tarantula01
31.01.06, 22:44
Z rządowymi programami budowy autostrad jest jak z konkursami w jeździe
figurowej na lodzie: każda ekipa ma ambicję pokazania czegoś własnego.
Zaczyna się od szumnej zapowiedzi, potem jest kilka efektownych figur,
kończących się nieuchronnie zderzeniem z twardym lodem. Marek Pol masuje
jeszcze obolałe miejsca, a tymczasem jego następca Jerzy Polaczek rozpoczyna
prezentację własnego programu.
Dla kierowców mamy dwie wiadomości. Dobrą: w tym roku sieć polskich autostrad
ma się wydłużyć aż o ok. 260 km. Jest i gorsza, bo z tego nieco ponad 100 km
stanowią ubiegłoroczne zaległości, zaś kolejne 90 km to wyremontowany odcinek
A4 Wrocław-Legnica, który już wcześniej poprawił statystykę autostradową.
Więc tak na dobrą sprawę tegorocznym nowym nabytkiem będzie jedynie 70-km
odcinek A18 między polsko-niemieckim przejściem w Olszynie a Golnicami.
Skromnie. A jeszcze nie wiadomo, czy nie będzie opóźnień...
W 2005 r. udało się oddać do użytku zaledwie 19 km trasy A4 między
Kleszczowem a Sośnicą oraz wyremontować kilkadziesiąt kilometrów
podwrocławskiej autostrady. Na trasie A2 z Konina do Strykowa, koło Łodzi,
wciąż trwają prace, choć miały tamtędy już jeździć samochody. Wykonawca
wprawdzie deklarował, że może robotę przyspieszyć, ale za pośpiech żądał
sowitej premii. W Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad (GDDKiA)
uznano, że co nagle, to po diable, więc po co przepłacać. Przed jesienią
autostrada powinna zostać ukończona. Będzie okazja - jak zwykle - do hucznego
otwarcia, w programie artystycznym być może zobaczymy balet koparek.
Oddawanie do użytku nawet krótkich odcinków autostrad to świetna okazja do
uroczystego przecinania wstęg i wygłaszania przemówień. W końcu pierwszy
szpadel na budowie trasy Konin-Stryków wbił sam premier Marek Belka, zaś
premier Kazimierz Marcinkiewicz kilka dni temu ogłosił tam, że jego rząd na
autostrady wyda w ciągu najbliższych 4 lat 4 mld zł. Premier Leszek Miller
nie przepuścił żadnej autostradzie, omal nie przypłacając tego życiem, kiedy
w grudniu 2003 r. śmigłowiec wiozący go z otwarcia śląskiego fragmentu trasy
A4 uległ katastrofie.
Teraz państwo
Politycy lubią wbijać pierwsze szpadle i przecinać wstęgi. Gorzej z
podejmowaniem decyzji. Drogowcy ubolewają, że autostradowy cykl inwestycyjny
jest niedostosowany do cyklu zmian politycznych. Polityk decydujący o budowie
i szukający na nią pieniędzy zwykle ma świadomość, że to nie on, ale jego
konkurent będzie przecinał wstęgę, a to każe mu sprawę głęboko przemyśleć.
To, że w Polsce - niemrawo, bo niemrawo - buduje się jakieś autostrady,
zawdzięczamy wyłącznie Unii Europejskiej. Gdyby nie to, że w dokumentach
akcesyjnych zobowiązaliśmy się do wykonania najniezbędniejszych inwestycji
drogowych, a UE zgodziła się dużą ich część sfinansować, do dziś pewnie
trwałyby dyskusje na temat celowości budowy autostrad.
Autostrad mamy niewiele - 562 km w kawałkach - ale za to nieustającą gorączkę
pomysłów. Każdy rząd ogłasza własny program autostradowy, zwykle radykalnie
zmieniający warunki finansowania inwestycji. Najpierw więc była koncepcja
systemu koncesyjnego: autostrady miały budować prywatne konsorcja za własne
pieniądze. Eksploatując autostradę i pobierając opłaty za przejazd przez
kilkadziesiąt kolejnych lat miały odzyskać z zarobkiem wyłożone fundusze.
Proste, logiczne, w wielu krajach UE to się sprawdziło. Tylko u nas nie
chciało.
Okazało się, że banki mające finansować prywatne inwestycje drogowe były
nieufne. Nie wierzyły za bardzo w skłonność Polaków do korzystania z płatnych
autostrad ani w takie natężenie ruchu drogowego, które gwarantowałoby zwrot
zainwestowanych pieniędzy. Obawiały się też - i słusznie - że państwo może
zmieniać warunki gry rynkowej. Dlatego upominały się o rządowe gwarancje. W
trakcie wieloletniego postępowania przetargowego udało się sfinalizować umowę
z jednym koncesjonariuszem - spółką Autostrada Wielkopolska SA - która
podjęła się budowy i eksploatacji wielkopolskiego odcinka autostrady A2.
Z drugim konsorcjum - Gdańsk Transport Company (GTC), które ubiegało się o
budowę odcinka autostrady A1 Gdańsk-Toruń - szło jak po grudzie. Tu nawet
najwięksi optymiści nie wierzyli w opłacalność przedsięwzięcia. Kolejna ekipa
rządowa sięgnęła więc po nowy pomysł: partnerstwo publiczno-prywatne.
Autostrady miały być budowane i eksploatowane przez spółki o kapitale
mieszanym. Ostatecznie jednak umowę o partnerstwie publiczno-prywatnym po
blisko dziesięcioletnich negocjacjach udało się podpisać jedynie z GTC. W tym
systemie na razie rozpoczęła się budowa autostrady z Gdańska do Grudziądza.
Co będzie z odcinkiem do Torunia, jeszcze nie wiadomo. Zapewne, tak jak inne
inwestycje autostradowe,
będzie realizowany przez państwo.
Rząd Leszka Millera zapowiadał, że za pomocą programu budowy autostrad
("Infrastruktura - klucz do rozwoju") rozrusza gospodarkę. Miały co roku
powstawać setki kilometrów (według planu - do 2013 r. ponad 1500 km), a
buduje się kilkadziesiąt. Minister infrastruktury Marek Pol, który snuł zbyt
entuzjastyczne wizje, po niesławnym pomyśle z winietami zyskał przydomek
Winietu i społeczną opinię sprawcy autostradowej zapaści. Chciał dobrze, a
wyszło jak zawsze.
To się jednak zmieni - obiecują premier Kazimierz Marcinkiewicz i minister
transportu i budownictwa Jerzy Polaczek. Zgodnie z doktryną ekonomiczną PiS,
która głosi, że własność prywatna jest dobra, ale państwowa lepsza, kończymy
wolnorynkowe eksperymenty drogowe. Budować i eksploatować autostrady będzie
wyłącznie państwo. Zrobi to szybciej, taniej, lepiej. Zajmą się tym podmioty
specjalnego przeznaczenia (PSP).
- Dla każdej inwestycji będzie tworzona odrębna spółka Skarbu Państwa.
Fundusze będą pochodziły głównie z gwarantowanych przez rząd obligacji.
Trwają prace nad projektem ustawy, który pod obrady Rady Ministrów trafi w
lutym – wyjaśnia minister Jerzy Polaczek.
Niestety, minister jest dość lakoniczny. Także jego współpracownicy niewiele
są w stanie powiedzieć, jak ma to wszystko w praktyce funkcjonować. W
Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad też nie wiedzą, w jakim
stopniu PSP przejmą od niej obowiązki związane z przygotowaniem i
prowadzeniem dość skomplikowanych inwestycji autostradowych. Wygląda na to,
że pomysł rodzi się w biegu. Intrygująca jest jednak formuła podmiotów
specjalnego przeznaczenia. Co to jest? Nawet ludzie z branży drogowej nie
mają pojęcia.