Gość: stranger
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
06.11.04, 15:19
28 października 1962 r. porozumienie przywódców Stanów Zjednoczonych i
Związku Sowieckiego zażegnało wyjątkowo groźny kryzys. Dwa tygodnie wcześniej
amerykańskie samoloty zwiadowcze wykryły na Kubie wyrzutnie sowieckich
pocisków nuklearnych. Reakcja Amerykanów była zdecydowana. Zarządzono blokadę
Kuby, wyznaczono cele do bombardowań. Spirala wydarzeń rozkręcała się
błyskawicznie, grożąc całkowitym wymknięciem się spod kontroli. Świat nagle
znalazł się na krawędzi Apokalipsy.
Na szczęście zwyciężył rozsądek. Glob nie zginął w atomowym fajerwerku. Na
dzień przed planowanym amerykańskim atakiem na Kubę, Sowieci zgodzili się
wycofać swą broń ofensywną. Gdy opadło napięcie, tylko jeden człowiek,
spośród głównych aktorów tamtych wydarzeń, nie podzielał powszechnych po obu
stronach nastrojów radości i ulgi. Ernesto „Che” Guevara – minister
kubańskiego rządu i sztandarowa postać tamtejszej rewolucji, z pochodzenia
Argentyńczyk, głośno ubolewał nad zmarnowaną szansą zadania śmiertelnego
ciosu imperializmowi. Ma się rozumieć – amerykańskiemu imperializmowi, bo
istnienia imperializmu sowieckiego Guevara, jak każdy szanujący się
rewolucjonista, nie przyjmował do wiadomości.
- Gdyby rakiety były w moich rękach - zostałyby odpalone – oświadczył z
goryczą.
Majętne dziecię
Komunistyczne rewolucje nie są na ogół dziełem biedoty, eksploatowanej przez
krwiożerczy kapitalizm. Ich autorami są przeważnie znudzone dzieci bogaczy,
od Marksa i Engelsa poczynając, na terroryście Sanchezie-„Carlosie” i
członkach bandy Baader-Meinhoff kończąc. Również Guevara - przyszły idol
lewaków - pochodził z arystokratycznej rodziny, dysponującej pokaźnym
majątkiem.
A dalej poczytajcie sobie pod:
cristeros1.w.interia.pl/crist/anty/che_guevara.htm