madohora Re: Legendy 16.09.20, 19:10 Innym razem ktoś zobaczył czarny, starodawny powóz zaprzężony w czwórkę koni. Na siodle siedział stangret, który trzasnąwszy z bicza odjechał sprzed pałacu. Po jakimś czasie powóz wrócił z powrotem. Ale nikt nie widział czy ktoś do niego wsiadał i czy ktoś wysiadał. Powóz widzieli również stacjonujący w pałacu żołnierze. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 17.09.20, 16:21 ojewództwo śląskie kojarzy się przede wszystkim z kopalniami. Pracujący pod ziemią górnicy nie są jednak w kopalniach sami. Od czasu do czasu ukazuje im się Skarbnik. Co ciekawe, zjawa przybiera różne postacie. Raz „występuje” jako starzec z siwą brodą, innym razem swoim wyglądem niczym nie różni się od górników. Jest podobnie do nich ubrany, ma lampę górniczą i kilof. Potrafi też zamienić się w mysz lub inne kopalniane żyjątko Górnicy szanują Skarbnika, lecz różnie o nim opowiadają. Skarbnik potrafi płatać figle i zabrać komuś drugie śniadanie. Czasem bywa niezwykle roszczeniowy i żąda dla siebie wypłaty. Bywa też pomocny – potrafi wskazać, gdzie znajdują się pokłady najlepszego węgla czy ostrzec przed niebezpieczeństwem. Górnicy mówią, że dobry człowiek nie musi obawiać się Skarbnika, bo ten zawsze mu pomoże. Gorzej, gdy ma się coś na sumieniu… Na potwierdzenie istnienia Skarbnika z ust do ust przekazywana jest pewna legenda. Kiedyś w jednej ze śląskich kopalń pracował górnik, który miał na utrzymaniu żonę i syna. Niestety, pewnego dnia w drodze do pracy mężczyzna zmarł. Najbliżsi bardzo przeżyli jego śmierć, a do rodzinnego domu zawitało widmo głodu i biedy. Wtedy znajomi zmarłego, również górnicy, namówili sztygara kopalni, aby zatrudnił syna ich nieżyjącego kolegi. Chłopak był młody i niedoświadczony, ale miał ogromne chęci. Sztygar niechętnie przystał na zatrudnienia takiego pracownika. Na początek dał mu tygodniowy okres próbny, odgrażając się, że młodzieniec nie może liczyć na taryfę ulgową. Obiecał jednocześnie, że jeśli pomyślnie przejdzie tygodniową próbę, może liczyć na stałe zatrudnienie. Pierwszy dzień okazał się dla chłopaka niezwykle trudny. Po pierwszej godzinie ciężkiej pracy chciał się poddać. Zrozpaczony rzucił kilof i już miał zrezygnować z roboty, kiedy nagle usłyszał obok siebie głos: „Co by powiedział twój ojciec?”. Zdezorientowany rozejrzał się i spostrzegł sędziwego górnika, który siedział na ziemi i jadł chleb. Poskarżył mu się, że brakuje mu sił do tak ciężkiej pracy. Starzec wysłuchał jego utyskiwań, po czym stwierdził, że ten źle zabiera się za pracę i niewłaściwie trzyma kilof. Zaproponował, że pokaże mu jak się pracuje, chwycił za kilof, oddając młodzianowi chleb i sugerując, aby się posilił. Fachowo pouczony i nakarmiony chłopak do końca dnia pracował z zapałem, jednak kiedy nadszedł moment wypchnięcia wózka z węglem na górę, znów opuściły go siły. Ze smutkiem stwierdził, że jednak nie da rady. Kiedy już gotów był się poddać, znowu usłyszał znajomy głos: „Co by powiedział twój ojciec?”. Zawstydzony tylko opuścił głowę, a wtedy starzec odezwał się ponownie: „Będę pomagał ci przez tydzień, ale w zamian podzielisz się ze mną wypłatą”. Młodzieniec ochoczo zgodził się na taki układ. Przez kolejne dni stary górnik tak jak obiecał, towarzyszył młodemu koledze. Częstował go chlebem i pomagał, kiedy młodzieńca opuszczały siły. Wreszcie przyszedł dzień wypłaty. Zdumiony sztygar stwierdził, że mylił się co do młodego chłopaka. Z uznaniem stwierdził, że wydobył tyle samo węgla co starsi i doświadczeni koledzy. Wypłacił mu należną kwotę i zaproponował stałą pracę, już na lepszych warunkach. Zadowolony młodzieniec udał się do „wspólnika”. Odszukał go w miejscu, gdzie widzieli się po raz ostatni. Zgodnie z umową chciał się z nim podzielić wypłatą, odliczył połowę i podał ją mężczyźnie. Ten jednak nie wziął pieniędzy, tylko rzekł: „Nie potrzebuję twoich pieniędzy, zachowaj je tak jak uczciwość w swoim sercu. Ponieważ nie oszukałeś mnie, mam dla ciebie nagrodę: każdy kawałek chleba, który zjesz, da ci siłę do pracy. Dzięki temu bez problemu utrzymasz siebie i matkę. Tak się będzie działo dopóty, dopóki będziesz uczciwy. Jeśli chociaż raz okłamiesz swoje sumienie i nie zadośćuczynisz za zły czyn, siły cię opuszczą, jak wielu innych górników”. To powiedziawszy Skarbnik, bo nim był ów staruszek, wszedł przez ścianę wprost do kopalni… Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 27.09.25, 23:13 Nazwa ta stosowana jest również w innych regionach jako ogólne określenie demonów nocnych. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 27.09.25, 23:22 Wywodzi się tę nazwę ze słów hebrajskich bądź niemieckich, od imienia jednego ze średniowiecznych diabłów (Mamona), od słów „mamić, mamidło”. Na niektórych obszarach, np. Mazowszu pojawiła się jeszcze nazwa sibele Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 27.09.25, 23:27 Mamuna dokuczała ciężarnym kobietom i położnicom, porywała lub podmieniała nowo narodzone dzieci. Mogły też, w czasie snu kobiety w ciąży, podmienić dziecko jeszcze nienarodzone na swoje. Podmienieniem dziecka przez mamunę tłumaczono prawdopodobnie jego niedorozwój. Boginki jednak najbardziej były groźne dlatego, że zamieniały dzieci. Przeważnie ofiarą ich padały niemowlęta jeszcze nie ochrzczone. Różne były sposoby porwania Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 27.09.25, 23:47 🎀w razie odkrycia podmiany dziecka, należało dziecko obić np. 3 prętami wyrosłymi w tym samym roku i czekać na powrót mamuny z ludzkim dzieckiem (opowieść z Łemkowszczyzny i takiej właśnie poradzie udzielonej przez księdza) Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 27.09.25, 23:54 Istniały sposoby ochrony przed mamunami, np. zawieszenie czerwonej wstążki na rączce niemowlęcia Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 00:03 W Krakowskiem odmieńca należało obić trzykrotne wierzbowym prętem, by wywołanym płaczem wywołać litość u mamuny Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 00:24 Dziwożony przedstawiane były jako szkaradne, garbate kobiety, o długich splątanych włosach, czasem z ozdobioną paprocią czerwoną czapeczką na głowie oraz z długimi piersiami lub patologicznie wydłużonymi sutkami, które zarzucały sobie na plecy i którymi nawet prały bieliznę. Mieszkały w osypiskach skalnych, w jeziorach (np. Jezioro Żabie) lub w pieczarach górskich (np. pieczara w okolicach wsi Łopuszna). Żywiły się zielem „słodyczką” Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 00:40 Nazwa wywodzi się od słowa Bóg/bóg/bogini. Z czasem w wierzeniach ludowych pojęcie boginki zostało zastąpione zapożyczonym terminem rusałka, zaczęto też utożsamiać je ze strzygami, dziwożonami, topielicami, mamunami. Według teorii Henryka Łowmiańskiego było to spowodowane ewolucją archaicznego terminu, który pierwotnie stanowił ogólne określenie demonów żeńskich Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 10:48 Według górali pienińskich boginki miały czarne włosy, czarne oczy i śniadą cerę. Mieszkały w potokach i jarach w pobliżu wsi. Ponieważ lubiły zielony groch, zakradały się na pola, gdzie był wysiany i niszczyły zbiory. Podmieniały także nowonarodzone dzieci i porywały kobiety w połogu Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 10:56 Boginki również płoszyły konie przy wodopoju i bydło na polu, niszczyły też sieci rybackie. Zapisy terenowe wykazują szczególne podobieństwo działań boginek, dziwożon i mamun. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 11:05 ▪️kobiety po porodzie nie mogły przez jakiś czas wychodzić za próg, by uniknąć porwania dziecka. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 11:34 Na Mazowszu, w Sandomierskiem, w Krakowskiem i na Mazurach nazywano rusałki majkami, a u górali tatrzańskich znane były jako dziwożony. Rusałki zwane były też na terenach Polski pannami wodnymi lub boginkami. Na Pomorzu wodne rusałki nazywano morianami, a w Polsce wodianami – te pojęcia ewoluowały potem w ogólne pojęcie topielic/topielnic. Nazwa kojarzona z rusałkami to także nawka (l.mn. nawki). Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 11:43 Na Rusi w okolicach Zielonych Świątek obchodzono rusałczy tydzień, podczas którego składano rusałkom w ofierze chleb i urządzano uczty, a dziewczęta śpiewały specjalne pieśni o rusałkach/dla rusałek[6]. W czasie od dnia św. Trójcy do dnia św. Piotra był zakaz kąpieli, ponieważ w tym okresie rusałki przebywały na Ziemi. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 11:51 O starosłowiańskim święcie obchodzonym we wtorek lub środę około Zielonych Świąt wspomniał także Kosmas z Pragi, odnotowując, że tańce i igrzyska poświęcone były duchom przodków. Również na Rusi w siódmy czwartek po Wielkanocy zbierano się pod brzozami, składano ofiary z kaszy, pierogów i jajecznicy, a następnie śpiewano i tańczono. Na obszarze Rusi w okolicach Zielonych Świątek obchodzono także podobne do wspomnianego przez Długosza Stada tygodniowe święto, zwane rusałczym tygodniem. Możliwe zatem, że było to ogólnosłowiańskie święto, którego obchody trwały nawet tydzień, a jego kulminacją była Noc Kupały Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 12:06 Wyobrażano ją jako piękną, wysoką, smukłą, błękitnie ubraną niewiastę z wieńcem chabrów na głowie. Pojawiała się tylko w południe i wyłącznie na polu, gdzie pilnowała, by dzieci w poszukiwaniu kwiatów nie deptały zboża i nie wbiegały pomiędzy łany. Denerwowało ją, gdy widziała, że używają ostrych narzędzi, i gdy żniwiarze nie mieli kapeluszy. Ci, którzy jej zdaniem zasługiwali na karę, byli usypiani jej słodkim szeptem, a następnie zsyłała na nich ostry ból głowy, paraliż lub postrzał. Czasem rzucała się na swoją ofiarę i łamała jej ręce i nogi, lub skręcała kark. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 12:38 Celem inicjatywy, jest przypomnienie znakomitego dorobku Kazimierza Grześkowiaka oraz zachęcenie twórców i miłośników piosenki satyrycznej, zaangażowanej w piętnowanie przywar i ułomności naszego społeczeństwa, do kontynuowania tego nurtu, z zachowaniem walorów artystyczno – filozoficznych jego twórczości. Festiwal ma zachęcić autorów, kompozytorów i wykonawców do podjęcia tradycyjnych, polskich wątków muzycznych i przeniesienia ich na grunt współczesny. „Południca” to dwa konkursy: na wykonanie piosenki z repertuaru Grześkowiaka (cover) oraz na wykonanie piosenki „premierowej” (utwór własny). Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 13:26 Z pod rzęs jedwabnych płomień bije Łono faluje, a jej gest, Gdy krucze sploty gniotą szyję: Iście królewskim ruchem jest! Gdy drobną nóżką w tańcu bieży, Dziecięcy uśmiech zdobi twarz. Przysiągłbyś wtedy, że w odzieży Ziemskiej — Anioła tutaj masz! Żaden z mocarzy w swej koronie Niema djamentów takich sił, — Z jaką jej oko ogniem płonie. Z ust takich czaru nikt nie pił. YII. Przysięgam, odkąd ludzkość biedna Straciła raju nawet ślad; Tak piękną, tylko Tamar jedna Była, jak Niebios wonny kwiat! Przysięgam w imię gwiazd zenitu, Na srebrnolitych mgławic szlak, Na słońca promień wśród błękitu, Na cudnej tęczy modry znak, Na szczęście w raju z wybranemi, Na jasnych Niebios złoty próg; Ją tylko jedną na tej ziemi, Niebiankom równą, stworzył Bóg. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 13:45 Matki jęków nie zawiodą, Zwierząt łupem będzie trupi Tylko nowy krzyż przy drodze, Bluszcz okryje w ciemny liść. I z westchnieniem, za umarłych, W niebo modły będą iść] XIII. Bo przez jary i zawały Jak szalony rumak mknie, Krwią zbryzgany czaprak cały, Na nim jeździec chwieje się. Dzielny rumak lotem ptaka, Wyniósł pana z pośród skał. Widać dola była taka, Ze Czeczeniec ognia dał! Wiatr rozwiewa bujną grzywę, Odgłos kopyt niesie w dal, W martwej dłoni, od księżyca Sieje blaski szabli stal. — Z wyniosłego jeźdźca czoła, Krwi się sączy slaby zdrój; A jej krople, jak rubiny, Na weselny lecą strój ! XIV. z krzykiem biegnie po za wrota Tłum Gudali wiernych sług. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 13:54 I. Ojcze, ojcze, próżne słowa, Ucisz groźny gniewu ton. Ja łzy leję — moja mowa — Jak mogilny dźwięczy dzwon. Już nie dla mnie szczęście życia, U wiądł uczuć moich kwiat. Słabną w piersi serca bicia, Obojętnym jest mi świat. Widzisz, ojcze, jaką zmianę Czyni we mnie każdy dzień. Jak twe dziecię ukochane, Błądzi, milcząc, niby cień. — Nieuchwytny duch — ofiarę Z uczuć moich pragnie mieć, i przez marzeń zwodną marę, Oplątuje duszę w sieć! Dla mnie niema już na ziemi, Błysku szczęścia jasnych dni. Pragnę łzami gorącemi, Zmazać grzeszne moje sny. Wśród klasztornych murów ciszy, Wśród pokuty ciężkich prób, U przeczystą krwią oblanych, Zbawiciela świętych stóp! — II. I zamknięto w skromnej celi Słabe ptaszę Gruzyi pól, Drogie szaty już z niej zdjęli, Ma za pokarm chleb i sól. Próżno czoło w prochu tarza, Próżne modły, na nic łzy, Świętość miejsca duch znieważa, Powracają zwodne sny. W uroczystej chóru ciszy, Ucho chwyta dziwny szmer — I wśród modlitw ona słyszy, Głos co z górnych płynie sfer. — Błyskawicznie — przed oczami Zamodlonej — on jak cień Wśród kadzideł dymu, mami Wzbudza siłę serca drżeń! Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 18:23 Oczekiwania jakieś drżenie, Jakiś nieznany dotąd szał — A duszy, dziwne ukojenie, Ogień miłości w pierś mu wlał! Zwodne marzenia! — Jasny, czysty, Nad skronią wieniec z białych róż, W dłoni mu błyszczy miecz ognisty: Strzeże Tamary Anioł Stróż! — Pod jego skrzydłem, pochylona Klęczy dziewica w cichym śnie, A Anioł Boży, do Demona, Słowem wyrzutu zwraca się. — IX. — «Duchu występku i pogardy, Potęgo piekieł, duchu hardy, Napróżno jad rozlewasz swój! Tu niema grzechu, ani złości, Do mej świątyni, do miłości Wejść ci nie wolno — zdała stój! Kto cię tu wzywał ?» Z ócz szatana, Piekielnych ogni błysnął żar. Szyderczym śmiechem spiętnowana, Twarz kusiciela traci czar. — Ona już moja—jam tu Panem, Opieki twojej minął czas. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 18:30 I w otchłań czasu a przestrzeni Skryłem swą rozpacz gniew i złość, Myślałem: złe się wnet rozpleni, — Lecz wkrótce, złego miałem dość! Niedługo byłem ludzi władcą. Niedługo siałem błąd i grzech! — Człek, stał się łatwo świętokradcą, •I obraz Boży budził śmiech! Ja błąd krzewiłem pośród ludów, Oko nie znało uczuć łzy, — Czyż warci byli moich trudów, Fałszywi, podli, głupcy, źli?! Skryłem się wtedy w gór pieczary, Gubiłem ludzi w nocny czas. Strącałem z drogi w ciemne jary, Zbłąkanych — w gęstszy wiodłem las! W walce z potęgą sił przyrody, W blasku piorunów, w gromie burz; Jam z huragany szedł w zawody, Wstrząsałem głębie ziemskich mórz! Chciałem wspomnienia stracić władzę, Lecz to największa z Bożych kar: Ja, co na ziemi wszystko zgładzę,— Pamięci wiecznej miałem dar! Cóż wobec tego boleść ludzi!? Smutek pokoleń po wsze dni? Umrą — i nic już ich nie zbudzi, Ni głód — ni żal — ni ból — ni łzy! Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 18:39 I wzrok potężny wpił w jej oczy, Przyspieszał w żyłach tętno krwi, Poił się wonią jej warkoczy, Urzeczywistniał grzeszne sny. Pod czarem władzy niepojętej W sercu Tamary burza wre. Zatryumfował duch wyklęty, Miłością ziemską poił się! A jad śmiertelny tej pieszczoty W łono Tamary ogniem wnikł.... I nocnej ciszy spokój złoty, Rozpaczy strasznej rozdarł krzyk! Wszystko w nim było: ból — konanie Wymówka, miłość — rozkosz — łzy I ostateczne pożegnanie: Nieba — nadziei — wiary — czci! — XII. Sługa klasztorny, co w tej porze Obchodził mury. strzegąc bram Zanim zaświeci jasne zorze, Nad snem zakonnic czuwał sam. Około celi on Tamary Przechodząc, ucho zwraca swe,... Czy sen to dziwny — czyli czary ? Rozmowa — szepty — dziwi się— I zdaje mu się, w nocnej ciszy Ztąd pocałunków płynie głos... Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 18:52 Po nad doliną Kajszauru, Na granitowym szczycie skał, Odnajdziesz łatwo, szczątki muru Gdzie Ów nieszczęsny klasztor stał! Bluszcz pokrył groby i ołtarze, Zawisł z żelaznych okna krat. Ze strachem, góral ci pokaże, Łez kusiciela wieczny ślad. Natura skarby swe roztacza, Wiatr niesie wonie łąk i pól. Czas łzy osusza — błąd przebacza —» Koi największy serca ból. Rzeka się pieni w swym korycie, A tajemniczo szumi bór, I cicho spływa ludziom życie, Wśród niebotycznych Gruzyi gór. Zamek Gudali pusty stoi Po nad Tereku brzegiem tam, Przechodzień spocząć tu się boi, Gość nie zastuka do tych bram. W dzień, pełzające spotkasz gady, Jaszczurek spłoszysz cały rój... A kiedy księżyc wejdzie blady, Puchacz — głos słyszy tylko swój. Zginęły nawet ślady ludzi, Surową dłonią starł je czas. Zmarli — i nic ich nie obudzi, Już się nie zjawią pośród nas! Lecz niewzruszony jak opoka Na której stoi pośród chmur, Przybytek Boży — tam z wysoka Strzeże tajemnic owych gór! Od wieków w nim zamarło życie, Choć słońce blaski sieje swe — Lodowce iskrzą się na szczycie, Wicher tumany śniegu rwie, A chmur całunem upowity, Potężny Kazbek, w łonie swem, Kamiennych grobów kryje płyty — Gdzie spią umarli wiecznym snem Demon Michaił Lermontow Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 19:15 Część badaczy uważa, że wiara w wiły jest wynikiem zapożyczenia przez bałkańskich Słowian greckiej wiary w nimfy Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 19:28 Uważano, że miawki corocznie zstępowały na ziemię do pól, kiedy zboża wysypywały kłosy. Były to zmarłe nieochrzczone dzieci. Były małe jak koty, stąd pochodzi ich nazwa kociego głosu miau. Tańczyły na trawie. Były wielkiej urody, wesołe i żywe, ale okrutne. Napadały na osoby zabłąkane pośród łanów kłosów. Przez różne sztuczki wprowadzały ofiary w dobry nastrój, a potem łaskotaniem zmuszały do najgwałtowniejszego śmiechu, aż do śmierci. Karmiły się krwią takiej ofiary. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 17.09.20, 19:56 Niedaleko zamku na Wawelu, niemal na stokach Wisły stoi w Krakowie Kościół OO Paulinów zwany "Kościołem na Skałce" pw.Świętego Michała i Stanisława. Prawdopodobnie znajdowała się tam początkowo pogańska świątynia. Później wystawiono na jej miejscu niewielki, kamienny kościółek. Z czasem zabudowania kościoła rozszerzono a w XV wieku na jego miejscu wybudowano gotycki kościół w którym osiedlili się OO Paulini. Zabudowania kościoła były ufortyfikowane, gdyż kościół ten odgrywał istotną rolę w obronie Krakowa. W XVIII wieku kościół całkowicie przebudowano nadając mu styl barokowy. U podstawy fasady znajdują się szerokie schody pośrodku których mieści się wejście do krypty zwanej "Grobem Zasłużonych" kryjący grobowce sławnych postaci zasłużonych w dziedzinie literatury, poezji, histroii i malarstwa. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 17.09.20, 23:57 Według drugiej legendy to tutaj w nocy pojawiają się hufce rycerzy toczących z sobą zacięte boje. Ma to związek z legendą o Wandzie co nie chciała Niemca. Rycerze toczą bój w której poległ ów niemiecki książę. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 18.09.20, 13:37 powietrzu. Grzmoty i błyskawice rozrywały niebo. Wiatr wiał zawodząc co sprawiało niezwykle wrażenie grozy tego miejsca. Burza na chwilę przestała szaleć. Pan Y zawołał więc w głąb groty: "Chodźmy już. Dopiąłeś swego" Na to odezwał się jego śmiech i odkrzyknął" "Widzisz, miałem rację nie wierząc w duchy ani diabły. bo na tym świecie one nie istnieją. Możemy wracać. Wygraliśmy nasz za...." i w tym momencie urwał. W tym momencie usłyszałem jeszcze jeden potężny grzmot ale taki, że aż ziemia zadrżała w posadach i odgłosy jakby waliła się grota. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 18.09.20, 20:02 Chociaż się bałem, jednak ciekawość wzięła górę i spojrzałem w głąb groty. Mój przyjaciel leżał martwy a nad nim pochylała się jakaś nieziemska postać. Zjawa była przerażająca. Z przerażenia najpierw wbiło mnie w ziemię i nie byłem w stanie wykonać żadnego ruchu. Następnie - zostawiając w grocie mojego towarzysza - zacząłem uciekać ile sił w nogach w kierunku knajpki. Moi towarzysze od kielicha patrzyli na mnie dziwnie po w ciągu tych kilku godzin postarzałem się a włosy mi posiwiały. Kilka godzin później kompani znaleźli w grocie martwe ciało śmiałka. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 17.10.20, 00:18 PRZED CZYM CHRONIŁA CZERWONA WSTĄŻECZKA - Nasze Miasto - 16.10.2020 Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 10.01.21, 19:16 Śmierć Wernyhory. O kilka wiorst od Kaniowa był futor nad Rosią, w którym dziad stary, teorbanista, mieszkał. Przywędrował z za Dniepru przed laty pięćdziesięciu czy sześćdziesięciu z całą rodziną, nabył futor i zagospo darował się. Syna nie miał, córki jeno. Żona umarła, córki za mąż do sąsiednich wsi powydawał został sam na futorze. Nad zatoką Rosi, na niewielkim wzgórku, miał chatę, w której mieszkał. Hodował bydło, pszczoły, konie, siał trochę prosa i żyta, ryby łowił — i tak żył. Był to człek niegdyś, widać rycerski, bo w chałupie nad tapczanem, na bocznej ścianie, wisiała krzywa szabla turecka, pistolety i strzelba jan czarska, a nad głową bandura. Szabli, pistoletów i janczarki dziad nie używał nigdy; przynajmniej od chwili, kiedy na futorze zamieszkał, nikt strzału od niego nie sły szał. Raz na rok tylko, co wiosna, gdy słońce już się podniosło i świe ciło ciepło, ściągał broń ze ściany i w milczeniu czyścił Ani słowa wówczas do nikogo nie mówił, pomrukiwał tylko, broń rozbierały czy ścił uważnie, smarował tłuszczem, składał — i na tern samem miejscu wieszał. Czynność oczyszczania broni wiązała się widocznie z jakiemś smutnem wspomnieniem w jego życiu, bo wówczas przez kilka dni ludzi unikał, na Ruś z więcierzem uciekał, a ledwie nad wieczorem do domu wracał. Wróciwszy, teorban ze ściany zdejmował, grał do późnej nocy, a czasem drżącym, starczym głosem śpiewał. Od kilku lat mieszkała przy nim wnuczka, Hanusia, dziewczyna ośmnastoletnia, która, matkę straciwszy, przywiązała się bardzo do dzia da, na futor się przeniosła i gospodarstwo prowadziła. Dziad lubił dziewczynę, bo miała poetycką duszę, śpiewała pięknie, a gdy on grać na bandurze począł, gotowa słuchać go do rana. Chatę otaczały dęby i jawory, tak, że ją od drogi, o kilkaset kro ków przez las wiodącej, zasłaniały zupełnie. Wieczór już się zbliżał — cichy, majowy wieczór. Od niedawno rozpękłych liści wiatr lekki przynosił świeży, czysty zapach. Ptactwo, ożywione świeżością wieczoru, świergotało ostatnie przed snem piosenki, a zachodzące słońce już czuby dębów pozłacać poczęło. Na dziedzińcu, pod dębem, na długiej ławie, zwrócona ku Rosi, siedziała Hanusia. W dziurę wywierconą w ławie, wetknięta była kądziel z na- winiętem przędziwem, które dziewczyna na cienkie nici przerabiała. Przędła, pośpiewując półgłosem i na wielką płaszczyznę rzeki, pły nącej przed nią, spoglądała. Środek rzeki błyszczał i migotał od słońca, otoczony w zielone ramy oczeretów, tataraków, łóz. Gdy w lesie koń czyło się życie, zdawało się, że budzić się poczyna na stawie. śród nadbrzeżnych chórów żab, które ogłuszającem echem odbi jały się od lasów, zlewając się niejako w jeden ton, odzywały się inne głosy: w oczerecie huczał bąk, z dalekiej, ustronnej zatoki kaczor krzy kliwym głosem dawał sygnał do odlotu na nocne żerowisko, łopotały skrzydła zrywających się gęsi i słychać było daleki jęk przelatujących żórawi. Pomimo tej wrzawy, cisza zalegała dokoła — pełna słodyczy, ukojenia, poezji. Hanusia przędła, spoglądając na rzekę. — Już — szepnęła sama do siebie. Słowo to było sygnałem dla niej. Obaczyła daleko wychylającą się z oczeretów łódkę dziada. Powstała rychło, do chaty pobiegła i wró ciła po chwili ze stołkiem w ręku, który przed przyzbą postawiła. Po tem przyniosła łyżki, miskę, sól, chleb, i wszystko na stołku złożyła. Było to przygotowanie do wieczerzy. W kilka chwil potem i dziad do brzegu zawinął. Przywiązał łódź do pala, wbitego nad brzegiem, uporządkował sieć, ryby do kosza wrzu cił i powoli do chaty podążył. Idącego pod górę Hanusia spytała: — Czy dawać wieczerzę? — Dawaj. Przydybał do przyzby i przed stołkiem usiadł. Był jakiś posęp niejszy, niż zwykle. Za chwilę Hanusia przyniosła w obu rękach garnek i misę wypełniła. Buchnęła para do góry: w powietrzu rozszedł się za pach jagłanego krupniku. Siedzieli przy misie, milcząc. Dziad, zam104 — wracał. Wróciwszy, teorban ze ściany zdejmował, grał do późnej nocy, a czasem drżącym, starczym głosem śpiewał. Od kilku lat mieszkała przy nim wnuczka, Hanusia, dziewczyna ośmnastoletnia, która, matkę straciwszy, przywiązała się bardzo do dzia da, na futor się przeniosłaW dźwięku jej głosu dziad niepokój usłyszał. — Nie chcę... — odrzekł uspokajająco. Wyjął z kieszeni kapciuch z tytuniem, glinianą lulkę o zielonej polewie na krótkim, płaskim drewnianym cybuszku i, nałożywszy w nią tytuniu, powoli ogień krzesać począł. Iskry leciały, ale hubka nie mogła się zatlić. Pasował ją znowu do krzemienia, przykładał i znowu krzesał. — Pewnie zamokła — rzekł sam do siebie. Hanusia przyniosła kawałek węgla na dłoni, a niosąc, przerzucała go z jednej ręki do drugiej. Dziad zapalił i, siedząc na przyzbie, pykał z lulki powoli. Dziewczyna uprzątnęła wieczerzę i znowu usiadła do kądzieli. Chwilkę panowała cisza. Wtem dziad, głowę pochyliwszy do nasłuchywania, zapytał: — A to co? Hanusia nasłuchywała także Dokoła panowała cisza zbliżającego się wieczoru, przerywana tylko wrzawą i hałasem przelatującego ptac twa i żab. — Nic, didusiu... to od stawu taki hałas...— na pogodę — dodała. Odpowiedź nie zadowoliła starego. — Pójdź-no, popatrz na bandurę... Dziewczyna wyszła i wróciła za chwilę. — Jest... wisi .. przynieść wam może? — Nie... zdało mi się, że ktoś w bas trącił... Hanusia spojrzała na dziada niespokojnie. — Oto!... — rzekła. — Któżby?... W chacie nikogo niema. Dziad nic na to nie odpowiedział. Siedział milczący i fajkę pykał. Dziewczyna znowu wrzeciono do ręki wzięła. I tak długa chwilka prze szła w cichości. Wtem dziad drgnął nagle i znowu głowę podniósł do góry, jak człowiek, którego coś nieoczekiwanego uderzy. — Słyszysz? Głos jego brzmiał zdziwieniem i przerażeniem, które udzieliło się dziewczynie. — Co wam takiego ? Bóg z wami... nic niema... — Ale co ty mówisz!... ktoś w struny trącił... a tak mocno... Dziewczyna zerwała się i pobiegła do izby. Po chwili wróciła, niosąc bandurę w ręku. Zerwany bas włókł się za nią. Na twarzy jej malowało' się trochę przestrachu, niepewności i zdziwienia. — Cur jemu — rzekła.— Tak mocno była naciągnięta, że jeszcze drgała jakem weszła, a ja nic nie słyszałam... Dziad nic na te uwagi nie odpowiedział. W milczeniu wziął ban durę z rąk dziewczyny i uważnie przyglądać się jej począł. Fajkę z ust wyjął i obok siebie na przyzbie położył. Siedział tak długą chwilę, bandurę w ręku kręcił, pomrukiwał, a potem westchnął. Hanusia nie spuszczała oczu z niego. — Co wam didusiu? — Nic, moje dziecko... w drogę pora... trzeba już iść... Dziewczynie oczy rozszerzyły się ze zdziwienia. Zdawało się jej, że coś przeczuwała, czego zrozumieć nie mogła. Myślała, że może dziad wybiera się do kogo z krewnych. — Jakże tak na noc, didusiu? — 107 — — Trzeba, detynko... Wstał z przyzby, dziewczyna także od kądzieli wstała. Dziad zbli żył się do niej, za szyję objął, do siebie przygarnął i w głowę po całował. Nie powiedzieli do siebie ani słowa. Dziad był smutny, dziew czynie nie wiedzieć dlaczego łzy w oczach się kręciły. — Jest dla mnie czysta bielizna? — zapytał, kroki swoje skiero wawszy do drzwi. — Jest, didusiu, w bodni. Wyjąć może? — Nie, ja sam wyjmę... muszę się przebrać... a jakże... Dziewczyna z podziwieniem patrzała na dziada, który wydał się jej jakimś dziwnym i tajemniczym, jakim nigdy nie był. Gdy stary wszedł do chaty i drzwi za sobą zamknął, Hanusia usiadła do kądzieli, ale zdawało się, że palce odmówiły jej posłuszeństwa, tak się obracały leniwie, a nić co chwila się rwała. Wtem zdało się jej, że słyszy jakieś echa inne, niż te, do któ rych przywykło jej ucho: dolatujące od lasu głosy ludzkie, rozmowy, śmiech. Powstała z siedzenia i mimowolnie pochyliła głowę i ucho w tę stronę, z której dochodziła ta wrzawa, taka dziwna i różna od zwykłej. Szeroką ścieżką między krzaki leszczyny wysuwało się na po lankę, śród której tu i ówdzie rozrzucone były rozłożyste dęby, jakieś pstrokato ubrane towarzystwo. Ogromnie ją to zaciekawiło. Stanęła i patrzała. „Cygany jakieś, czy co?” ;— pomyślała sobie. Uderzył ją niezwykły ubiór tych ludzi, który czerwienił się Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 05.02.21, 18:12 BOHATEROWIE ŚLĄSKICH LEGEND UMIESZCZENI W GABINECIE FIGUR WOJSKOWYCH - Wyborcza - 05.02.2021 Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 19:36 Mężyk, mały mąż, mały człowiek, mały mężczyzna – demon rodzaju męskiego występujący w wierzeniach ludu pomorskiego, groźny dla kobiet w połogu, podmieniający lub porywający niemowlęta. Odpowiednik żeńskich dziwożon, mamun, sybieli, boginek. Z długą do ziemi brodą, chwytał dziecko z kolebki, rzucał je na ławę u komina, a jeśli zawczasu ktoś od tego nie uchronił, porywał je i uprowadzał ze sobą do podziemi. Aby zapobiec takim sytuacjom kładło się do kołyski stal lub stalowy przedmiot Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 19:44 Srala Bartek, srala-bartek, sral, srela, srala, strala, sroła, srella, kręciek – w wierzeniach słowiańskich demon tkwiący w wirze powietrza lub występujący w postaci małej trąby powietrznej, występujący na terenie całej Polski, a popularny zwłaszcza na terenie Zagłębia Dąbrowskiego. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 19:52 Gumiennik miał bardzo zmienną naturę. Strzegł zboża w gumnie przed ogniem, złodziejami i szkodnikami, jednak łatwo było go obrazić, m.in. lekceważąc go lub młócąc zboże podczas silnego wiatru lub w dzień świąteczny. Trudno było go wówczas przebłagać. Rozgniewany gumiennik zanieczyszczał zboże lub podkładał pod nie ogień. Gumiennikowi należało oddać pierwsze przyrządzone z ziaren danie w roku Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 20:01 Graniecnik – polny demon, pochodzący z okolic Nowego Targu, z kategorii błędnych ogników; pokutująca dusza niesprawiedliwego geometry. Graniecnik to pokutująca dusza, która wyznaczając granice, skrzywdziła chłopów. Pojawiał się nocami na granicach wsi. Nie interesował się ludźmi, chyba że napotkał ich na drodze. Przeistaczał się w różne postacie: chłopa z odciętą głową, któremu z szyi buchał płomień, albo świetlika mknącego nad polami. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 20:09 Żmij – skrzydlata gadzia postać z wierzeń dawnych Słowian, związanego ze sferą chtoniczną i wodami. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 20:19 Na Łużycach rozróżniano trzy typy Żmijów: Pieniężnego (łuż. peńežny zmij), Mlecznego (łuż. mlókowy zmij) i Żytniego (łuż. žitny zmij). Każdy z nich okradał okoliczne gospodarstwa z dobra, które przypisano mu w imieniu, i zanosił je do swojego opiekuna – gospodarza, który go karmił i trzymał pod własnym dachem. Analogiczna sytuacja zachodziła w przypadku mazurskiego Kłobuka Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 22:57 Dioboł i niedźwiydź Kole Toszka bōł kedyś jedyn wiatrok, do kerego wszyske ludzie przijyżdżali po szrōtka na żur. Ale tyn młynorz, kery tam miyszkoł i robiōł, to niymioł leko. Durch prziłaziōł tam we nocy jedyn dzioboł i robiōł mu roztomajte gupoty, a to mu mōnka wydmuchoł, a to miechy podziurawiōł, zawsze coś naszkuciōł. Roz przełaziōł ale kole tego młyna jedyn Cygon ze niydźwiedziym na kecie. Tyn Cygon poprosiōł młynorza, coby sie mōg jedna noc u niego przespać. Młynorz mu pozwolōł, a Cygon wziōn do izby tyż i od niego niydźwiedzia. Bez cufal, prawie we ta noc prziszōł tyż juzaś dzioboł i roztwar ôkno. Jak yno otwarł ôkno, to zaczōn ryczeć tyn niydźwiydź, kery leżoł pod ôknym i kery pokozoł sie we ôknie dziobłowi. Dzioboł sie tak wystraszōł, iże zaroz uciyk i cołki rok sie niy pokozowoł. Dopiyro za rok prziszoł i piyrsze co zrobiōł, to sie spytoł młynorza, eli mo jeszcze tego srogego kota. Szprytny młynorz pedzioł, że ja, i że prawie niydowno sie tyn kot okociōł i mo pora modych, kere som jeszcze wiyncyj złe jak tyn stary kot. Od tego czasu dzioboł sie wiyncy niy pokozowoł kole tego wiatroka, a ludzie dugo jeszcze prziłaziyli do młynorza po szrōtka na dobry ślōnski żur. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 23:07 We Knurowie na ulicy ksiyndza Alojzego Koziełka stoi aptyka świyntyj Barbary. Niy wszyscy znajōm diobelsko historia zwiōnzano z tym miejscym. A bōło to tak. Aptyka Szulca znano bōła w cołkij ôkolicy. Wybudowano jōm na poczōntku XX wieku w samym cytrum naszyj miyjscowo- ści, niydaleko kościoła, zōmku i szkoły organistōwki. Schodziyli sie tam ludzie z cołkij koloniji. Aż tu naroz we aptyce pojawiōł się dioboł.A że aptykorz niy chcioł ôddać mu swoji duszyczki i podpisać cyrografu, dioboł zaczōn za dnia straszyć, czaskoł, piszczoł, huczoł, skrzypioł. Aptykorz niy mōg se śnim dać rady, a ludziska jak sieô tym dowiedzieli, przestali tam przichodzić. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 23:41 O Kotulińskich czarownicach Niegdyś ludzie wierzyli, że w Kotulinie żyją czarownice, że są one bardzo mądre, umieją rozmawiać ze zmarłymi i odpra- wiać rozmaite czary. Mieszkańcy Kotulina znali jednak również sposoby, jak taką czarownicę rozpoznać, bo mogła ona bardzo zaszkodzić, zarówno ludziom, jak i zwierzętom. Z tej przyczyny wszyscy się ich bali i bronili przed nimi jak mogli — np. w chlewach i oborach wieszali święte obrazki albo nabierali łopatką z pieca odrobinę żaru, na to kładli poświęco- ne ziele, a potem okadzali tym izbę. Czarownice potrafiły się też zmienić w żaby. Kiedy wskoczyła taka do domu, dzieci musiały zamykać usta, żeby nie zepsuły się zęby, a dorośli — strzec się choroby. Wszystko dlatego, że czarownica mogła rzucić urok. Co ważne — nie wolno było zabić takiej żaby ani wyrzucić jej z izby, ale należało posadzić ją na łopacie do pieczenia chleba i wynieść bardzo daleko za dom. Jeszcze do niedawna w Kotulinie istniał zwyczaj, zgodnie z którym nie wydawało się ani mleka, ani masła, ani niczego innego z gospodarstwa przed i po zachodzie słońca, bo — jak wierzono — nieprzestrzeganie tego zakazu gwarantowało nieszczęście. Opowiem wam o pewnej gospodyni, której jedyna krowa, mimo starań i opieki, nagle przestała dawać mleko. Bardzo martwiło to kobietę, bo nie miała czym nakarmić siebie ani swoich dzieci. Tymczasem sąsiadka, która nie miała krowy, opływała w dostatki. Kobiecie nie dawało to spokoju, poszła więc do niej w odwiedziny. Wyszła do sieni, patrzy i nie wierzy własnym oczom — na płocie sąsiadki wisi sznurek, są- siadka go doi, a ze sznurka mleko się leje. Wtedy zrozumiała, że jej sąsiadka była czarownicą. Okradana kobieta szybko posłała chleb do starej gospodyni, z prośbą, żeby go „zażegnała”. Od tej pory jej krowa znów dawała mleko Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 28.09.25, 23:47 Downi, jak starzi ludzie godajōm, w miejscu tym nikerzy widzieli dziwne, migajōnce światła, keby wtoś chodziōł z za- polonymi świycznikami. Jak się zećmiyło, to bōło słychać różne jynki i szurania. Ludzie wiedzieli, iże tam straszy. Jak go- spodorze jechali tam koniami na swoje pola, to w tym miejscu konie stowały i nie chciały dali iść, dopiyro jak gospodorz przeżegnoł sie abo uklynknōł i porzykoł, to wtedy szły dali. Kedyś jedyn gospodorz późno jechoł do dōm, zasiedzioł się w Toszku i już bōło blank ćma jak dojyżdżoł do tego strasznego miejsca i naroz kichnōł. Ôroz stanyła przed nim jakoś postać i pedziała: „Dej ci Boże zdrowie”, a on odpedzioł: „Bōg za- płać”. Wtedy ta zjawa mocno sie uradowała i pedziała: „Ôd prawie trzistu lot czekołżech na take słowo”, a potym pedziała swoja historyjo: „Jo bōł kościelny i żech nigdy nie godoł ludziōm za ofiara „Bōg zapłać” i za to zostołżech ukarany. Nie mōgżech zaznać spokoju wiecznego, aż mi ktoś powiy „Bōg zapłać”. Teroz już byda mōg ôdpoczywać w pokoju”. Jak sie ludzie o tym dowiedzieli, to w tym miejscu postawiyli krziż. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 29.09.25, 11:19 W wierszu Adama Naruszewicza Balon pojawiają się słowa Ty sobie roisz czary, latawce. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 29.09.25, 11:44 Niegdyś niemal w każdej wsi stał młyn, było tak też w Kotulinie. Obok młyna płynie woda i jest tam mostek, a pod nim mieszkał utopiec, którego bardzo należało się wystrzegać. Kiedy utopiec widział, że idą ludzie, szybko wyskakiwał, skakał, klaskał i obiecywał pokazać coś fajnego. Ale biada tym, którzy dali się skusić i zaciekawieni szli nad wodę lepiej przyjrzeć się temu człowieczkowi w czerwonej marynarce — bo utopiec ich topił. Opowiadał mi o tym mój dziadek, który też wi- dział utopca, ale oparł się jego kuszeniu. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 29.09.25, 11:51 Utopek rod chodziōł na wiesiady do jednego młynorza we Leboszowicach. Bōł to niy za wielki chopek, mioł czerwone szczewiki i mycka. Młynorzowi to niy wadziyło. Dowoł mu łowdy kedy cosik do jedzynio, a nikedy sie yno ôsprowiali. Jak zaś młynorz mioł dużo roboty, to mu nic niy doł. Utopek wtedy robiōł mu na sprzyk: zasztopowoł koło młyńskie, dźwigoł abo spuszczoł śluza i bezto na kole bōło abo za dużo, abo za mało wody. Roz utopek niy trefiōł w doma gospodorza, a młynorzowo zamiast mu cosik dać — pogoniyła go chadrōm. Utopek uciyk. Jak młynorz prziszoł do dom i dowiedzioł sie, co sie stało, chyciōł sie za gowa. Wiedzioł, że utopek sie pomści. Niy trwało dugo, we Biyrawce utopiyła sie jego cera. Take to bōły te utopki. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 29.09.25, 18:50 Nojprzōd utopek miyszkoł we Knurowie pod mostkiym Knurowionki za stowym Loryncowym (dzisiok i stow, i Knurowion- ka sie potraciły pod ziymiōm, je tam terozki park). Utopek był ôszkliwy i bez mostek przepuszczoł yno chopōw. Jak sie pokozała baba, to ściōngoł jōm do wody abo toploł w ciapulycie. Taki bōł gizd, że żodny babie niy przepuściōł, choby szła ze swoim ślubnym. To ji pod szłapy coś podciep, to ôbdrzistoł marasym. Utopek uwziōn sie tyż na chopōw, kerzy z karczmy u Lorynca abo ze gruby szli na przimo bez te barzoły. Do pōłnocka dowoł im pokōj, ale potym wyrobioł wiela sie dało. Potym utopek wykludziōł sie pod most kole Kuczerowy chałpy. Spokornioł i bōł już blank inkszy niż downi — godajōm, że to stary Kowol ôduczył go ludzi straszyć. Utopek rod mioł kupa szczewikōw — szewcowoł je i naprowioł pod mostym. Jak bajtle szły do szkoły, to czynsto gynsto słyszały te klupanie i kalupym gnały drogom — bele minōńć most. Jak prziszła zima, to przichodziły tyż ciynżkie czasy na utopka. Wtedy szoł do Kwitka abo Lończyka i godoł: „Dejcie mi hyrtōm-pyrtōm, a jak sie wypyrtōm, to wom za tyn hyrtōm przipyrtōm”. Starzi gospodorze wiedzieli, co chce utopek. Szło ô tragacz. Utopek wciepowoł nań szczewiki i spod mosta przekludzoł sie na gōra do Kuczery. Jak Kuczera widzioł pociep- niony tragacz na placu, to wiedzioł, że mo byzuch w chałpie. Utopek żodnymu niy zawodzoł — yno łowdy kedy Kuczera słyszoł klupanie. Dowoł tyż pozōr, coby niy słepać gorzoły, bo wiedzioł, że utopki niy ciyrpiōm łożarciuchōw. Utopek za to, że mōg przezimować u Kuczery, bawił se ze dzieckami. Łowdy kedy Kuczerka słyszała bez dźwiyrze śmiychy i błoznowanie we izbie, kaj ôstawiyła same dziecka. Bajtle chytały utopka za duge, zielōne kudły, syminały mu czerwony hutlik, szczypały w zielony nos i klepały po brzuchu. Utopek sie śmioł i kolyboł ôbleczonymi w czerwone rajtuzki nogami. Ale jak Kuczerka wlazła do izby, to uciekoł yno deliny krzipały. Jak prziszła wiosna i sie ôcieplyło, Kuczera pożyczoł tragocz i wystawioł go na plac. Potym znajdowoł go pod mostym. Wiedzioł, że utopek sie wykludziōł. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 29.09.25, 18:58 Demony mieszkające w lasach, chodzą zawsze z zapaloną latarnią, której światło zwabia człowieka w głąb lasu. Potem światło gaśnie, a człowiek nie może odnaleźć powrotnej drogi. Lasy pełne są złych duchów, dusz wisielców i topielców, którzy szkodzą człowiekowi czy nawet go duszą (jedna ze śródleśnych łąk w Rudzińcu nosiła nazwę „dusiczka”). Najła- twiej spotkać te istoty w pierwszej godzinie po północy. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 29.09.25, 20:18 Nie posiadał się ze szczęścia młody właściciel Pławniowic i tamtejszego pałacu, że wreszcie wraca do domu. Przez kilka długich lat walczył na wojnie z Niemcami. Wracając z niej zatrzymał się na popas i odpoczynek w dużym, bogatym dwo- rze. Właściciel tego bogatego dworu był już w podeszłym wieku, ale miał piękną i młodziutką żonę i dwoje małych dzieci. Między młodymi wnet zawiązała się nić sympatii. Gospodyni zatrzymywała gościa, a on z przyjemnością przedłużał swój pobyt. Nie można było jednak w nieskończoność nadużywać gościnności, toteż młody mężczyzna zdecydował się wreszcie opuścić przyjazny dwór. Nie zdołał jednak ujechać daleko, gdy dopędziła go konno właścicielka. W tajemnicy przed wszystkimi opuściła męża i dzieci. Zaklinała teraz ukochanego, że żyć bez niego nie może, a jeśli ją odepchnie, nie wróci do domu, lecz utopi się w stawie. Młodzieniec zaskoczony i zakłopotany takim obrotem sprawy, nie chcąc mieć jej na sumieniu, zabrał kobietę do swoich włości w Pławniowicach. Tu nakazał służbie, by traktowała panią jako jego żonę, by o nią dbała tak, aby niczego jej nie brakowało. Sam zaś niespodziewanie nocą opuścił dom. Dla ukochanej zostawił list informujący, że musiał nagle wyje- chać na wezwanie księcia i wolałby już nie wrócić, gdyż niepokoi go sumienie z powodu krzywdy wyrządzonej jej mężowi i dzieciom. Ponieważ jednak opuściła ich z miłości do niego — zostawia jej cały swój majątek, by dysponowała nim jak własnym. Był to straszny cios dla zakochanej kobiety. Nie myślała jednak wracać do rodziny. Zdecydowała, że będzie czekać na ukochanego. Mijały lata, a pan Pławniowic nie wracał. Wtedy, czekając go daremnie, postanowiła przebłagać Boga za swe winy i zbudować na wzgórzu kościół. Na ten cel przeznaczyła pieniądze, które zabrała z domu i część majątku z Pławniowic. Kościół rósł szybko i wkrótce zaczął dominować nad okolicą. Wreszcie, gdy wszystko było już gotowe, odetchnęła z ulgą, wierząc, iż tym sposobem zmazała winę wobec własnej rodziny. Nastał dzień, w którym miały się odbyć w nowej świątyni pierwsze oficjalne uroczystości. Gdy wszystko przygotowano, rozpętała się straszna burza. W kościół uderzył grom i cała budowla zapadła się na zawsze pod ziemię. Starzy ludzie opowiadają, że w Wielkanoc słychać czasem spod ziemi głosy zapadniętych kościelnych dzwonów. ••• Ôkropicznie rod bōł mody właściciel Pławniowic i tamtyjszego dwora, że już szoł nazod do dōm. Pora rokōw bōł na wojnie z Germanami. Po drōdze zatrzimoł sie z koniami we wielkim dworze na popas i ôdpoczynek. Pōn tego bogatego dwora mioł swoji lata, ale mioł gryfno modo baba i dwoje małych dziecek. Fest go ugościli, a paniczowi ze Pławniowic ôkropicznie się to podobało i bōł tymu rod, że może tam ôstać. Podobała mu sie tyż gospodyni, a i ôna bōła mu rada tym tuplym. Trocha zeszło, ale panicz niy mōg przeca za dugo tam siedzieć, bo by im się zmierznył. Wziōn i pojechoł. Jak bōł już na drōdze, usłyszoł za sobom rajtowanie kōnia. Ganc zgupioł, jak ujrzoł, że na kōniu gzuje ku niymu ta modo ze dwora. Dowiedzioł sie, że żodnymu nic niy pedziała, ôstawiyła chopa i dziecka, fest mu przaje i chce śnim być. Niy może już bez niego żyć, a jak jōm niy bydzie chcioł, to sie utopi. Karlusowi aże halt pizło. Niy chciał jōm mieć na sumiyniu i wzniōn jōm do Pławniowic. W doma przikozoł sużbie, coby jōm szanowała, keby to bōła jego baba. Nic ji niy może brakować. Ale sumiynie fest go gryzło, niy umioł sie z tym poradzić. We nocy ôroz wyjechoł. Ôstawiōł ulubiōnyj pismo, w kerym napi- soł, że musi stawić się u ksiyńcia i może być, że już nazod niy przijedzie. Tak bydzie lepi, bo wiy, że ukrzywdziōł jeji chopa i dzieci. Miarkuje, że zrobiyła to ze miłowanio i bezto zostawio ji cołki majōntek, by miała sie dobrze. Modo pani ôgromnie sie tym przejyna. Niy chciała nazod jechać do chopa i dziecek, ale zaparła sie, że bydzie na umiłowanego czekać. Rok za rokym mijoł, a właściciel Pławniowic niy przijyżdżoł nazod. Jankor targoł serce mody pani, boła sie tyż Bożygo gniewu i żeby Pōnbōczka przebłagać, postanowiyła za piniōndze, kery prziwiezła ze sobōm i ze czyńści majōntku z Pławniowic — zbudować na gōrce kościōł. Kedy kościōł bōł już gotowy, mody pani zrobiło sie lży. Zdało sie, że Pōnbōczka przeprosiy- ła za to, że ôstawiyła dzieci i chopa. Prziszoł dziyń poświyncynio kościoła. Jak już wszystko bōło fertig, naroz zrobiła sie ćma, zamloło, zagrzmioło, a pierōny praskały. Jedyn piznōł we kościōł i cołko świōntynia zbulyła sie i zapadła pod ziymia. Starziki ze Pławniowic godajōm, że na Wielkanoc idzie słyszeć spod ziymi zwōny. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 29.09.25, 23:42 kowali, że na kōniec uradziyli, że zbudujōm go akuratnie pojśczotku miyndzy tymi wsiami. Skludziyli cegłōwki, cymynt, wopno, kamiynie i zaczli robić. Jak prziszli na miejsce — patrzōm, a wszystki te klamoty sie straciyły. Na bauplacu ôstoł sie yno srogi kamiyń. Narozki patrzōm, a tu rak wloz pod kamiyń i zaczōn go smyczyć na strōna Chechła. Jak za nim poszli — ujrzeli, że za jedna nocka rak przekludziōł wszysko, co prziniyśli na budowa. Wtedy już isto miarkowali, że to Pōnbōczek dowo im znak, iże kościōł majōm budować w Chechle. Do dzisiok stoi tam piykny kościōł świyntygo Walyntego — patrōna ôd tych, co sie miłujōm... Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 29.09.25, 23:54 Przed wiekami na polach w Goju ludzie wznieśli kapliczkę ku czci Najświętszej Panienki. W tych czasach żyła w Wiśniczu hrabina, która miała psa — przyjaciela. Lubiła spacerować tu i tam ze swoim zwierzęciem. A było w Goju źródełko, z któ- rego biła czysta i zdrowa woda o uzdrawiającej mocy. Hrabina i jej pies wybrali się pewnego letniego dnia na spacer do kapliczki. Pomodliła się hrabina, a że dzień był lipcowy i upalny, postanowiła wykąpać swojego pupila w czystej, źródlanej wodzie. Kiedy to robiła, obraziła się Najświętsza Panienka, a źródełko w jednej chwili straciło wodę. Do dziś stoi tam pu- sta studnia, na której dnie leżą ogromne głazy i kamienie, ale wody już nie ma i myślę, że nigdy nie będzie. W Goju w polach downo, downo tymu wybudowali kapliczka do Nojświyntszyj Paniynki. We Wiśniczu w tych czasach żōła w pałacyku hrabina, kero miała swojigo kamrata — psa. Lubiała chodzić się śnim na szpacyry. Szpacyrowała sie tu i tam. A w tym Goju przi kapliczce bōło zdrzōdełko, z kerego leciała bardzo czysto i zdrowo woda. Miała ona cudowno moc uzdrowiania. Hrabina i jeji pies poszli keregoś letnigo dnia do tyj kapliczki na szpacyr. Porzykała tam nojprzōd, a kej bōł to upalny, lipcowy dziyń, postanowiyła wypluskać pieska w tyj czysty, zdrzōdlany wodzie. Jak go wypucowała, tak się naszo Świynto Paniynka pogniywała. Zdrzōdełko w jedny chwili straciyło woda. Do dzisiej stoi tam pusto studnia, w keryj som yno na dnie srogie głazy i kamiynie, ale wody już niy ma i myśla, co niy bydzie. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.09.25, 00:00 Jaroszek – demon polny występujący na Śląsku. Jaroszek pokazuje się na błotnistych polach mamiąc ludzi pod postacią kuropatwy, bażanta lub zająca. Próba złapania jaroszka może się skończyć utonięciem w błocie, ale jeśli uda się go złapać, wtenczas przeobraża się on w demona domowego, który staje się pomocnikiem w sprawach domowych Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.09.25, 00:09 Złe (albo niezadowolone) duchy domowe były bardzo kłopotliwe: prześladowały zwierzęta, koniom np. zaplatając z grzyw warkoczyki. Dlatego np. w Rzeszowskiem wplatano w nie święconą kredę i czerwone gałganki. Najgorsze były demony. Wśród nich: strzygi, gniotki, gnieciuchy, biże i nocnice. Domownicy zabezpieczali się przed nimi rytualnymi obrządkami, stosowali zaklęcia, zamawiania, odczyniania, zawieszali w specjalnych miejscach różnego rodzaju amulety. Pomagała też zwykła modlitwa Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.09.25, 11:36 Zwykle niewidzialne, koboldy mogły ukazywać się w postaci zwierząt, ognia lub ludzi. Koboldy są najczęściej przedstawiane w postaci humanoidów wielkości dzieci. Koboldy żyjące w domach noszą typowo wiejskie ubrania, zamieszkujące kopalnie zwykle mają garby i są brzydkie, te zaś, które pływają okrętami, noszą odzienie charakterystyczne dla marynarzy. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.09.25, 11:41 Kobold w literaturze W wierszu „Długom błądził i szukał” Konstanty Ildefons Gałczyński nazywa swoją żonę „małym słodkim koboldem”. W cyklu „Gwiazda Wenus, Gwiazda Lucyfera” Witolda Jabłońskiego król Władysław Łokietek nazywany jest często przez narratora „koboldem”. W książce Smoczy Jeździec Cornelii Funke kobold jest istotą pośrednią między kotem a człowiekiem – ma koci pyszczek, ale chodzi na dwóch nogach, lubi przebywać w towarzystwie smoków, jest opryskliwy i samolubny. Pod koniec książki pojawia się kobold z dwiema parami rąk. W książce Neila Gaimana „Amerykańscy Bogowie” jeden z mieszkańców Lakeside o nazwisku Hinzelmann, okazuje się być koboldem. Opiekuje się on miastem, czyniąc je najspokojniejszą i najbezpieczniejszą mieściną w Stanach, za cenę życia jednego dziecka każdej zimy. W książce Andrzeja Sapkowskiego "Boży Bojownicy" koboldy, zwane też waldszratami, watahą zaatakowały Reinmara z Bielawy i próbowały go zabić. Opisane są jako niewielkie, z dala przypominające dzieci stwory, kudłate, z psimi głowami i łapami sięgającymi ziemi. Poruszają się w podskokach na krzywych i krótkich nogach, skrzecząc przy tym głośno. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.09.25, 00:06 Wśród Słowian południowych pojęcie ducha domowego łączy się z czcią węża domowego, co bywa też i na Białorusi, gdzie trzymano po chałupach zaskrońce (Natrix natrix). Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 03.06.21, 16:56 Legenda głosi, że w czasie potopu szwedzkiego jeden ze starostów Muszyny, Bedliński, kazał drążyć w podziemiach zamku tajemne lochy, w których ukrył skarby; strzeże ich para skamieniałych dzieci, dziewczynka i chłopiec. Inna legenda mówi, że w lochach jest ogromna sala, w której śpią zaczarowani żołnierze, budzący się na chwilę raz do roku, w Niedzielę Palmową; kiedyś ożyją, połączą się ze śpiącymi rycerzami z Tatr i stoczą zwycięską bitwę z wrogami Rzeczypospolitej Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 03.06.21, 19:11 Ciekawym zagadnieniem dotyczącym początków Chęcin, jest nazwa Chęciny. Jakie jest źródło tej nazwy? Zasoby kartograficzne Państwowego Archiwum w Radomiu zawierają rozwiązanie tego problemu. Na początku XIX wieku geometra Adam Bzura wykonał mapę wsi Starochęciny, gdzie zaznaczył górę "Chęcina" 194 m.n.p.m., przejmując nazwę góry od miejscowej ludności. W pamięci zbiorowej mieszkańców wsi Starochęciny, w początkach XIX wieku, była jeszcze bardzo żywa nazwa tej góry, bo przecież rozbudowano na jej południowym zboczu wieś, w bardzo odległych czasach od niej przejęła swą nazwę. Ponieważ w tej części Gór Świętokrzyskich wsie, które powstały na zboczach góry przyjmowały od niej nazwę, np. Miedzianka rozbudowana na południowym zboczu Góry Miedzianki, Zelejowa rozbudowana na północnym zboczu Góry Zelejowej, więc też i wieś rozbudowana na zboczu góry noszącej nazwę "Chęcina" od niej przyjęła swą nazwę. Logika mówi, że pierwotna nazwę powinna brzmieć "Chęcina", jednak było inaczej. Pierwsza nazwa dotycząca tej wsi z 1275 roku nazywa się Chęcin. Wynikałoby z tego, że i góra nazywała się pierwotnie Chęcin, i od niej wieś przyjęła pierwszą nazwę. Kiedy jednak na ziemi należącej do wsi "Chęcin" powstał zamek, nazwano go również / 1306 rok/ ta samą nazwą co wieś. Wieś i zamek, noszące nazwę "Chęcin", po pewnym czasie nazwano w liczbie mnogiej "Chęciny". Władysław Łokietek, lokując na zboczu Góry Zamkowej miasto /między 1308 – 1325 r./, nadał mu gotową nazwę, która już przed jego lokalizacją w ostatecznej formie została wytworzona. Nowo lokowane miasto stało się trzecim obiektem geograficznym o nazwie "Chęciny". Już w XV wieku nazwa wsi przekształciła się w Starochęciny, a zamek i miasto aż do naszych czasów noszą jedna wspólną nazwę Chęciny. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 03.06.21, 19:21 Na imię miał Kasper, był Włochem. W drugiej połowie XVI wieku, przyjechał jako murator z Mesocco w północnej Italii do Polski z brtem rodzonym Sebastianem. Obaj byli młodzi w wieku dwudziestu paru lat. Kasztelan Oświęcimski Wojciech Padniewski zlecił Kasprowi budowę kaplicy na terenie osady Pilica. Budowla sakralna istnieje dotąd i na fundamencie ma wyryte inicjały muratora. Włoch poślubił szlachciankę z Grodzanowic pannę Zuzannę herbu Prawdzic. W latach 1605 -1606 starosta Stanisław Branicki polecił Łodydze budowę kaplicy św. Leonarda przy klasztorze franciszkanów w Chęcinach. Włoch cieszący się dobrą opinią zamieszkał w tym mieście. Wnet został rajcą miejskim, potem wójtem. Na tym stanowisku zaradny, zdolny spolszczony komes, dostojnik zarządzający jednostką administracyjną w królewszczyźnie, wzbogacił się szybko i przestał, jako mistrz murarski podejmować się budowlanych prac zleconych. W 1613 roku, ukończył własny dom przy ulicy małogoskiej, zwanej wtedy Niemiecką. Rok później wykonał dla siebie kaplicę grobową w chęcińskim kościele parafialnym św. Bartłomieja. Na prośbę małżonków Fodygów kaplica została poświęcona w 1625 r. Erygował ją pod wezwaniem Trzech Króli arcybiskup gnieźnieński Henryk Firlej z Dąbrowicy. Wtedy Kasper ufundował przy swej kaplicy prebendę i bogato ją uposażył dając 15 hektarów ziemi i budując tam dworek. Fodygowie byli małżeństwem bezdzietnym, natomiast Sebastian brat Kaspra miał syna Henryka. Ten uzyskał święcenia kapłańskie i został proboszczem w Mińsku. Później był proboszczem kościoła szpitalnego Św. Ducha w Chęcinach. Prebenda ta istniała od 2 marca 1481 r. "kiedy ksiądz Jan Śmiech rodak Chęciński na wniosek swej matki Anny erygował "proboszcza szpitalnego". Henryk Fodyga przekazał kościół Św. Ducha tamtejszym klaryskom. Tradycja głosi, iż przybyły one z Gniezna za zgodą tamtejszego arcybiskupa Macieja Łubieńskiego, ale dokumenty mówią, że reguła ta wyłoniona została w Chęcinach z ugrupowania kilku tercjanek żyjących z nauczania dziewcząt. Ich przełożona Klara Gędoszewska w 1632 r. złożyła śluby na regułę tercjarską, ale potem dnia 30 marca 1643 r., otrzymała pozwolenie, by założyć klasztor reguły św. Klary. Wójt Kasper Łodyga czerpał zyski wstąpiwszy do cechu gwareckiego. Występował tam jako "pan gwarek", to znaczy, że pracował pod ziemią, ale inwestował w roboty górnicze za kruszcem ołowiu w górach chęcińskich. Nazwisko jego występuje często w tamtejszych rachunkach. Wydobyty urobek dzielono wtedy na trzy części. Jedna jako podatek, była oddawana na Skarb Państwa i zwała się "olborą". Drugą otrzymywał inwestor, trzecią górnicy wydobywający kruszec. Górnik zwykle swoją część sprzedawał "panu gwarkowi". Dla przykładu z szybu "Boże Dary" na Kosówce dnia 16 grudnia 1611 r. odmierzono Łodydze 15 niecek, czyli trzy i pół tony kruszcu. Na marginesie należy dodać, że roboty w tym szybie poza Kasprem finansował "pan gwarek" Popowski i Wojciech Lisek. Oni otrzymali też swoją dolę. Fodyga jako mistrz kamieniarski i murator był rzemieślnikiem bardzo zdolnym. Opracował znane tylko jemu i nie powtarzalne przez nikogo metody upiększania kamieni. W kaplicy Trzech Króli spreparował tak polerowane marmury, że wprasował w nie żyłki złota nie różniące się od naturalnych, występujących w przyrodzie. Kasper był artystą i przeszedł do historii regionu, jako najsławniejszy mistrz kamieniarski. Zmarł w Chęcinach w 1626 roku i wraz z małżonką spoczywa w krypcie pod kaplicą Trzech Króli. Requiescat In pace. Warto wiedzieć, że Fotyga ściągnął do polski swego stryjecznego brata Alberta. Był on kamieniarzem. Osiadł w Szydłowcu i zajął się tamtejszym kamieniem, piaskowcem bocznym. Gdy miasto projektowało budowę ratusza, Albert będący radnym, wezwał z Chęcin brata. Ten opracował plan i podjął budowę do spółki z wójtem Lorkiem. Umowa zastrzegała, aby Kasper na czas robót nie opuszczał Szydłowca. Jednak mający obowiązki wójt musiał wracać do Chęcin. W tym czasie fundament robiony z dwóch przeciwnych końców budowy przez brygadę Lorka i Łodygi nie połączył się na styku. Wynikł skandal. Na placu doszło do bijatyki, którą spowodował nieustępliwy Albert. Zerwano umowę z miastem. Obrażony Albert wynajął na swoje miejsce Włocha muratora zwanego Franciszkiem. Robota ruszyła. Kasę trzymał wójt. Gdy nie wypłacił Franciszkowi w terminie zaliczki, Włoch udał się do mieszkania Grzegorza Lorka. Tam pistolet mu nie odpalił, więc bił pięściami. Franciszka aresztowano, lecz nie na długo, bo nocą podkopał próg i uciekł z miasta zacierając ślady, a burmistrz Stanisław Perdek był sadzony przez wójta za nie wystawienie straży przy areszcie miejskim. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 03.06.21, 19:28 Nazwę tę ma wzniesienie leżące w rozwidleniu dróg z Chęcin do Korzecka i Polichna przez Gościniec. Panieńska górka zbudowana z dolomitu przylega od południa do wyższej góry Sosnówki, na której w latach Polski międzywojennej próbowano eksploatować bloki wapienne na marmur. Robót zaniechano bo skała nie miała wymaganej bloczności i po robotach górniczych pozostał ślad drogi dojazdowej oraz skalna ściana przy wierzchołku góry. Nazwa wzniesienia dolomitowego Panieńska Górka wywodzi się stąd, iż teren stanowił własność klasztorną panien Klarysek z Chęcin i użytkowano go na wypas owiec. Powierzchnia wzniesienia jest do dziś nieużytkiem pokrytym murawą z ziołami i roślinnością naskalną typową dla terenów suchych kamienistych. Właściciel dworu w Skibach dziedzic Łazarewicz, przed pierwszą wojną światową uzyskał nadanie górnicze, pozwalające mu poszukiwać kruszców na swoim terenie. W 1900 roku zatrudnił inżyniera górniczego Artura Benniego i prowadzono ziemne roboty rozpoznawcze za miedzią i ołowiem na Sitkówce, Piekle i Górze Wsiowej zwanej wtedy Górą Pudłowskiego. Drobne ślady rudy miedzi znaleziono jedynie w zlepieńcu Stokówki, zaś na złożach kruszcu ołowiu odsłaniano wszędzie tereny wyeksploatowane, pogórnicze. Artur Benni znalazł w 1902 roku na zboczu Panieńskiej Górki bryłkę kalcytu użyloną zieloną rudą miedzi malachitem. Stwierdzono, że skała pochodzi z miejsca, gdzie dolomit wieku dewońskiego kontaktuje z wiśniową gliną zwietrzelinową serii ilasto- piaskowcowej dolnego triasu. Roboty poszukiwawcze nadwyrężyły budżet dziedzica Łazarewicza i nie było pieniędzy na uzyskanie tam dodatkowego pola górniczego, dzierżawy gruntu i naziemne roboty. Moment wykorzystał inżynier E. Fert, wszedł z robotami na Panieńską Górkę, szybko wykonał 60- metrowej długości rów z północy na południe wzdłuż granicy nieużytku i niżej położonego gruntu ornego wsi Korzecko. Odsłonił na całej długości, grubą na kilka metrów żyłę kalcytu krystalicznego "różanka", w którym występowały drobne wpryski złotego kruszcu miedzi chalkopirytu oraz zielona ruda malachit, powstała ze zwietrzenia złotego siarczku. Złoża, jako takiego nie było. Przyjechali w tymże roku z Sulisławic koło Kalisza dwaj entuzjaści wskrzeszenia górnictwa staropolskiego, chemicy, doktor Stanisław i jego brat doktor Bolesław Łaszczyński. Ci po konsultacji z inżynierem Fertem i po obejrzeniu wykopu badawczego, zrezygnowali z dalszych poszukiwań w obrębie Panieńskiej Górki i zamieszkali w pobliskiej wsi Miedzianka, gdzie założyli spółkę akcyjną "Zofia", usiłując przez wiele lat bezskutecznie rozwinąć tamtejsze górnictwo miedzi. Po drugiej wojnie światowej, miasto Chęciny zlokalizowało na dawnym szurfie poszukiwawczym inżyniera Ferta, wysypisko śmieci. Funkcjonowało przez kilka lat, ale wnet zasypano roboty górnicze i zakończono wywóz nieczystości, niwelując oraz prawidłowo rekultywując teren. Osoby zwiedzające Panieńską Górkę, mogą bez trudu zbierać okruchy okruszcowanego miedzią kalcytu różanka wzdłuż południowej części szramy po rowie poszukiwawczym, który jak wspomniano, biegnie granicą nieużytku i gruntu ornego wsi Korzecko, tuż przy szosie do Chęcin. Opodal w szczytowej partii Sosnówki, zachował się nieczynny chłopski kamieniołom, odsłaniający czerwonawy wapień płytowy górnego dewony, która to skała jest w odkrywce fantastycznie pofałdowana dawnymi ruchami górotwórczymi. Między Panieńską Górką i szosą z Chęcin, w polu ornym wznosi się malowniczy, stromy pagór zwaną Czubajką (Czubajka, to grzyb jadalny zwany kanią). Pokrywa go nieużytek i porastają ciernie. Pagór ten zwany jest w geologii świadkiem i wyłania się, jako twardziel dolomitowy z terenu płaskiego, ornego, gdzie widać glinę zwietrzelinową, powstałą w trzeciorzędzie lądowym z osadu dolnego triasu. Piramidalny pagór koło Panieńskiej Górki był niezliczoną ilość razy obiektem atrakcyjnym dla fotografów, regionalistów i malarzy krajobrazu chęcińskiego. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 03.06.21, 19:36 Kiedy król Zygmunt II August, ostatni z Jagiellonów, wstąpił w roku 1548 na tron, sytuacja w kołach dworskich była już trudna do opanowania i pogarszała się systematycznie. Kupczenie godnościami, szatańskie intrygi i trucie dworzan mogło doprowadzić do obłędu. Wreszcie monarcha zmuszony został nakazać matce opuszczenie Polski. Stara i zgrzybiała już Bona Sworza cierpiała na sklerozę. Zatrudnić musiała pisarzy i rachmistrzów dla likwidacji swych prywatnych interesów na terenie kraju. W pierwszej kolejności należało pościągać wszelkie należności znajdujące się w rękach dłużników, a tych bylo wielu. Zygmunt August dla szybkiego oczyszczenia atmosfery dworskiej wykorzystał obowiązujące prawo i wywiózł matkę w roku 1554 do Chęcin, gdzie pozwolił jej spokojnie zamykać problemy finansowe. Bona wraz ze swą świtą pozostawać tam miała na własnym rozrachunku i nie obciążać dalej szkatuły królewskiej. Trzeba bowiem wiedzieć, że starostwo chęcińskie stanowiło jednostkę przeznaczoną na uposażenie wdów królewskich i wszystkie pochodzące stamtąd dochody należały w tym przypadku do Bony. Staruszka mieszkała w zamku, powierzyła ster swych spraw biegłemu Włochowi Braccacio i ten skutecznie ściągał wszelkiego rodzaju spłaty dla swej pani, dostarczane w brzęczącej monecie oraz we wszelkiego rodzaju kosztownościach. Wówczas zdarzyło się, iż jeden z dziedziców nie dysponujących aktualnie wymaganą gotówką, oddać musiał pod presją sądu skarb rodzinny niezmiernej wartości, zdobyty niegdyś na Turkach. Skarb znalazł się w okutym kufrze, a składał z naszyjników, drogich kamieni oraz cennej wschodniej biżuterii. Kufer zabrany przez zbrojnych ludzi królowej Bony powędrował do zamkowego lochu. Legenda mówi, że loch taki wykuty był w skale i łączył piwnice zamkowe z kryptą kościoła parafialnego. Niektórzy dodają, że ściany lochu wyłożone były zielonymi płytkami malachitu, pochodzącego z pobliskiej Miedzianki. Odgruzowanie mieszkalnej części zamku i prace badawcze profesora B. Guerquina w 1961 roku ujawniły, że lochów żadnych nie ma. Malachit z Miedzianki nie jest dekoracyjny i będąc porowaty nie przyjmuje poleru, a tym samym nie nadaje się do wykładzin w budownictwie. Nigdy nie było tu warsztatów korzystających z tej cennej skądinąd rudy miedzi. Wróćmy do skarbu. Dziedzic oddając kosztowności przeklął je i stało się, iż nawiązane na sznury rubiny, topazy, szmaragdy i perły zaczęły blednąć, matowiały i traciły swój blask. Zaniepokojony tym Braccacio powiadomił królową Bonę. Kufer z kosztownościami przydźwigano do komnat zamkowych. Kamienie wycierano szmatkami i ogrzewano susząc na słońcu. Nie pomogło. Odniesiono skarb do lochu i trwała debata jak uratować marniejący w oczach skarb. Wreszcie jeden z miejscowych urzędników dał propozycję. Opodal Chęcin w królewskiej wiosce Gałęzice, mieszka owczarz, będący biegłym znachorem. Być może potrafi on za odpowiednim wynagrodzeniem uzdrowić umierające kamienie. Gdy został bardzo życzliwie wprowadzony na zamek, obejrzał wnikliwie zawartość kufra, chwilę podumał i przy zamkniętych drzwiach zapoznał Bonę i Włocha Braccacio z warunkami, których należy dopełnić. Królowa zgodziła się. Znachorowi dostarczono wiejską dziewczynę, hożą, rumianą na gębie, bo takiej, dobrze ukrwionej zażyczył sobie. W milczeniu zaprowadził ją do lochu, kazał wystraszonej rozebrać się do naga, przypiął łańcuchem do haka w murze i przy świetle lampy oliwnej podsunął otwarty kufer z kamieniami. Zabronił omdlałej prawie z przerażenia poruszać się, usiadł opodal na stołku, zgasił lampkę i czekał. Po niedługim czasie w ciemności dobiegł z kufra złowrogi chrzęst. Dziewczyna drżała z zimna. Sznury drogich kamieni za sprawą znachorskiej magicznej siły zaczęły, jak żywe węże, wysuwać się z kufra. Wędrowały po posadzce i zbliżały się do nieszczęsnej. Potem po jej nogach i udach zbliżały się ku górze, owijając ciało lodowatym, martwym uściskiem. W tej pozycji nieruchomiały. Trwało to długo, może całą noc... Wreszcie naszyjniki rozluźniły splot i zaczęły zsuwać się na ziemię, aby wrócić do skrzyni. Wtedy znachor zakrzesał na hubce ogień i zapalił lampkę. Podszedł, wytarł kawałkiem szmaty pobladłe i wyssane z krwi ciało dziewczyny, usuwając drobne purpurowe kropelki, a następnie odwiązał swą ofiarę, pozwolił się odziać i zaprowadził do kuchni, aby otrzymała syty, gorący posiłek. Dziewczynę zamknięto w osobnej komnacie i karmiono jak tuczone prosię, a znachor codziennie przychodził i szli razem do lochu. Po tygodniu kamienie odzyskały swój blask i żywy kolor. Królowa Bona i owczarz byli zadowoleni. Pani odpisała rodzinie dziewczyny dwie morgi gruntu koło wsi Polichno i życzyła dzierlatce szybkiego, udanego zamążpójścia. Nadszedł czas wyjazdu Bony. Jej skromny posag wynosił co prawda zaledwie dziesięć tysięcy złotych reńskich, ale kosztowności zgromadzone w zamku chęcińskim szacowano na półtora miliona dukatów. Starosta ostrołęcki Wilga podjął się konwojować Bonę do granic Polski na Dolnym Śląsku. Skarby załadowano na dwadzieścia cztery wozy, do których ciągnięcia użyto stu czterdziestu koni. Na Białej Nidzie wybudowano specjalny most, ale podanie mówi, że załamał się on pod pierwszym wozem i stąd nazwa powstałej tam później wioski Mosty. Wioska istnieje dotąd. Ponieważ słusznie spodziewano się napadu rozbuchanej szlachty na konwój, przeto do Wilgi dołączył się w eskorcie ówczesny starosta Chęcin pan Dembiński ze swym zbrojnym oddziałem. Bona szczęśliwie dojechała do swych posiadłości włoskich. Po latach doszły wieści, że skarb swój ukryła częściowo w piwnicach zamku w Bari, a część pożyczyła królowi hiszpańskiemu Filipowi II. Suma ta, wynosząca czterysta trzydzieści tysięcy dukatów, nie została nigdy Bonie zwrócona i przeszła do historii, nosząc dziś miano przysłowiowe "sum neapolitallskich". Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 04.06.21, 19:19 Legenda wiąże powstanie Kielc z Mieszkiem, synem Bolesława Szczodrego. Przed ponad 900 laty w miejscu, gdzie dziś leży stolica województwa świętokrzyskiego, były nieprzebyte, pełne zwierzyny lasy, które przyciągały myśliwych. Polował tu także Mieszko. Kiedy w pogoni za zwierzyną zgubił swoich kompanów, wyjechał na nieznaną polanę i strudzony zasnął w trawie. Przyśniło mu się, że został napadnięty przez zbójców, a ci usiłują wlać mu do ust truciznę. Gdy zaczął już tracić siły, nagle objawił mu się św. Wojciech, uniósł pastorał i na ziemi nakreślił kręty szlak, który przemienił się w strumień wody. Mieszko obudził się, nieopodal ujrzał źródło. Woda w nim była smaczna, przejrzysta, taka jak we śnie. Poczuł przypływ nowych sił i szybko odnalazł swój orszak. Odjeżdżając z polany Mieszko zauważył ogromne, białe kły nieznanego zwierzęcia, być może dzika. Zapowiedział, że wybuduje tu gród z kościołem. Niedługo potem zbudowano w sercu puszczy osadę. Na polanie postawiono kościół pw. św. Wojciecha, a strumień, z którego woda przywróciła księciu siły, mianowano Silnicą. Osadę nazwano zaś Kiełce – na pamiątkę znalezionych tajemniczych kłów. Nazwa z biegiem czasu przekształciła się w Kielce. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.09.25, 18:12 Dydka wyobrażano sobie jako niezgrabną postać z wielką głową, zazwyczaj na słomianych nogach podobnych do pajęczych odnóży. Według późniejszych wierzeń dydko miał się pokazywać w zwierciadle pannom spędzającym za dużo czasu przed lustrem. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.09.25, 19:51 W wierzeniach słowiańskich najczęściej występujące typy demonów to: rusałki, południce, północnice, strzygi, topielice, latawce, płanetnicy, ubożęta i skrzaty oraz tzw. bobo. Według założeń spirytyzmu demon to określenie ducha trzeciego rzędu. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.09.25, 19:57 Topielice ukazywały się pod postacią młodych dziewczyn z długimi jasnymi włosami, które wydawały cudowne dźwięki. Wołaniem o pomoc lub śpiewem wabiły młodych mężczyzn, których następnie topiły. Potrafiły też zmusić do wejścia do wody, kiedy było na to za zimno lub za ciepło, w wyniku czego mężczyzna umierał. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.09.25, 20:03 Zależnie od okoliczności, płanetnicy mogli być ludziom przychylni albo wrodzy. Ich przychylność można było zyskać rzucając mąkę na wiatr lub do ognia. Przychylni płanetnicy zstępowali na ziemię i ostrzegali ludzi przed burzą oraz chronili przed suszą. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.09.25, 23:38 Demony słowiańskie – byty nadprzyrodzone, które w mitologii słowiańskiej zajmują pozycję pośrednią między bogami a ludźmi (między sferą ziemsko-ludzką, materialną a sferą boską, czysto duchową, czyli zajmują miejsce w sferze astralnej), o cechach na wpół ludzkich i na wpół boskich. Podobnie jak w mitologii greckiej pierwotnie pojęcie to miało charakter ambiwalentny, stanowiło zarówno pozytywne, jak i negatywne określenie nadludzkiej istoty - demony są groźne, ale i dobrotliwe (jako takie pełnią na przykład funkcję duchów opiekuńczych; mogą się przyczynić do zyskania przez człowieka bogactwa i władzy, ale też do utraty zdrowia, a nawet życia). Często pełnią także funkcję strażników, chroniących określone terytorium (np. ostępy leśne, akweny wód lub rzek). Takie demony najczęściej przedstawiano w postaci pół ludzkiej i pół zwierzęcej. Ponadto wiele wyobrażeń demonicznych odwołuje się do postaci, które na ogół są człowiekowi życzliwe, a szkodzą mu jedynie w słusznym gniewie (np. Skarbnik) Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 30.09.25, 23:52 Skarbnik był postacią przychylną ludziom, ostrzegał górników przed grożącym tąpnięciem, zalaniem i pożarem, mógł także zaprzyjaźnić się z górnikami. Wobec osób które były leniwe, niesolidne, skąpe i złorzeczyły w kopalni, skarbnik bywał też bardzo surowy, zawzięty i mściwy. Ukazywał się najczęściej pod postacią starego, brodatego górnika z kagankiem w ręku, potrafił też przybrać kształt kozy, konia, psa, myszy, żaby, pająka, muchy. Mógł także pozostawać niewidzialny, wówczas górnik mógł wyczuć jego obecność bądź słyszeć stukanie. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 08.07.21, 22:51 Z Mogielicą związane jest wiele legend. Według jednej z nich Mogielica była żoną wielkoluda Łopienia, oddzieloną od małżonka Przełęczą Rydza Śmigłego. Według innej na znajdującym się pod jej szczytem po zachodniej stronie dużym głazie zwanym Zbójnickim Stołem zbójnicy liczyli zdobyte pieniądze, które następnie ukryli w jaskini zwanej Marszałkową Studnią na polanie Poręba. Na kociołku z tymi pieniędzmi położone są dwie strzelby. Legendy mają swoje podłoże historyczne – w XVIII wieku ukrywał się na Mogielicy znany beskidzki zbójnik Józef Baczyński wraz ze swoim kompanem Świstakiem (od niego pochodzi nazwa jednego z leżących pod Mogielicą przysiółków Słopnic – „Do Świstaka”). Podobno zrabowane przez niego skarby znajdują się zakopane w lesie Mogielicy, a przez kilka lat strzegła ich kochanka Baczyńskiego[8]. Inne jeszcze z ludowych podań lokalizuje ukryty zbójnicki skarb na polanie Brzostek pod Przysłopkiem Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 01.10.25, 00:01 Bieda – w mitologii słowiańskiej nieśmiertelny demon, sprowadzający na ludzi niedostatek, zgryzoty i troski. Przedstawiano ją w postaci wychudłej kobiety, wysysającej z ludzi siły witalne.Potrafiła wcielić się w jakąś rzecz, np. polano. Najlepszą metodą pozbycia się biedy było podrzucenie tej rzeczy swojemu wrogowi. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 24.08.21, 20:11 Kiedy wikary z Rybnika zobaczył, że raczej nie ucieknie, wstrzymał konia i wrzucił bursę z konsekrowaną Hostią do dziupli drzewa. Przez tę chwilę zwłoki galopujący za nim napastnicy znacznie się zbliżyli. Dopadli księdza Walentego w lesie 2 kilometry dalej i zamordowali Do tych dramatycznych wydarzeń miało dojść w Jankowicach Rybnickich. Leżą one na południe od Rybnika i przed laty należały do tamtejszej parafii. Miejscem, w którym ksiądz Walenty zginął, jest tak zwana Studzienka, urocza kotlinka w lesie. Natomiast na miejscu dębu, w którym duchowny ukrył bursę z Najświętszym Sakramentem, żeby uchronić Jezusa przed sprofanowaniem, stoi od XVII wieku piękny, drewniany kościółek. Nosi on wezwanie Bożego Ciała i jest dzisiaj sanktuarium. Napad na księdza Mieszkańcy ziemi rybnickiej opowiadają o zabójstwie księdza Walentego od kilkuset lat. Mówią, że jechał z Najświętszym Sakramentem do umierającej kobiety w Bijasowicach – nieistniejącej już dzisiaj osadzie między Jankowicami a Marklowicami. Po drodze miał zostać zabity. Wiele lat po śmierci tego „kapelonka” ludzie zauważyli światło wydobywające się z dziupli dębu na jednym ze wzgórz w Jankowicach Rybnickich. Okazało się, że w środku była bursa z Najświętszym Sakramentem. Miejscowi skojarzyli to niezwykłe znalezisko z opowieściami o śmierci duchownego. Pierwsza wzmianka w źródłach pisanych o śmierci rybnickiego księdza z rąk „zbójców” pochodzi dopiero z 1719 roku. Później ludowe opowieści na ten temat spisał też Karol Miarka. Jego zdaniem nie byli to zwykli rabusie, lecz husyci, którzy w 1433 roku dokonali najazdu na Rybnik, Żory i okolice. Katolicki ksiądz raczej nie mógł liczyć z ich strony na darowanie życia. Wcześniejszego potwierdzenia na piśmie śmierci księdza Walentego z rąk husytów lub zbójów niestety dotąd nie odnaleziono. A skoro nie ma potwierdzenia w źródłach pisanych, a opowieść była przechowywana tylko w zawodnej ludzkiej pamięci, historycy muszą ją traktować jako legendę. Nie mają możliwości sprawdzenia jej autentyczności. Z drugiej strony jednak warto pamiętać, że niektóre z dawnych ludowych opowieści przekazywały echa jakichś prawdziwych wydarzeń. Tak było choćby z wojną trojańską, która wydarzyła się naprawdę, i to aż pół tysiąca lat wcześniej, zanim jej zniekształconą historię opisał Homer w „Iliadzie”. – Gdyby opowieść o zabitym w Jankowicach księdzu była przekazem wyłącznie legendarnym, bez potwierdzenia w prawdzie, to moim zdaniem temat umarłby w ciągu tych wszystkich lat – uważa Michał Konieczny, parafianin i historyk. Pień pod ołtarzem W miejscu, w którym rybnicki wikary ukrył Najświętszy Sakrament, stanęła kaplica, a w drugiej połowie XVII wieku – drewniany kościółek. Ufundował go hrabia Ferdynand von Oppersdorff. Badania dendrologiczne wykazały, że drzewa na budowę zostały ścięte na przełomie 1672 i 1673 roku A co z dębem, w którego dziupli przez wiele lat była schowana konsekrowana Hostia? W broszurze, wydanej przez jankowicką parafię w 1900 roku, można przeczytać interesujące zdanie: „Po dziś dzień jeszcze przez otwór w ołtarzu umieszczony oglądać można dość dobrze zachowany pień tego dębu”. Michał Konieczny zwraca uwagę na to, że w tym drewnianym wiejskim kościółku, który długo był tylko kościołem filialnym, powstała okazała, murowana mensa ołtarzowa. Może właśnie po to, żeby obudować pień, w którym latami, jak w tabernakulum, mieszkał Jezus? W czasie przygotowania tego artykułu dziennikarz „Gościa” też otworzył boczne drzwiczki w ołtarzu w Jankowicach i zajrzał pod spód. Niestety, teraz nic już tam w dole nie widać, poza gruzem. – Czas i wilgoć zrobiły swoje – komentuje proboszcz ks. Tadeusz Stachoń. Wielu ludzi kochających to sanktuarium jest przekonanych, że w Jankowicach przed wiekami miał miejsce cud eucharystyczny, taki jak w Lanciano czy w Sokółce. – Potwierdzeniem, że to naprawdę się wydarzyło, jest też powstanie Bractwa Najświętszego Sakramentu. Hrabia von Oppersdorf bardzo szybko uzyskał w Rzymie zgodę na jego utworzenie – zwraca uwagę ks. Stachoń. To bractwo w 1675 r. zatwierdził bullą sam papież Klemens X. W księdze jankowickiego towarzystwa, przechowywanej dzisiaj w Archiwum Archidiecezjalnym w Katowicach, widnieją nazwiska członków z ogromnego obszaru od Krakowa po Ołomuniec. Pustelnik i wilczki Pod koniec XIX wieku umierający proboszcz z Rybnika, ks. Edward Bolik, postanowił wybudować kaplicę przy źródle księdza Walentego w Jankowicach. Kiedy wyzdrowiał, dotrzymał swojego postanowienia. W 1895 r. została tu poświęcona grota, w której fundamencie umieszczono skały przywiezione z Lourdes. Powstała też studzienka, z której pielgrzymi mogli czerpać wodę. Z czasem została tutaj też wzniesiona kaplica, a grotę rozbudowano. Gdy dzisiaj wąską ścieżką po kamieniach wdrapiemy się na jej tył, natkniemy się tam na niewielkie pomieszczenie. – W latach powojennych mieszkał tu pustelnik Izydor Mirek. Miał nawet piecyk. Ten pustelnik ufundował dzwon do kościoła w Jankowicach – mówi Michał Konieczny. Przed laty w maju na pielgrzymki do Studzienki przychodzili ludzie z ziemi rybnickiej, a Mszy św. przewodniczyli biskupi. Teraz te pielgrzymki odbywają się w niedzielę po Bożym Ciele. W tym roku jednak tradycji nie stanie się zadość z powodu pandemii. Dzisiaj Studzienka w Jankowicach wygląda inaczej niż przed laty. Z powodu szkód górniczych ze studni znikła woda, a teren się obniżył. Miejsce to nadal jednak jest pełne uroku. Można tu spotkać ludzi, którzy przyjeżdżają się pomodlić. Swoje zbiórki mają tu wilczki z ziemi rybnickiej – u Skautów Europy, czyli w harcerstwie katolickim, to odpowiednik zuchów. Od 25 lat mieszkańcy okolicy spotykają się 15 sierpnia w Studzience na Mszy św., festynie i Biegu św. Walentego. Zawodnicy startują spod kościoła Bożego Ciała, a biegną do Studzienki. Prowadzi ich ksiądz proboszcz, jadąc zawsze innym pojazdem. Raz był to wóz strażacki, raz traktor, walec, karetka, a nawet segway. Dotąd ani razu pojazd się nie powtórzył. W kościele Bożego Ciała w Jankowicach Rybnickich można co tydzień skorzystać z adoracji Najświętszego Sakramentu. Trwa ona w każdy czwartek od 6.30 rano do Mszy św. o 16.00. – Uklęknij do modlitwy przed Panem Jezusem w Najświętszym Sakramencie. Doznasz łaski, a umysł ci się rozjaśni – mówi ks. Tadeusz Stachoń. – Nieraz ktoś mówi, że klękał do adoracji jakoś tak wewnętrznie rozbity. Po tej modlitwie, choć zewnętrzna sytuacja wcale się nie zmienia, on zupełnie inaczej patrzy na rzeczywistość – dodaje. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 23.01.22, 20:00 Grób Czarownicy to najwyżej położony grób w Polsce. Znajduje się na przełęczy pod Zamkową Górą na wysokości 508 m n.p.m. w Górach Opawskich . Według legendy w Jarnołtówku mieszkała kiedyś kobieta zwana babcią Speil Zbierała zioła, owoce i grzyby. Stroniła od ludzi, więc mieszkańcy wioski stwierdzili, że jest czarownicą. Tak uprzykrzyli jej życie, że powiesiła się na drzewie stojącym na styku trzech granic. Władze żadnej gminy nie chciały zająć się pochówkiem. W końcu myśliwy Franciszek pochował staruszkę nieopodal drzewa, a na jej grobie położył biały kwarcytowy kamień. Ma sprawić, że potępiona dusza nie wydostanie się z ziemi. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 06.03.22, 20:04 Legenda o Czarownicy z Babiej Góry Nie tak łatwo z żeniaczką tu, pod Babią Górą (a z Zubrzyckich okien widać tę górę jak na dłoni): Dziewczyny boją się, że zazdrosna Wiedźma odbierze im urodę, bo piękne są, co tu dużo mówić! Chłopaki zaś muszą bardzo uważać, by do ślubu nie powiedli Czarownicy, zamiast swej ukochanej... A wszystko zaczęło się dość dawno temu, tak dawno, że już najstarsi Orawiacy nie pamiętają niczego dokładnie, a fakty mieszają się im ze zmyśleniem... Nie, żeby tego zmyślenia było dużo, nie! Wszystko szczera prawda i do serca sobie ją wziąć należy!!! A było to tak: Od dawien dawna hulały po orawskich polach Wiatr i Wiedźma, rodzeństwo piekielne, szkodę wyrządzające. W wielkiej nienawiści byli u miejscowych chłopów, którzy przeklinali ich, zwłaszcza gdy zastawali zniszczone pola, na których tak ciężko pracowali od świtu do nocy. Czarownica szczególnie była zawzięta na pola obsiane lnem, bo już wyobrażała sobie zrobione z niego piękne bluzki dziewczęce, chustki, spódnice, obrusy i makatki. I straszna ją złość brała, bo sama była brzydactwem paskudnym. Pewnie, że pragnęłaby wyjść za mąż, ale takiej tu nikt nie chce!!!! Nie tylko przystojne parobki ale nawet dziadygi wsiowe ze śmiechem uciekają od niej!!! Sami powiedzcie, jak tu się nie złościć, nie wściekać?!? Aż pewnego wiosennego dnia, gdy tak szaleli z Wiatrem po polach, Wiedźma za blisko zniżyła lot nad kwitnącym niebiesko lnianym polem i złamała miotłę o wystającą bruzdę. Nie mogła bez niej polecieć dalej!!!!! Bezbronną złapali ludzie pracujący nieopodal. Oj, miała się z pyszna, biedna jędzula!!!!! I poleciałyby z niej strzępy i kłaki, gdyby nie jeden starszy gazda, który rzekł: - Zatrzymamy ją tu wśród nas, niech żyje w niewoli, aż nauczy się szanować naszą pracę i sama ciężko robić, jak my! A jak poprawi się, kto wie, może i jakiś żeniac się jej trafi? Czarownica nie miała wiele do powiedzenia, choć myśl o własnym weselu bardzo jej się spodobała. O pracy nie tak bardzo, ale to mniejsza, jakoś to będzie! Tak decydują ludzie. Musi zerwać z bratem Wiatrem i naprawić, pracując ciężko, zło, jakie wyrządzała. Ale czy zechce? Zechce, zechce. Już jej się znudził ten panieński stan! Latanie po polach po próżnicy. Targanie łanów lnu. Zaplątywanie krowich ogonów. Straszenie dzieci. Tymczasem diabelski braciszek nadleciał na odsiecz. Ale zdradliwa siostrzyca wyczarowała worek, w którym ludzie Wiatr zamknęli! Dla wszelkiej pewności upchali go w mocnej beczce i pozabijali wszystkie klepki. Ufff! Nareszcie będzie spokój!!! Okazuje się, że można zaufać Wiedźmie! Dlatego starsi rozwiązują sznurek, na którym chodziła jak kundle przy budach. Odtąd będą ją traktowali jak swoją! W samą porę, bo właśnie orszak drużbowy idzie drogą i zaprasza ludzi na wesele. Wiedźma tak się przymawia, tak łasi, tak mruga oczkami, że w końcu i ją zaproszą, niech tam!!!! Zwłaszcza, że przy niej nawet miejscowe brzydule wydadzą się piękniejsze Ale na wesele trzeba poczekać. Tymczasem pełno roboty w polu, bo lato ma się ku końcowi i żniwa. Odkąd Wiatr w beczce uwięziony, ani jednej chmurki nie ma na niebie. Wiosna trwa cały czas! Na łąkach krokusy choć jarzębina już czerwienieje! Czarownica pracuje w polu, ale zazdrość ją zżera coraz większa i większa. A bo brzydka jest, a bo nie ma paradnego stroju na przyjęcie weselne, a bo narzeczony nie jej... W końcu dzień weselny nadszedł. Wszyscy zebrali się w drewnianym kościółku. Drewniane anioły z prezbiterium łaskawie spogladają na ludzi, na Wiedźmę nawet... Ale co to?!? Czyja to chuda i piegowata ręka podsuwa się ku Panu Młodemu, aby jej nałożył ślubną obrączkę?!? O ty paskudna Wiedźmo, wynoś się z kościoła!!! I drewniane anioły przegoniły ją aż na drogę... Co powiecie? Potępicie biedną niewiastę, zamkniętą w ciele czarownicy, że tak bardzo chciała iść za mąż? Ludzie nie potępili, a może po prostu nie zorientowali się, co się stało. W każdym razie wszyscy ruszyli przystrojonymi wozami do domu weselnego. Powszechnie wiadomo, że która w czasie wesela owinie się w welon Panny Młodej, z pewnością niedługo się wyda. I gdy tak panny ukradkiem pomykały ku Młodej, gdy skubały rąbek białego muślinu, Wiedźma szast! prast! zerwała jej welon z głowy i zamotała się w niego caluteńka!!!!!! Blady strach padł na kawalerów, który to z nich ofiarą będzie... Tego już czarownica nie mogła znieść. Jako kobieta przecież znała różne sztuczki urodę podnoszące... I gdy wychynęła z welonu, wszyscy ujrzeli ją piękną i jaśniejącą tak, że nawet sama Młoda przy niej traciła swój blask! Teraz chłopaki na wyścigi zaczęli ją prosić o rękę i obiecywać złote góry... Wiedźma nie miała nawet czasu przypomnieć sobie znanej piosenki "Nigdy nie wierz mężczyźnie...", tak ją oblegali!!!!! Ciżba wypchnęła starego Wenda, który widząc, że nic nie zwojuje, pomyślał przynajmniej o tym, żeby poprawić sobie nastrój dzbankiem dobrego wina. Dokładnie opukał wszystkie beczki, zbadał jakość drewna, jakby oceniał w ten sposób, w której trunek najszlachetniejszy. I odbił szpunt. W tym momencie uwolniony diabelski Wiatr wyleciał na izbę!!!!!!! Ta siostrunia zdrajczyni tu się swata?!? Niedoczekanie!!!! Porwał Czarownicę i zaniósł ją na Babią Górę. Niedługo ją więził, bo i nie chciało mu się i Wiatru gniew gwałtowny lecz krótkotrwały. Znów zaczął hulać po polach. Czarownica nie wróciła już do wioski. Honor kobiecy miała. Ale myliłby się ten, kto sądziłby, że zrezygnowała z zamążpójścia... Siedzi sobie w kosodrzewinie na Babiej Górze owinięta bieluteńkim muślinem i wypatruje, czy kto z przyjezdnych jej nie przypasuje... A może któryś z Was? Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 06.03.22, 20:36 Sabat czarownic Inne legendy mówią, iż Kapryśna Królowa Beskidów to miejsce, gdzie swój sabat miały czarownice. Spotykały się one na Diabliku w Noc Świętojańską, Zaduszki i w Wielki Piątek. Czarownice przylatywały na miotłach, a ich niszczycielska moc wpływała na zbory, wywoływała grad, śnieg, a ludziom odbierała zmysły. Odpowiedz Link
madohora Re: Legendy 06.03.22, 20:46 Szczyt czarownic Babia Góra to również niezwykłe legendy o czarownicach. Według podań ludowych na najwyższym szczycie masywu spotykały się czarownice na sabaty. Nie bez znaczenia miały tu oczywiście diabelskie skojarzenia góry. Odpowiedz Link