maymonides
16.05.06, 18:52
Uruchomcie wyboraźnię:
Jest rok 1945. Nazistowskie Niemcy ponoszą klęskę, armia niemiecka zostaje
rozbita, a część najwyższych bonzów stracona. Jednak tym, którzy byli w
głównej mierze odpowiedzialni za śmierć milionów ludzi udaje się uniknać
sprawiedliwości. Himmler, główni dowódcy SS i reszta morderców nadal tworzą
zbrodniczą organizację o nazwie Schutzstaffel. Z biegiem lat jej charakter
ulega zmianie. Starzy funkcjonariusze umierają, a ich miejsce zajmują młodzi,
nieskażeni odium zbrodni. W międzyczasie następuje całkowity odwrót od
ideologii nazistowskiej. SS staje się organizacją wychwalającą pokój światowy
i ubiegającą się o miano autorytetu moralnego.
I teraz pojawia się problem. Czy fair byłoby ocenianie działalności nowego
pokolenia SS-manów w oparciu o to, czego dopuścili się ich poprzednicy?
Czy moralne byłoby trwanie przy starej nazwie i symbolach przy pełnej
świadomości tego, co odbywało się kilkadziesiąt lat temu?
Czy nawet gdyby minęły setki lat, to takie postępowanie byłoby uzasadnione
moralnie?
Przychodzi dzień, że następca Himmlera, człowiek młody, pełen ideałów, oddany
ludzkości, prosi o przebaczenie Żydów za masowe zbrodnie... Czy nawet gdyby
to przebaczenie uzyskał, to symbolika SS i jej struktura uległyby nagłemu
uświęceniu? Czy dzięki temu SS przestałaby być organizacją zbrodniczą?
Mam nadzieję, że podobne refleksje nachodziły JP2, gdy wykonywał wytyczne
polityki watykańskiej, prosząc o przebaczenie Żydów za setki lat upokorzeń,
mordów i nienawiści. Dobrze wiedział, że musi to zrobić, bo takie były
założenia, w których ustalaniu tylko partycypował, ale nie brał głównego
udziału.
I wierzę, że miał także świadomość tego, że SS gdy dopuszczała się potwornych
i niewyobrażalnych zbrodni, nie działała zgodnie z Nowym Testamentem.
A Kościół Katolicki niestety i owszem, przy czym działanie "zgodne z NT"
miało charakter tuszowania zbrodni religijnymi dogmatami, a nie polegało -
rzecz jasna - na naśladownictwie Jezusa..