rywka44
27.07.05, 07:58
ciekawy artykul D. Ratajczaka:
Alojzy Brunner był Austriakiem. Urodził się 8 kwietnia 1912 r. w rodzinie
chłopskiej w miejscowości Rohrbrunn leżącej na zachodnim skraju Burgenlandu-
historycznej krainy (dziś kraju związkowego) stanowiącej przedmiot austriacko-
węgierskiego sporu po I wojnie światowej. Do 1932 r. pracował w charakterze
sprzedawcy i dekoratora. Rok wcześniej- wzorem wielu nieopierzonych
austriackich Niemców- wstąpił do NSDAP i S.A. Po „Anschlussie” Austrii
młodzian zrobił oszałamiającą karierę: został szefem Centralnego Biura ds.
Żydowskiej Emigracji w Wiedniu. Podczas wojny uchodził za „prawą rękę”
słynnego Adolfa Eichmanna. Bezwzględnie SS- Hauptsturmfuehrer Brunner
odpowiedzialny był za deportację do obozów koncentracyjnych ponad 100 tysięcy
Żydów z Austrii, Grecji ( Saloniki) i Francji.
Co prawda w swojej wrogości do Żydów potrafił być selektywny. Miał wyraźną
słabość do dr Józefa Loewenherza, wojennego przywódcy żydowskiej społeczności
Wiednia. W 1940 lub 1941 r. Loewenherz, za zgodą władz niemieckich, odwiedził
Lizbonę, by spotkać się z przedstawicielami Światowego Kongresu Żydów.
Rozmawiał między innymi z sekretarzem Chaima Weizmanna, dr Parlasem i
dyrektorem finansowym ŚKŻ- Tropperem. Chodziło o porozumienie dotyczące
masowej emigracji Żydów z kontrolowanej przez Niemców Europy.
Misja zakończyła się totalną klapą. Rozczarowany Loewenherz powiedział
Brunnerowi, że Kongres nie jest zainteresowany propozycją, bo Alianci „chcą
trzymać” europejskich Żydów pod hitlerowskim butem. Podobno miało to
zwiększać problemy logistyczne III Rzeszy. Wynurzenia niefortunnego
wysłannika potwierdza zresztą analityczne studium Dawida Wymana ( „The
Abandonment of the Jews”).
Godzi się wspomnieć, że po wojnie Loewenherz stanął w obronie Brunnera. Ten
zaś uważał Izraelitę za wybitną osobowość. Na pytanie dziennikarza: „ Nawet
jeżeli był ( Loewenherz- DR) Żydem?”- ripostował: „ Są wyjątki. Oszczędź mi
pan swoich mądrości”.
Zgodnie z logiką, po upadku Wielkoniemieckiej Rzeszy SS- Hauptsturmfuehrer
Alojzy Brunner powinien trafić pod sąd i- w konsekwencji- szubienicę. Nic z
tych rzeczy. Zatrudniono go (zmienił nazwisko) w działającej pod auspicjami
CIA organizacji szpiegowskiej tajemniczego Reinharda Gehlena, w latach 1956-
1968 szefa niemieckiej Federalnej Służby Wywiadowczej. Podobno doradzał w
sprawach Bliskiego Wschodu i... bez mrugnięcia okiem popierał Państwo Izrael.
Na początku lat pięćdziesiątych nasz bohater uciekł do Syrii. Zamieszkał w
Damaszku, pod nazwiskiem Jerzy Fischer został doradcą rządowym. Obiektywnie
nie było mu lekko, gdyż zwąchał go Mossad. Dwa zamachy bombowe (z 1961 i 1980
r.) pozbawiły ex- hitlerowca oka i palców u lewej ręki. W sensacyjnej
literaturze okrzyczano Brunnera „ ostatnim nieukaranym nazistą”. W 1987 r.
Niemcy zażądały ekstradycji zbrodniarza. Burzył się europejski parlament,
prokuratorzy z Kolonii i Frankfurtu dawali 333 tysiące dolarów za informacje
prowadzące do jego aresztowania, swoje „trzy grosze” wtrącał bardziej
efekciarski niż efektywny ( przynajmniej od lat siedemdziesiątych) Szymon
Wiesenthal. Wreszcie 2 marca 2001 r. sąd francuski uznał SS-manna winnym
zbrodni przeciwko ludzkości i skazał na dożywocie ( francuski wymiar
sprawiedliwości skazał- „in absentia”- Brunnera na śmierć w 1953 i 1954 r.).
Tymczasem zbrodniczy starzec zaczął udzielać wywiadów. Pozował do zdjęć
dziennikarzom magazynu „Bunte”, twierdził w ich obecności, że nie ma nic na
sumieniu. W telefonicznym „interview” dla „Chicago Sun Times” miał
powiedzieć: „ Żydzi zasługują na śmierć (...) Gdybym miał sposobność, znowu
bym to zrobił (zabijał Żydów- DR)”. Sprawa jest bardzo niejasna (telefon,
brak autoryzacji), tym bardziej, że później Brunner zdecydowanie wyparł się
tych słów.
W sierpniu 1987 r. odwiedził go w Damaszku radykalny ( politycznie poprawni
mówią: „na prawo od Haidera”) wydawca austriackiego periodyku „Halt”-
Gerhardzik (Gerd) Honsik (wizytę opisał w książce „ Freispruch fuer Hitler?”;
zdaje się, że w Austrii jest ona zakazana, podobnież jej Autor). Według
żurnalisty Brunner był zgorzkniałym, podejrzliwym ( po prawdzie: bez oka i
palców też bym był), nie pozbawionym jednak wigoru jegomościem. Pytanie
dotyczące komór gazowych zbył wołającą o pomstę do Nieba odpowiedzią: „
Pierwszy raz usłyszałem o komorach gazowych z gazet po zakończeniu wojny”.
Podług większości relacji nieuchwytny Alojzy Brunner zmarł w Damaszku w 1996
r. i tam został pochowany. Ktoś tam widział „go” później w damasceńskim
hotelu „Meridian”. Wiadomo, dziennikarze muszą z czegoś żyć...
Z kolei Paweł Poljan jest jak najbardziej żywym naukowcem z Instytutu
Geografii Rosyjskiej Akademii Nauk w Moskwie, profesorem Państwowego
Uniwersytetu w Stawropolu i pracownikiem kolońskiego Centrum Dokumentacji
Nazizmu, mieszczącego się- nawiasem pisząc- w po- gestapowskim budynku (EL-DE
Haus).
Ostatnio Rosjanin ogłosił, że znalazł w moskiewskich archiwach list, który
wskazuje, iż hitlerowcy proponowali w 1940 r. bolszewikom transfer ponad 2
milionów polskich, czeskich i austriackich Żydów na Ukrainę oraz Syberię.
Odnośny artykuł opublikował w „Sueddeutsche Zeitung”, natomiast fragment
listu ukazał się w „Berliner Zeitung” z 13 czerwca 2005 r. Rzeczone pismo,
datowane 9 lutego 1940 r, a skierowane do samego ministra spraw zagranicznych
Wiaczesława Mołotowa, wygotował odpowiedzialny za kwestię przesiedleń
Eugeniusz Czekmienow.
Sowiecki urzędnik jednoznacznie wskazuje w nim, że propozycja wyszła od
Niemców, ale jednocześnie sugeruje by ją odrzucić, gdyż „ Nie możemy przyjąć
tych Żydów. Mamy już mnóstwo własnych”. Poljanow (nie bez podstaw) uważa, że
tymi Niemcami mogli być tylko Eichmann i Brunner. Przecież kierowali
odpowiednimi centrami przesiedleńczymi w Berlinie i Wiedniu. Sprawy o tym
ciężarze gatunkowym po prostu nie mogły „przejść” bez ich aprobaty.
Moim zdaniem sprawa nie jest aż tak sensacyjna. Hitlerowcy rzeczywiście
rozważali w latach trzydziestych i w pierwszej fazie II wojny światowej różne
warianty rozwiązania „problemu żydowskiego”. Ich wspólnym mianownikiem była
zorganizowana i masowa akcja przesiedleńcza. Myślano o Palestynie ( w tym
względzie wchodzili w bliskie kontakty z syjonistami; w końcu Eichmann i inni
tuż przed wybuchem wojny gościli w Ziemi Świętej; nie stronili też od
podejmowania syjonistycznej „wierchuszki” w Berlinie), Madagaskarze, czy
Lubelszczyźnie.W końcu padło na sojuszniczą stalinowską Rosję. A tak się
składa, że w lutym 1940 r. stosunki sowiecko-niemieckie były wręcz znakomite.
Do jesiennej wizyty Mołotowa w Berlinie, wyznaczającej „początek końca”
idylli, pozostało kilka miesięcy.
Jak to na tym łez padole bywa- wszyscy , w tym wpływowi amerykańscy Żydzi,
umyli ręce, stając się- na to wychodzi- „suchymi” współsprawcami
późniejszych, tragicznych wydarzeń. „Logistyka” zwyciężyła elementarną
moralność.
DARIUSZ RATAJCZAK