tomek9991
06.08.03, 12:55
------------------------------------------------------------------------------
--
Kiedy kanclerz Helmut Kohl obiecywał podczas zjednoczenia Niemiec nowym
wschodnim landom "kwitnące krajobrazy", zapewne nie myślał o wyburzaniu
tysięcy domów, by na ich miejscu posadzić kwiatki. Tymczasem właśnie taka
jest dziś rzeczywistość wyludniającej się byłej NRD. W pierwszych dziesięciu
latach po zjednoczeniu byłą NRD opuściło 1,7 mln ludzi. Według Federalnego
Instytutu Badań ludności w Wiesbaden, w następnej dekadzie ze wschodnich
landów wyjedzie kolejny milion osób. Przykładem tych zmian jest położone
niedaleko polskiej granicy miasteczko Cottbus, z którego od czasu
zjednoczenia wyprowadziło się 18 proc. mieszkańców. Brandenburski Związek
Przedsiębiorstw Budowlanych przewiduje, że liczba mieszkańców miasta spadnie
poniżej 100 tys. (ze 135 tys. przed zjednoczeniem). Niemcy wschodnie
systematycznie się wyludniają. W 1930 r. w Lipsku żyło 720 tys. osób, w
czasach NRD 500 tys., dziś zaledwie 450 tys. Najbardziej wyludnione są
miasteczka w pozbawionym przemysłu pasie wzdłuż polskiej granicy i te, w
których zamknięto wielkie fabryki. Z położonej niedaleko granicy z Polską
Hoyerswerdy wyjechało na zachód ponad 23 proc. mieszkańców. Wedle prognoz
HypoVereinsbanku z 2000 r., liczba mieszkańców wschodnich landów spadnie w
2040 r. z 14 mln do 9 mln! Trudno się temu dziwić, skoro na tych terenach
wskaźnik tzw. dzietności (liczba potomstwa przypadająca średnio na kobietę)
wynosi 0,8 i jest najniższy na świecie, nie pozwalając nawet na prostą
wymianę pokoleń, do czego trzeba współczynnika 2,1. W całych Niemczech
współczynnik ten sięga 1,36, a 23,2 proc. Niemców ma więcej niż 65 lat, co
nie pozwala liczyć na dopływ "świeżej krwi" z zachodnich landów.
Tania ziemia i pustostany Niedostatek ludzi oznacza m.in. niewielki popyt na
ziemię. Efektem tego zjawiska są mniej więcej dziesięciokrotnie wyższe jej
ceny pod Szczecinem niż po niemieckiej stronie granicy. Ilustracją zmian jest
graniczne miasteczko Zgorzelec-Görlitz. Z niemieckiej strony wyprowadziło się
na zachód 20 proc. ludności, a każdego roku opuszcza ją kolejne 3 tys.,
przeważnie młodych i najbardziej zaradnych. W efekcie średni wiek mieszkańców
po zachodniej stronie wynosi 42 lata, a po polskiej - 35 lat. W centrum
pięknego miasteczka stoi kilka tysięcy pustostanów w świeżo odnowionych
secesyjnych kamieniczkach z czynszami niższymi niż po polskiej stronie.
Pustostanów w byłej NRD jest znacznie więcej. Kilka lat temu w nadodrzańskim
Schwedt pokazano kanclerzowi Gerhardowi Schröderowi wymarłe betonowe osiedla.
Zostały już wyburzone. W saksońskim Stendal, na będącym
wizytówką "najlepszego z ustrojów" osiedlu Stadtsee, już dwa lata temu
opuszczone było co drugie mieszkanie. Lekarstwem na rosnące koszty utrzymania
domów stały się rozbiórki. Zaczęły się one w 1999 r., a obecnie idą pełną
parą. Szacuje się, że we wschodnich landach z miliona nie zamieszkanych
mieszkań przestanie istnieć w najbliższej przyszłości 360 tys. W Magdeburgu
do 2010 r. planuje się wyburzyć 10 tys. lokali.
Zabójczy socjal Dzięki dotacjom z zachodnich landów i "wysokim standardom
socjalnym" RFN mieszkańcy byłej NRD pogłębili swoją zależność od państwa,
stając się z roku na rok coraz mniej zaradni i przedsiębiorczy. Skutkiem jest
wysokie bezrobocie na tych terenach. Nieliczni rzutcy już wyjechali albo
zamierzają wyjechać do zachodnich landów. Wielu niemieckich polityków i
burmistrzów miast graniczących z Polską jedyną i ostatnią szansę na ożywienie
widzi w osiedleniu się u nich Polaków, którzy zamieszkają w pustostanach i
podejmą pracę w nie chcianych przez Niemców zawodach. Burmistrzowie liczą też
na przybycie polskich biznesmenów, bo w ich miejscowościach najbardziej
brakuje właśnie przedsiębiorczości i zaradności. Z badań sondażowych
instytutu MORI przeprowadzonych dwa lata temu w naszym kraju wynika, że 1,5
mln Polaków chce się przeprowadzić i pracować w Niemczech. Czyżby po
stuleciach Drang nach Osten szykował się Drang nach Westen w polskim
wykonaniu?
www.wprost.pl/ar/?O=47496
Ostatni akapit o tej pracy dla Polaków to science-fiction, bo w dawnej NRD
żadnej pracy dla Polaków nie ma ( pomijając lekarzy ). Firmy raczej omijają
dawną NRD szerokim łukiem i tam niewiele
inwestują. Ludzie masowo wyjeżdżają za pracą do zachodnich landów.
W dawnej NRD utracono połowę miejsc pracy i bezrobocie wynosi 20%
Byłoby większe, gdyby nie emigracja na Zachód i wcześniejsze emerytury oraz
pewien trik.
Największym pracodawcą jest tam bowiem Urząd Pracy, który organizuje kursy
dla bezrobotnych. Kursanci nie są już bezrobotnymi. I tak jest 20%
bezrobotnych, a nie 25%.
A na czynsz niemiecki Polaków nie stać.