darth4
31.12.02, 00:27
Stan oblężenia
Artur Łukasiewicz 27-12-2002, ostatnia aktualizacja 27-12-2002 18:42
Dla urzędnika wojewody sąd w Gorzowie okazał się łaskawy. Urzędnik pochodzi z
Zielonej Góry, jeździ samochodem na zielonogórskich numerach. Feralnej nocy w
Gorzowie urzędnik wypił trochę. Wsiadł do auta i pojechał, zahaczając po
drodze o lusterko w radiowozie (na gorzowskich numerach). Na decydującej
rozprawie sędzia tłumaczył urzędnika, iż "działał w złożonej sytuacji
motywacyjnej, kierując się uzasadnionymi obawami o swoje mienie", a to
dlatego, gdyż pochodzi z Zielonej Góry.
czytaj dalej »
r e k l a m a
Tak to sędzia z gorzowskiego sądu dopisał ważny rozdział w historii
regionalnej integracji zielonogórsko-gorzowskiej. To rozdział o wzajemnym
zrozumieniu. Zielonogórzanin bowiem w dobrej wierze pojechał do Gorzowa
pracować na rzecz rozwoju województwa. Pojechał na misję niczym Anglik do
wrogiej części Belfastu. Wokół świat nieprzyjazny, pamiętający krzywdy
doznane od Zielonej Góry. Poruszał się nad Wartą jak agent, wciąż narażony na
nieprzyjemności. Przed sądem zeznał, że "samochód był kilkakrotnie
dewastowany" ze względu na obce numery na tablicy. I stan oblężenia sędzia
doskonale zrozumiał. Urzędnik wojewody z Zielonej Góry opętany stresem to nie
to samo co radosny gorzowianin za kółkiem. W ten sam dzień sędzia skazał
kilku miejscowych kierowców za jazdę po pijanemu. Nie znalazł okoliczności
łagodzących. A powinien gorzowski kierowca pogrzebać w rodzinnych kronikach -
może choć wujek lub stryjek spod zielonogórskiej wsi by się znalazł. To by
uzasadniło jego postępowanie, gdy w kolejce po cukierki usłyszał
antyzielonogórski dowcip i tak się zdenerwował, że wsiadł, całkowicie się nie
kontrolując, do samochodu, kiedy nie powinien.
Gorzowski sędzia wniósł wiele w przełamywanie animozji między lubuskimi
stolicami. Dostrzegł wielkie zagrożenie. Całkiem niedawno tygodnik "Tylko
Gorzów" sugerował kierowcom, aby na granicy z dawnym Zielonogórskiem
podmieniali tablice. Tygodnik tłumaczył też, że salmonella w tamtejszym
hipermarkecie to sprawka kurczaków, prawdopodobnie załadowanych na tira w
zielonogórskiej chłodni.
Podróże gorzowian i zielonogórzan zaczęły, gdyby wierzyć sędziemu i
tygodnikowi "Tylko Gorzów", przypominać wyprawy wojenne. Dlatego bardzo
potrzebowaliśmy jakiegoś wyjścia z sytuacji. Motywy geograficzne w sądzie
spiralę niechęci zatrzymały. Że też nikt o tym rok temu nie pomyślał, kiedy
marszałek Andrzej Bocheński kończył studia na gorzowskiej uczelni. Co on
musiał przeżywać. Podręcznik z gorzowskiej biblioteki, wykłady z gorzowskimi
nauczycielami, kolega z ławy szkolnej - podejrzany kibic Pergo, korytarze, po
których stąpały tysiące gorzowskich nóg. A Bocheński wytrzymał, nerwy nie
puściły, nie wsiadł do auta, kiedy nie powinien, nie sięgnął po broń. Nawet
złego słowa nie powiedział. Marszałek z lubuskiego żelaza, po prostu.