machowizard
29.05.07, 00:53
Zginął bo jego kolega za głośno rozmawiał przez komórkę
Dworzec Centralny Warszawa . Przeciętny dzień . Czterech znajomych wraca z
pracy na weekend do domu .
Jeden wyjmuje telefon komórkowy i umawia się w kwestii transporu . Nie stoją
w głównym portalu dworca ,
stoją na uboczu przy torach . Od siedzących na ławce dwóch miejscowych dzielą
ich dwa torowiska .
Jednemu z siedzących zaczyna przeszkadzać głośna rozmowa dzwoniącego , rzuca
obelżywą uwagę .
Z grupy wracających jeden reaguje natychmiast nie przebierając również w
słowach . Miejscowi wstają
i odchodzą . Po 20 min wracają w grupie liczącej ok ośmiu . Na rękach mają
niezidentyfiokwane białe "owijacze" ,
prawdopodobnie pod spodem są kastety . Tłuką wszystkich czterech , ten który
zareagował zostaje
schwytany za ręce i kopany po głowie . Cała czwórka leży po chwili na ziemi
w kałużach krwi .
Po kilku minutach podnosi się trzech , jeden z nich ma złamany nos . Kopany
po głowie nie odzyskuje przytomności .
Trafia do szpitala , operacja , śpiączka , śmierć po kilku dniach . Zostawia
dwójkę dzieci .
Ze względu na to że nie sposób odpowiedzieć na pytanie gdzie była wtedy
policja,
pobici uczestnicy zajścia chcą zachować anonimowość .