odyn06
30.07.09, 11:33
jeszcze niedawno Misza wieszczył o sojuszu Rosji z Chinami, a tu od wczoraj
mamy nową jakość. Możliwość współpracy wielopłaszczyznowej (w tym wojskowej)
pomiędzy USA i Chinami.
Obszarami wspólnymi może być walka z terroryzmem, atomowe apetyty Kimów,
bezpieczeństwo szlaków żeglugowych i inne.
Obszarów konfliktogennych jest o wiele więcej. USA z trudem połyka pigułę
chińskiej mocarstwowości. Pomijając zależności gospodarcze i finansowe
(obligacje!), to problemem pozostaje Tajwan, panowanie na Oceanie Indyjskim i
na morzach wokół Japonii, rynki zbytu broni, przepływ technologii wojskowych.
Rozumiem obamowskie umizgi w stosunku do coraz bardziej mocarstwowych Chin,
ale czy to coś da?
Czy Obama dołączył do rosyjskich umizgów?
Jedno wydaje się pewne; Chiny dzisiaj nie potrzebują przyjaciół. Potrzebują
partnerów, których mogłyby "doić" we własnym interesie.
Co o tym myslicie?