polski_francuz
21.04.18, 08:50
Naleze do pokolenia, ktore przezylo kilka strajkow. Jak zaczynalem studia podrozala kielbasa i robotnicy wyszli na ulice. Dekade pozniej, wracajac z wakacji w Grecji, opadla mi szczeka jak przeczytalem dwadziescia kilka punktow wynegocjowanych przez stoczniowcow. I strajkowanie jakos sie mi utozsamilo z odwaga, z jaka walcza odwazni Polacy z nieuczciwa wladza.
I tak by pewnie juz mi zostalo, gdyby nie nauki o strajkowaniu, ktorej nabywam od czasu pracy w Francji od poczatku lat 1990-tych. Ta nauka jest troche bardziej zblizona do sycylijskiej sztuki szantazu zwanej we Wloszech ricata.
Na czym ona polega? Ano, strajkuja tylko i wylacznie ci, ktorzy moga dotkliwie wplynac na ekonomie. A nie, jakby sie zdawalo, ci ktorym sie zle zyje. I tak kasjerka w Carrefour, ktora zarabia grosze i nie moze sie pomylic w dodawaniu sumy zakupow moze sie skarzyc psychoanalitykowi, albo mezowi albo swoim dzieciom. Strajkowac nie bedzie, bo ja, raz dwa zastapia, przez inna. Albo przez automat.
Za to piloci, ho, ho, to zupelnie co innego. Ich zarobki we Francji w Air France sa miedzy 13 000 à 20 00 €/miesiac. Czy maja powod do strajku? Maja! Jaki? Ano, jak zastrajkuja to bardzo latwo moga dostac wiecej.
I jak tu strajki szanowac? I tak, powoli, z postepujacym wiekiem zaczynam sie wczuwac raczej w dylematy wladzy przeciwko ktorej strajkuja niz w oralne hurra..gany zwiazkowcow.
PF