de_oakville
27.05.18, 13:11
Kiedy mialem 10 lat, czasy II Wojny Swiatowej wydawaly mi sie prawie tak odlegle
jak epoka napoleonska. Moze wynikalo to stad, ze okres, ktory minal od mojego urodzenia
do tamtego momentu byl krotszy niz czas od zakonczenia swiatowej wojny do mojego pojawienia sie na tym swiecie? Rok 1945 wypadal wczesniej przed rozpoczeciem zycia niz "cale zycie" po urodzeniu, a 10 lat to bylo wtedy "dlugie zycie". Dzis, kiedy nagromadzilem juz na "swoim koncie" tak duzo lat, ze nie zamierzam sie ta obfitoscia chwalic, okazuje sie, ze nawet czasy napoleonskie nie wydaja mi sie byc az tak bardzo odlegle jak w dziecinstwie.
"Przyblizyly sie". Bo dotychczasowe zycie szybko zlecialo, a Napoleon rzadzil niewiele wiecej lat wstecz przed moim urodzeniem, niz ja mam teraz. Nawet jak dwa razy wiecej lat wstecz to i tak przeciez "niewiele".
Jezyk francuski byl w czasach Napoleona, a nawet az do wybuchu II Wojny Swiatowej najwazniejszym jezykiem swiata. Angielski to byl wtedy tylko jezyk uzywany glownie w handlu i w sprawach morskich. Ale przed wojna, nawet w polskiej marynarce najwazniejszym jezykiem obcym, ktorego uczono byl francuski, choc angielskiego uczono rowniez (z niewielkim najczesciej skutkiem) . W dyplomacji, w wytwornym towarzystwie i przy wielu innych okazjach uzywano przede wszystkim francuskiego. I bardzo zaluje, ze nie jest tak do tej pory. Francuski ma bardzo wiele zalet.
1) Akcent pada zawsze na ostatnia sylabe, a zatem odpada problem z prawidlowa wymowa nowego i nieznanego wyrazu, ktory nie wiadomo jak zaakcentowac, co ma miejsce tak w angielskim jak i w niemieckim, gdzie posiadanie slownika wymowy jest rzecza niezbedna.
2) Sa tylko dwa rodzaje i dwa rodzajniki ("le" i "la"), przy czym chyba w 90% mozna zgadnac jakiego rodzaju jest dane slowo (w niemieckim mamy tzy "der", "die", "das", i zgadnac rodzaj jest czesto bardzo trudno. Trzeba sie uczyc wyrazu wraz z rodzajnikiem.
3) Slownictwo o wiele mniej "rozpasane" niz w angielskim, gdzie kazdy wyraz ma kilka synonimow, z ktorych kazdy najlepiej pasuje przy roznych okazjach. Opanowanie slownictwa francuskiego przychodzi wiec o wiele latwiej.
4) Francuski to jezyk "elegancki", w ktorym wszystko daje sie powiedziec w sposob jasny i jednoznaczny (Portugalczycy uwazaja, ze ich jezyk jest pod tym wzgledem "nie gorszy", ale wobec francuskiego jest zbyt "egzotyczny").
5) Wiekszosc ludzi na swiecie uwaza, ze francuski "ladnie brzmi" dla ucha. Oczywiscie wloski rowniez pieknie brzmi, to jezyk bardzo melodyjny i jest "jezykiem swiatowym" w muzyce ("legato", "stacato", "piano", "forte", "acceleranto poco a poco" - pamietam te zwroty z ksiazki z nutami, bo uczylem sie kiedys grac na akordeonie). Ale w dyplomacji jezyk wloski bylby pewnie zbyt "slodki" i zbyt melodyjny. Dlatego musial ustapic fransuskiemu.
Francuski tak mi sie podoba, ze nawet swiadomie zrezygnowalem z jego dalszej nauki. Moze na jakis czas. Gdybym sie go uczyl, wciagalby mnie bardziej niz angielski i bylbym dobry we francuskim na koszt angielskiego. A nie moge sobie na to pozwolic ze wzgledow praktycznych.
"Rozpasane slownictwo" o wyrazach zaczerpnietych ze wszystkich innych jezykow swiata, to zarowno "koszmar" w angielskim jak i jego zaleta. Wychowanie w atmosferze tolerancji i akceptacji tak roznych i czesto trudnych do zapamietania wyrazow, byc moze uczy rowniez tolerancji i akceptacji do roznorodnych typow ludzkich i roznych ludzkich zachowan. Pewnie tak, bo to jezyk ojczysty i jego "atmosfera" ksztaltuje od urodzenia ludzka psychike.
A niemiecki? Rodzi psychiczna tendencje do uproszczonego i schematycznego myslenia. Tak mi sie wydaje. Ale to rowniez jezyk wielkiej kultury. Goethego i Schillera, wielkich muzykow jak Mozart czy Bach. Pamietam, ze w pewnym polskim miasteczku na wschodzie kraju slyszalo sie czesto na ulicy slowa na "k" i na "ch". Nierzadko zwracano sie do siebie wsrod mlodziezy per "ty gnoju", albo mowiono "dostaniesz w ryja". I w takich okolicznosciach nauka jezyka Goethego i Schillera byla kulturalna odskocznia jak "do nieba".