Dodaj do ulubionych

PiS gryzie Park Centralny

    • naroczanka Odczepcie się od naszego parku 24.01.07, 16:03
      Ludzie. nie dajmy sobie odebrać tego fantastycznego miejsca. Nie o studentów to
      chodzi. Niech PiS (o ile to możliwe) szuka sobie innej drogi dotarcia do
      elektoratu. Park jest niezastąpionym miejscem dla rowerzystów, spacerujących z
      psami, wrotkarzy, dla całych rodzin. Wiosną i latem można tam odpocząc, pograć
      w piłke itd.
      • Gość: może z Danzig? [...] IP: *.chello.pl 24.01.07, 16:22
        Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
    • Gość: U-54 zatapia! [...] IP: *.chello.pl 25.01.07, 09:13
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
    • panteo Re: PiS gryzie Park Centralny 25.01.07, 20:13
      Ryszard Kapuściński: spacer poranny

      Ryszard Kapuściński2007-01-24, ostatnia aktualizacja 2007-01-25 00:05
      Zwykle szedł Prokuratorską, Wawelską i dalej na Pole Mokotowskie. Mijali Go
      przechodnie, którzy tak jak On dość wcześnie wstawali. Niemal każdego dnia
      rano, jeśli był w Warszawie, Ryszard Kapuściński spacerował w okolicy swojego
      domu. Oto Jego opis takiego spaceru, pochodzący z archiwum domowego pisarza.
      Jest maj, początek lat 90. ...

      Fot. PIOTR WOJCIK Rano budzę się, wypijam kawę i idę na spacer. Jest siódma.
      Idę ulicą, przy której mieszkam - Prokuratorską, do Wawelskiej. Mijam konsulat
      brytyjski: o tej porze przed furtką stoi już tłum ludzi. Nocują tu, śpią w
      samochodach, na trawnikach, na ławkach - czekają, żeby złożyć wniosek o wizę.
      Od razu wiem, że jestem w Trzecim Świecie. Takich porannych zbiegowisk nie ma
      ani w Oslo, ani w Bernie, są natomiast w Kampali i w Kuala Lumpur.

      Mieszkańcy krajów biedniejszych - ot, chociażby Polski - oferują swoje tanie
      ręce do pracy, kraje zamożne bronią się, mają chętnych w nadmiarze. Głodni, ale
      jeszcze nie tak głodni, żeby nie móc ruszać się (jak moi biedacy z Sahelu),
      szturmują Zachód, gdzie ciągle jeszcze, jeśli tylko uda się znaleźć pracę,
      można dobrze zarobić (sąsiad mojej mamy, starszy już wiekiem murarz, pan
      Kucharski, zapytany, jakie miałby marzenia w życiu, odpowiedział bez namysłu: -
      Wie pani, żeby tak jeszcze choć raz dobrze zarobić!).

      Tęsknota za dobrym zarobkiem nie jest prostą chęcią napchania sobie kieszeni.
      To przecież potrzeba sprawdzenia się, publicznego dowodu, ile jestem wart, jak
      wysokie zajmuję miejsce w hierarchii społecznej. Pytanie o zarobek jest przede
      wszystkim pytaniem o to, jak mnie widzą i cenią, jak jestem postrzegany i
      kwalifikowany.

      Tuż za konsulatem jest skrzyżowanie Wawelskiej i alei Niepodległości, miejsce,
      w którym zbiegają się granice trzech dzielnic - Mokotowa, Ochoty i Śródmieścia.
      Przed sobą, naprzeciw gmachu Głównego Urzędu Statystycznego, mam budynek, w
      którym mieszkał przed wojną autor "Ludzi podziemnych", wielki mason, senator
      Andrzej Strug. To w jego mieszkaniu Witkacy poznał Czesławę Oknińską, ostatnią
      miłość swojego życia. Był to rok 1929. W dziesięć lat później, we wrześniu
      1939, wyruszyli oboje na Polesie. Tam w lesie, koło wsi Jeziory, popełnili
      samobójstwo (z którego jednak Oknińską odratowano).

      Przecinam ulicę Wawelską i wchodzę na Pole Mokotowskie. Widzę z daleka gmach
      Biblioteki Narodowej - w wiecznej budowie. Zwraca uwagę, że nim zaczęto budowę
      Biblioteki, postawiono najpierw cały zespół budynków i solidnych baraków dla
      biurokracji przedsiębiorstwa budowlanego, jakby z góry zakładając, że ten w
      końcu niewielki obiekt biblioteczny będzie wznoszony latami, całymi
      pokoleniami. I to się w istocie sprawdza! Budynki administracji od rana pełne
      urzędników, a obok w miejscu budowy, na zmurszałych już rusztowaniach, jakiś
      jeden robotnik, drugi w zrujnowanym młynku miesi garść betonu.

      Teraz (jest koniec maja) wchodzę w zieleń Pola Mokotowskiego. Tu, na rogu
      Wawelskiej i alei Niepodległości, postawiono w 1945 roku osiedle drewnianych,
      małych, jednorodzinnych domków fińskich. Tuż po wojnie przydzielono nam taki
      domek, ponieważ mój ojciec pracował wówczas w Społecznym Przedsiębiorstwie
      Budowlanym. Ten ciasny domek bez łazienki, bez centralnego ogrzewania był
      luksusem, był szczęściem, gdyż dotąd gnieździliśmy się (rodzina czteroosobowa)
      w maleńkiej kuchni, w ruinach, na terenie magazynów cementu i cegły przy ulicy
      Srebrnej, w pobliżu bocznicy kolejowej zwanej Syberią (stąd wywożono kiedyś
      ludzi na Sybir).

      Domek nasz (adres: III-cia kolonia, 6-ty domek) przylegał do piaszczystego
      nasypu, z którego dzieci w zimie zjeżdżały na sankach. Na tym nasypie w 1935
      roku stała laweta z trumną Piłsudskiego. Stad Marszałek przyjmował swoją
      ostatnią defiladę, nim kondukt żałobny wyruszył do Krakowa, na Wawel.

      Idę ścieżką wśród traw, rano osrebrzonych błyszczącą rosą, między wysokimi
      topolami. Pamiętam, jak sadzono te topole tuż po wojnie, wiotkie, kruche
      krzewy, które wyrosły teraz na tęgie strzeliste drzewa. A oto nagle kępa
      jabłoni, grusz i śliwek, właśnie kwitną, rozsiewają słodkie mocne zapachy. Sad,
      tu w parku publicznym? Tak, bo są to drzewa, które wokół swojego domku posadził
      pan Stelmach, tramwajarz, a jak się okazało, również przedni ogrodnik i
      sadownik. Pan Stelmach już nie żyje, ale jego drzewa stoją, a jabłka, gruszki,
      śliwki będą latem zrywać miejscowe dzieci, a także przygodni pijaczkowie,
      którzy zbierają się tu, aby w łagodnym cieniu wypić butelkę cienkusza.

      Niestety, moja ścieżka prowadzi również w pobliżu bardzo smutnego miejsca.
      Dzisiaj jest to ładna polana, a wtedy, po wojnie, były tu gliniane bruzdy i
      wetknięte w te bruzdy cztery deszczułki owiązane kawałkiem drutu. Oznaczało to,
      że w ziemi jest mina. I pamiętam, że idę do szkoły, zaspany i zmarznięty, i
      widzę dziecko, chłopczyka, który siedzi między tymi deszczułkami i nim zdążyłem
      ocknąć się i cokolwiek pomyśleć, zobaczyłem nagle błysk ognia, usłyszałem
      suchy, ostry huk i zobaczyłem, jak ten chłopczyk pochylił się, skulił i
      znieruchomiał.

      Natychmiast podniósł się krzyk i zaczęła się bieganina, wypadli ludzie z
      okolicznych domków, ale kiedy dobiegliśmy do eksplozji, dziecko siedziało
      martwe, w kałużach krwi. To musiało być tutaj, koło tej topoli. Ale gdzie
      dokładnie? Wszędzie trawa i trawa, w każdym miejscu jednakowo bujna.

      Wchodzę na główną uliczkę naszego osiedla. Nazywa się Leszowa. Nie ma tu ani
      asfaltu, ani nawet bruku. Jest czarna posypana miałem węglowym, kiedy pada
      deszcz, stoją na niej brudne, smoliste kałuże. W jednym miejscu na środku ulicy
      leży czarny kundel. Zawsze leży i zawsze w tym samym miejscu. Kiedy przechodzę,
      kundel szczeka. Nie ruszając się. Jest to szczekanie pasywne, szczekanie na
      odczepnego, zdawałoby się, że ten pies nie jest żywym, czującym stworzeniem,
      tylko jakąś nakręconą zabawką do szczekania. Jest to tak, jakbym idąc, nacisnął
      nagle jakiś ukryty w jezdni guzik i wyzwolił mechanizm drętwego,
      przygnębiającego szczekania.

      Po obu stronach ulicy Leszowej ciągną się działki. Kiedyś stały tu wszędzie
      domki, ale w połowie lat siedemdziesiątych domki ludziom zabrano i sprzedano za
      grosze prominentom reżymu Gierka. Teraz można je oglądać tam, gdzie wczasuje
      stara nomenklatura. Natomiast dawnym mieszkańcom zostawiono ich ogródki, ich
      działki. Wszystkie te działki są bardzo ubogie.

      Płoty byle jak sklecone, a to z gałęzi, a to z wszelakiego drutu, a to z
      przerdzewiałej siatki. Budki w ogródkach stojące także nic nie lepsze. Każdy
      klecił je z czego miał. Miał deski - z desek, miał blachę - z blachy, a są
      ściany po prostu z dykty lub z płyty spilśnionej, czy nawet z papy. Ci, którzy
      mieli farbę, pędzel i tzw. zmysł estetyczny, owe po amatorsku sklecone
      prowizorki troskliwie pomalowali. Są więc budki żółte i seledynowe, niebieskie
      i rude, a najwięcej zielonych.

      Najczęściej zresztą - i to jest im wspólne - te niegdyś świeże i żywe faktury
      są dziś złuszczone, odrapane, płowiejące. Prawdziwą jednak poezją brzydoty i
      ubóstwa, ale zarazem zaskakującej fantazji i plastycznego happeningu są
      prowadzące do tych ogródków furtki. Jest ich tu kilkadziesiąt, a każda inna,
      różna i niezwykła w swych pokracznych formach i deseniach.

      Z ulicy Leszowej skręcam w lewo i dochodzę do szarego, brudnego baraku o
      małych, ciemnych jakby więziennych okienkach. Barak jest częścią zajezdni wozów
      asenizacyjnych. Dużo tych wozów stoi zawsze bezczynnych - albo nie ma załóg,
      albo części zapasowych, albo pieniędzy na paliwo. Biblioteka Narodowa i zakład
      oczyszczania miasta są to dwa główne, sąsiadujące ze sobą obiekty na Polu
      Mokotowskim.

      Ponurą obozową ścianę baraku zasłaniają latem wysokie i gęste łopiany. Zielsko
      to, choć gruboskóre i mało szlachetne, jest jednak przyjemniejsze dla oka niż
      c
    • nobasa PiS gryzie Park Centralny 01.02.07, 05:37
      jestem mokotowskim autochtonem, ten park okresla tożsamość calej dzielnicy i co
      za tym idzie również moją,a dla PiS_iorów mam prostą rade: spieprzajcie dziady z
      mojego parku..

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka