszczał prawie niemowlętami, a teraz będą cię mogły powitać słodkiem mianem ojca. Ty powątpiewasz, pielgrzymie, o mojej miłości i pamięci dla mego kochanego Wacława. Chodźcie tu dzieci, wołała, ?a przekonam cię o naszych uczuciach." Dzieci, które stały w oddaleniu przypatrując się ciekawie pielgrzymowi, wnet się zbliżyły. ?Ty Edmundku," rzekła do chłopca, głaskając go po twarzy, ?po wiedz tę modlitwę, którą co dzień rano mówisz za ojca." Chłopczyk złożył nabożnie rączęta, a wzniósł łzy oczy ku niebu tak mówił z widocznem przejęciem i z rozrzewnieniem : ?Dobry Ojcze w niebie! Spojrzyj na dwoje nas biednych sierót. Nasz ojciec jest na wojnie. O nie dozwól, ażeby zginął ! Chcemy żyć pobożnie, ażeby kochany ojciec miał z nas pociechę, gdy nas kiedyś zobaczy. Spełnij Boże naszą proźbę!" ?A ty Wandziu," rzekła do złot Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 23.04.16, 20:22 Jaki jest związek malowanych jajek z Wielkanocą? Istnieje na ten temat szereg pięknych legend. Jedna z nich opowiada o rozpaczającej Magdalenie, której ukazał się Anioł, przyrzekający Zmartwychwstanie Pana. A gdy uradowana wróciła do domu, wszystkie jajka, przygotowane do jedzenia przybrały kolor czerwony. Magdalena rozdała je apostołom, lecz jajka zamieniły się w ptaki... Inna znów legenda mówi o biednym chłopu, niosącym na targ w koszyku jajka. Po drodze spotkał Chrystusa, dźwigającego krzyż. Chłop pomógł Zbawicielowi, za co spotkała go nagroda, jajka w koszyku stały się z białych czerwone. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.04.16, 18:41 Pieluszki i koszulki winny być gotowe na miesiąc przed przyjściem na świat dziecka, skoro zaś dziecko narodziło się szczęśliwie, wówczas tego jeszcze dnia, odpowiednio do płci niemowlęcia, kupowano nowy, nieużywany jeszcze dzbanek dla chłopca, lub garnek dla dziewczynki, by było w czem zagrzać wodę na pierwszą kąpiel. Zaznaczyć należy, iż z dnia narodzin wróżono całe przyszłe życie i usposobienie dziecka, tak na przykład jeśli dzień był dżdżysty, wówczas niemowlę narodzone dnia tego, mieć będzie usposobienie płaczliwe, natomiast dzieci, narodzone w czwartek o wschodzie słońca, lub w sobotę pod wieczór, żyć będą szczęśliwie i długo. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.04.16, 18:43 Dawne roczniki wspominają często o straszliwych wypadkach zamieniania dzieci przez boginki i podają zbawienną radę dla strapionych matek. Otóż należy dziecko przemienione głodzić, bić i wogóle okrutnie się doń odnosić, a wówczas matka takowego dziecka, nocnicą zwana, ulituje się nad pastwionem maleństwem, nie wytrzyma i weźmie je sobie z powrotem, zwracając równocześnie prawowite niemowlę prawowitym rodzicom. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 04.08.25, 17:21 Wśród mieszkańców Zabrza nadal powszechnie stosuje się szpik kostny pochodzący z mocnych kości udowych konia (na Górnym Śląsku nazywa się go powszechnie "Marks”) jako jedyny skuteczny środek do smarowania przy reumatyzmie i bólach stawów. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 04.08.25, 18:51 Herbata z liści brzozy białej znana jest od dawna jako skuteczny środek moczopędny, a zatem jako środek leczniczy na obrzęki. Podobne działanie przypisuje się także skrzypowi polnemu. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 04.08.25, 19:00 Wizyta u zielarek na targu w Zabrzu lub Zaborzu jest dla botanika całkowicie opłacalna i interesująca. Może on łatwo i bez trudu studiować florę różnych obszarów naszej górnośląskiej ojczyzny, mając często okazję do ciekawych i rzadkich znalezisk. Wokół dużej latarni na środku targu siedzą zielarki "á la turca” na bruku, przed sobą, na dywanach z trawy i papierze, w stosach i pęczkach posortowane są różnorodne zioła i kwiaty zebrane na polach i w lasach i oferowane na sprzedaż. Przekonując o cudownych właściwościach leczniczych różnych herbat ziołowych, udaje im się sprzedać swoje produkty "dobre na wszystkie choroby u ludzi i zwierząt” kupującym je głównie gospodyniom domowym. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 04.08.25, 20:41 Oprócz szkód wyrządzonych przez masowe wyrywanie rzadkich już gatunków roślin, stosowanie tych ziół kupowanych na rynku nie jest pozbawione ryzyka dla chorych, ponieważ zielarki często sprzedają rośliny trujące, takie jak szczwół i blekot, a to jako "kminek polny” i "pietruszkę”. Dlatego zaleca się ostrożność! Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 04.08.25, 23:28 Ostatni przedstawiciel Piastów kujawskich w walce o tron przegrał z Ludwikiem Węgierskim . Według wierzeń ludowych człowiek zamordowany w niecny i skryty sposób powraca na świat szukając pomsty na zabójcy. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.08.25, 09:28 Legendy i podania utrzymujące się w społeczności Boronowa związane są najczęściej z dawnymi formami życia społecznego i gospodarczego. Część z nich odnosi się do stawów, które wcześniej występowały na terenie wioski: podanie o utopcu; podanie o córkach wodnika; podanie o zatopionej w stawie córce właścicieli miejscowości, a także związane z boronowskim kościołem i kapliczkami oraz ze starymi cmentarzyskami. Żywe są także podania związane z ruchem pątniczym. Niektóre podania odnoszą się do miejsc, w których wcześniej występowało kopalnictwo rud i wytop żelaza. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.08.25, 11:15 Przy drodze z Boronowa do Olszyny przechodzącej obok Zumpów przepływa strumyk określany nazwą Ryzio. Położony jest on na terenie dawnej eksploatacji rud żelaza. Według podania, w nocy przechodzących obok ludzi spotykać mogą duchy lub siły próbujące ich tam zatrzymać. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.08.25, 23:49 Ksiądz Jeziorski – proboszcz z Sadowa spisał w języku niemieckim „Historię od początku urządzenia pierwszego kościoła Najświętszej Trójcy stojącej na koszencińskich dobrach". Pierwotny kościółek zbudowany prawdopodobnie w 1568 roku – w miejscu wcześniejszego – uległ zniszczeniu w 1720 roku przez szalejącą nad Koszęcinem burzę. Wszystkie późniejsze informacje zawarte w protokołach kanonicznych i innych archiwaliach dotyczą już współczesnego kościoła. Jednak bardzo często wspominane są przez kronikarzy i odnotowane w zapisach protokołów kanonicznych, bogate tradycje związane z kultem Trójcy Świętej w Koszęcinie. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 31.08.25, 11:13 Bebok Downij na Śląsku żyło miyndzy ludzami fest dużo roztomajtych duchów i stworów. No ja, te nojbardzij znane to były diobły, utopki i czarownice. Były tyż jednak mynij szkodliwe stworki – to były straszki domowe. Żyły one z ludziami we chałupach, ale prawie wcale niy były widoczne, no bo kryły się kanś po szopach, po komorach czy pywnicach. Straszki tyż ludziom niy robiyły wiynkszyj szkody, choć czasym poradziyły fest nawyrobiać, ale i pomogać. Nojbardzij znane śląskie straszki domowe to beboki, podciepy i piecuchy. Beboki niy miyszkały we samyj chałpie, ale kole chałpy. Siedziały we szopkach, szopeczkach, we chlywikach, we gołymbnikach, abo kaj we stodole. Chowały się tyż za deskami, za cegłówkami, abo we krzokach. Czasami szło beboki trefić we piwnicy, abo na górze, czyli na strychu. Jak szło poznać, że jakiś straszek je bebokiym? A dyć bebok był mały i mioł kole pół metra, zaś we szłapach, czyli w stopach nóg niy mioł palców, a yno końskie kopyto. Tyn mały człowieczek był obleczony normalne, we galoty, koszula i kabot. Na gowie mioł przeważnie czopka z bymblym, a we rynkach trzimoł miech i kostur, czyli kij. A na co mu to było? No bo beboki lubiały we swych kryjówkach spokój, a niykere dziecka im przeszkodzały. Wyobroźcie se do przikłodu, że jakiś bajtel łazi kanś po stodole, zaglądo bele kaj – to mogło beboka wylynkać. Inny bajtel mógł zaś sznupać kanś ojcu we warsztaciku i otwiyrać szafki ze gwoździami czy piłami – a tam przeca na dnie takij szafki mógł spać bebok. Bestoż jak beboki widziały takie dziecka, to chytały je, dały kosturym po rzici szmary, czyli lanie. Potym takiego zgobnika bebok wraziył na chwila do miecha. Wtedy wylynkane dziecka drapko uciekały do dom i niy szkłodziyły, czyli nie psociły już wiyncyj. Tera widzicie, że takie beboki poradziyły pomogać we wychowaniu dziecek. No bo jak ojciec rąboł drzewo do pieca i zapomnioł sronić, czyli schować siykiyra, to wtedy dziecko mogło poucinać se palce abo cołko rynka. I wtedy takij siykiyry pilnowoł bebok i straszoł dziecka, kere chciały się nią pobawić. Dzisioj tyż przydały by się takie straszaki, żeby bajtlom niy pozwolały pić piwska, polić cygaretów, abo brać narkotyków. Abo tyż jakby taki bajtel za dugo siedzioł przi komputerze… – to wtedy bebok mógłby mu wrazić na łeb miech i pora razy po tyj gupij gowie kosturym połonaczyć. Ale by było fajnie! Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 31.08.25, 11:39 Młynarz uczy utopca grać na skrzypcach Ojciec opowiadał mi kiedyś legendę o Kelnioku młynarzu, który uczył utopca grać na skrzypcach. Kelniok przychodził z karczmy do domu zawsze brudny, bo się przewracał, gdyż był bardzo pijany. Jak żona na niego krzyczała, to powiedział, że utopce go poturbowały. Młynarz umiał bardzo pięknie grać na skrzypcach, a przysłuchiwał się jego grze utopiec. Pewnego razu utopiec przyszedł się spytać, czy Kelniok by go nie nauczył gry na skrzypcach. Kelniok się zgodził. Stwór miał jednak za długie szpony. Młynarz powiedział mu, że trzeba je obciąć. Kelniok włożył rękę utopca do imadła i zaczął go bić biczem za to, że go, gdy wracał z karczmy, poturbował. Młynarz nie zabił utopca. Utopiec z zemsty rozebrał tamę i cały dobytek Kelnioka zdmuchnęła fala wody, a Kelniok poszedł z torbami. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 31.08.25, 11:49 Diabeł zabiera dziewczynę do piekła Pewnego wieczoru jedna dziewczyna wybierała się na tańce. Jej matka nie chciała na to zezwolić. Spytała się dziewczyny, z kim tam będzie tańczyć. A ona powiedziała: – Choćby z samym diabłem. Gdy wyszła, zajechała przed dom kolasa z czarnymi końmi i wyszedł pan w cylindrze. Ona siadła do powozu, a następnie pojechała z nieznajomym na zabawę. Tańczyła z tym panem cały czas, gdyż był bardzo przystojny. Aż krótko przed dwunastą poprosił ją, by z nim wyszła. Dziewczyna na zabawę już nie wróciła. Ludzie zauważyli, że ten pan miał na nogach kopyta, a spod kapelusza wychodziły rożki. Dziewczyna była tak podekscytowana, że tego nie zauważyła. Potem ludzie mówili, że to był diabeł i zabrał ją do piekła. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 31.08.25, 13:54 Pani w niebieskiej sukni W lesie, między wsią Kuleje a Łebkami, jest Dębowa Góra. Tam przy bocznej drodze stoi tzw. błękitny krzyż. Według legendy, kiedyś bogaty hrabia zakochał się w pięknej ubogiej dziewczynie. Rodzice bogatego chłopca zabraniali mu spotykać się z wybranką. Pewnego razu młodzi znów udali się na spotkanie do lasu pod Dębową Górą. Dziewczyna otrzymała od kochanka piękną niebieską suknię. Kiedy przychodziła na następne spotkania, ubierała się w tę suknię. Gdy rodzice bogatego hrabiego chcieli go wydziedziczyć ze wszystkiego i wyrzucić z domu, młodzi kochankowie postanowili odebrać sobie życie. Kochanek zastrzelił piękną dziewczynę, ale sam siebie nie miał odwagi zastrzelić i postradał zmysły. Od tego czasu po tych drogach, a jest ich tam niemało, spaceruje piękna pani w niebieskiej sukni. Na pamiątkę w miejscu jej śmierci stoi „błękitny krzyż”. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 31.08.25, 14:25 Złota Kaczka z Toszeckiego Zamku Czy wiecie, że w podziemiach zamku w Toszku do dziś spoczywa ukryty skarb? Jest to drogocenny kosz ze złotą kaczką, która siedzi na jajkach wypełnionych prawdziwymi dukatami. Ze skarbem tym wiąże się historia sprzed prawie dwustu lat. W tym czasie na toszeckim zamku panował hrabia Leopold Gaschin. Właśnie ożenił się on z piękną Gizelą – panną z pobliskiego dworu – i przywiózł młodziutką żonę do swojego domu. Jak mocno zabiło serce Gizeli, gdy ujrzała toszecki zamek! Wydał jej się ogromny i potężny ze swoimi grubymi murami i czterema wieżami, sięgającymi wysoko w niebo. To miał być jej nowy dom. Wkrótce jednak młoda hrabina poczuła dziwny smutek. Zamkowy dziedziniec był pusty i cichy! Zatęskniła za gwarem i śmiechem, który rozbrzmiewał na podwórzu jej rodzinnego dworu. Przypominała sobie wesołe zabawy z siostrami i karmieniem hałaśliwego, rozbieganego ptactwa. Hrabia Leopold zauważył, że jego żona posmutniała i domyślił się, jaka jest tego przyczyna. I oto kilka dni później pojawił się w jej komnacie, przynosząc drogocenny podarunek – kosz ze złotą kaczką. Gizela ucieszyła się ze wspaniałego daru; poznała, jak bardzo troszczy się o nią mąż. Obiecała mu strzec kaczki jak oka w głowie. Od tej pory życie na toszeckim zamku płynęło spokojnie i szczęśliwie. Młodzi państwo Gaschinowie lubili gości, często urządzali bale, które trwały długo w noc. W czasie jednej z takich nocy wydarzyło się nieszczęście. Gdy zmęczeni goście położyli się spać, w zamku wybuchł pożar. Ogień rozprzestrzeniał się bardzo szybko, odcinając przerażonym ludziom drogę ucieczki. Hrabina Gizela obudziła się, słysząc trzask walących się ścian i głośne krzyki. Na ratunek jednak było za późno. Kiedy otworzyła drzwi, na korytarzu ujrzała stos płomieni. Na szczęście przypomniała sobie o podziemnych korytarzach, którymi można było wydostać się z zamku. Niewiele myśląc, chwyciła złotą kaczkę i otworzyła ukryte drzwi do podziemi. Biegła szybko przed siebie, przerażona panującą wokół ciszą i ciemnością. W końcu zupełnie zgubiła drogę i błąkała się w labiryncie korytarzy. Zmęczona i ledwo żywa, schowała kaczkę w małej niszy przy jednym z podziemnych przejść, a sama powoli posuwała się dalej. Wreszcie na końcu ujrzała niewyraźne światło. Wyjście! Gizela ostatkiem sił wydostała się z podziemi. Zobaczyła nad sobą ciemne, rozgwieżdżone niebo. A więc to jeszcze noc – pomyślała i nieprzytomna upadła na ziemię. Po kilku godzinach Gizelę znalazła zamkowa służba. Jednak hrabina już nie żyła. Zgodnie z legendą, złotą kaczkę odnajdzie człowiek o imieniu Piotr, który zejdzie do podziemnych korytarzy w niedzielę wielkanocną i wypowie zaklęcie. Wówczas też toszecki zamek powstanie z gruzów i powróci do dawnej świętości. Tak jak przed wiekami, będzie dumnie górował nad okolicą. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 31.08.25, 14:50 Legenda o dzwonię, który miał ❤️ serce Ponoć wtedy, gdy jesienny, porywisty wiatr wieje,a świat w deszczowych łzach tonie, ludzie wspominają różne stare dzieje. Ja opowiem wam legendę o kochanowickim zaklętym dzwonie. W bardzo dawnych czasach to się działo, historia dziwna jakich mało. Wiele lat temu w Kochanowicach żył pasterz, co pasał bydło mieszkańców i samego dziedzica, na okolicznych łąkach od rana, aż do wieczora,a potem je przyganiał do wsi i do dwora. Dziedzic mieszkał we dworze, który stał przy stawie. Był też we wsi kościół, chaty nieduże przycupnęły na murawie. Pasterzowi nikt nie przyglądał się zbytnio z bliska, ani nikt nie znał też jego nazwiska, a jednak i on miał swoje miano, Błażejem, a potem starym Błażejem go tu nazywano. Mieszkał w starej szopie, co pod lasem stała, trochę za dziwaka wieś go uważała. Pewnego dnia, gdy przyprowadził bydło na pastwiska, spostrzegł on dziwny przedmiot wystający z torfowiska, zaciekawiony zaczął go odkopywać i metalowy przedmiot z ziemi wydobywać. Gdy odkopał go już jedną stroną, zobaczył też obręcz błyszczącą, czerwoną. Błażej znalezisko obejrzał i tyle, usiadł i dumać zaczął i to dłuższą chwilę. Potem obwiązał to wszystko powrozem starannie, zaprzągł woły i przywiózł do księdza na plebanię. właśnie koło kościelnego płota, widząc pasterza, rzekł – Cóż to Błażeju odwiedzić przyszła ci mnie ochota? – Wykopałem coś na łące, co z tym zrobić, jam nie wiedział – takie to słowa Błażej do księdza powiedział. Ta rzecz metalowa to była armatka spiżowa, a jeszcze wypadałoby dodać do tego, że znaleziona obręcz była ze złota szczerego. Zamyślił się ksiądz wielce, kościół nie za bogaty i kazał ulać dzwon z tej właśnie armaty. A że był charakteru trochę przebiegłego, złotą obręcz zagarnął do skarbca kościelnego. Potem święto było w wiosce no i okolicy, gdy zawieszono nowy dzwon na kościelnej dzwonnicy. Ale jak stara legenda opowiada, dzwon tak dzwonił, jakby ludzkim głosem gadał. W dzień powszedni i przy niedzieli dzwonił: – Znalazł mnie Błażej..., znalazł mnie Błażej..., tak wszyscy ludzie to słyszeli. Przyszła następna jesień, a nie była pogodna, przyszła wczesna, zachmurzona, mokra no i chłodna. Przybiegła z silnym wiatrem, szybkimi krokami, przyniosła z sobą zimno i deszcz ze śnieżycami. Stary Błażej w lichej na grzbiecie kapocie przeziębił się przebywając w deszczu no i w błocie. Całą zimę kwękał, pokaszliwał, wiatr mu w płucach świstał i na wiosnę już nie wyszedł ze stadem na pastwiska. Przez okienko w starej szopie wyglądał na świat, ach, posiedzieć na łące jakże byłby rad. Tam mu ptaszki śpiewały od rana swe trele, wtedy zawsze na duszy było mu weselej. Chciał się jeszcze pożegnać ze swym druhem skowronkiem, nie zdążył, Bóg go zabrał na niebieską łąkę. Na najuboższym miejscu na cmentarzu go pochowano bez księdza, ostatniego namaszczenia nawet mu nie dano. A wówczas aż zlękli się ludzie w Kochanowicach i okolicy, bo dzwon rozdzwonił się i dzwonił tak z kościelnej dzwonnicy, dzwonił tak żałośnie, dzwonił tak długo, aż coś w nim jękło, ludzie mówili, że to serce dzwonu z żalu pękło. Potem przez wiele dni, a nawet i nocy, w modlitwie czuwali uważając, że to jakiś znak proroczy, zwiastujący nieszczęścia wielkie, co wsi grożą, jakąś zarazę, klęskę czy obrazę Bożą. Tylko ksiądz niespokojnie snuł się po kościele, bo miał sobie, oj, wiedział, wiele do zarzucenia, odmawiane pacierze nie dały zbyt wiele, tak go dręczyły z powodu Błażeja wyrzuty sumienia. Uklęknął raz przed ołtarzem, modląc się żarliwie: – Wybacz dobry Boże, postąpiłem z Błażejem niegodziwie. Potem wyjął ze skarbca obręcz znalezioną przez pasterza w tej okolicy i obręczą złotą kazał okuć dzwon. Gdy dzwon znów zawieszono na kościelnej dzwonnicy, rozległ się cudny dzwonu ton i niósł się daleko po wioskach i lasów zielonych kniejach, i ludzkim głosem dzwonił: – Żal mi starego Błażeja..., żal mi starego Błażeja... A Błażeja mogiła, co kupką ziemi była, jak łąka na wiosnę się zazieleniła. Powie ktoś, że opowiadam o prawdziwym cudzie, bo prawdziwy to cud, że serce miał dzwon, a tak często serca nie mają ludzie. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 31.08.25, 15:00 Utopki z Leboszowic i Nieborowic Do młynarza w Leboszowicach często przychodził utopek. Był to mężczyzna niskiego wzrostu, miał czerwone buty i czapkę. Młynarz dawał utopkowi coś do zjedzenia, czasem porozmawiali. Jednak, jeżeli młynarz był zajęty i nic mu nie dał, to utopek z zemsty robił różne psikusy: blokował koło młyńskie, podnosił lub opuszczał śluzę i na koło młyńskie szło za dużo lub za mało wody. Pewnego razu utopek nie zastał młynarza, a młynarzowa zamiast go ugościć, pogoniła szmatą. Utopek uciekł. Kiedy młynarz wrócił do domu, młynarzowa powiedziała, że przegoniła utopka na cztery wiatry. Młynarz złapał się za głowę, powiedział, że czeka ich nieszczęście, bo utopek na pewno się zemści. Nie czekali długo – w Bierawce utopiła się im córka. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 31.08.25, 15:09 Legenda o kapliczkach św. Jana Nepomucena i św. Floriana w Kochanowicach Kochanowice należały do pana. Żył szczęśliwie z dwoma synami i żoną. Mieszkali oni w zamku. Gdy synowie byli już pełnoletni, pan nie chciał dzielić swych włości. Zdecydował, że jednemu da majątek, a drugiemu pieniądze. I tak się stało. Po pewnym czasie zaczęło się źle dziać, ponieważ bracia nie pogodzili się z wolą ojca. Rodzice chcieli ich pogodzić, ale bez skutku. Ojciec powiedział synom, aby się pojedynkowali. Kto przegra, dostanie pieniądze, a kto wygra – włości. Pojedynek miał się odbyć na łące. Gdy już nadszedł ten dzień, bracia stanęli naprzeciw siebie i zaczęli do siebie strzelać. Było tylko słychać strzały wypuszczonych strzał i upadek ciał na ziemię. Bracia równocześnie strzelili sobie w serce. Umarli na miejscu. Ojciec zaczął żałować tego, co wymyślił. Pochował synów, tam gdzie umarli. Naprzeciwko postawił kapliczki. W jednej z nich umieścił figurę św. Floriana, a w drugiej św. Jana. Na pamiątkę swoich synów postawił figurki, ponieważ jeden miał na imię Florian, a drugi Jan. Kapliczki stoją do dziś. Można je zobaczyć w Kochanowicach na ulicy Częstochowskiej. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 31.08.25, 15:18 Tajemnica kościelnych dzwonów z Lisowa W Lisowie wybudowano kościółek pod wezwaniem św. Wawrzyńca (…). Po jakimś czasie powstał nowy kościółek w Kochanowicach, dlatego postanowiono przewieźć tam dzwony kościelne. Dzwony były bardzo ciężkie. Zaprzężono więc dwie pary koni, które wozem miały przewieźć owe dzwony i obraz św. Wawrzyńca do Kochanowic. Na moście jednak stoczyły się do stawu, tak jak i obraz. Pewnego dnia kobieta robiła w stawie pranie. Wtem zahaczyła rękawem o dzwony. Nie była świadoma, co to takiego, więc siarczyście zaklęła. Dzwony odezwały się, a później jeszcze bardziej się zagłębiły. Pomimo wielu starań nikomu nie udało się jeszcze ich wydobyć, chociaż staw był już kilkakrotnie osuszany. Legenda głosi, że znajdą je po wielu latach orzący dwiema parami koni bracia bliźniacy o imionach apostołów. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 19.09.25, 13:37 Drugi, starszy herb też związany jest z legendą. Po raz pierwszy, pieczęci z herbem użyto na dokumencie z 1802 roku. Przedstawia ona kobietę trzymającą w ręku nić. Ta babia nić nawiązuje do legendy głoszącej, że dawno temu Babienica słynęła z wyrobu tkanin wykonanych z nici i przędzy wyrabianych przez jedną z kobiet. Kiedy pewnego dnia kobieta opuściła, z niewiadomych przyczyn, wioskę rzemiosło upadło Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 19.09.25, 23:47 Cholera. Przy drodze prowadzącej z Ligoty do Woźnik, po lewej stronie, tuż za Ligockim Potokiem znajdują się rozpadliska porośnięte wierzbami zwane „Dołami”. To tu według utrzymywanej od pokoleń tradycji, swój wieczny spoczynek mieli znaleźć pogrzebani, prawie wszyscy bez wyjątku mieszkańcy Ligoty, których zmogła okrutna zaraza wojny trzydziestoletniej – cholera. Inni twierdzą, że zaraza owa wcześniej miała miejsce bo aż w średniowieczu. Zniwo śmierci było wtedy tak wielkie, że nie miał kto umarłych grzebać. Ta straszna choroba, jak głosi podanie uśmierciła wszystkich mieszkańców Ligoty, jedynie dwie kobiety z rodu Sekułowego przy życiu się ostały. Woźnicki proboszcz obawiając się zarazy, nie chciał z posługą kapłańską do chorych przyjeżdżać, ani ziemi na cholerycznym cmentarzu wodą święconą pokropić. Jeździł natomiast do chorych lubszecki farosz, posług udzielał, i msze święte odprawiał jak to było we zwyczaju na lipowym stole na granicy lubszeckich i ligockich pól. Od tego czasu, mimo znacznie większej odległości chodzą ligoczanie do kościoła w Lubszy. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 22.09.25, 19:28 Stare podanie głosi, że ocalała z zarazy kobieta wymodliła swoje życie pod słupową kapliczką, która kiedyś stała w miejscu dzisiejszej murowanej kaplicy znajdującej się w centrum wioski. Jej to wizerunek - postać klęczącej pod krzyżem kobiety - ozdobił później tak zwaną nowszą pieczęć gminną Babienicy. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 22.09.25, 19:42 Według tegoż samego źródła, nazwę przypisuje się gruntom w Kamienicy, gdzie pod cienką warstwą uprawnej ziemi znajduje się kamienne podłoże. To samo określenie występuje w językoznawstwie: Kamienica - teren kamienisty, Kamieniczka - rzeka o kamienistym podłożu. Przymiotnik „Śląska” w nazwie Kamienicy, odnajdujemy w zapisach metrykalnych kościoła parafialnego w Lubszy już w początkach XVIII wieku. Celem jego wprowadzenia było odróżnienie tej nazwy miejscowości, od innej, tak zwanej Polskiej Kamienicy, miejscowości położonej na północny wschód od granic parafii lubszeckiej, w byłym biskupim księstwie siewierskim. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 22.09.25, 19:50 Lubschau, Lubsza; rejencja opolska, powiat lubliniecki. Obok wznosi się jedyna w tej okolicy góra Grójcem zwana, od warowni grodu, którego szczątki jeszcze dziś widać. Lud dziwnie prawi powiastki romantyczne o zapadnięciu się tego zamku, z przyczyny rozkochanej córki jego właścicielki, która gdy się w gruzach zagrzebała, rodzice zbudowali pod górą owo miasteczko, które dla pamięci nieszczęśliwych lubowników, Lubszą się zwie. A i Lubsza, czyli Lubusza była boginią miłości u starożytnych. Utrzymuje się tu przysłowie: Kiedy Kraków budowano, jeżdżono do Lubszy po piwo. W tej wsi Lubszy, Józef Lompa, szlązki literat, jest lat już 30 nauczycielem. Odpowiedz Link
balzack Re: Legendy 07.03.17, 16:30 Podanie o białym fiołku Król zimy obchodził ze swoim dworem łąki, lasy i ogrody po raz ostatni. A niektóre kwiatki już kiełkować zaczęły, bo czuły, iż wiosna niedługo przyjdzie. Zobaczyły zdaleka króla zimy, przelękły się bardzo i wszystkie skryły się, jedne w liściach, inne we mchu. Tylko fiołek był ciekawy, jak to wygląda król zimy, i wystawił główkę do góry. Król srodze się rozgniewał, bo kwiatków nie znosił, więc za karę .zamienił go w biały kwiatek Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 07.03.17, 18:16 Paproć zakwita podług podania ludu w wigilią św. Jana, a kwitnie tylko godzinę. Ktoby tego kwiecia dostał, ten ujrzy wszystkie skarby w ziemi, dowie się o wszystkiem. Żył dawnemi czasy w pewnej wsi gospodarz, mający starego ojca. Żona tego gospodarza była bardzo kłótliwą, a nadewszystko nie mogła wcale zgodzić się z ojcem męża. Wciąż mu dokuczała, biła nawet staruszka. Stało się razu pewnego, że temu gospodarzowi zabłąkała się w lesie krowa. Na dworze było ciemno, wicher straszliwy dął przeraźliwie i deszcz padał rzęsisty, jednak Atoli bardzo trudno owa niegodziwa kobieta wygnała starego ojca, aby poszedł do lasu szukać zgubionej krowy. Szuka biedak i płacze gorzko na swą dolę, ale krowy jak nie ma, tak nie ma. W tern zakwitła paproć, gdyż była to właśnie wigilia św. Jana. Kwitnęła cudnie paproć, blask nadziemski rozsiewając. Poskoczy starzec, aby zerwać kwiat złocisty, ale kwiat spadł na ziemię i wsunął się w but biedakowi. Wiedział on zaraz, gdzie krowa i widział w polu wielkie skarby. Zaprowadził czemprędzej krowę do domu, a poszukawszy rydla poszedł w pole, aby skarby wykopać. Aby śladów nie poznano, postanowił przecież iść boso. Zezuł tedy buty, ale niestety wytrząsnął cudowne kwiecie i nie wiedział gdzie skarby. Daremnie skopał całe pole — skarbów już nie znalazł dostać kwiata paproci, gdyż złe duchy czynią, wielkie przeszkody. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 07.03.17, 18:27 MjA&i temu kilka wiekiem się wieczorem *§)9 Z flintą na plecach po lesie, •tf Myśląc, że los miturkawkę gdzieś borem, ? Lub i szaraka nadniesie. Lecz nigdzie śladu szaraka, ni ptaka, I próżno chodzę i chodzę: Pewnie mię baba urzekła gdzie jaka, Lub ksiądz wyminął po drodze! Znudzony wreszcie, pod dąb rosochaty Usiadam na mchu zieleni, Klnąc ród zajęcy, ród ptaków skrzydlaty, I lulkę ciągnę z kieszeni. I za chwil parę lulka dymi, pryska, A mnie lżej jakoś na sercu — Leżę jak basza — przy mnie odaliska Flinta, na mchowym kobiercu! Pomknąłem myślą gdzieś w marzenia kraje I sennem roił widziadła, A w tern Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 07.03.17, 18:46 Gaj zieleni się wiosną, drobne dzwonki w nim Wśród paproci na wrzosiuposłaniu. [rosną, Rosną blado-lilijne,i wciąż dzwonić gotowe Na godzinki, o rannem świtaniu. Miła Boża pieśń cicha, która płynie z kieli- Gdzie sam serce umieścił on na dnie [cha, I szmerdzwonkaleśnego, co wzlatuje do Niego, Z tchnieniem wiatru darmo nie przepadnie. Może pasterz tam który, oczy wzniesie do góry, Westchnie w duchu gorąco i szczerze, Kiedy w leśnej ustroni, Boży kurztek zadzwoni, Przed jutrzenką na ranne pacierze. Może badacz przyrody, co wyłuszcza dowody O natury potędze tworzącej, Mimo woli się wzruszy, gdy mu wpadnie do duszy Ten szmer cichy, o Stwórcy szepcący. Może oko stęsknionie spojrzy w kwiatu koronę, Gdzie drży, mieniąc się, rosa niebieska, I pociechy blask złoty, wśród tumanin tęsknoty Roznieci w nim współczucia ta łezka, Bolesnego szmer dzwonka, prosta piosnka sko- Nieuczony dźwięk fletni pastuszej, [wronka, Prędzej, niźli wymowa, co w mądrości broni Struny serca ludzkiego poruszy, [słowa Odpowiedz Link