Gość: Pzl
IP: 193.111.166.*
12.10.04, 19:07
Dzis w Rzeczypospolitej napisali
Pobór przez tylne drzwi
PIOTR GILLERT
Z WASZYNGTONU
Przywrócenie poboru do wojska stało się ostatnio gorącym tematem w
amerykańskim Internecie. Administracja zaciekle dementuje te pogłoski.
Prezydent George Bush musiał podczas niedawnej debaty zarzekać się, że poboru
nie będzie. U podstawy tych plotek leży jak najbardziej realny problem -
kryzys wojsk rezerwy.
Wielu amerykańskich internautów nie ma najmniejszych wątpliwości - Bush i
jego ludzie szykują się do przywrócenia poboru do wojska. Głównym źródłem
tych pogłosek nie jest bynajmniej projekt ustawy przywracającej pobór,
wprowadzony niedawno do Kongresu przez grupę demokratów i odrzucony w
ubiegłym tygodniu. U źródła plotek leży trudna sytuacja wojsk rezerwy.
Od 11 września 2001 r. aż 225 tysięcy rezerwistów, czyli członków Gwardii
Narodowej oraz Rezerwy (formacji obejmującej rezerwistów z pięciu rodzajów
wojsk), zostało przywróconych do czynnej służby. To największa mobilizacja
militarnych rezerw w Stanach Zjednoczonych od czasu drugiej wojny światowej.
W czasach wojny wietnamskiej do Gwardii czy Rezerwy szło się po to, by
uniknąć udziału w walce (wtedy do Wietnamu wysyłano poborowych, a rezerwa
czuwała nad bezpieczeństwem kraju). Dzisiaj, gdy nie ma poboru, członkowie
tych formacji muszą się liczyć z tym, że wezmą udział w wojnie. Rezerwiści
stanowią bowiem ponad 40 proc. amerykańskich wojsk w Iraku i Afganistanie.
Wszyscy są ochotnikami, którzy (w większości jeszcze przed wybuchem wojny w
Iraku) podpisali kilkuletnie kontrakty, zobowiązując się do służby czynnej w
razie sytuacji kryzysowej. I choć w ramach tych umów służba taka miała być
ograniczona do kilku czy kilkunastu miesięcy, Pentagon serią specjalnych
zarządzeń (tzw. stop-loss) przedłużył służbę rezerwistów w Iraku. Wielu
żołnierzy, którzy jechali do Iraku na pół roku, jest tam już ponad rok i
wciąż nie wie, kiedy wróci do domu. Wielu czuje się oszukanych. Krytycy
polityki "stop-loss", w tym demokratyczny kandydat na prezydenta John Kerry,
nazywają tę praktykę "poborem przez tylne drzwi".
- Wszyscy są zgodni, że jeśli nie zmienimy obecnego kierunku, ryzykujemy
rozbiciem formacji, która jest jednym z naszych największych narodowych
skarbów - mówi Michele Flournoy, była wysoka urzędniczka Departamentu Obrony,
obecnie główna specjalistka ds. bezpieczeństwa w Ośrodku Studiów
Strategicznych i Międzynarodowych.
Eksperci zgodnie twierdzą, że całkowita rezygnacja z użycia rezerwistów
zagranicą nie byłaby właściwym rozwiązaniem. Jak podkreśla generał Steven
Blum, szef Gwardii Narodowej, także dlatego, że gdy "powołuje się do walki
rezerwę, powołuje się Amerykę". Czynna armia zawodowa, choć najlepsza na
świecie pod względem wyszkolenia, jest zdaniem Bluma "zbyt łatwa w użyciu"
(nie wiąże się z taką ceną polityczną, jak użycie rezerwy) i "zbyt łatwa do
pozostawienia samej sobie", a także zbyt drogą w utrzymaniu.
Zdaniem Michaela O'Hanlona, eksperta od spraw bezpieczeństwa narodowego z
Brookings Institution, prawdziwym wyzwaniem jest utrzymanie ludzi w systemie
Rezerwy. Jak wynika z badań przeprowadzonych na początku bieżącego roku tylko
27 proc. służących obecnie rezerwistów zamierza ponownie się zaciągnąć, gdy
upłynie termin ich służby.
Pani Flournoy na własnej skórze odczuła, z jakimi problemami może wiązać się
powołanie najbliższej osoby do służby w Rezerwie. Gdy jej mąż, były oficer
kontrwywiadu, został powołany do służby po 11 września 2001 r., dochody
rodziny spadły z dnia na dzień o dwie trzecie. Mała firma, której był szefem,
zbankrutowała w ciągu paru miesięcy, zostawiając kilkanaście osób bez pracy. -
Odzyskaliśmy równowagę w ciągu paru miesięcy, ale to doświadczenie uczuliło
mnie na trudne położenie rodzin, które nie są w tak uprzywilejowanej sytuacji
jak my - dodaje Flournoy.
Jej zdaniem potrzebne są zmiany pozwalające zahamować grożący gwałtowny
odpływ ludzi z Rezerwy. Poza wprowadzeniem systemu pomocy finansowej dla
rodzin rezerwistów, rozważane jest np. zróżnicowanie kontraktów, by pozwalały
ochotnikom lepiej dostosować naturę i długość służby do własnych oczekiwań.
Istotne jest też objęcie rezerwistów na czas służby czynnej takim samym
ubezpieczeniem medycznym, jakie przysługuje żołnierzom zawodowym, obecnie
muszą bowiem ubezpieczać się sami (ok. 20 proc. służących w Iraku rezerwistów
nie ma w ogóle ubezpieczenia).
Jak twierdzi Flournoy, w obecnym kryzysie Rezerwy korzystne jest jedno:
niemal wszyscy są zgodni co do potrzeby głębokiej jej reformy. Pobór nie jest
zaś żadnym rozwiązaniem.-