Gość: Tomasz
IP: *.ibch.poznan.pl
07.09.04, 11:26
http://www.przeglad-tygodnik.pl/index.php?site=felietony&name=164
Plemię Herero
Państwo, które wygrało wojnę i może narzucić pokonanemu swoją wolę, żąda
odszkodowań za poniesione szkody. Większość polskiego Sejmu żąda odszkodowań
wojennych od Niemiec. Kiedyż to Polska prowadziła wojnę z Niemcami?
Sześćdziesiąt lat temu. Znany jest komu przypadek z historii świata, żeby
zwycięzca żądał reparacji sześćdziesiąt lat po wojnie? Następne pytanie: czy
Polska znajduje się w stosunku do Niemiec w takim położeniu, że może zmusić je
do wypłacenia 600 miliardów dolarów, bo na tyle mniej więcej partyjna
większość sejmowa ma ochotę? I wreszcie najkłopotliwsze dla tych partii
pytanie: czy Polska znalazła się po wojnie w obozie zwycięzców, czy
pokonanych? Gdy rosyjski prezydent oświadczył niedawno, że „razem
zwyciężyliśmy”, po polskich partiach i mediach przeszedł dreszcz oburzenia.
Dzieci w szkołach wszystkich stopni są uczone, że Polska wyszła z wojny
pokonana i taki pogląd obowiązuje każdego, kto chce brać udział w życiu
politycznym. I ten we własnym przekonaniu pokonany naród stara się
zahipnotyzować silniejszych od siebie, żeby im wmówić powinność wypłacenia mu
bajońskich odszkodowań sześćdziesiąt lat po wojnie. Nie należy – objaśniają
swoje postępowanie bardziej umiarkowani politycy – brać naszej uchwały
dosłownie. To jest tylko gra. Chodzi nam o to, aby tylko nastraszyć rząd
niemiecki w tym celu, żeby wziął na siebie zaspokojenie prywatnych roszczeń
niemieckich przesiedleńców. Relacje między Niemcami a Polską nie są jednak
tego rodzaju, żeby oni mieli się nas bać. Każdy naród interpretuje his torię
odpowiednio do swoich interesów, a mądry naród swój interes widzi w tym, co
poprawia jego położenie w międzynarodowych stosunkach sił. Polski rewizjonizm
historyczny, wyrzucający nas propagandowo z koalicji zwycięzców 1945 roku jest
sprzeczny z naszymi interesami. Jest zlepkiem poglądów niewiarygodnie głupich.
Nie mają racji ci, co polegają na pisanym prawie międzynarodowym. Realne
stosunki sił też nie o wszystkim rozstrzygają. Istnieje jeszcze system
znaczeń, który interpretuje prawo i wpływa w pewnym stopniu na działanie sił.
Polacy do systemu znaczeń wnoszą obraz samych siebie jako narodu wiecznie
pokrzywdzonego, który żąda od Wschodu i Zachodu przede wszystkim przeprosin,
zaś od Niemców odszkodowań, bo wiadomo, że Niemcy są od tego, aby wszystkim,
którzy się zgłoszą, płacić odszkodowania. Trzeba przypomnieć coś
elementarnego. Toczyła się wielka wojna Ameryki, Anglii i Związku Radzieckiego
z hitlerowskimi Niemcami. Tą wojną interesował się cały świat, bo ona miała
znaczenie dla całego świata. Należeliśmy do koalicji zwycięskiej i zostaliśmy
wynagrodzeni terytorialnie tak sowicie, jak to się rzadko zdarza małym
uczestnikom koalicji wielkich. Negowanie tego faktu jest po prostu kłamstwem,
które nas osłabia w stosunkach międzynarodowych, jeżeli jeszcze nie w tej
chwili, to osłabi w niedalekiej przyszłości. Włodzimierz Kalicki w rzeczowym
komentarzu („Gazeta Wyborcza”) do sejmowych obrad twierdzi, jakby to była
oczywistość: „Ziemie zachodnie i północne były rekompensatą za kresy
wschodnie...”. W powojennym systemie znaczeń to zdanie miało sens, chociaż
prawdziwe nie było. Gdyby Stalinowi nie udało się narzucić Polsce władzy
komunistycznej, korekta granicy na zachodzie i północy byłaby w najlepszym
razie taka, jaką proponował Churchill albo jeszcze mniejsza. Uwierzcie
Miłoszowi, skoro przykro jest wam zgodzić się z Bermanem czy Gomułką. Z
rosyjskiej perspektywy, nie bardzo w tej sprawie obcej Zachodowi, nie było
oczywistych racji, aby rekompensować Polsce utratę ziem ukraińskich,
białoruskich i litewskich. Przenieśmy to twierdzenie w dzisiejszy kontekst
znaczeń politycznych. Dlaczego Niemcy mieliby rekompensować Polsce utratę jej
kresów wschodnich? To pytanie było bez sensu, dopóki Niemcy były okupowane,
dziś są niepodległe i z ich punktu widzenia jest to wątpliwość naturalna.
Wygranie wojny nie gwarantuje pasma nieustających sukcesów. Anglia w wyniku
wojny osłabła, utraciła imperium. Polska pozostawała w głębokim konflikcie ze
Związkiem Radzieckim. W tym starciu nie miała szans, przegrała, musiała żyć
przez pewien czas w nienaturalnym, dziwacznym, opresyjnym systemie
komunistycznym. Konfliktem polsko-radzieckim świat się mało interesował, a
część opinii zachodnioeuropejskiej uznawała nasze położenie za pomyślne,
historiozoficznie uprzywilejowane. Dziś naszemu lokalnemu, podrzędnemu
konfliktowi przypisujemy większe znaczenie niż udziałowi w wojnie światowej,
największej w dziejach Europy. Jestem po raz pierwszy od wyborów zadowolony z
postawy Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Okazał się jedyną w Sejmie partią
reprezentującą polityczny rozum. Wszystkie pozostałe uczestniczą w czymś, co
mi się wydaje zmową pomyleńców. Wszelkie niemieckie próby retrospektywnego
odebrania Polsce pozycji wśród zwycięzców wojny światowej (zbiegające się z
polskim rewizjonizmem antykomunistycznym, na którą to zarazę nie ma żadnej
rady) i zepchnięcia nas do roli narodu przegranego, który teraz miałby płacić
odszkodowania wysiedlonym w wyniku wojny – czy będą to zabużanie czy
zaodrzanie – należy odrzucić. Zasadą naszej polityki w odniesieniu do
wewnętrznych i międzynarodowych problemów pozostałych po wojnie powinno być
przedawnienie. Pamiętać o wszystkim należy, także o tym, że każdy pamięta co
innego, ale żadnych odszkodowań, żadnego „przepraszania”, żadnego
rozdrapywania ran. Za przedawnieniem po pół wieku przemawia racja stanu,
zdrowy rozsądek i ucywilizowana wrażliwość moralna. Na stronach informacyjnych
gazet czytaliśmy o nieprzytomnych wybuchach w Sejmie słownej agresji
antyniemieckiej. W dziale opinie w „Gazecie Wyborczej” Ernest Skalski
kontynuuje znaną fabułę antyrosyjską. Chodzi ciągle o to samo: o przeproszenie
za krzywdy, zwłaszcza za odmowę pomocy powstaniu warszawskiemu. Nikt już w
Polsce nie przeczy, że powstanie było nie tylko antyniemieckie, ale również
antysowieckie. Gdyby nie było antysowieckie, nie obchodzono by tak okazale
jego kolejnych rocznic. Nie podważa to pewnika tkwiącego w polskich głowach,
że Sowieci powinni mimo to powstaniu przyjść z pomocą. Skoro nie pomogli, to
dzisiejsza Rosja powinna nas za to przepraszać. Ernest Skalski stawia Rosji za
wzór polityków niemieckich, którzy za winy sprzed stu lat przepraszają właśnie
Murzynów z plemienia Herero. My, Polacy, chcemy być plemieniem Herero dla
Rosji. Mam w tej sprawie zupełnie inne odczucia. Przepraszanie się narodów czy
innych zbiorowości jest moralną pustotą, nie ma żadnego znaczenia, nic nie
kosztuje i nic nikomu nie daje. Poza tym stosunki między Polską i Rosją w
ciągu wieków były o wiele ciekawsze, niż je się przedstawia. Rosja podbiła
większą część Polski i włączyła do swego państwa na okres stu lat. Wcześniej i
później też przez sto lat faktycznie raz bardziej, raz mniej opresyjnie
panowała nad Polską, wtrącała się w nasze sprawy. Z pewnym uproszczeniem
biorąc, odpowiada to czasowi panowania Polski nad ziemiami ruskimi –
Białorusią i Ukrainą. Niech nas w końcu przestanie wprowadzać w błąd słowo
Litwa. Wielkie Księstwo było litewskie z nazwy, nazwa pochodziła z czasów, gdy
energiczni Litwini opanowali duże obszary dawnej Rusi. Od Unii Lubelskiej
można datować polskie panowanie nad tą częścią Świętej Rusi, trwało ono do
upadku Rzeczypospolitej, a polonizacja tych ziem czyniła postępy aż do
powstania styczniowego 1863 r. Nienawidzę być członkiem narodu, który jest
ciągle krzywdzony, poniewierany i żeby się dobrze czuć, musi być przepraszany
przez byle kogo. Wolę, żeby mój naród miał w swojej przeszłości (lecz broń
Boże obecnie) doświadczenie panowania nad innymi, i cieszę się, że miał takie
doświadczenie. Jeżeli nasi bracia Białorusini i Ukraińcy chcą, żeby ich
przeprosić, nie widzę przeszkód; jest to najtańszy spos