johana19
13.12.06, 22:48
Zdarzenie miało miejsce w czerwcu ubiegłoego roku. nasz pies Tyson (American
Staffordshire Terrier, wówczas miał 2 lata) wieczorem zaczął tak się
dziwnie zachowywać, nagle, podczas zabawy. Myślałam, że jakąś ćmę albo coś
latającego zobaczył i się tego boi bo tak śmiesznie na bok głowę wykrzywiał i
bokiem chodził jakby przed czymś chciał się schować. Zagadałam do niego ale
nie zwrócił na mnie uwagi. Za chwilę patrzę, a mój pies podszedł do komody,
oparł się o nią bokiem, pysk wykręcił tak jakoś dziwnie na bok i zaczął
przednią łapą tak dziwnie do góry machać. Za moment już zaczęły mu się
rozjeżdżać łapy i zaczął się przewracać na bok. Na początku naprawdę
myślałam, że się wygłupia bo on tak czasami ma. Zagadałam do niego żeby się
uspokoił i się nie bał ale patrzę, a on już leży bokiem na podłodze i dostał
takich jakby konwulsji jak przy padaczce. Zaczęłam krzyczeć, zawołałam męża,
a sama podbiegłam do niego, a on biedny tak się cały telepał i te łapy tak
mocno uderzały o podłogę... Za chwilę dobiegł mój mąż, zaczął nim dosłownie
tłuc o podłogę by go na plecy przewrócić. Krzyczałam do męża, że on
prawdopodobnie się dusi bo wcześniej gryzł kość. Włożyłam mu rękę do pyska
ale nic nie czułam. Potem rękę włozył mój mąż, próbowaliśmy mu jakoś udrożnić
ten pysk, ale nic nie pomagało. Krzyknęłam do męża że trzeba do kliniki z
psem jechać szybko. On pobiegł, a ja zostałam z Tysonem sama. To był straszny
widok. Tysonowi leciała już piana z pyska, oczy miał "wywalone" białkami,
takie nieobecne... Tracił ze mną kontakt... Cały czas próbowałam mu jakoś
pomóc, płakałam, mówiłam do niego. Nie mogłam mu włozyć ręki do pyska bo
mocno go ściskał. W końcu jakoś mi się to udało. I chyba to pomogło, nie
czułam wprawdzie żebym coś mu przepchnęła ale musiałam coś zrobić bo Tyson
zareagował, zaczął tak jakby charczeć, po mału przestawał się telepać,
dochodził do siebie... Biedak taki był wystraszony... Długo jeszcze dochodził
do "normalności". Nie wiem ile to wszystko trwało, pewnie kilka ładnych minut
ale były to jedne z najgorszych chwil w moim życiu. Niecały tydzień po tym
zdarzeniu Tyson miał już wcześniej umówiony zabieg kastracji. Jako, że
zabieg ten wykonywany jest pod pełną narkozą to psa trzeba zostawić w klinice
na kilka godzin, aż do pełnego wybudzenia. Mąż zawiózł go do kliniki i od
razu opowiedział o całym zdarzeniu. Pani weterynarz wypytała go o szczegóły.
Opisał jej całe zdarzenie w miarę obrazowo, a ona tylko zapytała jak pies się
zachowywał kiedy już było po wszystkim. Po wysłuchaniu opowieści powiedziała,
że to nie było zadławienie kością. Nasz pies jest prawdopodobnie chory na
padaczkę. Ponoć dobrze się stało, że mąż wszystko powiedział bo musiała
zupełnie inaczej aplikować Tysonowi narkozę, pobserwować czy wstrząsu żadnego
nie ma itp. Po zabiegu z kliniki odbierałam go ja i porozmawiałam sobie
szczegółowo z panią weterynarz na temat tej choroby. Odpowiedziała bardzo
szczegółowo na wszystkie moje pytania. Powiedziała też, że na razie nie
będziemy podejmować żadnego leczenia. Aż do następnego (odpukać!!!) ataku.
Gdy się powtórzy to zrobią mu serię badań i ustalą sposób leczenia. Mówiła,
że padaczka może być dziedziczna albo pourazowa. Niewiadomo dlaczego ujawniła
się dopiero (a może już) teraz. Może być tak, że Tyson już nigdy nie będzie
miał ataku, może mieć kolejny za 10 lat, a może za 10 minut. Może mieć też
pięć ataków dziennie. Ataki też są różne. Mogą trwać 10 sekund albo i 10
godzin. Może mieć atak przez sen i nawet go nie poczuć. Powiedziała, że pies
tak jak człowiek, może z padaczką żyć. Ale powiedziała też, że nie ma się co
oszukiwać. Może mieć jeden atak, a śmiertelny. Najgorsze jest to, że podczas
takiego ataku niewiele można mu pomóc. Trzeba tylko trzymać mu głowę żeby o
nic nią nie obijał, w pysk włożyć najlepiej skórzanego kapcia żeby sobie nie
przegryzł języka, zaaplikować czopek rozkurczowy, masować mu brzuch i mieć
nadzieję, że atak minie. Od tamtej pory boję się o niego strasznie. Boję się,
że kiedyś gdzieś wyjdę z domu, a jak wrócę to on... Od tamtego zdarzenia
minęło już prawie 1,5 roku. W sumie nic konkretnego już się z nim nie działu
ale nie wiem, może jestem przewrażliwiona ale czasami wydaje mi się, że miewa
takie dziwne zachowania podczas snu, jakby nim lekko telepało. Ale weterynarz
mówi, że równie dobrze psu się może coś "śnić". Sama już nie wiem co o tym
wszystkim mysleć. Czy mój pies rzeczywiście jest chory???
Asia mama LENY (27-01-2005)
Pierwszy rok życia
A Lenka ma już...