Dodaj do ulubionych

TOLERANCJA

IP: *.dip.t-dialin.net 17.05.01, 18:10
Słowa "tolerancja" używa się często w dwojakim
znaczeniu. Tolerancję rozumie się jako pobłażanie złu
dyktowane bądź to słabością, bądź to indyferentyzmem,
koniunkturalizmem czy fałszywie pojmowanym
współczuciem. Toleruje się zło wiedząc, iż jest złem,
lub też odrzucając w ogóle pojęcie dobra i zła w imię
skrajnego relatywizmu czy modnych obecnie teorii
postmodernizmu. Nie o tej tolerancji chciałbym tu
mówić. W swym drugim znaczeniu, którego będę używał,
tolerancja wypływa z poszanowania odrębności poglądów
czy postaw, których się nie podziela, ale uznaje się
za społecznie wartościowe i moralnie uzasadnione.
Tolerancja oznacza uznanie prawa innych - innych
wiarą, pochodzeniem czy narodowością - do kultywowania
swych ideałów na równi z naszymi. Pojęciem kluczowym
jest tutaj wolność - nie wolność w sensie
nieograniczonej swobody, ale wolność, której ramy
wyznaczają prawa i obowiązki współmieszkańców i
współobywateli. Wolność jest warunkiem istnienia i
działania jednostek i społeczeństw, ale wolność wyboru
nie gwarantuje wyboru dobra. Wolność musi być
samoograniczona, by nie była pokusą dla niewolenia
innych. Jak to wyraził kiedyś Jan Paweł II w
encyklice "Sollicitudo rei socialis": "Każdy (kraj)
winien odkryć i najlepiej wykorzystać przestrzeń
własnej wolności".

Tolerancja i wolność są w moim rozumieniu
nierozerwalnie złączone. Jakie było ich znaczenie w
dziejach Polski - oto pytanie,ktore zmoblizowalo mnie
do szerszej odpowiedzi.


Jak ważny jest wątek tolerancji w naszych dziejach?
Czy należy się nim szczycić, czy też zajmować wobec
tolerancji postawę krytyczną, widząc w niej oznakę
słabości i brak dynamiki rozwoju? Jak pisał Zygmunt
Krasiński w znanym liście do swego ojca: "Że wojen u
nas religijnych nie było, to tylko dowód, że nikt w
nic nie wierzył mocno. O to, w co ludzie wierzą, biją
się. Wojna jest znakiem życia". A Roman Dmowski?
Odrzucając tradycję wielonarodowej Rzeczypospolitej
upatrywał on w unii kościelnej (którą
nazywa "fikcyjnym katolicyzmem"), w tolerancji, w
humanitaryzmie, w równouprawnieniu szlachty polskiej,
litewskiej i ruskiej, w uznawaniu Żydów, objawy
słabości i nazywał historyczny naród polski "narodem
zniewieściałym".

Czy istotnie nurt tolerancji w kulturze polskiej
zasługiwał na tego rodzaju krytykę? Przypomnijmy
pokrótce najważniejsze przejawy tolerancji w Polsce,
osiągające swój punkt szczytowy w okresie Złotego
Wieku. "Długi wiek szesnasty", aby użyć określenia
wielkiego historyka francuskiego Braudela, trwał ponad
sto lat i zasługuje na szczególne miejsce w naszych
dziejach. Podczas gdy w Europie centralnej i
zachodniej toczyły się najkrwawsze wojny o podłożu
religijnym, a palenie heretyków i nieheretyków było
niemalże na porządku dziennym, Polska była krajem "bez
stosów". W wieku rozkwitu monarchii absolutnych władca
widział w odrębnościach religijnych możliwe ośrodki
oporu przeciw swemu panowaniu. Powstała teoria i
praktyka cuius regio eius religio. Polska - a używam
tego terminu w sensie polityczno-państwowym a nie
etniczno-językowym - stanowiła wyjątek. Zamieszkiwali
ją Polacy (choć częściej mówiono o nich "koroniarze"),
Litwini, Rusini (którym to mianem określano zarówno
Ukraińców jak i Białorusinów) Niemcy, Żydzi, Ormianie,
Tatarzy, nie mówiąc już o takich grupach jak Szkoci
czy Holendrzy. Obok katolików żyli protestanci -
kalwini, luteranie, bracia czescy, bracia polscy i
inni - w wielkich i mniejszych skupiskach żyli
prawosławni, starozakonni, karaimi i muzułmanie. W
Gdańsku i miastach Prus królewskich dominował język
niemiecki, który notabene wiódł prym wśród
krakowskiego mieszczaństwa jeszcze pod koniec
średniowiecza. Wśród szlachty w Wielkim Księstwie
Litewskim polszczyzna rugowała, ale nie pod przymusem,
ówczesną formę języka białoruskiego. Masy mówiły po
litewsku na Żmudzi, po rusku na Ukrainie.

"Ej waleczni Polacy, mężna Litwo, bitna Rusi, dzielni
Prusacy, nieustraszeni Inflantczykowie! O wy wszystkie
narody, prawami, wolnością, językiem, pokrewieństwem,
wiarą pod skrzydłami jednego orła złączone: pokażcie w
smutku cnotę pierwiastkową". Tymi słowy zachęcał swe
wojska pod Chocimiem w 1621 roku hetman Jan Karol
Chodkiewicz podkreślając wielonarodowy skład
Rzeczypospolitej.

Jego spoiwem - w odróżnieniu na przykład od monarchii
habsburskiej, w której symbolem jedności była
dynastia - był niewątpliwie naród polityczny czyli w
praktyce "naród szlachecki". Przywiązany do wolności,
co podkreślali swoi i obcy, nie chciał się dzielić
polityczną czy gospodarczą władzą z innymi stanami i
stanowił bardzo pokaźną liczbowo część społeczeństwa.
Naród szlachecki - czyli pełnoprawni obywatele - był
proporcjonalnie o wiele liczniejszy niż jego
odpowiedniki: wyborcy w Anglii czy Francji jeszcze na
początku XIX wieku.


Związek między kultem wolności i tolerancją
niewątpliwie wypływał częściowo z obrony przywilejów
szlacheckich. Ale sprowadzenie wolności i tolerancji
do interesów stanowych czy klasowych byłoby takim
samym uproszczeniem jak sprowadzenie XX-wiecznej
demokracji do machinacji kapitalistów, zwłaszcza gdy
mówimy o zjawisku kluczowym dla kultury - "tolerancji
światopoglądowej" opartej na wolności sumienia.
Zjawisko to miało swe korzenie w XV wieku, gdy
koncepcje tolerancji religijnej rozwijali uczeni z
Akademii Krakowskiej jak Paweł Włodkowic i Stanisław
ze Skarbimierza. Występując przeciwko nawracaniu pogan
siłą odmawiali władcom prawa wypędzania niewiernych
lub konfiskowania ich dóbr, jeśli nie zakłócali
spokoju wewnątrz kraju. Podkreślano też później -
zarówno ze strony protestanckiej (arianin Marian
Czechowic) jak i katolickiej (biskup Andrzej Krzycki) -
że w Polsce wyznawcy różnych religii żyli zgodnie od
pokoleń i to nie tylko chrześcijanie różnych
obrządków, ale też Żydzi i Tatarzy.

Literatura polityczna XVI wieku ukazuje nam w całym
swym bogactwie kult prawa i wolności. "Prawo jest
panem w królestwie wolnym" pisał Stanisław Orzechowski
i choć w niektórych wypowiedziach groził heretykom
stryczkiem, jednocześnie utrzymywał z nimi przyjazne
stosunki. Andrzej Frycz-Modrzewski był przeciwnikiem
herezji, ale jednocześnie pisał, że nie jest "ani
zgodne z prawdą, ani miłe Bogu wyznanie wiary
wymuszonej gwałtem". Król winien strzec, aby nikt pod
pretekstem religii nie zakłócał spokoju w kraju.
Wielki kanclerz Jan Zamoyski pisał, iż oddałby połowę
zdrowia za nawrócenie różnowierców, ale gdyby chciano
ich do tego przymusić, oddałby całe zdrowie, aby na tę
niewolę nie patrzeć. "Nie jestem królem waszych
sumień" oświadczał w sejmie Zygmunt August, a Batory w
edykcie z 1581 r. oznajmiał, iż "my nikogo gwałtem do
wiary cisnąć nie chcemy". Jeśli w wypadku ostatniego
Jagiellona można mówić o małej żarliwości religijnej
króla, to Stefan Batory i Zygmunt III byli gorącymi
katolikami. Jeszcze w XVII wieku za sprawą Władysława
IV zwołano w Toruniu tzw. Colloquium Charitativum, coś
w rodzaju ekumenicznego zjazdu, na którym dążąc do
zbliżenia swobodnie dyskutowano sprawy religijne.

Piotr Skarga był reprezentantem wojującej
kontrreformacji, ale jednocześnie uważał wojnę domową,
która mogłaby wyniknąć z prób wytępienia heretyków za
większe zło niż tolerowanie ich. Pogląd ten nie był
odosobniony wśród kleru i wiodących polityków
katolickich. Ze strony protestanckiej bracia polscy
czyli arianie, że wspomnę tu tylko Jonasza
Schlichtynga czy Samuela Przypkowskiego, opierali swe
pojęcie tolerancji zarówno na wolności sumienia, jak i
na przesłankach politycznych. Ponieważ Rzeczpospolita,
jak pisze Janusz Tazbir cytując Przypkowskiego,
jest "złożona z różnych narodów, które z różnymi
obyczajami, językami, wiarami do... jednej
nierozdzielnej monarchijej przystąpiły", bez
tolerancji i równości praw wszystkich uczestników
istnienie
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka